Folie a deux





Yaoi - Folie a deux

Koss Moss - 2018-07-29, 00:53
Temat postu: Folie a deux

           Bernard był taki dumny i szczęśliwy, kiedy jego syn ukończył szkołę z wyróżnieniem, i nie pozwoliłby za nic, aby problemy finansowe, z którymi mierzyli się od śmierci Paula, udaremniły chłopakowi spełnianie jego ambitnych marzeń – nawet, jeżeli oznaczało to, że będzie musiał go wysłać na drugi koniec kraju, w ręce brata, który wspaniałomyślnie zaoferował swoją pomoc
„Wiesz, jaki jest wuj Jack. Nigdy nie lubił mnie i twojego taty”, wspomina Will jego słowa. „Ale ma pieniądze i chce ci pomóc.”
To była trudna decyzja, ale konieczna, jeśli Will naprawdę chciał zrealizować marzenie o zostaniu profilerem FBI. Tylko wuj mógł opłacić astronomicznie wysokie czesne i dać Willowi dom na czas studiów. Harvard nie jest uczelnią dla biedaków – jest miejscem dla rozpuszczonych dzieciaków wybitnych i bajecznie bogatych lekarzy, prawników i biznesmenów, a Will, nie będąc jednym z nich, musiał znaleźć sposób, aby się stać.
A więc znalazł. Zgodził się – i pojechał.

           Dostatek, a właściwie przepych, w jakim żyją wuj i ciotka, jest dla Willa Grahama zupełną nowością. Wielkie miasto jest nowością. Wszystko jest tak inne niż w hermetycznym miasteczku, w którym się wychował. Cambridge to miejsce tętniące życiem, słynące z najlepszego uniwersytetu na świecie. Każdy chce studiować na Harvardzie, ale mało kto może. To dla Willa życiowa szansa – prawdopodobnie jedyna możliwość wyrwania się z małego miasta, w którym mógłby najwyżej jeździć radiowozem na patrole i wyłapywać wagarującą młodzież. Naprawdę może spełnić swoje marzenie, dzięki temu człowiekowi, dzięki jego pieniądzom.
Wujostwo wita go podejrzanie wręcz serdecznie; ciotka, mnąc rękaw flanelowej koszuli, od razu zaznacza, że trzeba będzie odświeżyć jego garderobę.
Pomagają przenosić kartony z rzeczami do małej gościnnej sypialni na samej górze i opowiadają mu o okolicy; przy czym mała gościnna sypialnia jest trzykrotnie większa niż pokój Willa w domu rodzinnym.
Wszystko w Cambridge jest większe, wznioślejsze i bogatsze, i chociaż z początku jest to źródłem dyskomfortu i poczucia przytłoczenia, to chwilowe – wszystko jest ostatecznie zaledwie kwestią przyzwyczajenia.
Już po tygodniu garderoba Willa ulega całkowitej zmianie, a on potrafi poruszać się po najbliższej okolicy i nawet odważa się na pierwsze kontakty z miejscowymi.
Pewnego dnia – a jest to schyłek lata, już prawie początek chłodniejszego października – gdy ciotka wysyła go do okolicznej piekarni, podobno najstarszej w mieście, Will spotyka pewnego człowieka.
Na początku nie zwraca na niego najmniejszej uwagi, stojąc przed nim w krótkiej kolejce do kasy.
  ― Co dla ciebie, piękny?
Dziewczę za ladą uśmiecha się do Willa tak serdecznie, że młodzieniec nie potrafił nie odwzajemnić uśmiechu w najpiękniejszy ze sposobów.
  ― To. ― Kładzie na ladzie papierowe torebki z kilkoma bułeczkami czosnkowymi, długą bagietką i słodkimi ciasteczkami.
Dziewczyna wystukuje na kasie odpowiednie kody, a następnie z uśmiechem dyktuje cenę.
  ― Z małą zniżką za piękne oczy ― dodaje.
Will śmieje się, rumieniąc lekko, i sięga do kieszeni, ale nie znajduje w niej otrzymanego od Phyllis banknotu. Sprawdza w następnej i jeszcze z tyłu, coraz bardziej nerwowo. Mógłby przysiąc, że przed wyjściem schował pieniądze, ale kiedy wraca myślami do wymiany zdań z ciotką przed wyjściem, przypomina sobie, że od tej czynności oderwał go dzwoniący telefon.
  ― Obawiam się, że muszę wrócić się po pieniądze ― mówi w końcu z zakłopotaniem i rozbawieniem, poddając się. Ale wtedy stojący za nim mężczyzna zrównuje się z nim, jakby przyszli tu razem, kładzie na ladzie torbę ze swoimi zakupami, i zanim Will może pomyśleć, że pewnie się przez niego zniecierpliwił, słyszy głos, którego brzmienia nie zapomni już nigdy.
  ― Nie sądzę, aby było to konieczne.
Z zaskoczeniem Will spogląda na jego właściciela i widzi najpierw bez wątpienia nieprzyzwoicie drogi garnitur, a dopiero później tę bardzo nietypową twarz o wykrzywionych oszczędnie wargach. W pierwszej chwili doznaje sprzecznych odczuć – zupełnie nie wie co myśleć, jak go odebrać, jak zkategoryzować; przystojny czy brzydki, niepokojący czy godny podziwu – wśród których dominuje konsternacja. Potem jednak w miejscu oszołomienia na młodzieńczej twarzy znów zaczyna zakwitać nieśmiały uśmiech, który obejmuje duże, błękitne jak niebo tego dnia oczy.
  ― Dziękuję. Mieszkam tuż obok. Oddam, jeśli poczeka pan chwilę.
Nieznajomy znów wygina wargi w ledwie widocznym uśmieszku, przyglądając mu się z zainteresowaniem, przez które Will czuje się dziwnie, trochę niezręcznie, bo są takie spojrzenia, pod którymi trudno jest czuć się swobodnie. Onieśmiela go sposób, w jaki jest obserwowany, ale…
  ― To sprzyjające okoliczności, ale wolałbym, żebyś w zamian dotrzymał mi towarzystwa w drodze do domu. Ja także mieszkam w okolicy.
Uśmiech Willa blednie, gdy przez młodzieńcze oblicze przewija się jakiś rodzaj szoku, a jednak szybko wraca na swoje miejsce.
  ― Oczywiście ― ucina i pośpiesznie odsuwa się na bok, by nie blokować dłużej kolejki. Zabiera swoje zakupy i czeka chwilę, aż tajemniczy nieznajomy zapłaci za swoje. ― Wezmę je ― dodaje pomocnie i sięga po jego pakunki, ale zostaje uprzedzony. ― Albo i nie.
Śmieje się cicho i pierwszy podchodzi do drzwi, patrząc już wyłącznie pod nogi.
W wielkich miastach nawet zwykłe wyjście po bułki może okazać się wielkim wyzwaniem.
Po wyjściu ze sklepu mężczyzna obiera kierunek, który odpowiada również Willowi. Może nie będzie musiał wiele nadrabiać.
Cisza wydaje mu się trochę niezręczna, więc poprawia pakunki w swych ramionach, zarzuca włosami i wybiera pierwszy temat, który przychodzi mu do głowy. Banalny.
  ― Mieszkam tu od tygodnia ― obwieszcza ― i jestem zachwycony tą okolicą. Wszyscy są tacy mili i pomocni. Bardzo kulturalni. W tych czasach to zupełnie niespotykane.




H.K.M. - 2018-07-29, 02:32

           Hannibal dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że stare powiedzenie "przypadki chodzą po ludziach" ma w sobie całą prawdę tego świata. Wobec ów przypadków, człowiek jest w stanie przeżyć coś naprawdę niezwykłego, oddając się tak banalnej czynności, jak zwykły spacer do piekarni.
Któż mógłby się spodziewać, że pewnego sobotniego poranka podczas właśnie takiej wyprawy, doktor Lecter spotka na swej drodze pewnego młodzieńca, który okaże się interesujący już od pierwszej chwili, gdy ich spojrzenia spotkają się ponad papierowymi torbami z pieczywem?
Od lat wybierał właśnie to miejsce - z reguły sam piekł własnego przepisu chleby i ciasta, ale czasem nie zmuszony był do oddawania tej przyjemności innym ludziom. Zwykle w chwilach, gdy zajmowały go podróże i praca (a tej ze względu na swój zawód miał naprawdę wiele).
Pan Lecter był bowiem nie tylko jednym z najsławniejszych profesorów kryminologii, ale szczycił się jeszcze tytułem samego rektora najlepszej uczelni Bostonu. Przeciętnym jednostkom wydawało się zapewne, że tego rodzaju praca obejmowała jedynie siedzenie za biurkiem, ale Hannibal musiał przyznać, że nie pamiętał kiedy ostatnio spędził przy nim więcej, niż parę chwil nad podpisywanymi dokumentami - ciągle znajdował się w podróży, lub tuż przed nią, tak jak sprawy miały się w tej chwili.
Teraz, gdy wychodzą już na zewnątrz ze swymi zakupami, pozwala sobie na rzucenie jeszcze jednego spojrzenia w stronę niezwykle regularnych rys kroczącego przy nim młodzieńca.
Spogląda na wyraźnie zarysowane szczęki, na proporcjonalny podbródek i prosty nos. Na burzę loków i cień, rzucany przez długie, ciemne rzęsy.
Mógłby przysiąc, że nie widział w okolicy nikogo choćby i trochę podobnego do tego młodego człowieka - z kim zatem przybył on w te strony? Czyją pociechą jest ten czarujący jegomość?
  ― Mieszkam tu od tygodnia ― odzywa się chłopiec, przerywając ciszę ― i jestem zachwycony tą okolicą. Wszyscy są tacy mili i pomocni. Bardzo kulturalni. W tych czasach to zupełnie niespotykane.
  ― To prawda  ― podejmuje wolno, przesuwając się odrobinę, by zrobić na chodniku miejsce młodej kobiety, pchającej przed sobą wózek z gaworzącym niemowlęciem. Ich ramiona ocierają się o siebie przez ułamek sekundy, ale żaden z nich nie zwraca na to uwagi. ― To wspaniali ludzie o dobrych manierach. To z kolei pozwala mi podejrzewać, że świetnie odnajdziesz się w tym miejscu. O ile już się nie odnalazłeś  ― dodaje, sprzedając swój oczywisty komplement z najwyższą przyjemnością. Młodzieniec śmieje się dźwięcznie (cóż za niesamowity profil, przebiega mu przez myśl), ale nie spogląda w jego kierunku, zupełnie jakby był w pewien sposób zażenowany wylewnością swego rozmówcy.
 ― W małych miastach mówi się o miejscach takich jak to, że żyją tu snobi i aroganci. Z moich obserwacji wynika jednak, że to w moim małym mieście arogancja i snobizm wyzierają z ludzi najbardziej. Tak często zarzucamy innym to, czego nie potrafimy w sobie zaakceptować.
Kiwa głową, nie odnajdując lepszego sposobu na to, by wyrazić sweuznanie dla wypowiedzi inteligentnego chłopca.
Podążają nieśpiesznie główną ulicą i wreszcie Hannibal uznaje, że nadszedł odpowiedni moment, by o czymś sobie "przypomnieć".
  ― Przepraszam  ― przystaje, spoglądając na chłopca z widocznym zakłopotaniem ― nie spytałem cię o to, gdzie mieszkasz. Byłoby z mojej strony nieuprzejmym, prowadzić cię w nieznaną ci dzielnicę. Mój dom znajduje się tuż za rogiem, w zupełności sobie poradzę ― dodaje, kiwając uprzejmie głową.
  ― W takim razie musimy być sąsiadami ― odpowiada wesoło właściciel błękitnych oczu i doktor Lecter nie umie się już powstrzymać od uniesienia ledwie widocznych brwi. ― Bardzo się cieszę.
Cóż za zbieg okoliczności.
I Hannibal także się cieszy, naprawdę. Spogląda w młodzieńczą twarz (delikatny rumieniec wygląda, jakby został tam celowo namalowany paroma pociągnięciami najmiększego pędzla) i uśmiechają się obaj, przystając przed dwiema bramkami - jedna z nich prowadzi do terenu niewielkiej posiadłości doktora Lectera, druga do domu Jacka Crawford'a, jego dobrego znajomego, mężczyzny, który odwiedza go z żoną co drugi weekend.
  ― Wygląda na to, że jeszcze nie raz się zobaczymy  ― zauważa Hannibal, wystukując precyzyjnie szereg cyfr. Odpowiada mu ciche kliknięcie, zwiastujące otwarcie bramki.
Pod koniec celowo zawiesza głos, by przekonać swego towarzysza do wyjawienia mu swej godności. To takie głupie, że nie pomyśleli o tym wcześniej - z reguły nie zdarzają mu się podobne niedopatrzenia, ale tym razem wszystko jest dziełem nieznośnego przypadku, a ten nie ma w sobie miejsca na dobre obyczaje, dominując wszystko swym chaosem i koniecznością improwizacji.
  ― Will. Will Graham ― odpowiada gorliwie, wplątując jeden z palców w niesforne loki. Na młodą twarz znów wkrada się zaraźliwy uśmiech. Otwiera usta, by on także mógł się właściwie przedstawić, ale wyręcza go w tym nikt inny, jak... Jack Crawford.
  ― Hannibal! ― rosły mężczyzna macha mu przyjaźnie z ogródka, krocząc w ich stronę, przesiąknięty zapachem świeżo skoszonej trawy i kwitnących piwonii.  ― Widzę, że postanowiłeś wrócić na chwilę do domu. Poznałeś już mojego Willa ― skinął głową, kładąc swoją wielką dłoń na szczupłym ramieniu młodzieńca. ― To dobry chłopak. Będzie uczył się w twojej szkole, dasz wiarę?
I znowu doktor Lecter nie może się oprzeć wrażeniu, że nie przypadki nie tylko chodzą, ale i nie opuszczają ludzi, zaskakując ich swymi niesamowitymi zbiegami okoliczności.
  ― To świetna wiadomość, Jack ― odpowiada, kiwając w uznaniu głową ― wierzę, że świetnie sobie poradzisz, Will. Cóż za kierunek sobie wybrałeś?
  ― Kryminologia ― odpowiada za niego Crawford ― idzie w ślady wuja, jak nic.
Tak, duma agenta FBI, który może pochwalić się bratankiem, idącym w tym samym kierunku, jest czymś zrozumiałym, właściwym. Hannibal ponownie uśmiecha się oszczędnie, popychając bramkę, by przejść przez nią w kierunku domu.
  ― To ciężki kierunek  ― przyznaje szczerze, wracając spojrzeniem do młodego Graham'a ― wiele z nim pracy. Wierzę jednak, że świetnie sobie poradzisz. Z tak dobrym wychowaniem i otwarty umysłem, nic nie stoi ci na przeszkodzie. Może... ― urywa, udając, że nad czymś się zastanawia. W rzeczywistości już od dłuższego czasu ma w głowie pewien plan, który (jest tego pewien) sprawi mu niemało satysfakcji. ― Może odwiedzicie mnie jutro na obiedzie? Wierzę, że droga Bella stęskniła się za moimi deserami?
  ― Nie bardziej niż jak ― jack uśmiecha się do niego szczerze i zgarnia bratanka pod swoje muskularne ramię, prowadząc go w stronę domu, niczym małe zagubione dziecko  ― o trzeciej?
  ― O trzeciej ― zgadza się uprzejmie i rzuca ostatnie spojrzenie (błękitne oczy) świeżo poznanemu sąsiadowi oddalając się do siebie.
Chyba już wie, co takiego przyrządzi na powitalny obiad.


Koss Moss - 2018-07-29, 04:10

           Nie może przestać o nim myśleć, choć przecież zamienili ze sobą tylko kilka słów. Ledwie drzwi zamykają się za plecami Jacka, Will rzuca zakupy na szafkę na buty i przenosi spojrzenie rozszerzonych, wciąż wesołych oczu na wuja.
  ― Żeby mi to było ostatni raz.
  ― To naprawdę Hannibal Lecter?! ― zapytuje z rozpędu, wspominając nietypowe nazwisko rektora Harvardu. ― O co chodzi, wuju?
  ― Zaczepianie obcych osób w przypadkowych miejscach nie jest tutaj mile widziane.
Will patrzy na mężczyznę, jakby niewiele zrozumiał z jego słów. Bo nie rozumie, jak komuś może przeszkadzać niewinna rozmowa. Potem jednak przypomina sobie, co mówił o nim Bernard.
  ― Myślisz, że podrywam na ulicy przypadkowe osoby? ― pyta z niedowierzaniem. ― To on mnie zaczepił, a nie ja jego.
  ― Wszystko w porządku? ― Phyllis wychyla się z kuchni. ― Will, nie wziąłeś pieniędzy. Jak zrobiłeś te zakupy?
  ― Pan Lecter za nie zapłacił. Sam zaproponował, żebym się nie wracał. To naprawdę on? ― Młodzieniec patrzy to na wuja, to na ciotkę. Nie potrafi uwierzyć w ten zbieg okoliczności, chociaż prawdopodobnie właśnie to było powodem, z jakiego wuj Jack był od początku wydawał się taki pewien jego możliwości i zachęcał do kandydowania. Jeśli najbardziej wpływowy człowiek na Harvardzie tak po prostu zapraszał go na niedzielni obiad – pewnie, znając jego despotyczny charakter, wiele rzeczy mógłby wynegocjować. ― Mieszkamy obok rektora?
  ― Och, tak ― odpowiada Phyllis i uśmiecha się życzliwie, zbierając pakunki z pieczywem. ― Hannibal to niezwykle uprzejmy człowiek. A jaki doskonały kucharz.
  ― Skoro już o tym mowa, zaprosił nas na obiad jutro o trzeciej ― powiadamia ją Jack. Przechodząc obok Willa w drodze na schody, kładzie mu dłoń na ramieniu; mijając z kolei swoją żonę, caluje ją krótko w policzek.
  ― Doskonale ― cieszy się Bella. ― Będziesz zachwycony, Will.
Will uśmiecha się szeroko i rusza za nią do kuchni.
  ― Czy mieszka sam?
  ― Zdaje się, że nie miał czasu, żeby założyć rodzinę ― odpowiada ciotka, kładąc pieczywo na kuchennym blacie. ― Tak rzadko tutaj bywa.
  ― Przyjaźnicie się?
  ― Swego czasu bardzo nam pomógł. Umyjesz warzywa, Will?
  ― Umyję. ― Młodzieniec podchodzi do zlewozmywaka i sięga po misę z owocami, wciąż podekscytowany. Nie co dzień ma się okazję poznać taką osobistość – nic więc dziwnego, że chce się dowiedzieć o tym człowieku czegoś więcej. Po pierwotnym niepokoju, jaki względem niego odczuwał, nie pozostał już chyba ani jeden ślad.

           Jak na to, ile słów zamienił z tym człowiekiem i ile z nim spędził czasu, mogło się wydawać absurdalnym, jak wiele poświęcił mu myśli. Może to dlatego, że ktoś tak ważny jak pan Lecter poświęcił mu tak dużo uwagi. Skomplementował. Wżarł się w młody umysł przemyślaną sztuczką. I Will poczuł się zauważony, doceniony przez taką osobistość, a komu nie sprawiłoby to przyjemności?
Na spotkanie ciotka przygotowała dla niego całkiem dopasowany garnitur (od razu musiał zweryfikować swoje wyobrażenie tego popołudnia – z całą pewnością to nie będzie domowy obiad, na który można przyjść w podkoszulku i dżinsach). Jeszcze przed przywdzianiem go, chłopak oblewa się bardzo już starą wodą kolońską, którą kiedyś dostał od Bernarda, ale nigdy nie czuł potrzeby używać. Ma dość intensywną woń, która na szczęście szybko traci na mocy, stapiając się z zapachem ciała.
Daleko nie mają. Ubrana w granatową garsonkę ciotka i odziany w garnitur Jack towarzyszą młodzieńcowi w drodze do sąsiedniej furtki. Pan Crawford naciska przycisk domofonu, przysłaniając masywnym ciałem bratanka. Po chwili ciche kliknięcie obwieszcza im, że mogą wejść na teren posiadłości.
  ― Jak ty zawiązałeś krawat? ― szepcze nagle Bella, przystając wpół kroku, i Jack idzie przodem ku otwierającym się drzwiom schludnego domu, podczas gdy ciotka szybko poprawia wiązanie na młodzieńczej szyi. Chwilę później wygładza Willowi włosy, uśmiecha się życzliwie i ruszają ku gospodarzowi. Na widok krzywego uśmieszku młodzieniec sam odruchowo się uśmiecha, ale w odróżnieniu od oblicza profesora Lectera, jego twarz krzyczy o wszystkim, czego w tej chwili doświadcza.
Krzyczy więc o tym, że widok mężczyzny dostarczył mu nieprzyzwoicie wiele radości.
  ― Cześć, mój drogi ― Bella wita się z Hannibalem bardzo poufale, kiedy tylko zaprasza ją do środka. ― Już czuję te cudowne zapachy! Co też dziś przygotowałeś? Chodź, Willy, nie wstydź się.
Will nie wygląda, jakby się wstydził. Najdłużej czeka z przekroczeniem progu, ponieważ nie chce ani powodować tłoku przy drzwiach, ani stawać w pobliżu wuja Jacka.
  ― Dzień dobry, panie Lecter ― wita się grzecznie, zsuwając spojrzenie niżej i przez chwilę pozwalając sobie na niemy zachwyt stylem tego człowieka (nigdy nie pomyślałby, że typ garnituru, który uważa za charakterystyczny dla osób starszych, może na kimś prezentować się w taki sposób). Dopiero potem zauważa, że dobry styl nie ogranicza się wyłącznie do jego ubioru. Hol, w którym się znajdują, wygląda jak pałacowy i dopiero ten widok wywołuje w młodzieńcu subtelne onieśmielenie – zdominowane przez podziw.


H.K.M. - 2018-07-29, 17:03

           Sprawne dłonie przewracają płat mięsa na drugą stronę, ugniatając je starannie, zupełnie tak, jakby ich właściciel chciał im udzielić ostatniego, luksusowego masażu.
Z reguły nie traktuje w ten sposób nerek, ale tym razem pragnie, by te nabrały jak najwięcej truflowego aromatu - obtacza je starannie w mące z szafranem i gałką muszkatołową, a potem smaruje rozcięcia przygotowanym farszem.
Liście szpinaku rozsypują się swą kaskadą, zmieszane ze świeżo zebranymi kurkami - ich wyraziste barwy kłócą się o uwagę na talerzu w niezwykle miły dla oka sposób.
Długim nożem o fachowo zaostrzonym ostrzu, przesuwa zwinnie po ugotowanych burakach, krojąc je na najcieńsze możliwe plastry. Migdały prażą się już na cienkiej patelni, nasiąkając olejem orzechowym, Caciocavallo Podolico podejrzewał na tyle, by móc go wreszcie otworzyć - oczywiście odpowiednio wcześniej przed przybyciem gości. Ser pochodzący z włoskiej krowy odznaczał się niepowtarzalnym aromatem i intensywną wonią, która w połączeniu z odpowiednimi składnikami stawała się, oczywiście, istnym dziełem sztuki, ale sama w sobie mogła wydawać się innym zbyt dominująca.
Na stole ląduje także kiść Ruby Roman - najdroższych winogron świata, które w swej dojrzałej formie osiągają wielkość piłeczki pingpongowej. Hannibal rozdziela je starannie i przeciera specjalną chusteczką, by zaraz zabrać się za obkrajanie ich ze skórki i wyciskanie mięsistego owocu - odrobina soku tryska mu na twarz, okraszając swą słodyczą dolną wargę.
Wyciąga do niej z wahaniem palec i ściera kroplę, muskając opuszkę językiem. Na krótką chwilę mężczyzna przymyka powieki, oddając się z lubością pieszczącym zmysły doznaniom.
Każdy człowiek na świecie jest w stanie zakochać się w jego kuchni.

           Kiedy jego drodzy goście przybywają na miejsce, stół czeka już ze swymi przystawkami i kieliszkami, gotowymi na napełnienie ich wyśmienitym Romanée-Conti. To zadziwiające, że w jego piwnicy utrzymały się dwie butelki tego wyśmienitego trunku.
Ktoś mógłby rzec, że ów wino stanowiło zdecydowanie zbyt wystawny gatunek, jak na zwykły niedzielni obiad, ale Hannibal ma w tym swoje powody. Każdy jego krok, każde słowo i oszczędny uśmiech, wszystko to jest starannie zaplanowane i ułożone w taki sposób, by wzbudzić w swym młodym gościu odpowiednie odczucia.
  ― Dzień dobry, panie Lecter ― słyszy, więc obraca się od Belii, by zauważyć spojrzenie, przesuwające się wolno po jego garniturze. To już drugi raz, dobrze o tym wie; chłopak Crawforda zwraca uwagę na jego garnitury, na to jak się ubiera.
To interesujące.
  ― Dzień dobry, Will ― odpowiada nie mniej serdecznie i przyjmuje od nich wierzchnie okrycia (właściwie tylko od Phyllis, ponieważ życzliwe lato nie wymaga od nikogo wierzchnich okryć), wskazując wszystkim ich miejsca. Celowo sadza młodego Graham'a po swojej lewej, między sobą a ciotką, podczas gdy po prawicy ma swoje zaszczytne miejsce napuszony Jack.
Polewa wszystkim wina i nakłada na talerze przepiękne kwiaty, wycięte z buraków, sera i winogron, wielkości piłeczek. Całość, posypana delikatnie prażony płatkami migdałów wdzięcznie oddaje wyraz kwitnących kwiatów wiśni.
  ― Zrobiłem to specjalnie z myślą o tobie, Willu  ― obwieszcza dumnie, pozwalając wszystkim zasmakować każdego z płatków.  ― Kwiat wiśni uchodzi w Japonii za symbol nadziei i szczęścia. Myślę, że to dobry sposób na to, by życzyć ci udanego roku akademickiego.
Jack kiwa gorliwie głową, wznosząc w górę swój kieliszek; reszta podąża za nim zgodnie i och, zauważa spojrzenia, które wuj rzuca swemu drogiemu bratankowi, jakby już w tej chwili chciał ukarać go za upicie tego nieznaczącego łyczka wina.
Hannibal, oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, że jego najmłodszy gość nie dobiegał nawet do pełnoletności. Harvard zaczynało się w wieku zaledwie osiemnastu lat, co oznaczało kolejne trzy lata do osiągnięcia wieku upoważniającego do spożywania alkoholu, ale..
Nikomu nie zaszkodziła jeszcze lampka czerwonego wina, prawda? Przecież to absurd, denerwować się taką rzeczą.
Młody Graham unosi swą głowę z miną wyrażającą zadowolenie - Hannibal nie jest pewien, czy za ów zadowoleniem stoi smak potrawy, czy też to, co usłyszał (lub zrozumiał). Po chwili jego wargi układają się znów w niewątpliwie czarującym uśmiechu i... błękitne oczy rozbłyskują nagle w wyrazie, którego nie spodziewał się ujrzeć u żadnego z gości.
Młodzieniec zachwyca się zgodnie jedzoną potrawą, ale zdaje się rozumieć znacznie więcej, niż towarzyszące mu wujostwo. Profesor Lecter nie spuszcza z niego wzroku, czując rosnącą w swym wnętrzu ekscytację - nie mylił się. Naprawdę się nie mylił.
  ― Dziękuję  ― mówi wreszcie Will, gdy jego wuj zdaje się przepalać go oceniającym spojrzeniem  ― naprawdę. Zachwycający pomysł i wykonanie.
Oczywiście, myśli Hannibal, ale nie mówi niczego, ciesząc się miłymi słowami. Kończą przystawki, rozprawiając o zupełnie niepozornych sprawach, takich jak kończące się lato, nowy sklep, budowany z wolna w okolicy i o zabawnej sytuacji w piekarni także.
  ― Zostawiłem ci pieniądze w przedpokoju. Przepraszam za to, Hannibalu. Chłopak jest ostatnio wyjątkowo roztargniony.
Hannibal podnosi się od stołu i stara się, by na jego twarz nie wpłynął wyraz zakłopotania. Nie wie jakim cudem Jack'owi może się wydawać, że parę dolarów stanowi dla niego problem, kiedy poi ich własnie winem za kwotę przekraczającą jego najśmielsze oczekiwania, ale... Nie może tego skomentować, bo na pewno zrobiłby to w sposób podkreślający śmieszność tego czynu, a tego zdecydowanie chce uniknąć.
Zbiera ze stołu talerze, wymijając gości, by przystanąć na chwilę w progu jadalni i popatrzeć znów wprost w młodzieńcze oblicze swego nowego sąsiada.
  ― Will  ― zaczyna, uśmiechając się do niego przyjaźnie  ― czy mógłbyś pomóc mi w kuchni z głównym daniem?
  ― No, proszę  ― Bella wznosi w górę swój kieliszek, wyciągając przez stół swoją drobną dłoń, by pogładzić nią ogromną pięść swego męża ― przypadła mu najlepsza zabawa.
Chłopiec od razu się podnosi i szybko odchodzi od stołu - jeszcze w drzwiach kuchni odwraca się przez ramię na Jacka, którymi mimo usilnych starań Belli nie tryska wobec zaistniałej sytuacji entuzjazmem.
Wreszcie wkracza do środka, rozglądając się ciekawie po szafkach, półkach i schludnie ułożonych naczyniach.
  ― Co mam robić? ― zapytuje cicho, a Hannibal śpieszy z odpowiedzią, sięgając zwinnie po jeden z ostrych noży. Chwyta za ostrze, przekręcając je zwinnie tak, by rękojeść noża wyciągała się w stronę jego uczynnego asystenta.
  ― Gdybyś mógł, proszę, pokroić te bataty  ― prosi go cicho, przesuwając się tuż za szczupłym ciałem, tak by móc sięgnąć piekarnika. Pochyla się nad burzą schludnie zaczesanych loków i... zaciąga się głęboko zapachem kwiatowego szamponu, wody kolońskiej i...
Młodość. Jedwabista skóra. Bułeczki z miodem. Grzebień, koszula, pas, wykonany z cielęcej skóry. Bawełniana bielizna.
Cóż za niezwykły zapach.
  ― Skąd taka woda kolońska u tak młodego człowieka?  ― Pyta cicho, układając na talerzu świeżo pokrojone nerki. ― To chyba nie twoje perfumy, prawda?


Koss Moss - 2018-07-29, 21:23

           Will zaciska szczupłe palce na rękojeści, w ostrzu widząc odbicie swojej młodej twarzy, i wzdryga się, gdy Lecter znajduje się za nim, doznając jakiejś dziwnej nuty nieokreślonego niepokoju – jakby odwrócił się tyłem do przyczajonego dzikiego drapieżnika, zachęcając go do ataku, ale to przecież absurd, igraszka wyobraźni.
Słyszy jednak i chyba widzi kątem oka, jak pan Lecter nachyla się w jego stronę i bierze głęboki wdech, jakby właśnie go…
Czy on właśnie…
Marszczy brwi i otwiera usta, by zadać to pytanie, ale zanim ma szansę to zrobić, odpowiedź już zostaje mu dana.
  ― Skąd taka woda kolońska u tak młodego człowieka? ― zapytuje mężczyzna znad układanych na talerzu kawałków mięsa. ― To chyba nie twoje perfumy, prawda?
I chłopiec odwraca się z nożem w ręku i wymalowanym na twarzy wyrazem konsternacji, ale i zakłopotania.
Coś jest nie tak, coś jest nie tak z tym człowiekiem, ale nie wie jeszcze, co. Czy to, co właśnie robi, jest rodzajem flirtu? Kwiaty wiśni, które mu zadedykował, oprócz szczęścia i nadziei, symbolizują ulotność życia i przypominają o tym, by cieszyć się każdą jego chwilą, gdyż przemija tak szybko, jak szybko opadają ich delikatne płatki. W ich symbolikę wpisany jest żywot krótki, lecz intensywny i pełen uniesień – są także silnie nacechowane erotycznie i Will szczerze wątpi, a wręcz odrzuca taką opcję, że ktoś tak wykształcony i szanowany jak rektor Harvardu mógłby nie wiedzieć o tym znaczeniu, kiedy wybierał taką, a nie inną aranżację dla swego dania.
Teraz go wącha i obdarza uwagą; może rzeczywiście. Może nie jest sam dlatego, że nie miał czasu na założenie rodziny.
  ― A właśnie, że moje ― odpowiada powoli, leniwie obracając nóż w palcach. Przenosi wzrok na dłonie Lectera, dopiero teraz w pełni świadomie odnotowując brak obrączki. Zaraz potem zadziera głowę i czeka, aż Hannibal przejdzie do innej części kuchni, by nie mieć go za plecami, kiedy jest tak blisko. Dopiero wtedy odwraca się na powrót do batatów. Głowę ma pełną myśli; nie jest zbyt skupiony na tym, co robi. ― Dostałem kiedyś na Gwiazdkę.
Mężczyzna posyła mu znad talerza uważne spojrzenie; jest w nim jakiś przekaz, ale Will nie potrafi go odczytać i czuje tylko, jak robi mu się dziwnie ciepło.
  ― To zapewne prezent wręczony w dobrej wierze, ale jestem przekonany, że nieco lżejszy zapach prezentowałby się na tobie znacznie lepiej ― mówi ochryple, na co Will chrząka cicho, zdekoncentrowany, i nagle syczy, przesuwając ostrzem noża po swej skórze.
Szybko cofa dłonie i przyciska palec do ust, spijając z jego opuszka krew. Pan Lecter zauważa to od razu; podchodzi, staje tuż za nim, łapie go za nadgarstek i z wyczuciem ciągnie w stronę zlewu.
Will ulega, idzie z nim i pozwala, by mężczyzna odkręcił zimną wodę, a następnie… nie jest pewien… czy znów go powąchał, zanim wsunął jego palce pod przezroczysty strumień? Wzdryga się lekko, a potem patrzy za mężczyzną, gdy ten odchodzi, zostawiając go z palcami pod kranem.
Niebawem wraca, trzymając w dłoniach małą apteczkę. Bierze go za dłoń i precyzyjnie wyciera wacikiem. W jego ruchach Will czuje spokój, stanowczość i wprawę. Krzywi się delikatnie, bo środek, którym nasączona była watka, piecze go nieprzyjemnie, ale zaraz potem odczucie łagodzi suchy plasterek, sprawnie owinięty wokół niewielkiego rozcięcia na szczupłym palcu.
Młodzieniec uśmiecha się kątem warg i odwraca wzrok.
  ― Dziękuję panu. Mierny ze m nie użytek w kuchni.
Wyciąga dłoń z jego dłoni (to wszystko trwa niemoralnie długo, albo to jemu się tak wydaje, gdy odczuwa tak wiele emocji) i wkrótce po tym wracają do kuchni, niosąc wujowi i ciotce ciepłe, świeżo podane potrawy.
  ― Proszę, proszę. Nasz Willy chyba się sprawdził jako asystent.
Talerze lądują przed Bellą i przed Jackiem, a dwa ostatnie Hannibal stawia przy miejscu młodzieńca i swoim. Wuj Jack jest pod wrażeniem.
  ― Wygląda obłędnie. Nie chcę nawet pytać, ile czasu zajęło ci przygotowanie takiej uczty.
Zasiadają do stołu, tylko Hannibal pochyla się jeszcze, uzupełniając wino. Na obliczu pana Lectera Will dostrzega nutkę samozadowolenia, a może wręcz pychy, nie może jednak powiedzieć, że mężczyzna pyszni się bez powodu. Postarał się. Wszystkie dania, które spoczęły dziś na jego stole, wyglądają, jakby wydano je w najlepszej restauracji. Może zamiast kariery naukowej, Hannibal Lecter powinien otworzyć luksusowy lokal z jedzeniem, choć gdyby podjął taką decyzję, światek akademicki bez wątpienia wiele by stracił.
  ― Wystarczy. ― Jack zatrzymuje gestem dłoń Hannibala, gdy ten przymierza się do uzupełnienia kieliszka Willa. ― Przepraszam ― zwraca się do Lectera. ― Will nie powinien pić więcej.
  ― Bierze lekarstwa ― dodaje przepraszająco Phyllis.
Profesor unosi nieznacznie brwi – pewnie jest prawie tak samo zażenowany tym komentarzem jak Will – ale stosownie cofa butelkę.
  ― W porządku, przyniosę coś innego. Co powiesz na szklankę świeżo wyciskanego soku z czerwonej pomarańczy? Powinna mile się uzupełniać z kurkami.
Młodzieniec kiwa krótko głową i uśmiecha się uprzejmie, choć wuj skutecznie popsuł mu humor.
  ― Chętnie. Dziękuję.
Gdy Hannibal, wróciwszy z karafką soku, zasiada przy stole, Phyllis sięga po sztućce. Will czyni to samo, choć przykuwa jego uwagę to niezwykle baczne spojrzenie, z jakim gospodarz śledzi wędrówkę mięsa od talerza do ust ciotki. To dziwne, trochę niezręczne, chociaż z pewnością nie wynika ze złośliwości. Zapewne, jako doskonały i dobrze wychowany gospodarz, chce się tylko upewnić, że jedzenie smakuje jego gościom.
  ― Mmm. ― Bella przymyka oczy w wyrazie niekłamanej przyjemności. ― Przeszedłeś dziś samego siebie, Hannibalu.
  ― Co to za mięso? ― zapytuje Jack.
  ― Nerki pochodzące od wyjątkowo żwawej lochy. Z nutą szafranu i gałki muszkatołowej mają ciekawy aromat, w którym na wierzch przebija się najsłodsza nutę. Pomyślałem, że w towarzystwie trufli i leśnych kurek, stworzą harmonijną jedność.
  ― Nigdy jeszcze nie jadłem nerek. Prawdziwa poezja ― przyznaje Jack. ― Spróbuj, Will.
Wszyscy spoglądają na młodzieńca, który opuszcza w końcu wzrok na talerz i powoli wydziela nożem i widelcem odpowiedniej wielkości kęs.
Gdy zaś pod czujnym okiem gospodarza wsuwa go do ust, dociera do niego, że ciotka nie słodziła panu Lecterowi bez powodu. Mruga szybko, zupełnie zbity z tropu smakiem. Nigdy nie czuł czegoś podobnego. Nie potrafi wyjaśnić, co jest tego powodem. Większość mięs smakuje dla niego podobnie. Zna smak szafranu i gałki muszkatołowej. Wie, jak smakują grzyby. A jednak…
Przymyka oczy i po prostu czuje. Ten smak przywołuje mu na myśl pewne jesienne popołudnie, kiedy był mały, Paul jeszcze żył i wszyscy trzej razem z psem, szczęśliwi i beztroscy, kopali w parku w piłkę. Powietrze pachniało kasztanami, mchem i wilgotną ziemią, a na wietrze unosiły się nasiona klonów, które Will nakładał na nos, bo to było takie zabawne.
Otwiera oczy i rozgląda się dokoła – ktoś chyba coś mówił, ale on zatonął w tym popołudniu i zupełnie nic nie słyszał, zupełnie przepadł, gdy potrawa rozchodziła się po jego języku, paraliżując kolejne zmysły.
  ― Will? ― ciotka spogląda na twarz młodzieńca.
  ― Tak?
  ― Pan Lecter zadał ci pytanie.
Nie da mi o sobie zapomnieć, myśli nagle Will.
  ― Może pan powtórzyć? ― dopytuje grzecznie.
  ― Odpowiada ci sok?
  ― Bardzo. To pomarańcze z marketu? ― Uśmiecha się, widząc jaką reakcję wywołały te słowa. ― Nie smakują jak z marketu.
  ― Przyjechały wprost z Hiszpanii, z ogrodów mojego dobrego znajomego. Sadzi je i pielęgnuje od przeszło piętnastu lat. To dla niego sposób na ucieczkę z miasta, które po latach, jak miał wrażenie, narzucało mu niesatysfakcjonujący styl życia.
Ich spojrzenia znów spotykają się na bardzo długą chwilę.
  ― Muszę przyznać, że imponuje mi dbałość, z jaką wybierasz produkty spożywcze ― stwierdza Jack z uśmiechem. ― Smakują mi nawet surówki.
  ― Że też znajdujesz na to czas mimo wszystkich swoich obowiązków ― podchwytuje Phyllis. ― I na te wszystkie podróże.
Rozmowa schodzi na ten temat i Will z pewnym niedowierzaniem wysłuchuje historii o miejscach, które odwiedził ten człowiek. Aż trudno w to uwierzyć. I oczywiście, że jest podekscytowany. I oczywiście, że pan Lecter mu imponuje. Najbardziej tym, że pomimo tego, kim jest, nie traktuje z góry najwyraźniej nikogo. Will nie ma przecież do opowiedzenia równie fascynujących opowieści, mimo to ani przez chwilę nie udało mu się odczuć, aby uważany był za osobę mało istotną lub nudną.
Właściwie odnosi wprost przeciwne wrażenie.
Miłe wrażenie.


H.K.M. - 2018-07-29, 22:52

           Doprawdy, Hannibal jest w stanie naprawdę wiele zrozumieć, ale zabronienie chłopakowi dwóch kieliszków wydaje mu się ogromną przesadą. Will wydaje się być rozsądnym młodzieńcem, alkohol sączy bardzo powoli, udziela jasnych i interesujących odpowiedzi.
Jego rumieniec nie pociemniał ani o ton od momentu, w którym powrócili z kuchni (jej wydarzenia wciąż przemykają mu przez umysł, przypominając o wielu interesujących odkryciach, które przyniosło mu choćby zupełnie mimowolne zaciągnięcie się zapachem chłopaka) i...
  ― Bierze lekarstwa ― słyszy nagle i wszystko staje się jasne. Czuje się nawet odrobinę winny temu, że nie zapytał o to wcześniej, ale z drugiej strony; czy jeden kieliszek wina mógłby mu w jakikolwiek sposób zaszkodzić?
Skądże, wręcz przeciwnie - alkohol pobudził zapewne przyjemnie jego krążenie krwi i trawienie, wzbogacił smak potrawy... Profesor Lecter, dla przykładu, nie wyobrażał sobie choćby i dnia bez kieliszka tego trunku, przyzwyczajony do jego bogatego aromatu i smaku późnymi wieczorami, gdy zasiadał przed kominkiem, lub wyjątkowo deszczowymi popołudniami, gdy spędzał większość dnia przy biurku, nieco znużony ciągłym czytaniem i podpisywaniem dokumentów.
Dla prawdziwego smakosza, wino było czymś w rodzaju nektaru bogów - jeśli nie wykwintne potrawy, to tylko i wyłącznie ono mogło dostarczyć głodnemu kulinarnych wrażeń, prawdziwych atrakcji.
W końcu jednak chłopiec zaczyna wyraźnie odpływać i jest to rzecz, której po prostu nie da się nie zauważyć - na pytania odpowiada z opóźnieniem, zapatruje się w przestrzeń, przeżuwając starannie swój posiłek. Hannibal postanawia dać mu spokój i uraczyć swych gości opowieściami o dalekich podróżach, o najciekawszych wykładach, których doświadczył w ostatnim czasie. Jego twarz nie zwiastuje zbyt wielkich emocji, ale co jakiś czas rozkwita na niej typowy dla niego uśmieszek, gdy kolejne salwy szczerych komplementów sypią się w jego stronę, niczym oklaski.
Być może jest próżny (nigdy tego nie wykluczał), ale gdyby ktoś go o to zapytał, powiedziałby, że ma do tego całkowite prawo - uczył się w swoim życiu o wiele więcej, niż przeciętna jednostka, głodny świata i doznań, głodny wiedzy i doświadczeń.
W końcu przychodzi czas na ostatni element ich wspaniałej uczty - deseru. Na stole pojawiają się więc talerze z makaronikami i sernikiem z sosami owocowymi domowej roboty. Goście zachwycają się smakiem winogron, a on szczerze im w tym wtóruje - jest całe mnóstwo odmian tych niesamowitych owoców, ale tylko specjalnie wybrana mieszanka pozwala uzyskać taki, nie inny smak.
I w którymś momencie jego młodemu sąsiadowi przytrafia się dokładnie ta sama sytuacja, która przydarzyła się jemu - odrobina soku tryska spod napęczniałego miąższu i osiada na pełnych wargach, barwiąc je swą dojrzała, czerwonawą barwą. Hannibal obserwuje dokładnie wędrówkę różowego języka, który zgarnia krople do wnętrza ust, ale w jego spojrzeniu nie ma niczego niewłaściwego. A jednak w jaki odpowiadają zarumienione policzki Willa mówi mu jasno, że chłopiec musiał doszukać się w pociemniałych oczach czegoś nad wyraz wręcz interesującego.
Po deserze mają zaledwie chwilę na to, by podyskutować o sztuce, filmie, o literaturze - Hannibal poleca swemu przyszłemu uczniowi parę interesujących tytułów, wymienia się z nim uwagami na temat tego, co sądzą o pracy w policji i wszelkich wyższych departamentach.
Rozmowa ta zostaje przerwana przez Jack'a, który podnosi się od stołu, wymieniając krótkie (ale wciąż zauważone przez gospodarza) spojrzenia.
  ― To było naprawdę wyśmienite, Hannibalu, ale musimy już iść  ― odzywa się z pokorą, przeciągając się lekko.  ― Dziękujemy ci za ten wspaniały obiad.
  ― Wszystko to smakowało nadzwyczajnie  ― zgadza się Bella, kiwając głową. ― Wierzę, że uda nam się to jeszcze kiedyś powtórzyć.
  ― Oczywiście  ― Hannibal podąża za nimi do przedpokoju, gdzie nakłada na opalone ramiona swej sąsiadki jej elegancką marynarkę.  ― Muszę przyznać, że ja także wyśmienicie się bawiłem. Macie wspaniałego bratanka. Wróżę mu naprawdę dobrą przyszłość.
  ― Oby twoje wróżby się sprawdziły, Hannibalu  ― Jack parska niewymuszonym śmiechem.  ― Chłopak powinien iść w ślady swego wuja.
  ― Ty też tak uważasz?  ― Profesor Lecter obraca się wolno, wbijając spojrzenie wprost w błękitne tęczówki Willa. Uśmiecha się przy tym jednostronnie, zupełnie tak, jakby bawiła go możliwość zadania mu tego pytania, wprawienia swych sąsiadów w zakłopotanie.  ― Musisz być bardzo dumny z tego, jak wyśmienitego agenta masz w swojej rodzinie, prawda?


Koss Moss - 2018-07-29, 23:48

           Jack przewierca Willa spojrzeniem, a Will patrzy w nietypowe oczy doktora. Chyba nie potrafi określić jednoznacznie ich koloru. Na pierwszy rzut oka wydają się piwne, ale mają w sobie inne odcienie – miód, oliwki – trudno mu je nazwać. To ciekawe oczy. Oczy człowieka inteligentnego i enigmatycznego.
Znów to robi, znów stawia go w centrum uwagi i pyta go o zdanie, choć wuj tak bardzo się stara, by nie dać mu okazji do odzywania się zbyt wiele.
Uśmiecha się z ociąganiem.
  ― To bez wątpienia wuj Jack zakorzenił we mnie zainteresowanie kryminalistyką, kiedy byłem chłopcem.
Niemal natychmiast czuje na swoim ramieniu ciężką dłoń czarnoskórego mężczyzny.
  ― Przysyłałem mu dużo książek ― potwierdza pan Crawford. ― Liczyłem na to, że złapie bakcyla.
  ― Zawsze najbardziej ciekawił mnie aspekt psychologiczny. Co kieruje mordercą, co skłania go do określonych czynów. Jaką ma wizję ― kontynuuje Will, nie odrywając wzroku od oczu Lectera.
  ― Naprawdę ma do tego smykałkę, dlatego chciałem, by rozwinął się na najlepszej uczelni. ― Jack znów wpada bratankowi w słowo. ― Ale cóż. Dziękujemy ci za gościnę.
  ― Bardzo dziękujemy, było pysznie ― zapewnia Bella. ― Ale niczego innego się nie spodziewaliśmy.
  ― Do widzenia ― żegna się Will, obdarowuje gospodarza ostatnim półuśmiechem i wychodzi zaraz za Phyllis na zewnątrz, z ulgą witając chłodny powiew zwiastujący opady.

           W domu czeka go długa rozmowa z Jackiem. Wuj nie jest zadowolony. Uważa, że Will kokietował starszego od siebie mężczyznę, i że to wszystko wina Bernarda.
  ― Nigdy nie byłem zwolennikiem wychowywania dzieci w takich warunkach ― orzeka surowo, a Will zadziera buńczucznie głowę.
  ― Lepiej, żebym nigdy nie wyszedł z sierocińca?
  ― Lepiej, żebyś od najmłodszego nie przyglądał się wynaturzonym relacjom, ponieważ nie potrafisz normalnie traktować mężczyzn.
Will zaciska wargi, starając się za wszelką cenę niczego nie odpowiedzieć, nie dać się sprowokować.
  ― Jack. ― Do salonu zagląda Bella. ― Mieliśmy nie poruszać tego tematu.
  ― Jak mogę go nie poruszać, kiedy sama widziałaś, co robił.
  ― Nic nie widziałam, Jack. ― Ciotka staje za fotelem, na którym siedzi młodzieniec, i kładzie ciemne dłonie na ramionach chłopca. ― Był miły i Hannibal wydawał się go polubić.
  ― Wdzięczył się ― upiera się Crawford ― a takich rzeczy nie robi mężczyzna.
  ― Nie wdzięczyłem ― syczy Will. ― Jesteś przewrażliwiony.
  ― Przecież Hannibal mógłby być jego ojcem. To absurdalne, co sugerujesz ― wstawia się za nim ciotka i Jack mruży oczy, niezadowolony. ― Will taki już jest, do każdego się uśmiecha.
  ― Widziałem, co zrobiłeś ― zarzeka się Jack, celując grubym palcem w Willa. Tylko oni dwaj wiedzą, o którym momencie mówi. Kiedy soki winogrona ochlapały twarz Willa, młodzieniec popatrzył prosto na profesora i sposób, w jaki oblizał usta i palec, połączony z takim spojrzeniem, nie należał do najbardziej neutralnych. Ale to było machinalne, niewymuszone. Nie zrobiłby przecież czegoś takiego, na pewno nie przy wujostwu. ― Jeżeli zobaczę to jeszcze raz, Will, uznam, że terapia to konieczność.
  ― U jakiegoś przystojnego psychiatry? ― Will uśmiecha się krzywo i wstaje, chcąc odejść.
  ― Jeszcze nie skończyłem! ― rzuca Jack, również wstając, ale wtedy staje między nimi ciotka. Mówi do mężczyzny kilka cichych słów, i po chwili agent Crawford odrobinę spuszcza z tonu. ― Idź na górę ― wydaje polecenie. ― I przemyśl swoje zachowanie.

           Późnym wieczorem, po wyjściu spod prysznica, okryty szlafrokiem Will wchodzi do swojej błękitnej sypialni, zapalając światło. Podchodzi do szafy i wyciąga z niej ubrania do snu. Składa je w dłoniach, podchodzi do dużego lustra i spogląda w nie – i wtedy dostrzega w nim odbicie okna za swymi plecami. A w nim…
Serce zaczyna mu wściekle łomotać. Zamiera, a potem odwraca się gwałtownie i podchodzi z rozszerzonymi oczami.
Ze swojej sypialni na górze ma widok na – i dociera to do niego dopiero dziś, w pierwszy wieczór, gdy widzi tam zapalone światło i jego – sypialnię profesora Lectera.
Profesor Lecter chyba również brał przed chwilą prysznic. Pojawia się w polu widzenia Willa ubrany w dwuczęściową piżamę w kolorze ciemnego bordo (materiał wydaje się miły), osuszając białym ręcznikiem włosy, i znika za ścianą. Will nie wie, co powstrzymuje go przed pośpiesznym zasunięciem zasłon. Powinien to zrobić od razu, ale stoi tam i wypatruje go. I widzi znów, jak pan Lecter, z ręcznikiem na barkach, wkracza w widoczną dla niego strefę pokoju. Serce Willa zamiera, gdy mężczyzna zbliża się z pochyloną głową do stojącego przy oknie biurka. Staje przed nim, zaczyna przekładać jakieś dokumenty. Will mruży powieki, z rozchylonymi ustami obserwując ruchy jego wprawnych dłoni, tych dłoni, które opatrywały go dziś z taką delikatnością i precyzją; tych dłoni, które gestykulowały z takim wyczuciem i przekonaniem, kiedy Lecter opowiadał o swoich…
Mężczyzna w oknie gwałtownie podrywa głowę i patrzy wprost na niego, a Will odskakuje w przestrachu i przywiera plecami do ściany, przyciskając dłonie do ust.
Widział go.
Widział, to nie ulega wątpliwości.
Chociaż może pomyśleć, że mu się przywidziało, ostatecznie to był tylko ułamek s…
I nagle obraz przed oczami wyostrza mu się, gdy spojrzenie Willa ogniskuje się na lustrze.
Na wielkim lustrze, w którym wyraźnie odbija się przecież…
Will jęczy z zażenowania, błyskawicznym gestem zaciąga zasłonę i przysięga sobie, że już nigdy nie wyjrzy przez to felerne okno.


H.K.M. - 2018-07-30, 00:56

           Sprzątanie po kolacji zajmuje mu nieco dłużej niż zwykle - przecierając szklankę po soku, spogląda na odcisk pełnej, dolnej wargi młodego Graham'a. Myślami przenosi się do chwili, w której różowy język zbiera drobne cząstki winogron, zgarniając je do gorącego wnętrza ust, gdzie rozsmarowuje je na podniebieniu, ocierając się o nie każdym centymetrem zmysłu smaku, kosztując zawzięcie...
Odstawia szklankę i uśmiecha się do siebie, sięgając po kolejne naczynie - już dawno nie mógł sobie przypisać uczucia silnej ciekawości i dopowiadania ciągów zdarzeń, ubarwiania ich swoimi domysłami - to niedzielne popołudnie dało mu o wiele więcej powodów do rozmyślań, niż śmiał podejrzewać.
Po skończonym sprzątaniu udaje się do salonu i oddaje się grze na klawesynie - komponuje skomplikowany utwór, przesączony pięknem tęsknoty i chęci doznania od życia czegoś więcej, czegoś, co nie koniecznie jest w stanie objąć swymi rozumami zwykli ludzie. D-moll wplątuje we wszystko właściwy smutek, a przeplatane wiersze okazują się uzupełniać swym zróżnicowaniem - nie mógł lepiej wyobrazić sobie tego właśnie fragmentu.
Późnym wieczorem raczy się ostatnim kieliszkiem wina i wreszcie udaje się na górę, do swej sypialni. Bierze długi, zimny prysznic, nakładając na ciało ziołowy żel i szampon - dokładnie masuje mięśnie ramion, masuje skórę głowy. Myje zęby i ubiera się w swoją ulubioną piżamę, mając zamiar dokończyć jedną z ulubionych książek już w łóżku.
Musi jedynie odnaleźć porzucony za dnia dokument z listą nazwisk osób, do których powinien zatelefonować niezwłocznie z samego rana - rok akademicki zbliża się wielkimi krokami i pozostało wiele do zrobienia w zaskakująco krótkim czasie. Nie przerażało go do jednak; jako rektor z pięcioletnim stażem dobrze wiedział, na co musiał się przygotować i - ku zaskoczeniu większości współpracowników - był gotów za każdym razem.
Ten schludny i zapracowany mężczyzna z całą pewnością stanowił sobą książkowy wręcz wzór perfekcjonisty - ze swoimi drogimi garniturami, ułożonymi włosami i niezbitą punktualnością, był jak ożywiony posąg, jak boski zesłaniec, mający dawać innym właściwy przykład.
W jakiś sposób bawi go to boskie porównanie - przebiera jeszcze w papierach, gdy rozprasza go jakieś poruszenie za oknem - unosi głowę i spogląda wprost w znikające za ścianą pobladłe oblicze.
Z jakiegoś powodu od razu wie, do kogo ono należy. Upewnia się zwłaszcza, gdy po chwili dostrzega interesujące odbicie w pokojowym lustrze. Uśmiecha się lekko do Willa Grahama, tak jakby chciał mu powiedzieć tym spojrzeniem "dobrej nocy" i zaciągają jednocześnie zasłony, udając się każdy w swoją stronę.

           Następny dzień przeznacza na zajmowanie się ogrodem - zaprasza do siebie znajomą, która świetnie zna się na wszelkich roślinach i zabezpieczają delikatne kwiaty przed nadchodzącymi ziąbami, ulewami i nieprzyjemnym wiatrem. Rozprawiają o organografii, o nieskomplikowanej budowie i wymaganiach wszystkiego "co jest zielone".
Hannibal wysłuchuje okrojonego wykładu o fitofenologii z niekłamanym zainteresowaniem, przerzucając pracowicie grudy ziemi - jego zwykle nienaganna koszula ma teraz podwinięte rękawy, spodnie o eleganckim kroju zdobi parę plam - nie przejmuje się tym jednak, wiedząc, że następnego dnia odda całą odzież do fachowej pralni i po zanieczyszczeniach nie będzie żadnego śladu.
Jest zajęty przygotowaniem lemoniady, gdy Alice wpada do kuchni z nieco figlarnym uśmiechem i wypiekami na policzkach.
  ― Kim jest ten mały cud?  ― pyta podekscytowana, siadając przy kuchennej wyspie. Podbródek ustawia na ubrudzonych dłoniach, a spojrzenie wbija prosto w jego oczy.
Hannibal marszczy brwi, zastanawiając się, kogo jego droga znajoma ma na myśli. Cóż, właściwie udaje tylko, że się zastanawia, ponieważ on także zauważył swego młodego sąsiada, przechodzącego wzdłuż ulicy z naręczami zakupów. Parska cicho, stawiając przed kobietą wysoką szklankę z orzeźwiającym napojem.
  ― To Will Graham  ― obwieszcza uroczyście, upijając łyk lemoniady  ― siostrzeniec Jacka. Wprowadził się całkiem niedawno. Wspaniały chłopak.
  ― Och, widziałam  ― botaniczka śmieje się nieskrępowanie, sprawiając wrażenie jeszcze młodszej i niepoważniejszej  ― jest absolutnie przepiękny. Czy wiesz może, ile ma lat?
  ― Zdaje mi się, że nie więcej niż osiemnaście  ― nie powstrzymuje w swym głosie delikatnego upomnienia.  ― Co tak zainteresowało cię w tym młodym człowieku? Jego przyjemna aparycja?
  ― Nie sądzę  ― zbywa go niedbale, podnosząc się ze stołka. Hannibal odprowadza ją ciemniejącym spojrzeniem, przecierając ślady po ziemi miękką szmatką.  ― Chodźmy, profesorze Lecter. Trzeba dokończyć przesadzanie piwonii!


Koss Moss - 2018-07-30, 01:51

           Pierwszy dzień na uczelni to dla Willa przede wszystkim formalności. Trzeba wziąć udział w ceremonii otwarcia, wygłosić ślubowanie i dowiedzieć się, w których znalazł się grupach oraz jakie zajęcia może wybrać.
Od niedzieli nie widział profesora Lectera (raz specjalnie zignorował jego obecność w ogrodzie, za wszelką cenę nie spoglądając w bok, po prostu nie spoglądając w bok), ale wie, że dziś będzie to nieuniknione.
Hannibal Lecter jako rektor będzie z pewnością wygłaszał powitalną przemowę, i Will zamierza na niej być.
Gdy wchodzi do audytorium, szybko okazuje się, że nie tylko on – sala jest przepełniona i zmuszony jest stanąć z tyłu, ściśnięty przez tłum i odrobinę z tego powodu markotny.
W swoim odczuciu nie wyróżnia się spośród innych studentów – tak jak i oni nosi ciemny garnitur i stonowany krawat, i czeka, aż rozpocznie się ten frapujący spektakl.
Cóż – prawda jest taka, że mało kogo obchodzi ceremonia otwarcia. Studenci pierwszych lat w większości ją zignorowali i przyjdą na godzinę dziesiątą, na ślubowanie. Jak na rozmiary całej uczelni ludzi jest tu bardzo mało, chociaż prawie wysypują się przez otwarte z powodu upału okna i zabytkowe drzwi.
I Will Graham też nie przyszedłby na ceremonię otwarcia roku akademickiego, gdyby nie to, że chciał… zobaczyć na własne oczy, że to nie żart, i naprawdę zjadł w niedzielę obiad z samym rektorem Harvardu.
I kiedy go widzi w oficjalnych szatach uczelni, wkraczającego na podest wraz z innymi osobistościami (Will musi co jakiś czas przemieszczać się delikatnie, by widzieć coś między ciałami wyższych od siebie) – a najbardziej wtedy, gdy słyszy ten charakterystyczny, ochrypły głos o twardym akcencie – zyskuje już całkowitą pewność.
Nawet gdyby chciał go nie słuchać i skupić się na czymś innym, nie da się.
Jego Magnificencja Hannibal Lecter, jak przedstawiono go przybyłym, jest człowiekiem obdarzonym taką charyzmą i urokiem osobistym, że nawet w swoim wieku… Ile może mieć lat, zastanawia się nagle Will, a ponieważ młodym ludziom często wydaje się, że inni są dużo starsi, myśli: pięćdziesiąt? A mimo to nie ma wątpliwości, że ktoś taki jak on mógłby uwieść – i szczerze, uwieść, a nie przekonać do tego pieniędzmi czy wpływami – osobę dużo młodszą od siebie.
Jest przystojny, jego kości policzkowe to jakiś cud, i chociaż Will pamięta jeszcze, że w pierwszej chwili wcale tak o nim nie pomyślał (to były sprzeczne uczucia, dużo sprzecznych uczuć), teraz nie może już myśleć inaczej.
I wie, że wuj nie zaatakował go bez powodu, że wydarzyło się na tym obiedzie coś dziwnego, i wieczorem też. Poczuł pociąg do mężczyzny tak dużo starszego od siebie, a teraz przychodzi na otwarcie wcale nie dlatego, żeby upewnić się co do jego tożsamości, jak usiłuje sobie wmówić, lecz po to, by móc bezkarnie przyglądać się jego nietypowej urodzie przez całą godzinę.
To fascynujący człowiek. Dziwny i zjawiskowy. Wydaje się tak niedostępny na tym podeście, gdy przemawia z pasją o uczelni, którą zarządza. A Will jadł z nim obiad i opowiadał mu o swoich planach.

           Wpisując małą jedynkę przy rubryce podpisanej Kryminalistyka, gdzie wśród przedmiotów widnieją między innymi niezwykle intrygujące zajęcia o nazwie „Psychokryminalistyka: ujęcie praktyczne, dr hab. Hannibal Lecter, prof. zw. Harvardu”, czuje się cokolwiek nieswojo. Podchodząc jako jeden z ostatnich, widzi, jak wiele osób już wyraziło chęć rozwijania się w tym kierunku.
  ― Zadecydują punkty ― oznajmiła studentom prawa kobieta odpowiadająca za podział na grupy. ― Proszę wybrać specjalizacje w kolejności od najbardziej do najmniej pożądanej, przy czym jedynka oznacza specjalizację, na którą najbardziej chcą państwo uczęszczać.
Czuje przypływ zwątpienia i dość słusznie, ponieważ gdy nazajutrz z samego rana przychodzi zapoznać się z oficjalną, wiszącą na głównym korytarzu gmachu katedry listą, okazuje się, że się nie dostał, że będzie musiał rozwijać się w kierunku prawa cywilnego.
I nagle jest zupełnie zniechęcony i rozczarowany. Wygryziony – zepchnięty z piedestału. Droga, która dotąd wydawała mu się już wieść dokładnie do celu, nagle zakręca i prowadzi go w zgoła przeciwnym kierunku. Szkoda.


H.K.M. - 2018-07-30, 03:03

             ― Tyle radosnych twarzy ― szczebiocze Susanne Ashworth, przesuwając bladą dłonią po świeżo dostarczonych dziennikach z listami uczniów. Wyciąga jeden z nich w stronę Hannibala, a ten podchwytuje go chętnie, błądząc spojrzeniem od góry, do dołu, zauważając parę satysfakcjonujących nazwisk. Obiecujący uczniowie zawsze trafiają na jego właśnie wykłady, ponieważ to o nich jest najgłośniej, to z nich czerpie się najwięcej wiedzy - wszyscy o tym wiedzą.
Zajęcia z psychokryminalistyki odbywają się jedynie dwa razy w tygodniu, ponieważ w inne dni profesor Lecter jest ogromnie zajętym, zapracowanym człowiekiem i nie może pozwolić sobie na przybywanie na uniwersytecie dłużej, niż jest to konieczne.
Mimo, że naprawdę lubi swoją pracę - lubi uczyć młodych ludzi, lubi widzieć w ich twarzach zainteresowanie. Zwłaszcza w momentach, gdy znając już podstawowe zasady funkcjonowania, odkrywają, że nawet tak skomplikowany mechanizm, jak ludzki umysł, da się rozbroić odpowiednimi środkami.
  ― Życzę wszystkim udanego pierwszego dnia pracy  ― uśmiecha się szczerze, ściskając dłonie koleżankom i kolegom. Przedziera się przez zaludnione korytarze, odpowiadając uprzejmie na każde powitanie, skinienie głową i uniesienie dłoni. Wydaje się być niezwykle elegancki, szarmancki, być może nawet filuterny. Tak dobrze się czuje, mogąc błyszczeć w towarzystwie. Za każdym razem odkrywa, że za tym tęsknił, gdy po tygodniach wraca do pracy.
Pcha dwuskrzydłowe drzwi i uśmiecha się dumnie, odnotowując niemalże przepełnioną salę. Wszyscy, jak jeden mąż pojawili się na jego wykładach, wbijając w niego wyczekujące spojrzenia. Spojrzenia głodne wiedzy, głodne stymulacji umysłowej, którą Hannibal w swej hojności zamierza ich szczodrze obdarować.
  ― Dzień dobry  ― wita się ze wszystkimi, układając na szerokim biurku stos dokumentów ― prawdziwą przyjemnością jest zobaczyć was tu, w tej sali. Widzę mnóstwo obiecujących osobistości, które chcą poświęcić swój czas i wolę na poznanie świata zbrodni. Zanim przejdę do właściwych wykładów, pozwolę sobie na drobny wstęp  ― przerywa, by powieść spojrzeniem po wszystkich twarzach, szukając w nich choćby i jednej, która może zdradzać zniecierpliwienie. Nie dostrzega jednak żadnej takiej, choć w oczy rzuca mu się dość naburmuszony młodzieniec o burzy złotych, modnie zaczesanych włosów. Od razu odnotowuje, że z tą jednostką będzie miał w przyszłości kłopoty - arogancja bije na kilometr ze wszystkiego, co definiuje tego młodego człowieka - jego postawy, skrzywienia ust, niedbale zawieszonego wzroku.
Cóż, Hannibal jest pewien, że podejmie wszelkie środki, by zainteresować tego studenta swymi wykładami. Choć, być może, nie będzie musiało do tego dochodzić.
  ― Co wiemy na temat "ciemnej liczby zabójstw"  ― pyta, lecz akcentuje to w taki sposób, by nikt nie ważył unieść się swej dłoni, śpiesząc z odpowiedzią.  ― W jaki sposób zabezpiecza się ślady zbrodni? Co tak naprawdę możemy w nich wyczytać, czy stanowią kluczową rolę przy skazaniu sprawcy przestępstwa? Jak perfekcyjnie zaplanowane inscenizacje na miejscach zabójstw kierują śledztwo na właściwe tory?  ― Rusza wolnym krokiem wzdłuż biurka, gasząc nagle światło. Przez chwilę wokół rozlegają się przerażone szepty i westchnienia, ale te urywają się, gdy ciemność rozprasza światło rozpalanego projektora.
  ― O tym wszystkim dowiecie się na tych wykładach. Teraz proszę państwa o ciszę i przeanalizowanie ze mną wspólnie pierwszej zbrodni  ― na ekranie pojawiają się trzy różne slajdy; trzy różne ujęcia martwej kobiety.
Hannibal uśmiecha się lekko, zanim obraca się do grupy przez ramię i podejmuje pierwsze prawdziwe pytanie wykładu.
  ― Kto może mi powiedzieć, co wydarzyło się w tym miejscu?

             ― Prawdziwy sukces, profesorze Lecter  ― czarnowłosa dziewczyna, która przedstawia mu się francuskim nazwiskiem, ściska jego dłoń, wykrzywiając wargi w kulturalnym uśmiechu  ― z radością przyjdę na pana następne wykłady.
  ― Miło mi to słyszeć  ― odpowiada szczerze, zbierając z biurka teczki i segregatory  ― wierzę w naszą udaną współpracę. Już teraz widzę, że część grupy nosi w sobie mnóstwo zapału, to dobry zwiastun.
  ― Nie w sposób nie palić się do... ― ale Hannibal przestaje słuchać, ponieważ dostrzega kroczącą ku niemu znajomą sylwetkę. Niewysoki wzrost, długie szczupłe nogi i błękitne oczy przybliżają się do niego z każdym rozpaczliwie pośpiesznym krokiem i staje się oczywistym, że ich właściciel śpieszy ze sprawą właśnie do niego.
To dość.. niespodziewane.
Dziewczyna o francuskim nazwisku musi wreszcie zauważyć to samo, co on, ponieważ żegna się z nim pośpiesznie i oddala w swoją stronę. Hannibal kiwa jej na pożegnanie głową i przystaje, czekając w ten sposób na lekko zdyszanego chłopca.
  ― Will ― odzywa się pierwszy, spoglądając na zegarek. Za chwilę powinien już wsiadać w samochód, nie może spóźnić się na spotkanie ― mogę ci w czymś pomóc?
Chłopiec uśmiecha się promiennie, sięgając z roztargnieniem do swoich ciemnych loków; w jakiś sposób ten uśmiech zdradza, że jego mały towarzysz jest zadowolony z obecności swego rektora i napawa go to niezaprzeczalną satysfakcją; lubi, gdy dostarcza ludziom radości samym swym widokiem.
  ― Dzień dobry, panie profesorze. Przepraszam, że zawracam panu głowę. Chciałbym wiedzieć... ― młodzieniec waha się nagle, jakby to, co miał powiedzieć wydało mu się nagle nieodpowiednie, nieprzemyślane. Błękitne oczy utkwione są w podłodze, drobne palce zaciskają się na materiale eleganckiej marynarki.  ― Nie dostałem się na kryminalistykę, ale bardzo, bardzo zależy mi na uczestnictwie w tych zajęciach. Czy miałby pan coś przeciwko, gdybym pojawił się czasem i tylko posłuchał...
I wtem lokowana głowa unosi się, a na zarumienionej twarzy rozkwita rozkoszny uśmiech. I nagle Hannibal zaczyna zastanawiać się, co do niewinnych intencji swego rozmówcy. Czy Will może mieć świadomość tego, jak przekonujący jest ten uśmiech? Jak pozytywne wzbudza sobą emocje, odczucia do tego niepozornego chłopca?
Może nie ma... przecież jest w nim tyle dziecięcej jeszcze słodyczy, tyle roztrzepania, słodkiego chaosu.
Może nie.
Przez długą chwilę profesor Lecter wpatruje się jedynie w oblicze świeżo upieczonego studenta, starając się znaleźć najwygodniejsze wyjście z tej sytuacji. Jeśli Will nie dostał się na jego zajęcia, oznacza to tylko tyle, że otrzymał za mało punktów, aby tego dokonać. To, z kolei, znaczy, że dostał się na kierunek, który zapewne niewiele go obchodzi - Hannibal już teraz może wyobrazić sobie rozczarowanie Jacka, gdy jego bratanek powraca do domu, by go o tym powiadomić.
Przychodzi czas, aby Hannibal zadał sobie jedno, ważne pytanie.
Co może zrobić dla pana Grahama jako rektor uczelni?
Na cienkich wargach wykwita chytry uśmieszek. Duża dłoń układa się delikatnie na szczupłych plecach, zachęcając młodzieńca do wspólnego spaceru.
  ― Mam dla ciebie pewną propozycję  ― mruczy obiecująco, ruszając wolno wzdłuż korytarza.   ― Zapraszam do swojego gabinetu.


Koss Moss - 2018-07-30, 04:49

           Will kiwa gorliwie głową i z łomoczącym sercem rusza korytarzem u boku profesora, zastanawiając się, jak bardzo wuj i pan Lecter muszą się przyjaźnić, skoro właśnie w tej chwili prowadzony jest do jego gabinetu na rozmowę. Ilu studentów dostępuje takiego zaszczytu? Ile osób jada u niego obiad; to oczywiste, że już teraz jest w oczach tego człowieka kimś wartym uwagi, czasem tylko zastanawia się, co dokładnie się do tego przyczynia. Ma przeczucie, że nie tylko osoba wuja.
Idąc, nawet nie spogląda na zegarek w telefonie, by sprawdzić, ile ma czasu do zajęć z logiki dla prawników; są rzeczy ważne i ważniejsze.
  ― Studiował pan tutaj? ― zagaja luźno, zapatrzony w dostojne oblicze mężczyzny do tego stopnia, że co jakiś czas ktoś w ostatniej chwili musi zejść mu z drogi. Profesor Lecter kręci głową.
  ― Swoje młode lata spędziłem we Florencji ― wyjaśnia.
  ― Ale nie pochodzi pan z Włoch, prawda?
  ― Prawda ― przyznaje Hannibal, a brzmi, jakby go chwalił za domyślność. ― Urodziłem się w Aukštaitiji na Litwie. Ale już od dziecka dużo podróżowałem.
Will jest trochę zbity z tropu. Wchodzą schodami na wyższe piętro, gdzie znajdują się gabinety profesorskie. Mijają rzędy drzwi z ciemnego dębu, by zatrzymać się przed tymi opatrzonymi złotą plakietką z tytułem naukowym i nazwiskiem profesora Lectera.
Hannibal otwiera je i wpuszcza Willa przodem. Chłopak wchodzi dość nieśmiało i od razu się rozgląda, odnajdując w wystroju tego pokoju znamiona doskonałego gustu. Nie ma wątpliwości, że Lecter urządził to miejsce osobiście, ale nie wskazałby konkretnej świadczącej o tym rzeczy – widzi po prostu znajomy styl, znajome podejście, bezdyskusyjnie dobry gust w zadziwiający sposób łączący przepych z umiarem. Od razu zapatruje się w obraz w zdobnej ramie, który przedstawia florencką panoramę. Musi tęsknić za tym miastem, myśli. Bardzo. Nad budynkami góruje gmach katedry Santa Maria del Fiore, a za nią zachodzi słońce. Barwy na obrazie są tak żywe i realistyczne, że Will niemal mruży oczy przed jego blaskiem.
Jest piękny, widać w pociągnięciach pędzlach niebywały kunszt, zmysł i precyzję. Widać uwielbienie artysty do panoramy Florencji, do jej niepowtarzalnej architektury, którą oddał w najdrobniejszych detalach.
Gdy otrząsa się z zamyślenia (a ma niespotykaną tendencję do odpływania w swych myślach, do zatracania się w świecie wyobraźni), orientuje się, że profesor Lecter stoi obok i również wpatruje się w skupieniu w obraz – gdy zaś ich spojrzenia się spotykają, wskazuje mu krzesło przed masywnym biurkiem.
  ― Proszę, usiądź.
Młodzieniec bez zawahania spełnia polecenie i nawet siada dość pewnie, nie na samym koniuszku krzesła, zakładając jedną nogę na drugą. Przypatruje się cierpliwie, jak mężczyzna włącza komputer – Will nie może widzieć ekranu, oczywiście – i klika przez chwilę z zupełnie kamiennym obliczem.
  ― Jeśli byłbyś tak uprzejmy i podał mi swoje pełne dane ― mruczy w końcu ochryple.
  ― Och. ― Will marszczy lekko brwi. No tak, sprawdzi go teraz. Sprawdzi i dowie się, że do wymarzonego progu zabrakło mu dość sporo. Ale podaje mu pełne dane i moment później Hannibal zapewne widzi na ekranie wszystko, łącznie z tym, że w rubryce „rodzice/opiekunowie prawni” figurują dwa męskie imiona.
Spogląda na młodzieńca z całkowitą powagą, a ten poprawia się na krześle, coraz bardziej zagubiony i skrępowany.
  ― Będę zmuszony zadać ci bardzo ważne pytanie, Will.
  ― Tak, profesorze?
  ― Która ze specjalizacji jest twoją wymarzoną?
Will zamiera na kilka sekund, a potem mruga szybko i uśmiecha się z zakłopotaniem, opuszczając wzrok na kolana.
  ― Kryminologia, oczywiście.
Profesor Lecter na krótką chwilę spogląda na ekran.
  ― Witamy na kryminologii ― orzeka i wraca spojrzeniem do chłopca, wykrzywiając wargi w charakterystycznym uśmiechu. Will nie odwzajemnia tego wyrazu. Wygląda, jakby ktoś właśnie uderzył go w twarz. Nie dowierza w to, co właśnie się stało; to brzmi jak brutalny żart.
  ― Naprawdę? ― mamrocze w końcu niemądrze. ― Ja, och. ― Wargi mu drżą, a potem łamie się i ukazuje szereg białych, równych zębów w niepowstrzymanym uśmiechu, który wyraża najczystsze szczęście, przywróconą nadzieję, nieopisaną wdzięczność i tysiąc innych emocji, dla których brakuje słów. ― Nawet pan sobie nie zdaje sprawy, jak bardzo… Och, profesorze Lecter. Jest pan dla mnie tak życzliwy. Gdyby tylko było coś, co mógłbym dla pana zrobić, żeby się odwdzięczyć. Cokolwiek. ― Splata ze sobą palce obu dłoni i unosi do ust. ― Naprawdę cokolwiek. ― Oczy migoczą mu w przypływie ekscytacji. ― Uratował pan całą moją przyszłość.
Lecter wygląda na zadowolonego w siebie – zdaje się, że wręcz pławi się w swoim zwycięstwie, a może nawet czuje jak bóg wspaniałomyślnie udzielający łask marnemu śmiertelnikowi, wzbudzając zachwyt i bezgraniczne uwielbienie. Łączy dłonie, przyjmując szczególnie elegancką pozę, nim odpowiada.
  ― Panie Graham. ― Jego ton jest niejednoznaczny. Na pozór oficjalny, ale ten błysk w oku i ślad rozbawienia i zainteresowania na niby pokerowej twarzy, wnoszą do jego wypowiedzi coś więcej. Zaczepkę, myśli Will, prowokuje mnie. ― Moim obowiązkiem jest otwieranie przed zdolnymi ludźmi odpowiednich drzwi, by mogli pielęgnować swój potencjał, przemienić go w coś lepszego, przydatnego społeczeństwu. Pan wydaje mi się jednym z takich właśnie ludzi; wyczuwam tu nie tylko ogromny potencjał, ale i zapał do nauki, a co więcej może być potrzebne? Proszę to potraktować jako dar od losu. Jako szansę.
  ― Nie zmarnuję jej ― zarzeka się Will. ― Obiecuję.

           Zaczyna więc studia na wymarzonej specjalizacji. Nikt o nic nie pyta, gdy po każdych zajęciach podchodzi, prosząc o dopisanie do listy swojego nazwiska. Dopisują i Will zanurza się w świecie fascynującym go od tak dawna. Wreszcie oprócz biernego przyjmowania wiedzy z książek, może skonfrontować swoje wrażenia z najwybitniejszymi specjalistami. I jest ciężko. Pierwszy rok ma bardzo dużo zajęć, w tym również nudnych, jak historia prawa, i wiele długich przerw między poszczególnymi blokami, ale wszystko to jest warte wiedzy, którą tu zdobędzie.
Jeżeli chodzi o innych studentów, od samego początku Will trzyma się na uboczu. Podchodzą do niego głównie urocze dziewczęta, zagadują o błahostki, pytają, czy nie chciałby pójść gdzieś po zajęciach. Mężczyźni patrzą zazdrośnie; jeden, o burzy jasnych, modnie zaczesanych włosów, jest nawet przykry.
Ale Will nie odnajduje w tych osobach nic ciekawego, nie potrafią do niego dotrzeć swoimi przechwałkami, zawoalowanymi zapytaniami o status finansowy i znane osoby w rodzinie. Nieprzyzwyczajony do tłumów, dużego zainteresowania i stylu życia w wielkim, tętniącym życiem mieście, po części z własnej woli odsuwa się na bok, opuszczając studenckie integracje, pierwsze imprezy w akademikach i spotkania klubów: nie przepada za takimi aktywnościami. Szybko otrzymuje łatkę ekscentryka. Nie pasuje tu, nie pasuje do tych ludzi, ale jeżeli sam Hannibal Lecter mówi mu o potencjale, może to oni są w złym miejscu, a nie on.

           Ponieważ nie przychodzi mu do głowy, w jaki inny sposób mógłby odwdzięczyć się profesorowi za niebywałą przysługę (a czuje się w obowiązku to zrobić), postanawia przygotować coś dla niego własnoręcznie. Nie może nic mu kupić – nie ma własnych pieniędzy, jakąż zresztą wartość miałby tego typu prezent dla człowieka, którego stać na to, żeby podawać gościom takie wino, jakie podał ostatnio (zasłyszał, jak ciotka i wuj rozprawiali o jego cenie).
Przez kilka dni, ilekroć czuje przypływ swojego „zamyślenia”, maluje więc na płótnie obraz, a gdy go kończy, utrwala i pokazuje ciotce Belli.
Kobieta wygląda na zaskoczoną, ale nie może odmówić Willowi wybujałej wyobraźni.
  ― Myślisz, że spodoba się panu Lecterowi?
  ― Myślę, że może go zaskoczyć ― opowiada ciotka. ― Sama nie wiem, co przedstawia.
  ― To jeleń, nie widzisz? ― Will uśmiecha się z rozbawieniem. ― Widziałem w jego jadalni figurkę przedstawiającą jelenia. Musi je lubić.
  ― Jeleń? ― Ciotka mruży oczy, jakby nie dowidziała.
  ― Jeleń. Tutaj ma rogi. ― Will wiedzie pędzlem po zawiłych kształtach. ― Idę mu go zanieść, nie mogę się doczekać, jak zareaguje.
  ― Cóż… ― mruczy pani Crawford, w zamyśleniu wpatrując się w płótno, dopóki to nie znika pod białą tkaniną. Niewątpliwie młodzieniec ma zmysł, ale kobieta zaczyna obawiać się, że jego prace świadczyć mogą o tym, iż należy poprosić psychiatrę o silniejszą dawkę leków. Nie wie jeszcze, czy porozmawia o tym z Jackiem, czy zachowa dla siebie; Willy po prostu zachowuje się czasami bardzo… dziwnie, jakby postrzegał świat kompletnie inaczej niż wszyscy wokół. Bernard zapewniał ich, że od lat nie wystąpiły żadne problemy, ale może przeoczył pewne rzeczy? Mężczyźni są tak mało spostrzegawczy, co widzi doskonale po swoim mężu. Dlatego każde dziecko potrzebuje obojga rodziców. Nie może poprawnie funkcjonować bez matki.


H.K.M. - 2018-07-30, 16:11

           Mija parę dni, które pozwalają studentom załapać rytm w natłoku zajęć i pracy - Hannibal jest pewien, że tę parę dni absolutnie im na to nie starczy, ale zdaje sobie też sprawę, że żaden z wykładowców nie zamierza czynić nowicjuszom żadnej ulgi - rok akademicki rozpoczął się niemalże tydzień temu i już ich w tym głowa, by jakoś sobie z tym poradzić.
Prestiżowe uczelnie nie robią wyjątków, nie litują się nad pojedynczymi jednostkami.
Chyba, że te mają parę dużych, błękitnych oczu i rzucają anielskimi uśmieszkami, jak asami z rękawa.
Dochodzi szósta, gdy duże dłonie biorą się za uprzątnięcie stołu z kolacji - przekładają sprawnie talerze i miseczki, przekładając je starannie do głębokiego zlewu. Reszta, po delikatnym przetarciu, ląduje w zmywarce. Za chwilę uda się na górę, weźmie prysznic i (być może) dokończy jeden ze swych szkiców, rozstrzygając pod względem anatomicznym, czy powinien na pewno...
Z rozmyślań wyrywa go odgłos domofonu - podrywa się od wycieranego kieliszka i ociera dłonie w miękką szmatkę, kierując krok do drzwi. Spogląda w obraz, rejestrowany przez kamerę domofonu i zamiera, uśmiechając się lekko.
Will Graham. O tej porze.
No, proszę.
Uchyla drzwi ze swą zwyczajową miną, wyrażającą uprzejme zainteresowanie. Ciemne spojrzenie zatrzymuje się na chwilę przez prostokątnym kształcie, dzierżonym z dumą przez jego młodego sąsiada. Na anielskim obliczu tkwi kilka czarnych i czerwonych plam - jedna z nich zdobi dolną wargę, przyciąga spojrzenie, wabi go w swoją pułapkę.
  ― Will  ― wita się z nim krótko, wpuszczając chłopca do środka.  ― Cóż za niespodzianka. Wejdź, proszę. Co cię do mnie sprowadza?
Młodzieniec zatrzymuje się na krótką chwilę, trzymając swoje małe dzieło pod pachą.
  ― To dlatego, że malowałem  ― tłumaczy cicho  ― dla pana. Pomyślałem, że odwdzięczę się w ten sposób.
Hannibal przysuwa się pośpiesznie, wyręczając swego gościa w dźwiganiu obrazu - odstawia go ostrożnie na jeden ze stołów, zdejmując ostrożnie biały pokrowiec.
Jego oczom ukazuje się... czysty chaos - mieszanka uniesienia, szaleństwa, namiętności i... potencjału. Okazji. Szansy.
  ― To niesamowity obraz, Will  ― odzywa się cicho, z gardłem ściśniętym przez poruszenie. Bada starannie kształty, przesuwając pociemniałym spojrzeniem po rozłożystych rogach i masywnym torsie jelenia. Ileż gracji jest w tym niesamowitym stworzeniu, ileż mocy. A jednocześnie wydaje mu się w pewien sposób upadłe, zupełnie jakby...  ― Dziękuję.
Zostaje potraktowany kolejnym anielskim uśmiechem, błękitne spojrzenie zatapia się na moment w jego oczach, może to doskonale wyczuć.
  ― Cieszę się. Czy wie pan, co przedstawia?
Tym razem to Hannibal uśmiecha się szerzej, dodając sobie w ten sposób uroku - spogląda na swojego rozmówcę w taki sposób, jakby w rzeczywistości znał wszystkie tajemnice świata.
Odsuwa się odrobinę od oglądanego dzieła, przekrzywiając głowę, obserwując jelenia z różnych perspektyw.
  ― Wydaje mi się, że trudno się nie domyślić, choć twój styl jest absolutnie niespotykany. To tak, jakbyś namalował to zwierzę własnymi emocjami. Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem. Jeszcze w tym tygodniu oprawię twój obraz i powieszę go w swoim gabinecie. Ta czerwień będzie idealnie komponowała się z resztą  ― mruczy, nie kryjąc w swym głosie satysfakcji.
Taki prezent. Kto by pomyślał - trzeba przyznać, że pomimo skromnych środków, młody Graham ma gest, naprawdę go ma.
  ― Co powiesz na filiżankę herbaty i ciasto?  ― Oferuje, przypominając sobie nagle o dość istotnym problemie.  ― Twój wuj nie będzie miał niczego przeciw?
Błękitne spojrzenie przesuwa się wolno po jego dłoniach i twarzy (czyżby zatrzymało się na dłużej na kościach policzkowych?) by na młodą twarz wstąpił przebiegły uśmieszek.
  ― Skąd. Nie dowie się  ― Hannibal prawie się śmieje, gdy zostaje mu puszczone oczko. W jakiś sposób odnosi nieodparte wrażenie, że jego drogi gość zachowuje się jeszcze bardziej kokieteryjnie, swobodnie... Czuje na sobie jego spojrzenie, prześlizgujące się nieustannie przez garnitur, oczy i usta.
A może tak tylko mu się wydaje? Może to chaos wprowadza go w błąd?
Udają się do kuchni, gdzie poleca młodzieńcowi usiąść na jednym z wysokich stołków, podczas gdy on sam zajmuje się przygotowaniem herbaty. Proste ciasto znajduje się, na szczęście, w piecu - piekł je jeszcze tego samego ranka, racząc się kawałkiem przy śniadaniu.
Na wyspę kuchenną ląduje zestaw herbaciany, pokrojone owoce i parę innych łakoci, które Hannibal uznał za przyjemny dodatek do ich małego posiedzenia.
Co zabawne, sięgają po jedną z truskawek w tym samym momencie - ich palce stykają się lekko, ale profesor Lecter nie wycofuje ich od razu. Tak, jak się tego spodziewał, otrzymuje w zamian przepiękną nagrodę w postaci rozkosznego uśmiechu i to dłoń należąca do Willa wycofuje się pośpiesznie, wplątując szczupłe palce w burzę loków. Jeden z nich oplątuje się wokół skręconego pasma, upodabniając ich właściciela do książkowego wręcz symbolu kokietki.
  ― Proszę ― chłopiec odstępuje mu soczystej truskawki, zajmując uwagą jedno z ciasteczek.
W ten sposób zamykają się w pułapce przyłapywanych spojrzeń, rzucanych na wargi, dłonie i języki - gawędzą sobie o szkole, o sztuce i o impresjonizmie; niknącej w tych czasach sztuce, która duszona jest przez paradoksalnie żałosny pop-art. Wymieniają się ciekawymi historiami o swoich ulubionych malarzach, dzielą się uwagami na temat ulubionych technik rysunku i ołówkiem i typowego malowania pędzlem. Później temat schodzi na malowanie palcami, a gdy w dyskusję włączają się także inne części ciała, Hannibal uświadamia sobie, jak wiele mógłby wydusić ze swego rozmówcy, jak wiele ciekawych tematów poruszyć przy nim bez cienia skrępowania.
  ― To niesamowite  ― odzywa się cicho po dłuższej chwili milczenia, spoglądając przez okno na całkiem już ciemne niebo ― jak wiele sposobów odnajduje w sobie człowiek, by móc się jakoś wyrazić. Gdyby nie sztuka, ten świat byłby tylko pustą skorupą.
Will kiwa gorliwie głową, podpierając swą przepiękną twarz na zgiętej dłoni. I choć Hannibal kontynuowałby najchętniej tę rozmowę przez choćby i całą noc, dobrze wie, że już za chwilę mogą na siebie ściągnąć gniew Belli, a to nigdy nie wiązało się z niczym dobrym.
Sprząta z blatów i oferuje chłopcu odprowadzenie go pod drzwi.
Młodzieniec przystaje na moment w przedpokoju, śmiejąc się miękko. Jego policzki czerwienią się wciąż żywo po ich żywej rozmowie.
A może niekoniecznie dlatego.
  ― Boi się pan, że zabłądzę? Albo ktoś mnie porwie?
Hannibal parska cichutko, rozchylając wargi w zaczepnym uśmiechu. Rozmyśla o spokojnej okolicy, w której od lat nie doszło do choćby i włamania na teren ogródka i kręci wolno głową.
  ― Nie  ― odpowiada, ściszając głos do poufnego pomruku, zupełnie jakby dzielił się ze swoim gościem pilnie strzeżoną tajemnicą  ― chcę tylko mieć pewność, że nie odwiedzisz już po drodze żadnego innego sąsiada.


Koss Moss - 2018-07-30, 17:45

           Chwilę później, choć Will rozsuwa delikatnie zasłony i spogląda w okno drugiego domu, widzi tylko ciemny materiał strzegący widoku sypialni mężczyzny.
Z nutą rozczarowania puszcza skrawek tkaniny i przysiada na łóżku, przesuwając palcami po miękkiej pościeli.
Hannibal Lecter nie wychodzi mu z głowy, nie może z niej wyjść. Wyraz rozbawienia i zaciekawienia (jakby profesor oglądał wyjątkowo ciekawy spektakl), który maluje się na dojrzałej twarzy, ilekroć mężczyzna spogląda na niego, wyrył się w jego głowie, nie chce jej opuścić.
Co za człowiek. Zapewne nie ma problemu z zainteresowaniem kogokolwiek, a jednak Will czuje, po prostu wie, że to zainteresowanie nie jest jednostronne.
Gdy profesor Lecter spojrzał na jego obraz, gdy w jego ochrypłym głosie słychać było to uznanie; gdy sam oświadczył, że powiesi go w swoim gabinecie, Will poczuł najprawdziwszą dumę. Zaciekawić kogoś takiego…
Sny, których uświadcza, to mieszaniny obrazów, zapachów i dźwięków. Widzi ciemną plamę powoli rozrastającą się na posadzce; widzi krew tryskającą na ściany i czuje fetor zgnilizny. Spogląda na jedzenie, które musi stać w jadalni Lectera od wielu miesięcy. Po mięsie łażą robale, wijąc się i skręcając. Will przygląda się spleśniałej herbacie, wystającym, oślizgłym kościom, pomarszczonym owocom, zasuszonym kwiatom.
  ― Bon appetit ― słyszy i spogląda w bok, w czerwone oczy profesora Lectera, który siedzi tuż obok i patrzy na niego z powagą i wyczekiwaniem. Potem mężczyzna odwraca głowę i wbija spojrzenie w swój talerz z poczerniałą potrawą, i pleśnią, i robactwem, i kwiatami.
Will mruga i też spogląda przed siebie. I widzi obraz przedstawiający Florencję, lecz odpryskuje z niego farba, kolejne jej warstwy odchodzą płatami, ukazując coś pod spodem.
  ― Powiedz mi, co widzisz.
  ― Nie wziąłem tabletek ― szepcze Will i spogląda na twarz stojącego obok profesora. Mężczyzna pochłania go swoim spojrzeniem, jest duży, jest wielki, a z jego skroni wyrastają się czarne macki, nie, to kości, rozrastające się kości układające się w kształt jelenich rogów.
I pod Florencją jest jeleń, pod Florencją zraniony jeleń wykrwawia się i to jego krew jest na podłodze, jego krew bryzga na ściany.
  ― Nie wziąłem tabletek, proszę pana ― tłumaczy uparcie. ― Będę się dziwnie zachowywał.
  ― Ta czerwień będzie idealnie komponowała się z resztą ― chrypi pan profesor i Will patrzy na niego bez zrozumienia, patrzy, a rogi rozrastają się do absurdalnych rozmiarów i kiedy staje się jasne, że zaczynają tworzyć wokół nich czarną klatkę, jest już za późno, by uciec.
  ― Jaka czerwień…
  ― Twoja, Will.
Hannibal Lecter spogląda w dół z zaciekawieniem i rozbawieniem. Will też tam spogląda i widzi wyciągniętą rękę mężczyzny, a w niej zakrzywiony nóż, który zatopiony jest po samą rękojeść w nim, w jego ciele.
I to nie krew jelenia, nie krew jelenia, tylko jego krew, tak naprawdę. Jego krew.
  ― Co pan zrobił ― wydusza. ― To mnie boli.
  ― A to niespodzianka.
Ostrze przesuwa się powoli, rozpruwając mu brzuch. Will potrząsa głową.
  ― Proszę przestać. Muszę wziąć tabletki.
Czuje dłoń wplatającą się we włosy i Lecter zmusza go do spojrzenia w górę, na swoją twarz. Jest blisko, jego usta są rozchylone, oddech ochrypły, ciężki, a twarz zakrwawiona.
Will wbija paznokcie w mokre ramiona mężczyzny, owijając się wokół jego ciała spoconymi udami. Dyszy ciężko, obaj dyszą.
Nie wziął… tabletek.
Budzi się zlany potem i podrywa gwałtownie, łapiąc za głowę. Pościel jest wilgotna, w uszach szumi krew. Zwiera uda, boleśnie ściskając nimi erekcję, po czym na oślep otwiera szufladę szafki nocnej, by wyciągnąć z niej słoiczek z białymi tabletkami. Wysypuje ich za dużo, bierze jedną, połyka i obficie popija wodą, a następnie opada na pościel i zaciska powieki, aż obraz robi się biały.
Rano nic z tego nie pamięta.

           Gdy po powrocie z uczelni leży w trawie przed domem i podziwia chmury, nagle słyszy kobiecy, pogodny głos.
  ― Dzień dobry!
Zadziera głowę i widzi odwróconą sylwetkę młodej dziewczyny. Ma miłą twarz, brązowe włosy i dołeczki w policzkach. Uśmiecha się do niego serdecznie.
  ― Dzień dobry ― odpowiada Will i podnosi się do siadu. ― Mogę jakoś pomóc?
Alice śmieje się cicho.
  ― Tylko przechodziłam i pomyślałam, że zapoznam się z tym Willem, o którym tyle słyszałam. Mieszkam ulicę dalej.
  ― Słyszała o mnie pani? ― dziwi się młodzieniec, podchodząc powoli do płotu.
  ― Alice ― poprawia go. ― Przyjaźnię się z Hannibalem.
  ― Co o mnie mówił?
  ― Mówił w samych superlatywach! ― Alice nie przestaje się uśmiechać i w końcu Will nieśmiało odwzajemnia ten wyraz. ― Może porozmawiamy o tym przy kawie?


H.K.M. - 2018-07-31, 02:35

           Droga marynarka zaczepia się o skraj eleganckiej aktówki, porywając za sobą stertę papierów - Hannibal próbuje je podchwycić, ale kartki rozsypują się we wszystkie strony, wirując w powietrzu.
Will Graham spogląda na niego z miną wyrażającą czyste zakłopotanie, przyciskając teczkę do płaskiej piersi, zupełnie tak, jakby miało to w jakiś sposób cofnąć ten krępujący moment, sprawić by nigdy nie miał miejsca.
  ― Dzień dobry  ― wita się z nim rześko, pochylając się, by pomóc zatroskanemu młodzieńcowi uprzątnąć malowniczy bałagan.
  ― Przepraszam ― Will pada na kolana, pakując wszystko pośpiesznie do aktówki  ― bardzo pana przepraszam ― powtarza, rozgorączkowany.  ― Tak mi głupio, profesorze, zupełnie nie patrzyłem po nogi...
  ― Nic nie szkodzi. Twoje myśli zajęte były pewnie nauką  ― podpuszcza go żartobliwie, starając się rozluźnić atmosferę. Nie jest zaskoczony, kiedy na bladej twarzy gości wreszcie anielski uśmieszek, a błękitne oczy rozbłyskują żywą iskrą.
  ― Tak, właściwie to tak  ― kolejne kartki lądują w szczupłe dłonie, zbierając się znów sprawnie w zorganizowany stos. Hannibal stara się, by od razu segregować je numerami, kiedy...
Kolejna ze stron przedstawia sobą coś, czego nie spodziewał się ujrzeć - szkic wysokiego mężczyzny, trzymającego za rogi ogromnego jelenia. Mężczyzna ten jest mu też w pewien sposób znajomy - dobrze zbudowany i całkiem nagi, a kości policzkowe, one wyglądają, jak...
  ― Och, to na zajęcia  ― biel śmiga mu przed oczami, gdy karta zostaje wyrwana z palców. Młody Graham pakuje ją pośpiesznie do reszty dokumentów, czerwieniąc się na kolor dojrzałego pomidora. Za oknem rozlegają się odległe dzwony pobliskiego kościoła.
  ― Dwunasta. To moje zajęcia, profesorze. D-do zobaczenia.
Może tylko obejrzeć się za drobną sylwetką, znikającą za rogiem szybciej, niż samo światło. Przystaje w miejscu i marszczy brwi, kalkulując starannie tę krótką chwilę.
Czy on zrobił to specjalnie, zastanawia się, ruszając wreszcie w kierunku gabinetu, czy to było zaplanowane?

             ― Dlaczego morderca nie jest mężczyzną? ― pyta niewysokiej blondynki, wpatrującej się w niego z przejęciem, świadczącym o dokonaniu niezwykłego odkrycia.
Opiera się o biurko, zerkając ukradkiem na zegarek - powinien kończyć w każdej chwili.
  ― Ofiary nie noszą na sobie śladów przemocy seksualnej?
Parę osób parska śmiechem, ale Hannibal powstrzymuje to łagodnym uniesieniem dłoni.
  ― Świetna uwaga, panie Davis, ale to jeszcze o nim nie świadczy.
  ― Długi włos, jako zabezpieczony materiał dowodowy?
  ― Panie Collins  ― tym razem uśmiecha się lekko, dając wyraz swemu pobłażaniu  ― dwa miejsca dalej siedzi obok pana pański kolega, Davis.
Collins wychyla się, by pokiwać w końcu głową, nieco zakłopotany własnym wyznaniem. Davis przesuwa dłonią po długich lokach, szczerząc głupio zęby.
  ― Pani Ellson?  ― zwraca się bezpośrednio do blondynki, ignorując błękitne spojrzenie, które (Hannibal jest tego pewien) zna odpowiedź na każde jedno pytanie, które zadał dziś swoim studentom.
Drobna dziewczyna wierci się przez chwilę w miejscu, by chrząknąć parę razy i wreszcie wydukać z siebie;
  ― To, co dzieje się z ofiarami, jest dla podejrzanej sposobem na przeżycie traumy, związanej z rozwodem, lub przykrym rozstaniem. Podejrzana poddaje ich stresującym sytuacjom, zmuszając do oglądania krzywdy partnerów, insynuując w ten sposób ból, którego doświadczyła, dowiadując się o zdradzie swojego partnera. Dlatego właśnie wybiera tylko mężczyzn i kobiety, którzy... zdradzali  ― kończy niezręcznie, ale zaraz rozjaśnia się wyraźnie, otrzymując w dowodzie uznania jego przepełnione dumą spojrzenie.
  ― Dokładnie tak, panno Ellson  ― chwali ją ochoczo, włączając główne światła. Zebrani mrugają ospale, uprzątając miejsca z książek i notatników - uczniowie zbierają się powoli z sali, żegnając go, jak zwykle, miłymi słowami.
  ― Panie Graham  ― Will obraca się przez ramię tuż przed drzwiami, uśmiechając się przepięknie. Podchodzi pośpiesznie z wciąż otwartym zeszytem; strony zdobią skomplikowane schematy, pełne liczb i strzałek, możliwe do odczytania zapewne tylko dla ich autora  ― proszę na słówko.
Czekają, aż ostatni ze studentów opuści pomieszczenie, popatrując na siebie z nieskrywaną sympatią; zegar wskazuje za dwadzieścia szóstą, za oknem panuje prawdziwa ulewa - w powietrzu czuć nie tylko koniec lata, ale i nadchodzące ochłodzenie i nocne przymrozki.
  ― Tak, panie profesorze, jak mogę panu pomóc?
Nie od razu mówi, co ma na myśli. Przez chwilę rozmawiają o zupełnie niewiążących się z tematem sprawach dotyczących wykładu, pracy w FBI, przepisach na najlepsze dżemy. Wreszcie Hannibal przysuwa się odrobinę, odnotowując z satysfakcją, że prowadzi to do częściowego rozproszenia jego rozmówcy - duże oczy błądzą niespokojnie po jego szyi, dłoniach, idealnie zawiązanym krawacie, po wargach.
  ― Poznałeś ostatnio Alice, prawda?
Przez chwilę nie dzieje się nic; nic, poza intensywniejszymi spojrzeniami i nagłym krokiem, równie niepozornym, nie zmieniającym, zdawałoby się, niczego.
Nozdrza zostają zaatakowane przez nieprzyjemny zapach źle dobranej wody kolońskiej. Przy głębszym wdechu można jednak wyczuć inną woń, mniej natrętną, coś kwiatowego i delikatnego... orchidee. Migdały. Mleko, farby, terpentyna, tusz, młoda skóra, ciemne loki...
Apetyczny.
  ― Taaak? ― pada ni to potwierdzenie, ni zaprzeczenie. Powstrzymuje się od zmarszczenia brwi, wykrzywiając wargi w oszczędnym uśmiechu.
  ― Widziałem was razem, rozmawiających w ogrodzie. To przemiła dziewczyna, prawda? Odwiedza mnie od czasu do czasu, by pomóc ze specyficznymi roślinami. Świetnie się zna na egzotycznych kwiatach.
Will zagryza dolną wargę, a czyni w to sposób zjawiskowy, zupełnie jakby przez choćby i chwilę swego życia nie przestawał tworzyć sztuki - błękitne spojrzenie przesuwa się z ciemnych oczu trochę niżej, na jedną z kości policzkowych, szczupłe ramiona unoszą się przy głębszym wdechu.
  ― Jest bardzo miła. W dodatku prześliczna  ― różowe usta wyginają się w krótkim uśmiechu ― świetnie się dogadujemy.
  ― To bardzo mnie cieszy  ― zauważa Hannibal, oddając uśmiech w niemalże identycznej formie.  ― Twój wuj na pewno będzie zadowolony.
Will kiwa powoli głową.
  ― Myślę, że ją polubi  ― przyznaje. ― Martwił się o moje relacje z dziewczętami.
  ― Nie miał o co  ― Hannibal podnosi swój neseser i zerka na tarczę zegarka  ― za oknem szaleje wyjątkowo nieprzyjemna ulewa. Może zechciałbyś mi dzisiaj towarzyszyć w drodze do domu? Twoje dokumenty nie powinny się zamoczyć.


Koss Moss - 2018-07-31, 03:46

           Wracają więc razem jego samochodem. Will jest pod wrażeniem – to luksusowe auto, spektakularny czarny Bentley o siedzeniach obitych pachnącą skórą w stonowanym odcieniu palonej sjeny. Pasuje do tego człowieka, ze srebrnymi listwami odgradzającymi szyby od karoserii, a jak przyjemnie brzmi jego silnik – to niskie buczenie, które przypomina bardziej mruczenie zwierzęcia aniżeli mechaniczne dźwięki.
Wsiadają do środka (pan Lecter przytrzymuje mu nawet drzwi, wcale nie przejmując się, że może rektor nie powinien tak ostentacyjnie podwozić studenta) i dokumenty Willa pozostają suche, podobnie jak on sam. Rozmawia im się zaskakująco dobrze i lekko. Młodzieniec tak często czuje rozbawienie i zaciekawienie w towarzystwie pana Lectera. Niemal zapomina, kim on jest i ile ma lat. Czy to znów takie ważne; w przyjaźni, bowiem chyba właśnie to uczucie zaczyna się między nimi rodzić, wiek i status nie mają przecież większego znaczenia.
Nie dla Willa.
  ― Nie chciałem przerywać wykładu absurdalnymi pytaniami ― oznajmia, patrząc przez ociekające kroplami okno na grupkę studentów, którzy też patrzą na niego bardzo, bardzo uważnie (czy to zawiść?). ― Ale zaciekawiła mnie jedna rzecz w ostatnim slajdzie, który pan przedstawił.
Hannibal spogląda na chłopca z uśmieszkiem wyrażającym uprzejme zainteresowanie. Zachęca go, by wyraził swoje odczucia.
  ― Tak? Co konkretnie?
  ― Wszystko niby się zgadza. Morderca zabił żonę i chciał zabić córkę, ale udało się ją odratować, tak? Tylko że… ― Will mruży oczy. ― Nie wiem, czy się teraz nie ośmieszę, profesorze. Po prostu… Mam wrażenie, że tym impulsem, który spowodował, że zaatakował swoich bliskich, nie była żadna kłótnia. Mimo że znaleziono te papiery rozwodowe, po prostu… Nie wiem.
Hannibal wyjeżdża sprawnie z parkingu i przejeżdża przez uniwersytecką bramę z miną, której Will nie potrafi jednoznacznie określić. Może to być zarówno rozbawienie niedorzecznością tych przypuszczeń, jak i…
  ― Co zatem nim było, Will? Co kierowało mordercą?
  ― Pośpiech? ― rzuca niepewnie i krzywi się przepraszająco, jakby szykował się na wyśmianie.
  ― Niekoniecznie ― sugeruje pan Lecter. ― Co, jeśli to, co poczuł morderca, było dalekie od pośpiechu? Jeśli targnęło nim coś pierwotnego, chaotycznego, coś… zwierzęcego?
Will zagryza wargę i na dłuższą chwilę spogląda za okno, analizując fotografię. Odrywa się od świata, wracając myślami do sceny, przywołując przed oczami widok kuchni Hobbsów, wczuwając w rolę człowieka, który zdecydował się poderżnąć gardło osobie, którą musiał przecież kochać.
  ― Co, jeśli targnęło nim to przez presję czasu? ― zapytuje, przechodząc przez kuchnię z nożem do krojenia mięsa; na desce spoczywa wołowina.
  ― Co każe ci tak myśleć, Will?
Will otwiera oczy i mruga szybko, wracając błękitnym spojrzeniem do Lectera.
  ― Robił obiad, tak? Na desce było mięso, zabił żonę nożem do krojenia mięsa. Ale chciał zrobić obiad, to miał być zwykły, rodzinny obiad, tak to wyglądało. Może dowiedział się, że policja już po niego jedzie? Mogło tak być? ― zagarnia włosy za ucho. ― Miał pod ręką telefon?
  ― Według raportu owszem, miał przy sobie telefon. Uważasz, że ktoś do niego zadzwonił? ― Pan Lecter wydaje się coraz bardziej zainteresowany hipotezą Willa; w powietrzu między nimi panuje lekkie napięcie.
  ― Nie ― mówi Will i znów odwraca głowę, zamykając oczy. Milknie na bardzo długą chwilę, a kiedy profesor spogląda na jego twarz, widzi zmarszczone brwi, wyraz wskazujący na to, że chłopiec analizuje coś, rozważa. Młodzieniec trwa w tym zawieszeniu i mężczyzna nie zakłóca go, cierpliwie prowadząc samochód, dopóki nie wjeżdżają w znajomą ulicę prowadzącą na ich osiedle.
Wóz podryguje na wybrzuszeniu w jezdni i Will otwiera gwałtownie oczy.
  ― Nie, profesorze. Nie uważam tak. Jestem pewien, że ktoś do niego zadzwonił i powiedział mu, że policja jest w drodze. Może… ― urywa na moment, gryząc wargę. ― Może ktoś, kto współpracował z policjantami przy tej sprawie.
Hannibal sięga po pilot i naciska przycisk, dzięki któremu brama otwiera się automatycznie przed maską samochodu. Wjeżdża do garażu i bez słowa wysiada jako pierwszy, obchodząc auto, by otworzyć drzwi z drugiej strony.
Gdy Will wysiada, może patrzeć tylko na plecy profesora, który sięga do tyłu po elegancki, czarny parasol, a następnie wręcza go mu z uczynnym uśmiechem.
  ― Chciałbym, żebyś następnym razem powiedział mi coś więcej o dzwoniącej osobie. Jaki miała motyw? Kim była dla sprawcy? Skoro pracowała w policji, po co miałaby szkodzić śledztwu? Proszę to przemyśleć, panie Graham. ― Pociemniałe spojrzenie mężczyzny z oczu Willa zsuwa się na chwilę nieco niżej, na jego smukłą szyję, i młodzieniec machinalnie podnosi do niej dłoń, jakby poczuł dotyk.
  ― Dobrze, panie Lecter ― szepcze konspiracyjnie, a potem odsuwa się, unosi parasol i rozkłada go z uśmiechem. ― Dziękuję za wszystko, do zobaczenia!
I rozentuzjazmowany wybiega na rzęsisty deszcz.

           Jeszcze tego samego dnia gości w swoim pokoju Alice. Do bardzo późnego wieczoru przeglądają kolorowe pisma i zaśmiewają się z modowych trendów, bo – jak dziewczę bardzo szybko odkryło – z Willem mogło porozmawiać o niemal wszystkich kobiecych sprawach podobnie jak z przyjaciółką. Poznała chłopaka, który wie, czym jest pomadka!
Cały wieczór popijali ukradkiem przyniesione przez nią wino i pod koniec jej drogi towarzysz zrobił się naprawdę rozkosznie rozleniwiony. Leżał na łóżku w delikatnie podwiniętej koszulce, sunąc palcami po białej pościeli, szczupły, gładki, piękny i młodzieńczy.
  ― Ktoś powinien cię teraz namalować ― mówi mu. ― Bo wyglądasz anielsko.
  ― Anielsko? ― podchwytuje Will, po czym podnosi się do siadu i przechyla głowę, podkładając pod podbródek lekko wygiętą dłoń, a następnie obdarzając dziewczynę najpiękniejszym uśmiechem.
  ― Willy! ― Dziewczyna śmieje się, kręcąc z niedowierzaniem głową. Tak trudno jest to pojąć, ale ten chłopak najwyraźniej dobrze wie, jak wygląda jego twarzyczka, kiedy robi z nią takie rzeczy. I jaki efekt wywiera to na wszystkich wokół. A przecież nikt nie posądziłby go o to, patrząc w te błękitne oczy.
Will unosi ręce i przeciąga się, ziewając szeroko.
  ― Może powinnam już iść ― reflektuje się Alice. ― Jest późno i twoi wujkowie będą na mnie źli. Lepiej ją zabiorę ― zaciska szczupłą dłoń na zielonej butelce i ostrożnie zatyka ją, a następnie chowa do dużego plecaka. ― Odprowadzisz mnie do drzwi?
  ― Mhm ― mruczy Will, ale oczy mu się kleją i zamiast wstać, odchyla się, by ponownie opaść na pościel i poddać się wirującym wrażeniom. Może wujostwo mieli rację i alkohol nie działał na niego najlepiej.


H.K.M. - 2018-07-31, 14:56

           Ciemna zasłona drga przez chwilę, gdy duże dłonie wkradają się za jej materiał - ruch ten jest jednak na tyle nieznaczący, że siedząca naprzeciw para nie zwraca na niego uwagi. Poza tym; światła w sypialni pana Lectera są absolutnie wygaszone - dlaczego ktoś miałby tam akurat stać?
Ciemne oczy prześlizgują się uważnie po każdym widocznym elemencie pokoju; po porozrzucanych magazynach, po niedokończonych przekąskach, otwartej butelce przeciętnego wina i po dziewczęcych wargach, rozchylających się raz za razem w kokieteryjnych uśmiech.
Jest coś przerażającego w sposobie, w jaki Hannibal stoi przy swym oknie, ukryty w cieniu, niemożliwy do zauważenia - wysoka sylwetka tkwi nieruchomo przez dobre dziesięć minut - jedynie tęczówki przesuwają się złowrogo po elementach scenerii, rejestrując każdy z nich o wiele dokładniej, niż mogłoby się komukolwiek wydawać.
Nie widzi łóżka, na którym najpewniej leży młody Graham - widzi za to zatroskaną minę, z jaką przypada do niego po chwili Alice. Czy udaje się jej już zauważyć swój błąd?
Ma ochotę zadzwonić do Jacka i sprowokować go nieprawdziwą informacją, zupełnie pobłażliwą. W swej wyobraźni słyszy już własne słowa "Wybacz mi tak późną porę, Jack. Czy byłbyś tak uprzejmy i przekazał Willowi, że na jutrzejsze zajęcia potrzebować będzie dodatkowego zeszytu? Wprowadzamy szczególne ćwiczenia, nie chcę żeby był nieprzygotowany. Sam wiesz, jakie to ważne. Oczywiście. Dobrej nocy." i sprawdzić, co się później stanie.
Wydaje mu się to jednak za mało widowiskowe - jest wiele sposobów na to, by beztroska Alice poznała konsekwencje rozpijania nieletnich młodych mężczyzn.
Chociażby takie, jak rozmowa.

           Okno uchyla się wolno i wsuwa się przez nie wysoka postać - jej ruchy są zwinnie i bezszelestnie, przypominając bardziej dzikiego kota, przestępującego miękko wśród źdźbeł trawy, by dopaść swoją ofiarę.
Ofiara, rzecz jasna, znajduje się w swoim łóżku - pogrążona w nieprzyjemnym śnie, rzuca się w prześcieradłach, wydając co jakiś czas przepełnione pierwotnym lękiem jęki. Postać pochyla się na moment nad szybko unoszącą się piersią, wdychając w nozdrza cierpki aromat przerażenia. Duża dłoń zawiesza się na moment nad wilgotną od potu twarzą, zupełnie tak, jakby miała ująć ją w swe długie szpony - rogi rozrastają się pod sufitem swymi ciężkimi mackami - ofiara traci oddech, jej białka uciekają wgłąb czaszki. Pełne wargi rozchylają się pod wpływem niemego krzyku, drobne ręce sztywnieją nagle, wyciągając przed siebie szczupłe palce.
Zostaje przewrócone parę stron magazynu, z podłogi znika lakier do paznokci - pozornie są to rzeczy nie do zauważenia i Postać bardzo dobrze zdaje sobie z tego sprawę.
Pozory są dla większości ludzi sprawą nieważną, pozbawioną głębszego sensu - czymś, co biorą za oczywiste, lub co w ogóle nie odnotowuje się w ich życiu istnieniem.
Są także rzeczą, która potrafi z wolna doprowadzić do szaleństwa - kiedy ktoś przestawia w twym życiu jego znajome czynniki, ukazując je w świetle, które przemienia ciepło w brak zrozumienia i źródło strachu - czy nie zaczynasz modlić się o to, by wszystko wróciło do normy?
I czym jest dla niego normalność, a co przestaje nią być, kiedy nic nie jest już takie samo?
Wiatr porusza delikatną , otulając wilgotne ciało swymi chłodnymi podmuchami - Ofiara drży, sięgając bezwiednie ku skopanemu okryciu - jak wielkie musi przeżywać utrapienie, gdy nie może wybudzić się ze swego koszmaru, trwając w piekle swego umysłu, w paskudnym zawieszeniu?
Za oknem rozpoczyna się z wolna ulewa - ciężkie krople uderzają o zadbane trawniki, rozbryzgują się na twardym betonie - gdzieś w oddali wydziera się kot, ktoś zamyka z trzaskiem okno.
I nie ma właściwie takiej osoby, która następnego dnia mogłaby udowodnić biednemu chłopcu, że ktoś rzeczywiście zjawił się tej nocy w jego sypialni - nie pozostawił za sobą, przecież, żadnych śladów, prawda? Kto normalny zwróciłby uwagę na zaginięcie jednego, małego przedmiotu, kojarząc je od razu z kradzieżą? Kto pamiętałby, że kolorowy magazyn pozostawiony został na artykule o skórzanych torebkach, podczas gdy teraz lśnił reklamą najnowszych mebli kuchennych?
Nikt, to przecież takie oczywiste.
I Postać bardzo dobrze o tym wie.

           Nazajutrz ulewa przeszkadza bardziej, niż można było się tego spodziewać - większą część poranka Hannibal spędza w korkach, wysłuchując porannej audycji, zawierającej w sobie wiadomości - krople uderzają zawzięcie o szybę auta, zwyciężając powoli nad szalejącymi wycieraczkami.
  ― Apelujemy do wszystkich o szczególną ostrożność  ― prosi speaker radiowy, w swym poważnym, wyćwiczonym tonie  ― już tej nocy doszło do trzech wypadków samochodowych, przy których, na całe szczęście, nie ucierpiała poważniej żadna z ofiar. Zaleca się, by zwolnić o trzy mile w stosunku do obowiązujących przepisów i pod żadnym pozorem nie wyprzedzać! Szerokiej drogi, kochani, oby jak najmniej wariatów drogowych!
Na miejsce dociera piętnaście minut przed czasem, co wprawia go w nienajlepszy nastrój - tym razem nie jedzie na uczelnię, by poprowadzić wykłady - jest umówiony z jednym ze sponsorów ich placówki na kolejną nieznaczącą pogadankę, którą wpływowi, bogaci ludzie uwielbiają wplatać w swój grafik tak często, jak tylko się da. Wszystko to, by usiąść na chwilę w jego gabinecie, czując się tam, jak u siebie, puszyć się w swej dobroduszności i usłyszeć parę miłych słów od samego Hannibala Lectera.
Hannibal dobrze wie, że nie może odmówić im tej przyjemności, ale szczerze nie przepada za koniecznością prawienia komuś fałszywych komplementów - zdaje sobie sprawę z tego, że często jest to głównym kluczem do osiągnięcia sukcesu, oczywiście - czy nie jest to jednak przy tym przykre i niewłaściwe? Sam nie umie się postawić w sytuacji, gdy odwiedza kogoś jedynie po to, by nasłuchać się o swojej wielkości.
Och, nie - profesor Lecter nie musi się o to starać - komplementy padają same, ze wszystkich stron i to nie z powodu jego pieniędzy, ponieważ angażuje się w życie towarzyskie innymi środkami.
Swoją kuchnią, szkicami, wykładami, wyprawianiem niezapomnianych przyjęć - nie wie, co uczyniłby ze swoim życiem, gdyby kojarzono go tylko ze względu na jego fortunę. Cóż to za egzystencja, gdy rzeczy materialne są jedynymi, które się posiada?
Przemierzając przez korytarze, celowo obiera drogę, która pozwala mu minąć jedną z sal, pod którą zbierają się pierwszoroczni - spojrzeniem przeczesuje gęste rzędy garniturów i garsonek, starając się je zaczepić o dwa błękity - kiedy jednak je zauważa, uderza w niego ogrom zmęczenia, jakiemu poddana jest twarz ich właściciela.
Will Graham wygląda tego dnia, jak siedem nieszczęść - blady, z podkrążonymi oczami i zaspany, opiera się o ścianę z odchyloną głową, wyalienowany od reszty grupy.
I to nie wyobraźnia podpowiada mu, że gdy ich spojrzenia stykają się wreszcie, chłopiec wydaje się dziwnie poruszony, rozdarty. Nie ma jednak czasu, by przyjrzeć się dokładniej tej sprawie, ponieważ pod drzwiami dostrzega Thobiasa Margera. Definitywnie znudzonego swym czekaniem.
  ― Pan Lecter ― mężczyzna rozkłada na jego widok swe ramiona, zupełnie jakby zaraz miał go objąć w przyjacielskim uścisku. Opuszcza je zaraz jednak i potrząsa gorliwie jego dłonią.  ― Co za przyjemność, tak dobrze wreszcie pana zobaczyć.
  ― To obopólna przyjemność ― kłamie gładko, otwierając dębowe drzwi  ― zapraszam.


Koss Moss - 2018-07-31, 16:03

           Jest podziębiony. Wieczorem nie zamknął okna, więc w środowy poranek obudził się zupełnie zziębnięty i okropnie słaby. Dręczy go ból głowy, który po wypiciu raptem połowy wina z butelki w ogóle nie powinien wystąpić. I dręczy jakieś dziwne poczucie bycia zjadanym od środka przez coś, czego nie ma prawa w nim być.
Nie ma dziś apetytu ani ochoty na jakiekolwiek rozmowy. Powinien iść do domu i się położyć, jednak opuścił już raz środowe zajęcia i chce zostać. Dla pewności przed zajęciami bierze dodatkową tabletkę.
  ― Will? Wszystko w porządku? ― zapytuje dziewczyna, której imienia Will nie pamięta.
  ― Tak, tak ― odpowiada, spocony. ― To tylko przeziębienie.
  ― Mogę? ― pyta dziewczyna i wyciąga dłoń, by dotknąć jego czoła. ― Masz gorączkę. Lepiej wracaj do domu.
  ― Nie mogę, muszę zostać.
Zjawia się pan doktor prowadzący zajęcia z podstaw wiktymologii i otwiera drzwi sali.
  ― Jak chcesz ― opowiada studentka i obrzuca go uważnym spojrzeniem, a potem wraca do tłumu, który wsypuje się do środka.
  ― O co chodzi z dziwakiem? ― pyta szeptem jej koleżanka i obie spoglądają na Willa, a Will spogląda na nie, odklejając się powoli od ściany i na drżących nogach zmierzając w stronę drzwi, które zdają się w ogóle nie przybliżać.
Zna te objawy i wie, że to nie jest zwykła gorączka. Wieczorna tabletka źle zareagowała z alkoholem. Bez wątpienia działają gorzej. Ale zaraz zacznie działać druga, już za chwilę.
Zasiada z tyłu sali i słyszy wszystko znacznie wyraźniej. Słyszy szepty, których słyszeć nie powinien: widzi, jak dziewczęta z pierwszej ławki patrzą w jego kierunku, szepcząc coś do siebie, i on wie, co.
…nienormalny, teraz już naprawdę się go boję.
Dajcie spokój, odzywa się studentka z drugiej ławki, która zapraszała go raz na drinka, a przed chwilą usiłowała dowiedzieć się, co mu dolega. Mówił mi, że się przeziębił. Po prostu nie czuje się najlepiej.
Nie wie, czy naprawdę to słyszy, czy tylko sobie wymyśla, ale napotyka wzrok Austina Howarda, złośliwego prymusa o burzy złotych loków.
…jakby miał zaraz się przekręcić; i dobrze by było, bo naprawdę nie wiem, co tutaj robią tacy, jak on.
Możemy mu w tym pomóc.
Poczekaj, aż będzie sam.
Psychopata.
Psychopata gania psychopatów.
  ― Panie Graham? Will?
Will otwiera oczy i spogląda w zaniepokojoną twarz doktora Vertis. Rozgląda się. Sala jest pusta. Musiał się zdrzemnąć.
  ― Dzień dobry ― wita się i uśmiecha blado. ― Czuję się trochę źle.
  ― Widzę. Przespał pan całe zajęcia. Wezwać pogotowie?
  ― Och, poradzę sobie. ― Młodzieniec podnosi się powoli; w uszach szumi mu krew, ale chyba jest już lepiej. Tak, jest dużo lepiej. Ociera spocone czoło dłonią i poprawia na nosie okulary. ― Dziękuję i przepraszam.
  ― Powinien pan wrócić do domu.
  ― Nie, nie. Teraz już wszystko będzie dobrze ― zapewnia Will i obdarza pana doktora ciepłym uśmiechem. Podnosi z ziemi swoją torbę, zarzuca na ramię i rusza do drzwi, zerkając po drodze na duży zegar. Potrafi odczytać godzinę: jest dziewiąta czterdzieści dziewięć, więc ma jedenaście minut do wykładu wydziałowego.
Wszystko będzie dobrze.

           Przyciskając telefon do ucha, rozgląda się po pokoju, zagląda nawet pod łóżko.
  ― Nie ma go, przykro mi.
  ― Szkoda ― wzdycha Alice. ― Nigdzie nie mogłam dostać tego koloru. Ale kurczę, byłam pewna, że zostawiłam go na dywanie.
  ― Jeżeli znajdę, to na pewno ci oddam ― obiecuje Will i przysiada na łóżku. Cicho kaszle.
  ― Jesteś chory?
  ― Z tego wszystkiego zostawiłem otwarte okno na noc i…
  ― Ojej, słoneczko. Pozwól w takim razie, że przyniosę ci coś dobrego.
  ― Nie trzeba, ciotka już… ― obdarza ciepłym uśmiechem kobietę, która właśnie wchodzi do jego pokoju, niosąc wielki kubek z miodową herbatą.
  ― Na pewno dobrze się tobą zajmuje, ale ja mam coś specjalnego. Sama piekłam. Będę za piętnaście minut, dobrze?
  ― No, dobrze ― odpowiada Will, biorąc od Phyllis herbatę. ― Do zobaczenia.

          W czwartkowe popołudnie, po całym dniu spędzonym w ciepłym łóżku, Will wita uśmiechem ciotkę, która zagląda do jego pokoju po powrocie z pracy.
  ― Jak się czujesz, Willy?
  ― Może być. Nie mam gorączki.
  ― Cieszę się. Zaraz przyniosę ci witaminy… I masz gościa.
  ― Alice? ― pyta natychmiast Will, ale gdy drzwi otwierają się szerzej, obok ciotki widzi kogoś zupełnie innego. Reaguje promiennym uśmiechem. ― Pan Lecter!
  ― Zostawię was ― mówi Phyllis.
Pan Lecter wchodzi do pokoju, kiwając Willowi głową na powitanie, i odsuwa krzesło od biurka, żeby postawić je zaraz przy łóżku. Siada na nim i popatruje na pobladłe młodzieńcze oblicze; wygląda, jakby troskliwym gestem miał dotknąć jego czoła, jak to wiele razy robiła w podobnych okolicznościach Bella, ale tego nie czyni.
  ― Co pan tu robi? ― To takie zaskakujące, że przyszedł – specjalnie dla niego? Chyba że… Mina młodzieńca zmienia się z zaskoczonej na zakłopotaną. ― Pański parasol… Jest w korytarzu, ciotka go panu odda.
  ― Nie sprowadził mnie tu parasol. ― Hannibal uśmiecha się lekko, wyciągając z torby dwie dobrze zabezpieczone miseczki. Zdejmuje z nich wieczka i odstawia parujący wywar na biurko, żeby się odrobinę przestudził. Potem pochyla się lekko i poprawia młodzieńcowi poduszki, żeby ten mógł wygodnie usiąść.
Policzki Willa są czerwone, ale chyba nie powoduje tego gorączka.
  ― Usłyszałem wczoraj od doktora Vertisa ― kontynuuje Lecter ― że nie najlepiej się poczułeś, a dziś nie było cię na zajęciach. Pomyślałem więc, że przyniosę ci zdrowotny rosół i porozmawiam z tobą na temat dzisiejszych zajęć. O ile czujesz się na siłach, oczywiście.
Will opuszcza na chwilę wzrok, prawdziwie zakłopotany.
Chce wpędzić mnie w jeszcze większe poczucie długu i zobaczyć, co zrobię, myśli.
  ― Pewnie, że czuję się na siłach ― odpowiada. ― Jest już dużo lepiej i mógłbym iść na uczelnię, ale lekarz powiedział mi rano, że powinienem zostać w domu do końca tygodnia. Więc zostanę. ― Przechyla się lekko i sięga po leżący na szafce nocnej zeszyt pełen specyficznych map myśli. ― Ale nie próżnuję. I chętnie dowiem się, co mnie ominęło. ― Zerka w stronę biurka. ― I zjem pański rosół. Pachnie najlepiej na świecie.


H.K.M. - 2018-07-31, 17:44

          Jedzą rosół i rozmawiają o... wszystkim - o kryminologii, o paskudnych przestępstwach, o smaku zupy, o rodzaju wirusów, atakujących układ odpornościowy, o... Alice Bloom i tym, jak troskliwie postanowiła zająć się swoim przyjacielem.
  ― Często cię odwiedza?  ― Zapytuje Hannibal, przyjmując od chłopca zeszyt z notatkami, by dopisać w nich eleganckim pismem parę uwag - błękitne oczy śledzą dużą dłoń, kaligrafującą sprawnie litery, lśniąc nieskrywanym podziwem.
  ― Tak, dosyć często. Chyba przypadliśmy sobie do gustu ― odpowiada beztrosko i śmieje się cicho, zakłopotany; zaraz potem ucieka od tematu w sposób niemożliwy do niezauważenia. ― Ale ma pan... piękne pismo.
  ― Dziękuję ― unosi głowę, by móc popatrzeć rozmówcy prosto w oczy. W jakiś sposób ta skromność, ten wstyd i zakłopotanie... imponują mu; tak rzadko można w tych czasach spotkać człowieka, który nie szczyci się tym, że ktoś darzy go swymi względami. Który nie puszy się dumnie w fakcie, że doceniana jest jego niezwykła uroda i osobowość.  ― Alice odwiedzi mnie dzisiaj w ramach pomocy z ogrodem  ― dodaje po chwili, przechylając się, by schować puste już miski z powrotem do torby. ― Może chciałbyś żebym coś jej przekazał?
Czy uśmiech pana Lectera nabiera dziwnej drapieżności? A może Willowi to wszystko się tylko wydaje, może to umysł trawiony gorączką podsuwa mu tę niemądrą myśl?
Chłopiec poważnieje momentalnie, przyglądając się badawczo jego twarzy.
  ― A pana też często odwiedza?
No, proszę, myśli Hannibal, oddając zeszyt z powrotem jego właścicielowi.
Zazdrość?
  ― Oczywiście  ― odpowiada swobodnie, sugerując, że już za chwilę przyjdzie pora na pożegnanie ― to moja dobra znajoma.
  ― Mówiła coś o mnie?  ― (*eksjujuwtf?) zapytuje młody Graham, sprawiając, że coś w Hannibalu porusza się niespokojnie, prowokuje do przyjęcia zaskoczonej miny, która w ostatniej chwili zostaje zamaskowana uśmiechem z rodzaju tych, które swoim pociechom może rzucić dumny rodzic.
  ― Wiele dobrych rzeczy ― podejmuje ostrożnie, podnosząc się ze swego krzesła. Odsuwa je starannie pod biurko, obracając się, by dokończyć swą myśl  ― myślę, że twoje zainteresowanie jej osobą nie jest jednostronne. To bardzo miłe, móc zaobserwować, jak dwie tak sympatyczne osoby się ze sobą zaprzyjaźniają.
Czyżby profesor Lecter położył na ostatnie słowo specyficzny akcent? Nie, to niemożliwe - Will znowu dopowiada sobie nieistniejące rzeczy, szuka drugiego dna.
  ― Dziękuję panu za wszystko  ― Will uśmiecha się, uspokojony, podczas gdy Hannibal podchodzi już wolno do drzwi.  ― Proszę ją koniecznie ode mnie pozdrowić.

            ― Jak tu pięknie o tej porze roku ― Alice opiera podbródek na zgiętej dłoni, wyglądając z zachwytem przez kuchenne okno. Hannibal przystaje obok, wręczając towarzyszce świeżo napełniony kieliszek z winem. Upijają po łyku w absolutnym milczeniu, przyglądając się wirującym tornadom z wielobarwnym listowiem, opadającym na trawnik kasztanom i odbijającym w sobie zachodzące słońce kałużom.
  ― To poniekąd twoja zasługa ― uśmiecha się krótko, odnosząc się do ich dzisiejszej pracy w ogrodzie. Uzbrojeni w latarki i ciepłe swetry, zajmowali się spulchnianiem ziemi i zabezpieczaniem drzewek przez trzy ostatnie godziny, by teraz, blisko przed dziesiątą, odpocząć chwilę z kieliszkiem wina i zająć się rozmową. ― Dziękuję, że znalazłaś dla mnie czas.
  ― To prawdziwa przyjemność ― Alice nie ma oporów przed wygięciem swych warg w wyrazie czystego zadowolenia. Uwielbia jego komplementy, może to bezsprzecznie wyczuć w jej mowie ciała. ― Niesamowity masz ten ogród. Pełno w nim tyle niepowtarzalnych odmian... tylko w twojej szklarni mogę zobaczyć je na żywo.
  ― Potraktuj to, jako przyjemności płynące z niesienia pomocy ― żartuje, a panna Bloom podłapuje szybko jego ton, odpowiadając jego idealnym odzwierciedleniem.
  ― Jeszcze jedną? Zaskakujące, ile takich przyjemności może płynąć ze zwykłej pracy w ogrodzie.
  ― Masz moją uwagę ― mruczy szarmancko, opierając się szerokim ramieniem o ścianę.
Alice mruży powieki, przekrzywiając swą głowę; parę ciemnych pasm muska jej policzek, dodając dziewczynie nieco nastoletniego uroku, choć - jak dobrze o tym wiedzą - nastolatką przestała być już jakiś czas temu.
  ― Hannibalu, twoja śmiałość ― śmieje się ciepło, zaskoczona. ― Pomyślmy  ― kontynuuje jednak, przysuwając się do niego odrobinę.  ― Dobre wino, dzienna dawka wysiłku fizycznego... wykwintne dania i długie rozmowy w jeszcze wykwintniejszym towarzystwie... Czy to nie... wystarczające?
  ― Sądzę, że to nie mnie powinnaś zadać to pytanie ― odpowiada cicho, odstawiając kieliszek na lśniący czystością blat.
  ― Sądzę, że możesz mieć rację ― przystaje na to Alice, idąc w jego ślady. Pozbawieni kieliszków, spoglądają na siebie przez chwilę w rosnącym napięciu i wreszcie to Hannibal przerywa je absolutnie świadomie, spoglądając na zegarek.
  ― Och, jak późno  ― dziewczyna rumieni się wściekle, otulając drobne ciało ramionami. Oboje jednak wiedzą, do czego mogło przed chwilą dojść i nic już tego nie zmieni.
  ― Wezwę ci taksówkę ― proponuje, sięgając po telefon.
Na cienkich wargach błąka się specyficzny uśmieszek. Symbol jego triumfu.

*


Koss Moss - 2018-07-31, 19:04

           Robi się coraz chłodniej – każdy kolejny tydzień przybliża dogorywającą jesień do mroźnych objęć zimy. Will czuje się już w mieście jak w domu. Czasami dzwoni do Bernarda i rozmawiają o tym, jak sobie radzi na uczelni, jak rozwijają się jego przyjaźnie i czy czuje się dobrze. Na wszystkie te pytania odpowiada pozytywnie, ponieważ tak, jest dobrze. Pierwsze kolokwia pozaliczał całkiem pozytywnie. Prowadzący zdają się go lubić, nawet jeżeli wśród studentów jest wyraźnie osamotniony. Poznał aż dwoje wspaniałych ludzi. Pan Lecter zaprasza go od czasu do czasu na herbatę lub obiad, racząc go wspaniałą kuchnią i porywającymi opowieściami, z których Will dowiaduje się, jak mu się zdaje, bardzo dużo o jego osobie. Czasem rozmawiają tak długo, że za oknem robi się już ciemno, i wtedy Hannibal zawsze odprowadza go pod drzwi, jakby obawiał się, że w ciemności młodzieniec może zgubić drogę.
Z Alice z kolei często chodzą po okolicznym parku, rzucają kamyki nad rzeką i stają się sobie coraz bliżsi: ona jest taka otwarta, i taka normalna. Wykłada wszystkie karty na stół, ignorując lub nie zdając sobie sprawy z tych, które Will chowa pod blatem. Relacja z nią jest nieskomplikowana, prosta, stanowi miłą odskocznię od tego, co czasem dzieje się w jego głowie. Przywraca mu nadzieję, że może żyć normalnie, nawet ze swoją chorobą.
I czuje się dobrze. Czuje się naprawdę dobrze ze swoim życiem i z otaczającymi go ludźmi. Jack zazwyczaj wraca do domu bardzo późno i spędza w nim jedynie weekendy, a i te nie zawsze. To pracoholik. Z ciotką Phyllis nie ma natomiast żadnych problemów: Bella zawsze jest dla niego miła, nawet jeżeli bywa nadopiekuńcza.
Czuje się dobrze, choć stany „zamyślenia” zdarzają mu się częściej niż zwykle. Ma wrażenie, że jego organizm zaczyna uodparniać się na tabletki, ale nie potrafi sam stwierdzić, czy to już pora na większą dawkę. Doktor Chilton, mimo regularnych kontroli nie widzi takiej potrzeby, może więc ma rację. Może tak już musi być.
Hannibal Lecter bardzo często wyjeżdża. Zajęcia z nim zgodnie z planem odbywają się średnio co dwa tygodnie, żeby profesor mógł pozałatwiać sprawy w innych miastach, a nieraz i za granicą. Z tego powodu czasem mają dłuższe okresy, kiedy się nie widzą, mimo bycia sąsiadami. Kiedy jednak profesor jest w domu, Will od razu o tym wie. I staje w swoim oknie – i kiwają sobie na dobranoc, uśmiechając się do siebie z dwóch różnych sypialni, z dwóch różnych domów.
Któregoś niedzielnego poranka – jest to już późnym listopadem – kiedy słońce daje wyjątkowo dużo ciepła, liście są złote i nic nie zapowiada opadów, profesor proponuje, by wybrali się razem nad rzekę, zabierając ze sobą sztalugi. Młodzieniec spogląda na niego odrobinę rozbieganym wzrokiem znad kruchych bagietek z robioną przez doktora własnoręcznie kiełbasą (przepyszne, nie może się nadziwić) i uśmiecha się ciepło.
  ― Pewnie. Zajdę tylko do garażu ― mówi, i wtedy przerywa im dźwięk domofonu.
Hannibal przeprasza i wstaje, żeby sprawdzić, kto niepokoi go w ten niedzielny poranek. Okazuje się, że to Jack Crawford – głęboko poruszony, a wręcz zdruzgotany.
  ― Twój wuj tu jest. Obawiam się, że nie przynosi dobrych wieści.
Młodzieniec prostuje się w krześle, gubiąc uroczy uśmiech.
  ― Może lepiej ucieknę przez okno? Nie wiem, dlaczego, ale nie lubi, gdy do pana chodzę.
Pan Lecter spogląda na niego pobłażliwie.
  ― Możesz poczekać, aż wyjdzie, w moim gabinecie ― proponuje swobodnie z uśmieszkiem.
  ― Świetnie ― odpowiada Will i zabiera ze stołu swój talerz i napój, po czym czmycha na górę, do pokoju, w którym już kilkakrotnie zdarzyło mu się być, kiedy pan Lecter chciał mu pokazać jakąś książkę. Stawia posiłek na blacie masywnego biurka i rozgląda się z zainteresowaniem po pomieszczeniu, z dołu słysząc przytłumiony głos wuja. Spogląda na spoczywające na stoliku obok szkice (obok nich na blacie spoczywają idealnie ułożone ołówki i skalpel do ostrzenia). To obrazy znanych artystów, w jednym z nich rozpoznaje Primaverę, ale bardzo różnią się od oryginałów, przyciągają wzrok, szokują. Jedna z twarzy wygląda chyba nawet jak… Czy to może być Alice?
Słysząc jednak, jak bardzo poruszony jest wuj (chyba nigdy nie słyszał u niego takiego tonu), porzuca przeglądanie szkiców i, wiedziony ciekawością, podchodzi bliżej do drzwi, żeby zasłyszeć choć fragment rozmowy.
  ― …ocy, Hannibalu. Ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem.
Pan Lecter mówi coś cicho, a potem znów słychać tylko Jacka.
  ― Sam spójrz. Proszę. I co o tym myślisz?
Will znów nie słyszy, co dokładnie mówi Hannibal, przeklinając jego stonowaną manierę. Opuszcza gabinet i zbliża się nieco bardziej do schodów, starając się, by pod stopą nie zaskrzypiała mu podłoga.
  ― …ale oni nic nie widzą. Dlatego chciałbym, żebyś pojechał ze mną – jeżeli to nie problem. Alana nadal jest w Paryżu.
  ― Oczywiście ― mówi Lecter. ― Pojadę z tobą.
  ― Dziękuję, Hannibalu ― odpowiada wuj i Will musi szybko schować się z powrotem w gabinecie, aby nie zostać zauważonym z dołu. Mężczyźni ubierają się, rozmawiając o świeżej sprawie, choć nie padają żadne szczegóły, i w końcu wychodzą z domu, zostawiając skonsternowanego młodzieńca na piętrze, zupełnie samego w okazałej posiadłości profesora Lectera.


H.K.M. - 2018-08-01, 17:41

           Udają do głównej siedziby Biura Federalnego i zostają mu pokazane ciała ofiar - mijają długie rzędy najróżniejszych drzwi, nim nie docierają wreszcie do samych podziemi, gdzie znajduje się kostnica z ciałami, Nie jednym, lecz dwoma. Obie z ofiar znajdowały się w ponownym wieku, ale jest to jedyna rzecz, która ich łączy - reszta spraw (takich, jak stan rozkładu, początkowe ułożenie zwłok, czy też ich miejsca) całkowicie się różni.
  ― Przynajmniej tak zdawało nam się na początku ― ciągnie Jack, przekazując mu kolejne zdjęcie, które Hannibal układa w domniemanym przez siebie porządku chronologicznym.
  ― Co kazało wam zmienić zdanie ― zapytuje, nie patrząc mu nawet w oczy, zbyt pochłonięty swą pracą.
Rosły mężczyzna przystaje nieco bliżej, dokładając do schludnego rzędu ostatnią fotografię - zdjęcia, przedstawiające dziury, ziejące pustką.
Dziury, w których powinny znajdować się narządy.
  ― Płuco i wątroba ― powietrze wypełnia nieszczęśliwe westchnienie, poruszając jedną z fotografii. Hannibal poprawia ja powoli, mrużąc w skupieniu oczy.
  ― Trofea ― mówi wolno, wskazując palcem zdjęcie, które ukazuje ofiarę z okrutnie przymocowaną wypchaną, niedźwiedzią głową. ― Morderca jest łowcą, który poluje na zwierzynę. Im trudniejsza zdobycz, tym więcej w nim ekscytacji.
  ― Im trudniejsze łowy ― kontynuuje Jack ― tym więcej ma z nimi zabawy.
Spoglądają na siebie smutno, wyrażając tym niemą zgodę. Przez krótką chwilę na sali panuje absolutna cisza, którą przerywa wreszcie szelest papierów.
  ― Co robi z trofeami ― kolejne pytanie nacechowane już jest niepewnością, zupełnie jakby Jack sam nie miał pojęcia, czy chce usłyszeć odpowiedź czy nie.
A Hannibal nie odpowiada od razu - waży słowa, kalkuluje je, układając w taki sposób, by nie sprawić, by agent Crawford dowiedział się, jak groźny w rzeczywistości jest ów morderca - jak przerażający człowiek stoi za tymi okrutnymi czynami.
  ― Może konserwuje je w formalinie i układa na swej półce ― napawa się ich widokiem, odnajdując w tym potwierdzenie swej potęgi. Patrząc na nie, uświadamia sobie, że jest...
  ― ...psychopatą.

           Kiedy wraca do domu, jest już naprawdę, naprawdę późno i absolutnie nie spodziewa się ujrzeć w swym domu Willa Grahama - a jednak, gdy tylko przekracza próg salonu, drobne ciało, skulone na szezlągu, jest pierwszym, do czego przykleja spojrzenie.
Spogląda na tarczę eleganckiego zegarka, marszcząc delikatnie brwi - dobiega północ, Bella musi zapewne szaleć ze zmartwienia. Postanawia, że zatelefonuje do niej jednak za drobną chwilkę i siada w fotelu, przyjmując w nim swą zwyczajową, niezaprzeczalnie elegancką pozę.
Spogląda w młodą twarz, wpatrując się przez moment w zarumienione policzki, pełne wargi - w mały, prosty nos i wyraźnie zarysowaną linię szczęk.
Will Graham wygląda czasem, jakby ktoś namalował go za pomocą najlepszych pędzli, chcąc uwiecznić wybitne cechy chłopięcego piękna - jest on tak wyrazisty i delikatny, jednocześnie. Tak kruchy i...
  ― Mmmh ― chłopiec obraca się nagle na plecy, marszcząc brwi w wyrazie czystego przerażenia - jego szczupła pierś zaczyna unosić się w niebezpiecznie pośpiesznym tempie, a długie palce błądzą po materiale puchatego swetra, szukając w nim chyba otuchy. Ta jednak nie przychodzi, gdy koszmar (teraz Hannibal jest już tego pewien) zmienia się w wizje wzbudzające w młodzieńcu strach tak wielki, że pobladłe wargi są tylko w stanie mamrotać pojedyncze słowa.
Podnosi się z fotela, by uklęknąć tuż przy wijącym się ciele, nadstawiając uszu w taki sposób, by słowa stały się poniekąd słyszalne.
  ― Proszę, nie ― dociera do niego rozmyty, gorący szept ― nie zachowuję się normalnie, nie zacho... boże.
I nagle nie jest już tak pewien, czy to, co brał z pewnością za koszmary, nie okazuje się z wolna czymś absolutnie odmiennym. Wobec nieprzyjemnych wizji człowiek nie produkuje, przecież, tyle feromonów - wyczulone zmysły profesora Lectora wyczuwają je natychmiastowo, przekazując informację pracującemu na najwyższych obrotach umysłowi.
Cienkie wargi przysuwają się odrobinę wyżej przykrytego ciemnymi lokami czoła - mężczyzna mierzy w ten sposób temperaturę rozgrzanego ciała, ale nie wyczuwa w nim gorączki.
Pożądanie. I strach.
Cóż za nietypowa kombinacja, myśli i wyciąga swą dłoń, by ułożyć ją delikatnie na jednym ze szczupłych bioder. Pomruki rozlegają się ponownie i tak ciężko jest mu je zdefiniować; obronne, czy przyzwalające? Zdruzgotane, czy zachwycone, jakaż emocja rządziła teraz Willem Grahamem?
Uczucie gorąca nasila się, gdy jego dłoń zostaje muśnięta przez smukłe udo - te łączą się ze sobą gwałtownie, a szczupłe dłonie uwieszają się... jego marynarki.
  ― Zostaw mnie ― słyszy warknięcie, więc próbuje się odsunąć, ale uścisk jest za silny, nie może tego zrobić.
  ― Will ― próbuje zareagować, spoglądając w zarumienioną twarz i drga nagle; ponieważ oczy młodzieńca wciąż są stanowczo zamknięte.
Czyżby miał właśnie do czynienia z.... lunatykowaniem?
  ― Ty potworze ― pełne wargi przyciskają się do jego ucha, owiewając je gorącym oddechem ― obłudniku. Zostaw mnie.
  ― Will ― potyka się, upadając na podłogę; szczupłe ciało zsuwa się z szezlonga, lądując na jego torsie. W całym swoim życiu Hannibal nie był równie mocno zaskoczony, co teraz. ― Will! ― powtarza stanowczo ― obudź się!
I nagle drgające powieki rozchylają się wreszcie, a na twarz chłopca wstępuje absolutne niezrozumienie; momentalnie odsuwa się gwałtownie pod ścianę, przypominając bardziej dzikie zwierzę, niż człowieka.
  ― Spójrz na mnie ― unosi wolno obie dłonie, patrząc wprost w błękitne oczy ― zasnąłeś, Will. Teraz już nie śpisz. Wszystko jest w porządku.


Koss Moss - 2018-08-04, 19:21

           Przez chwilę wzrok Willa jest rozbiegany. Młodzieniec przypomina zapędzone w kąt, spłoszone zwierzę. Zwiera kurczowo nogi i kuli się, wciskając plecami w róg pokoju, a spojrzenie ma utkwione w podnoszącym się powoli do kucek mężczyźnie.
  ― Teraz już nie śpisz. Wszystko jest w porządku.
Ponieważ Will się nie rusza, a tylko oddycha płytko i głośno, Hannibal daje przerażonemu sąsiadowi czas, by zorientował się w sytuacji: to na pewno nie były zwykłe sny. Mijają dobre dwie minuty, zanim wzrok młodzieńca skupia się wreszcie na zmęczonej twarzy mężczyzny, jakby dopiero teraz wyłowiły jej znajomy kształt spośród setki rozpraszających widm, a pełne wargi drgają lekko, jakby chciały coś powiedzieć. W tym czasie Hannibal jest już w stanie wyrównać oddech i ochłonąć, przesuwając dłonią po nieco potarganych włosach.
  ― Pro… Profesorze Lecter ― szepcze w końcu Will, a głos mu się łamie. ― Co pan tu robi?
Mężczyzna uśmiecha się łagodnie, spoglądając na niego bez cienia wyrzutu. W księżycowym blasku, które wpada przez okno z widokiem na rozległe ogrody, jego oblicze wygląda magicznie. Will zapatruje się na nie półprzytomnie, z wolna się wyciszając. Szepty przestają być takie inwazyjne, a twarz profesora wyraźnie dominuje wśród wszystkich innych, które wydają się malować w mroku.
  ― Wróciłem właśnie z głównej siedziby Biura Federalnego, Will. Do swojego domu.
Młodzieniec unosi wysoko brwi, a potem uśmiecha się z zakłopotaniem, odrobinę krzywo, sardonicznie.
  ― Która jest godzina? Jaki dzień? ― chrypi.
  ― Jest dwudziesty czwarty listopada, Will. Zbliża się północ.
Will mruga szybko, obejmując podkurczone, zwarte nogi ramionami.
  ― Muszę iść do domu ― stwierdza trzeźwo. ― Przepraszam, ale… Nie pamiętam… Spędziłem z panem cały dzień?
Pan Lecter prostuje się, a wygląda na zaskoczonego. Wyciąga dłoń i przykłada ją do czoła młodzieńca, jednak ten nie ma gorączki.
  ― Will ― odzywa się cicho, spoglądając na niego z zatroskaniem. ― Wydaje mi się, że ostatnio możesz za mało sypiać. Przepracowujesz się?
Młodzieniec opuszcza na chwilę wzrok i bierze głębszy wdech.
  ― Proszę nikomu nie mówić, profesorze… Jestem schizofrenikiem. Leczę się, ale czasem, czasem po prostu gubię się albo opowiadam głupoty. Przepraszam za kłopot, pójdę już do domu i wezmę leki.
Wstaje, wygładza pośpiesznie pomięte ubrania, uśmiecha się jeszcze raz i rusza wzdłuż ściany w kierunku drzwi wyjściowych.
  ― Może twój lekarz nie dba o ciebie wystarczająco ― sugeruje Hannibal, nim jeszcze Will kończy zakładać kurtkę. ― Może powinieneś rozważyć zmianę psychiatry. ― Urywa nagle, jak gdyby zakłopotała go własna śmiałość. Will uśmiecha się krzywo.
  ― Może rzeczywiście ― przyznaje cicho.
  ― Odprowadzę cię, jest tak późna pora.
  ― Żebym nie odwiedził żadnego innego sąsiada?
  ― Dokładnie tak. ― Pan Lecter kiwa głową, starając się pokrzepić młodzieńca uśmiechem. Chwilę później wychodzą razem; odprowadza chłopca pod same drzwi i upewnia się, że Will jest w stanie je samodzielnie otworzyć. Widzi, jak delikatne dłonie drżą, usiłując wsunąć klucz do dziurki. W którymś momencie przytrzymuje je pewnie, stabilizując ich drganie, i Will spogląda na niego z wdzięcznością na krótko przed tym, jak udaje mu się otworzyć drzwi.
  ― Dobranoc, proszę pana, i przepraszam za kłopot.
  ― Dobranoc, Will.

           Młoda Bloom siedzi na szezlongu z posmutniałą miną, popijając doskonale zaparzoną herbatę.
  ― Naprawdę go nie poznaję ― mówi, wyraźnie przybita i rozdarta. ― Wydawał się taki słodki, wesoły. Ale ostatnio coraz częściej… boję się go.
Hannibal spogląda w jej twarz z powagą i niepokojem.
  ― Ostatnio po powrocie do domu zastałem go w swoim salonie ― wyznaje z wahaniem. ― Był całkiem roztrzęsiony. Zapytał się mnie nawet o datę, godzinę. Wydawał się całkiem oderwany od świata.
Alice chłonie te słowa z rosnącym zmartwieniem.
  ― Też miałam o nim takie wrażenie. Spotkaliśmy się w ostatnią sobotę. Chodziliśmy po parku aż do późnego wieczora. Rozmawiał ze mną normalnie, a potem nagle… Wyglądał, jakby się mnie przestraszył. Patrzył na mnie tak, że przez chwilę… Przez chwilę miałam wrażenie, że rzuci się na mnie i zrobi mi krzywdę. Hannibalu… Co się dzieje z tym chłopakiem? Co mu jest? To jakaś choroba?
  ― To pewnie przemęczenie ― odpowiada Hannibal ze swego fotela. ― To jego pierwszy rok, ma zapewne całe mnóstwo nauki. Znalazł się na jednym z najcięższych kierunków.
  ― Nie wiem, co mam robić ― wzdycha dziewczyna, patrząc uważnie na dojrzałe oblicze. ― Nie czuję się przy nim bezpiecznie. Może potrzebuje jakiejś terapii.
  ― Postaram się mu pomóc ― mówi Lecter i upija łyk ciemnoczerwonego trunku z trzymanego w dłoni kieliszka. Alice mimowolnie zawiesza wzrok na jego wargach, śledząc wędrówkę oblizującego je języka. ― Nie chcę, by Will cierpiał.
  ― Ja też nie ― zapewnia. ― Życzę mu jak najlepiej. Może… może powinnam po prostu dać mu trochę czasu, żeby sobie to wszystko poukładał, z twoją pomocą.
Hannibal przytakuje jej z miną wyrażającą poparcie dla jej słów.
  ― Może rzeczywiście będzie to dobrym rozwiązaniem. Przynajmniej na chwilę.
Jego słowa wyraźnie utwierdzają ją w jej przekonaniu, ponieważ Alice zaciska w determinacji wargi i kiwa krótko głową.
  ― Porozmawiam z nim jutro. Myślę, że potrzebuje teraz przede wszystkim spokoju i opieki kogoś doświadczonego. Wierzę, że zdołasz mu pomóc. To naprawdę szlachetne z twojej strony, ile dla niego robisz. Jest w ciebie taki zapatrzony. ― Alice uśmiecha się z rozckliwieniem. ― Jesteś jego idolem. Kto, jeśli nie ty, będzie w stanie do niego dotrzeć.
  ― To miłe, że tak myślisz ― mówi mężczyzna, wyraźnie zadowolony. ― Nie kieruje mną jednak szlachetność, a szczera sympatia. Will Graham to niezwykły młody człowiek. Nawet jeśli przeżywa teraz pewne problemy.
  ― Zgadza się ― odpowiada dziewczyna i w końcu się uśmiecha, może nieco zbyt długo spoglądając w oczy Lectera. Chyba wie już, co zrobić.

           Wzdycha, obracając kubek z herbatą w dłoniach. Gdy myślała o tym w domu, wydawało się jej, że będzie łatwiej. Czwartkowego ranka poprosiła Willa o wieczorne spotkanie w kawiarni i teraz zajmują jeden ze stolików w kącie. Will sądził, że idą na randkę, ale kiedy zobaczył jej minę, od razu dotarło do niego, że nie będzie to jedno z ich beztroskich spotkań. Nie milczała pięciu dni bez powodu.
  ― O czym chciałaś ze mną porozmawiać? ― zapytuje cicho, wpatrując się w zatroskaną twarz dziewczyny.
Alice na krótką chwilę podnosi wzrok, ale zaraz go opuszcza.
  ― O tym, jak dziwnie się ostatnio zachowujesz, Will.
  ― Co masz na myśli?
  ― Zmieniłeś się, odkąd się poznaliśmy. ― Dziewczyna urywa na długą chwilę, a Will zaciska pobladłe wargi, cierpliwie czekając, aż rozwinie myśl. Dobrze wie, do czego pnie, zna to spojrzenie, choć jeszcze przez chwilę się łudzi. ― Coś złego dzieje się z tobą.
Will prostuje się w krześle.
  ― Przepraszam. Czasami zachowuję się dziwnie. To nic poważnego, po prostu…
  ― Potrzebujesz pomocy, Will.
  ― Ja… ― Młodzieniec opuszcza wzrok, uśmiechając się sardonicznie. ― Muszę tylko nabrać nieco… stabilności.
Alice kiwa powoli głową. Potem z wahaniem wyciąga dłoń, by położyć ją na jego ręce.
  ― Jesteś naprawdę słodki i kochany. Bardzo inteligentny. Z mało kim mogę porozmawiać tak szczerze i otwarcie ― zapewnia. ― Po prostu wydaje mi się, że… przyda ci się czas. Żebyś mógł dojść do siebie.
  ― Alice. ― Will od razu podnosi na nią spojrzenie. ― Czas się przyda, ale to nie znaczy, że nie możemy się spotykać. Dobrze na mnie działasz.
  ― Hannibal powiedział, że spróbuje ci pomóc.
  ― Rozmawiałaś o mnie z panem Lecterem?
Alice cofa rękę i wzdycha ciężko.
  ― Opowiedział mi o tym, jak znalazł cię w swoim salonie. Podobno nie wiedziałeś nawet, jaki jest dzień. Zmartwiłeś go. I mnie, Will. Oboje chcemy dla ciebie jak najlepiej.
Młodzieniec bierze głęboki wdech, czując nagły przypływ nieuzasadnionej wściekłości.
  ― Chodzi o coś innego, prawda? ― cedzi. ― Nie o moje dobro, tylko o twoją wygodę.
  ― Potrzebujesz czasu i terapii ― powtarza Alice, a potem zmienia ton na bardziej stanowczy. ― Musisz dojść do siebie. Nigdy nie uda nam się zbudować zdrowej relacji, dopóki nie odzyskasz swojej stabilności. Będę z tobą, Will. Będę cię wspierać jako twoja przyjaciółka, ale dopóki…
Will nie daje jej dokończyć: wstaje z miejsca, niemal przewracając krzesło, i gwałtownie opuszcza lokal, zostawiając dziewczynę ze zszokowaną miną i niezapłaconym rachunkiem.




H.K.M. - 2018-08-04, 23:49

           Młody Graham udaje się do psychiatry, który zwiększa mu dawkę leku, ale jeszcze przez następne dwa tygodnie jakikolwiek efekt, czy poprawa są absolutnie znikome - chłopiec wciąż zawiesza się często, odskakuje gwałtownie od nieistniejących rzeczy i ma problemy z kojarzeniem rzeczywistości - jego zachowanie bywa dziwne, nieprzyjemne, nieprzewidywalne; jest niestabilny. W taki właśnie sposób Will traci z wolna większość swych znajomych, a także jedyną przyjaciółkę, pozostając sam. Cóż, prawie sam - Hannibal Lecter wciąż zajmuje przy nim miejsce, ofiarując mu swe towarzystwo tak często, jak tylko może.
Zdarza się jednak czasem, że z jakiegoś powodu Will ucieka od tego towarzystwa, zupełnie jakby go nie łaknął. Podczas długich rozmów w jego salonie, które kończą się zazwyczaj długą chwilą zadumy, Will potrafi spojrzeć na niego w sposób, który sugeruje, że za bramami tego niezwykłego umysłu kryją się naprawdę czarne myśli. Dlatego też profesor postanawia zaczepić go któregoś razu po wykładzie.
  ― Panie Graham ― wychyla się znad masywnego biurka, uśmiechając się lekko; chłopiec obraca się w drzwiach, wbijając w niego spojrzenie błękitnych oczu. To zadziwiające, że nawet przy tak ponurym nastroju na bladej twarzy potrafi wykwitnąć uśmiech.  ― Zapraszam na chwilę.
Wie, że musi teraz działać we właściwym porządku; utrzymywać konwersację w takim tonie, by okazać swemu młodemu studentowi tyle ciepła i wsparcia, ile jest tylko w stanie.
Nie chce, by ten biedny człowiek myślał o sobie, jako o całkowicie osamotnionej jednostce. Musi mu uświadomić, że pomimo dziwacznego zachowania i nieprzyjemnych odzywek, Hannibal wierzy w jego prędką poprawę, w powrót do zdrowia i nie zamierza z niego w żaden sposób zrezygnować.
  ― Oczywiście, panie profesorze ― już po paru krokach pan Lecter może od niego wyczuć mieszankę adrenaliny i strachu. Czyżby Will obawiał się, że czekają go kłopoty?
Duże dłonie zbierają zręcznie porozrzucane zdjęcia w jeden stosik, wpakowując go do jednej ze służbowych teczek. Zabójstwo, którym zajmował się dzisiaj z pierwszorocznymi, ma ścisły związek z mordercą, o którym jest już niezwykle głośno w mediach i w FBI - nazwano go Rozpruwaczem z Massachusetts ze względu na sposób, w który zajmuje się ciałami swych ofiar. Każda z nich pozbawiona jest jakiegoś narządu i choć wydaje się to pozbawione sensu, Jack Crawford jest gotów zamęczyć Hannibala na śmierć, by ten podał mu wreszcie powód tego osobliwego zachowania.
Ale nawet człowiek tak błyskotliwy, jak pan Lecter ma tym razem niemały problem z rozwiązaniem tej zagadki. Trofea przechowywane w formalinie wydają mu się po jakimś czasie pozbawione sensu, nieodpowiadające zachowaniu mordercy, jego drapieżności, wyrafinowaniu.
  ― Nie będę pana oszukiwał ― zaczyna oficjalnie, spoglądając na chłopca z kiepsko skrywanym zatroskaniem ― chodzi o Rozpruwacza. Potrzebne mi konsultacje z kimś, kto rzuci na sprawę świeże spojrzenie i pomoże mi ją przeanalizować w innym świetle.
Dostrzega w młodej twarzy kiepsko skrywany wybuch ulgi. Szczupłe palce przeczesują ciemne loki, a spomiędzy pełnych warg wydobywa się ciche westchnienie.
  ― Bardzo dużo o nim czytam ― przyznaje. ― Jest wyjątkowy.
  ― Co czyni go tak bardzo wyjątkowym? ― Zapytuje Hannibal, pochylając się delikatnie w jego stronę. ― Czy to sposób, w jaki morduje swoje ofiary?
Chłopiec zamyśla się na chwilę, błądząc wzrokiem po suficie
  ― Tak ― mówi w końcu.  ― Widziałem zdjęcia jego dwóch ofiar ― uśmiecha się krzywo  ― w gabinecie mojego wuja. Wie pan... Widuję dużo miejsc zbrodni na pańskich zajęciach. Seryjni mordercy zwykle działają według schematów. Ich ofiary są w jakiś sposób powiązane. Ale Rozpruwacz, on... To, co robi... ― Will kręci głową.  ― Na pierwszy rzut oka między ofiarami nie ma żadnych zależności, nie dobiera ich według żadnego klucza. Chyba nie mają dla niego większego znaczenia. To niespotykane.
Nie potrafi ukryć swego uznania dla tak dojrzałych słów w ustach tak młodego człowieka; Hannibal kiwa głową, popatrując na blade oblicze w pełnym dojrzałego milczenia skupieniu. Stoją tak przez jakiś moment, kontemplując wyraźnie swoje własne rozmyślania. Wreszcie profesor Lecter wzdycha głośniej, wybijając się w ten sposób z zamyślenia.
  ― Proszę, przyjdź dzisiaj do mnie na kolację. Załatwię to z twoim wujostwem, nie będziesz musiał się martwić. Chciałbym to z tobą przedyskutować, o ile nie masz innych planów.
Sugerowanie, że istnieje możliwość, by Will rzeczywiście miał inne plany (poza nauką, oczywiście) jest może bezsensowne, ale dobre wychowanie nie pozwala mu na zwykłe szastanie czyimś czasem.
Chłopiec kiwa gorliwie głową, wyraźnie podekscytowany propozycją wykładowcy.
  ― Naprawdę bardzo chętnie, panie Lecter. Bardzo.  ― opiera swą drobną głowę na splecionych palcach.
Cienkie wargi rozchylają się w pojedynczym, oszczędnym uśmiechu.


           Pochyla się nad pogrążonym w płytkim śnie młodzieńcem i wyciąga wolno swą dłoń, dotykając jego gładkiej twarzy - przez chwilę szponiaste palce bawią się ciemnymi lokami, przesuwają się wolno po pełnych wargach.
Kim jest wysoka postać, wlewająca w nadstawione ucho te wszystkie okropieństwa? Czy to zjawa wlewa w drobne ciało cały ten spaczony jad, czy zatruwa je skrupulatnie, plugawiąc swym zepsuciem?
A może demon, wysłany wprost z najgłębszych czeluści piekieł, by zabić w tym niewinnym stworzeniu wszystko, co dobre? By odebrać mu jego ostatni promyk nadziei, zdusić w nim zapał do życia?
Chłopiec porusza się niespokojnie, jego ciało pokrywa się z wolna kroplami potu - Postać obserwuje je beznamiętnie, odprowadza swym spojrzeniem aż do zakamarków, które stają się dla niego niewidoczne pod niedbale narzuconym przykryciem.
Ciemna dłoń zsuwa się wreszcie z drżących warg, otaczając swym dotykiem drżącą grdykę - jedno mocniejsze ściśnięcie naprawdę mogłoby doprowadzić do jej pęknięcia, jest tego pewien. Ale nie ściska, jeszcze nie teraz.
Zamiast tego zadowala się chwyceniem za materiał koszulki i... podciągnięciem go wolno, odsłaniając płaski, wilgotny brzuch. Najdelikatniejsze mięśnie jawią mu się w tej chwili jak najwykwintniejsze kawałki mięsa, w które pragnie się po prostu wgryźć. Na krótką chwilę pochyla się nad nim, a długi język wysuwa się spomiędzy warg, zbierając ze skóry słone krople. Postać rozsmakowuje się w nich wyraźnie, drżąc wyraźnie, gdy dociera do niego silny zapach podniecenia.
Ile by dał, by móc teraz wessać się mocniej w to młode ciało, by skosztować każdego jego fragmentu, otulając swe zmysły jego smakiem i zapachem.
Ale nie może - na tę chwilę obejdzie się smakiem. Dlatego podnosi się wolno, rozrastając się w mgnieniu oka pod sam sufit. Rzuca Willowi ostatnie spojrzenie i pozwala, by niebyt rozerwał go wolno, porywając czarne wstęgi w kierunku uchylonego okna.
Drobny chłopiec budzi się z krzykiem, siadając gwałtownie w łóżku - dlaczego znów ma wrażenie, że ktoś przed chwilą go dotykał, mimo faktu, że znajduje się w swoim bezpiecznym, zamkniętym pokoju?


Koss Moss - 2018-08-05, 00:37

           W tej chwili nie ma już ani przyjaciół, ani znajomych. Nikt nie dzwoni, by go gdzieś wyciągnąć, więc chłopiec po zajęciach spędza większość czasu w domu lub w ogrodzie. Dużo maluje i chociaż czuje się ze sobą bardzo źle – ma wrażenie, jakby stracił nad sobą kontrolę, jakby żyło w nim kilka osób – wciąż pociesza się, że już wkrótce będzie lepiej, że to na pewno tylko trochę gorszy okres.
Wujostwo są zaniepokojeni do tego stopnia, że któregoś dnia Will podsłuchuje rozmowę wuja z ojcem na swój temat.
  ― Lunatykuje, krzyczy po nocach. Ostatnio wrócił po północy i nie potrafił powiedzieć, co robił, gdzie był. Jeżeli tak dalej pójdzie, trzeba będzie go wysłać do ośrodka. Wiem, Bernardzie. Wiem. Lecter pewnie zgodzi się na jego urlop do czasu poprawy, wyraźnie darzy go sympatią. Nie. Przecież go nie zostawimy. Może potrzebuje kompleksowej opieki. A może tylko innego terapeuty. Zabiorę go na konsultacje z kimś innym, zobaczę, co będzie miał do powiedzenia.
Will przełyka ciężko ślinę i czmycha na schody, gdy słyszy zbliżające się kroki wuja. Zamyka się w sypialni, przysiada na łóżko i zaciska drżące, wygięte w podkówkę wargi.
Świat spada mu na głowę, ludzie się go boją, Alice nie chce być jego dziewczyną (Will uporczywie odmawia spotkań z nią, choć od ich spotkania w kawiarni wiele razy próbowała go odwiedzić), a on nie marzy o niczym tak jak o odzyskaniu stabilności.
  ― Will.
Wuj Jack wchodzi do pokoju bez ostrzeżenia i zastaje go zapłakanego na łóżku w ciemnym pokoju. Jest już bardzo późno, ale okno nadal jest odsłonięte. Mężczyzna zapala światło.
  ― Dlaczego siedzisz po ciemku? Chłopcze. Dlaczego płaczesz?
  ― Nie płaczę. ― Will uśmiecha się słabo. ― Będę już się kładł.
  ― Wziąłeś tabletki?
  ― Wziąłem. ― Will kiwa głową i pokazuje opakowanie, które stoi na stoliku przy łóżku. Znika z niego więcej tabletek niż powinno – młodzieniec wbrew zaleceniom Chiltona łyka ostatnio po dwie, a czasem nawet trzy.
  ― Rozmawiałem z Bernardem.
  ― Ja wiem.
  ― Uznaliśmy, że potrzebny ci odpoczynek od zajęć.
Will potrząsa szybko głową.
  ― Nie, nie. Nie chcę odpoczywać. Zajęcia to jedyne, na czym mogę się skupić. Niedługo egzaminy. Muszę się przygotować.
  ― Na święta pojedziesz do ośrodka.
Will mruga szybko, obejmując się ramieniem.
  ― Nie chcę. Nie chcę, chcę być tutaj. Proszę.
Jack patrzy na bladą twarz chłopca, przygląda się niezdrowo roziskrzonym oczom. Kręci lekko głową, zatroskany.
  ― Będzie tylko gorzej, jeśli to tak zostawimy.
  ― Nie będzie ― zarzeka się Will. ― Muszę się tylko przyzwyczaić, to wszystko.
  ― Przyzwyczaić?
  ― Tak, dam sobie radę. ― Młodzieniec uśmiecha się lekko. ― Naprawdę.
Wuj przygląda mu się badawczo; wyraźnie nie ufa tym słowom.
  ― Jutro wszystko zorganizuję. Dobrej nocy, Will.
  ― Nie organizuj. Nic nie organizuj. Przestań! ― krzyczy niespodziewanie młodzieniec, kiedy Jack zamierza wyjść. W jedną chwilę chłopak zaciska palce na ubraniu mężczyzny, przypadając do jego pleców. ― Proszę. Proszę, nie wyrzucaj mnie. Nie wyrzucaj ― błaga drżącym głosem i nawet tak stanowczy człowiek jak Jack nie potrafi pozostać niewzruszony. Odwraca się do chłopca i przytula go, a ten, drżący, wciska się w jego ramiona.
To jeszcze dzieciak, zwykły, zagubiony, a przede wszystkim przerażony dzieciak; tak wiele jest problemów, z którymi musi się mierzyć.
  ― Will. Nikt cię nie chce wyrzucać. Przecież wszyscy chcemy ci pomóc. Ja. Bella. Hannibal. Wszyscy chcemy dla ciebie jak najlepiej.
Szczupłe ręce mną niespokojnie garnitur mężczyzny, a po bladych policzkach płyną gorzkie łzy.
Przez długą chwilę obaj stoją po prostu w drzwiach, a potem z dołu przychodzi w ciemnym szlafroku Phyllis i staje przy nich, bez słowa także ich obejmując.
I Will czuje się trochę lepiej, ale nadal tak bardzo się boi, boi myśli o białym kaftanie i skórzanych pasach.

           Któregoś dnia czuje się wyjątkowo samotny, a ponieważ uważa, że stanowczo zbyt często zawraca głowę panu Lecterowi (to tak zapracowany człowiek), spotyka się w końcu z Alice. Zaprasza ją do siebie i próbują spędzać czas jak dawniej. Czytają gazety, żartują, Alice maluje paznokcie. Ale nie jest jak dawniej. Dziewczyna zachowuje dystans. Kiedy się przytulają, jest sztywna, klepie go po plecach, odsuwa się. Will często łapie ją na uważnych spojrzeniach; wie, że szuka w nim oznak niestabilności i że się go obawia. Ale przynajmniej do niego przychodzi i Will ma przyjaciółkę. Teraz, kiedy ochłonął, trochę ją rozumie: nikt nie lubi brać sobie na głowę problemów. To nie jest dobry czas na romanse, nie, kiedy sypia tak niespokojnie i traci kontakt z rzeczywistością. Ale może trochę później – kiedy już będzie mu lepiej – może wtedy znowu będą mogli być tak blisko, jak wcześniej. Bardzo by chciał. To taka miła, wesoła i ładna dziewczyna.
  ― Will. ― Chłopiec wyrywa się z zamyślenia i odwraca do wuja, który wchodzi do pokoju wkrótce po wyjściu Alice. ― Jak się czujesz?
  ― Dobrze ― odpowiada młodzieniec i uśmiecha się lekko.
  ― Alice to dobra dziewczyna.
  ― Prawda.
  ― Rozmawiałem o tobie z Hannibalem. Zaproponował pewne rozwiązanie.
Na młodej twarzy pojawia się zainteresowanie.
  ― Jakie?
  ― Chce się tobą zająć osobiście. To specjalista w zakresie ludzkiego umysłu. Przez wiele lat pracował jako psychiatra, zanim oddał się całkiem karierze naukowej. W swojej uprzejmości zaoferował, że może pomóc ci trochę… to wszystko poukładać. Ufamy mu z twoją ciotką. Gdybyś się zgodził, może wyjazd nie byłby konieczny.
  ― Chce się mną zająć ― powtarza Will, wyraźnie zdumiony; chyba bardziej tym, że wuj, który tak nie lubił, kiedy odwiedzał Hannibala, nagle zmienił zdanie. Podejrzewa, czyja to sprawka, ale jakich środków perswazji musiał użyć jego elegancki sąsiad?
  ― Tak. Jest gotów przyjąć cię jutro po południu.
  ― Pewnie. Pewnie, że się zgadzam. ― Młodzieniec uśmiecha się blado; wie, że to jedyne wyjście, jeśli nie chce wyjeżdżać. Stresuje się, że leczenie znów nie przyniesie efektu, a wtedy nie będzie już odwrotu, ale też ma świadomość, że ten człowiek od samego początku jest mu bardzo życzliwy. Nigdy nie czuł się przez niego oceniany. Przeczuwa, że może się przy nim czuć bezpiecznie, spokojnie powierzyć mu swoje tajemnice i powiedzieć o rzeczach, które w oczach innych kwalifikowałyby go prawdopodobnie na oddział zamknięty. Pan Lecter po prostu jest zupełnie inny niż wszyscy i kto wie, może zgodzi się zataić pewne kwestie, jeśli Will wyjaśni mu, jak bardzo zależy mu na pozostaniu na uczelni? Może wspólnie znajdą inną opcję? ― Pójdę.


Pan Vincent - 2018-08-07, 23:25

           To niewłaściwe, ale z jakiegoś powodu Hannibal obserwuję przykrą scenę, rozgrywającą się w sypialni Willa Grahama, przez niewielką szparę w zasłonach. Widzi, jak gwałtowne i przejmujące są emocje, które wstrząsają drobnym ciałem, widzi, jak ponura jest mina Jack'a Crawforda, gdy przybywa do błękitnej sypialni, by wyrazić swe obawy względem stanu bratanka.
Nie musi słyszeć ich słów, by wiedzieć o czym rozmawiają - od wielu tygodni uczestniczy w życiu swych sąsiadów o wiele intensywniej, niż można by się tego spodziewać - spędza wiele godzin na długich rozmowach z każdym z nich, starając się rozwiązywać ich problemy, wspierać w ciężkich chwilach, dawać poczucie, że nie zostali z tym wszystkim sami.
Sytuacji nie poprawia rosnąca liczba morderstw, zadanych z ręki Rozpruwacza - ilość ciał przytłacza mieszkańców Bostonu, wprawiając ich wolna w początki (słusznej) paranoi. Ludzie boją się wychodzić z domów, o zmroku zaciągają żaluzje, wyczekując z trwogą dawki nowych wiadomości w wieczornym wydaniu dziennika.
I wszyscy dobrze wiedzą, że sytuacja powróci niedługo do normy - nocne wyjścia odnajdą znów swoje istnienia, nieuwaga na powrót zagości we wszystkich sercach. Do czasu, gdy w którymś parku, lub galerii sztuki, nie zostanie odnalezione kolejne ciało, rzecz jasna.
Ludzie to proste stworzenia, ich mechanizm działania nie jest w żadnym wypadku jakkolwiek złożony - Hannibal potrafi przewidzieć ich bezsensowne posunięcia, zanim te wejdą w ogóle w życie i (co już chyba najgorsze) nie musi się nad tym nawet zastanawiać.
To takie przykre, że młody Will nie radzi sobie z sytuacją, której poddaje go życie - czasami profesor Lecter zastanawia się nad tym, czy to wszystko nie jest poniekąd jego winą; może gdyby nie przepisał go na wymarzony kierunek (gdzie niemalże codziennie chłopiec spotyka się z przykrymi obrazami morderstw i słucha o nich od najróżniejszych ludzi) i nie pielęgnował w nim zdolności analizowania każdej zbrodni...
"Nie powinieneś się obwiniać" - słyszy ciągle od Alice, ale nie potrafi jej już wierzyć - nie, kiedy codziennie zauważa coraz głębszy cień, rzucany na młodą twarz, błękit, który wydaje się gasnąć na jego oczach. To, mimo wszystko, zbyt wiele do zniesienia i nagle rodzi się w nim potrzeba do przyniesienia tej biednej istocie zadośćuczynienia.
Nie może, przecież, pozwolić, by ten młody i zdolny umysł marnował się w jakimś ośrodku, podczas gdyby mógł czynić tak wiele dobrego dla społeczeństwa.
Jest też niemalże pewnym, że za złym samopoczuciem tego zdolnego młodzieńca stoi tylko i wyłącznie błąd jego psychiatry - jeśli weźmie się za to ktoś odpowiednio nastawiony, wykształcony i *cierpliwy* (Hannibal jest tego pewien) osiągnie rezultaty w mgnieniu oka.
A sposób na to, jak może tego dokonać, przychodzi do jego głowy szybciej, niż mógłby się tego spodziewać.

Następnego dnia otwiera swe drzwi, ubrany w elegancki (choć i dość niecodzienny, trzeba przyznać) garnitur, witając w nich Willa Graham'a.
  ― Dzień dobry ― wita się z nim uprzejmie, wykrzywiając wargi w zwyczajowym, uprzejmym uśmiechu.
  ― Dzień dobry ― odpowiada uprzejmie chłopiec. Jego wargi zdobi krzywy uśmiech, który z dnia na dzień w pewien sposób zmienia się z niewinnego i słodkiego do niebezpiecznie.. znajomego ― bardzo miło mi pana widzieć, panie Lecter. Czy może powinienem teraz do pana mówić: doktorze...
To takie dziwne, myśli przez chwile, przyjmując od swego gościa elegancki płaszcz i miękki szalik, widzieć tego drogiego chłopca w roli swego... pacjenta.
Nie jestem pewien, czy będziesz potrafił traktować go profesjonalnie, rzuca Jack, spoglądając mu w oczy z nieskrywanym powątpiewaniem.
Wszyscy dobrze wiemy, jak bardzo polubiłeś tego chłopaka. Nic dziwnego; jest niesamowity, przyznaję mu to. Ale nie pozwolę na to żeby dalej działa mu się krzywda, rozumiesz? Chcę widzieć postępy waszej współpracy. Chcę odczuwać je każdego dnia. Jeśli to nie pomoże, wysyłam go do ośrodka. I nikt nie zmieni już mojego zdania.

  ― To pierwszy śnieg, prawda? ― rzuca wesoło, strzepując a tkaniny płaszcza parę topniejących płatków; przygląda się z zafascynowaniem ich niknącym strukturom, do momentu, gdy nie roztapiają się całkowicie na jego palcach. ― Najwyższa pora. Parę razy poprószyło delikatnie, ale dzisiejszego ranka rozpadało się już chyba na dobre.
Will wchodzi za nim, przeciąga się rozkosznie pod wpływem ciepła, płynącego z rozpalonego w kominku ognia.
 ― Tak. Tutaj pada mniej niż tam, gdzie się wychowałem.
Przechodzą do gabinetu i zostaje mu wskazany jeden z foteli - Hannibal siada w tym drugim, znajdującym się dokładnie naprzeciw.
Tu także znajduje się kominek - to jemu chłopiec poświęca swoją uwagę, wpatrując się w tańczące płomienie z dziwnie smutną miną. Szczupłe palce skubią nerwowo rękaw swetra, pełne wargi wydymają się odrobinę.
  ― W Carrabassett Valley śnieg potrafił sięgać do pasa. Mój pies uwielbiał się w nim bawić. Pewnego dnia pobiegł w las i bawił się tak dobrze, że już nigdy nie wrócił. Chyba nie potrafił znaleźć naszego zapachu. Pewnie zamarzł.
Przez chwilę ciszę wypełnia tylko odgłos trzaskających polan i tykania zegara. Hannibal podnosi się ze swojego miejsca i nalewa im po kieliszku wina; jego mina wyraża jasno, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co na to wszystko powiedziałby Jack; dojrzałe oblicze jaśnieje przez moment w pojedynczym uśmiechu, a oczy rozbłyskują w pojedynczym akcie rozbawienia.
To będzie nasza mała tajemnica, panie Graham.
  ― Nawet psy, brane przez tylu ludzi za najwierniejszych przyjaciół, potrafią stawać się absolutnie nieprzewidywalne; podejrzewam, że twój drogi czworonóg musiał zostać poddany bodźcom, które odwiodły go od powrotu do domu. W nieprzyjaznych warunkach często brakuje nam ostoi bezpieczeństwa. Wyciągniętej dłoni, latarni morskiej, która wskaże nam właściwy kierunek w bezkresie ciemności. Will ― odchyla się na fotelu, zmuszając chłopca do spojrzenia sobie w oczy ― co jest twoją latarnią? Co jest w stanie cię odwieść od cienia?
Duża dłoń wędruje do kieliszka, by podetknąć go elegancko pod nos; pan Lecter zaciąga się głęboko kwaskowatym aromatem, upijając pojedynczy łyk. Smak jest tak zadowalający, że ma ochotę zamruczeć, ale byłoby to wysoce nieodpowiednie; zadowala się więc jedynie przymknięciem powiek i zobrazowaniem sobie wysokich pnączy bluszczu, piwnicznych cegieł, pełnych gron z napęczniałymi, ociekającymi sokami owocami.
  ― Napij się, proszę ― proponuje, mając nadzieję, że pozbawi go w ten sposób wątpliwości ― możesz być pewien, że dokładnie zbadałem sprawę szkodliwości alkoholu przy dawce twoich leków. Jeden kieliszek może mieć wręcz dobroczynne właściwości. Podejrzewam, że pozwoli ci się także nieco rozluźnić. Chcę, abyś na naszych spotkaniach opowiadał mi zawsze szczerze o tym, co myślisz. Skup się na moim pytaniu, Will. Zamknij oczy i wyobraź sobie bezkres ciemności, podszeptów i wszystkich rzeczy, które sprawiają, że nie możesz złapać stabilności. Kiedy utrwalisz ten obraz w swoich myślach, skup się na moim pytaniu; co jest w stanie cię od nich odwieść?


Koss Moss - 2018-08-08, 01:41

           Will zamyka oczy i widzi cienie pnące się po piwnicznych ścianach; widzi ciemne macki przyjmujące finezyjne kształty ślimaków, nabierające kanciastych form jelenich rogów. Słyszy szepty i bicie dzwonu rozlegające się w dali. Widzi w mroku wysokie sylwetki i szponiaste łapska, które sięgają po niego, hacząc o mury z nieprzyjemnym odgłosem.
Widzi wreszcie Jego: stoi tam, jego oczy błyszczą białkami i wżerają się w niego. Jest taki głodny.
  ― Ach!
Otwiera gwałtownie powieki, chlapiąc się winem. Jego chłód przenika teraz przez ciemną koszulę, osiada na skórze piersi.
Will mruga, marszczy brwi i wbija spojrzenie w uważne oczy Lectera. Bierze głęboki oddech. Poprawia się w fotelu.
   ― Chyba tylko… jakaś osoba. Ktoś, kto zawoła mnie z powrotem, gdy szepty są najgłośniejsze. Pociągnie do światła.
Pociąga zdrowo z kieliszka, opuszczając na chwilę wzrok. Łagodny pomruk wdziera się w jego uszy, pieszcząc je wibracjami, gdy mężczyzna przemawia.
  ― Kim jest ta osoba?
Kim jest?
Will mruży oczy, śledząc wzory na zapewne niezwykle drogim dywanie, aż dociera do lśniących butów siedzącego naprzeciwko niego człowieka. Przesuwa wzrokiem po błyszczącej skórze, wiedzie nim w górę doskonałej jakości materiału spodni. Wspina się bezwiednie po koszuli. Zatrzymuje spojrzenie na poziomie grdyki, która porusza się, gdy Hannibal przełyka wino.
  ― Myślałem, że to Alice ― przyznaje. ― Ale ostatnio… Chyba mało ją obchodzę. Boi się mnie, albo może jest zmęczona tym, że ciągle potrzebuję pomocy. To nie ona.
  ― Spróbuj zobrazować sobie tę twarz. Czy słyszysz głos tej osoby? Może to Jack?
Will marszczy brwi. Czy to wuj Jack? Czy wuj Jack, któremu nie potrafi ufać?
Zawsze był za nim. Zawsze gotów był pomóc, ale to on wciągnął go w czerwony świat zbrodni, on ubrudził krwią, on sprawił, że w ciemności pojawiły się wygłodniałe bestie. Bestie, które szczerzą do niego kły, ilekroć zamknie oczy.
Will pije szybko.
  ― Nie wiem ― wydusza w przedłużającej się, prawie niezręcznej ciszy. ― Nie wiem, doktorze. Może to… pan? Stał się pan ważną osobą w moim życiu. Dużo pan dla mnie robi. ― Podnosi nagle wzrok na jego dostojne oblicze. ― Najwięcej ze wszystkich. Mógłbym panu zaufać, pójść za panem w wiele miejsc, ale… Nie wiem. ― Odsuwa od ust opróżniony o wiele za szybko kieliszek i odstawia go na stolik. Przez chwilę znów obaj milczą. Will znosi to gorzej, czuje potrzebę odezwania się. ― Może mi pan powiedzieć, co się ze mną dzieje? Dlaczego leki nie działają? Dlaczego czuję się tak źle?
Hannibal wodzi spojrzeniem od drobnej sylwetki do kieliszka, przechylając głowę w wyrazie zainteresowania, a zarazem zadumy. Wygina wargi w łagodnym uśmiechu, który niesie ze sobą pokrzepienie. Will wiedzie wzrokiem za końcówką języka, która przesuwa się z wolna po tych szlachetnych ustach.
  ― W twoim życiu wydarzyło się wiele rzeczy na raz ― mówi Hannibal i Will odkrywa, że nie potrafi już tak łatwo oderwać wzroku od tych warg. I nagle zaczyna się sobie dziwić, że tak długo był w stanie ignorować urok tego człowieka. Nie wie, dlaczego, ale każda ze zmarszczek znaczących to spokojne oblicze zdaje się zupełnie na miejscu, nie szpeci go. Ich pajęczyna nadaje tej twarzy zmysłowości, sprawia wrażenie, że zmęczona skóra może smakować dokładnie jak dojrzałe wino, cierpkie, wytrawne, eleganckie, znakomite. Młodzieniec przechyla głowę i wyobraża sobie, jakby to było – polizać ją. Oczywiście natychmiast spotkałby się z odepchnięciem, to pewne. Pan Lecter mógłby być jego ojcem. Zapewne traktuje Willa jak syna, którego zdaje się mu brakować. Tylko Will jest tak spaczony, by myśleć przy nim takie rzeczy, by myśleć takie rzeczy o nim. A może…?
Przypomina sobie, jak bardzo pan Lecter zbliżył się do niego – jak obaj się do siebie zbliżyli – gdy rozmawiali na uczelni. Jak bardzo byli blisko, kończąc posiłek w kuchni. Wspomina, jak bardzo gorąco było mu czasem, kiedy ta duża dłoń dotknęła go, przypadkiem lub nie, jak mocno niekiedy potrafiło zawrócić w głowie wino, kiedy…
  ― …nowe wyzwania. Tyle nowości każdemu mogłoby zawrócić w głowie. Najważniejsze jest to, żebyś zdołał to wszystko jakoś poukładać.
  ― Doktorze Lecter ― przemawia gwałtownie, zbyt gwałtownie (może mu przerwał?) i chrząka, poprawiając się w fotelu. Zagarnia ciemne loki za ucho i przełyka nerwowo ślinę, krzyżując nogi. Palce bolą go od wbijania w podłokietniki; porusza nimi. ― Mam problem z… lunatykowaniem. ― Spuszcza wzrok na swój brzuch. ― Budzę się czasem ze śladami na ciele, których nie miałem w dzień.
Czuje na sobie wzrok Lectera, czuje jego zdziwienie.
  ― Czy… to często ci się zdarza? Co się dzieje, kiedy się budzisz? Jak wyglądają te ślady? ― słyszy.
  ― Czasem. Ostatni raz dwa albo trzy dni temu. To takie jakby… siniaki. ― Uparcie nie podnosi wzroku. ― Czasem czuję, jakby… ktoś mnie dotykał, robił mi różne rzeczy, kiedy jestem nieprzytomny. Ale to przecież niemożliwe.
Wie, że doktor uważnie go obserwuje. Jest mu gorąco. Poci się. Naprawdę nie chce podnosić spojrzenia, naprawdę nie czuje się na siłach. Patrzy na jego buty. Co się dzieje? To całkiem chore. Napięcie wisi w powietrzu, aż trudno oddychać.
  ― Myślę, że mogę ci pomóc w tej kwestii ― słyszy. I chce zaufać. Kto by nie zaufał, słysząc ten głos. ― Pokaż mi, Will.
Ale nie może, nie teraz.
Blade policzki płoną.
  ― Muszę do toalety. Przepraszam.
Podrywa się i prawie przewraca, odwracając gwałtownie w stronę drzwi gabinetu. Wychodzi bardzo szybko i wpada do łazienki, od razu zamykając drzwi. Opiera się o nie plecami i wypuszcza drżąco powietrze.
Świat wiruje, ale to nie wino. Znów się zaczyna. Tylko dlaczego, dlaczego tak. Dlaczego to się dzieje. Tylko rozmawiali. Nawet nie siedzieli blisko. Nie dotykali się.
Odkręca wodę, rozpina rozporek i ze zduszonym okrzykiem ulgi zaciska palce na wzwiedzionej męskości. Odchyla głowę i wzdycha z ulgą. Podnosi wzrok na sufit, po którym suną czarne węże, i zaciska powieki.
Pójdzie szybko.
Robi to sobie gwałtownie, mokrą ręką, szybkimi ruchami. Z jakiegoś powodu znowu siedzi w fotelu przed doktorem, zaspokajając się bezwstydnie na jego oczach, uśmiechając się kątem warg na jego zszokowaną minę.
A może jest w błędzie, może ich zażyłość wcale nie jest tylko przyjaźnią. Może pan Lecter też patrzy na niego trochę inaczej. Może, mimo wszystko…
Och, naprawdę nie może myśleć. Chce tylko ulgi. Ściska się mocniej, zapierając o drzwi. Otwiera szeroko usta, gdy przyjemność staje się zbyt intensywna, zbyt brutalna dla niego. I nie przestaje. Nie przestaje, dopóki nie czuje znajomego mrowienia, a potem gwałtownego skurczu, który wywołuje eksplozję w całym jego ciele, w całym umyśle.
Nasienie ląduje na kafelkach, Will osuwa się na kolana. Porywa aksamitny papier, żeby je zetrzeć. Jeszcze przez chwilę klęczy, kafelki są tak przyjemnie chłodne. Jeszcze chwilę, zanim do niego wróci i pokaże mu te dziwaczne ślady. Ze spokojem. Bez śladu… tego, co zrobił przed chwilą.
Świadomość tego spada mu na głowę jak grom z nieba.
Właśnie masturbował się w łazience swojego nauczyciela, doktora. Starego mężczyzny, który czeka na niego w gabinecie, niczego nieświadom.
Jest chory, bardzo chory. Wszystko nadal wiruje, ale chyba może już iść.


H.K.M. - 2018-08-11, 00:46

           Rozmowa przebiega bez większych trudności do momentu, gdy w słowa jego drogiego pacjenta (zabawnym jest o nim tak myśleć) wkrada się pewne drżenie - potęgowane wzbierającymi emocjami i niezachwianym popędem, przemienia się szybko w istne tornado odczuć, które nie wydaje mu się jednak odrażające.
Hannibal siedzi w swym fotelu, chłonąc zapach młodzieńczego podniecenia, jak wygłodniały wilk, wietrzący nitki zapachu swej przyszłej afery. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co takiego poniewiera nieco nieobecnym młodzieńcem, choć w kamiennej twarzy nie drga nawet jeden mięsień. Kontynuuje ich niewinną rozmowę, zadając bardziej i mniej podchwytliwe pytania, aż docierają do tematu dziwnych śladów; jest nawet odrobinę zmartwiony. Nie podejrzewał, bowiem, że halucynacje i nocne lunatykowanie chłopca, mogły doprowadzić go do rzeczywistych, fizycznych obrażeń. Rozważa nawet założenie, że ślady mogą być tylko wytworem gorliwej wyobraźni jego pacjenta. Postanawia natychmiast je obejrzeć - jest, przecież, oczywistym, że jako lekarz (jest jeszcze wiele rzeczy, których Will Graham będzie musiał się o nim dowiedzieć) ma pewność, że będzie miał na ich temat wiele do powiedzenia.
  ― Myślę, że mogę ci pomóc w tej kwestii ― mruczy, wodząc spojrzeniem po nieco zaczerwienionych policzkach, po błyszczących i zamglonych, jednocześnie oczach. Na cienkie wargi ma ochotę wpełznąć gadzi uśmiech, ale Hannibal powstrzymuje go z klasą, upijając jeszcze łyk wina.
Niesamowity aromat.
  ― Muszę do toalety. Przepraszam ― Will podrywa się nagle, potrącając fotelem. Smukłe stopy, odziane w kolorowe skarpetki, przesuwają się szybko po dywanie i już po chwili w pomieszczeniu rozlega się trzask drzwi, a potem szum wody.
Czeka spokojnie piętnaście sekund; potem pochyla się i pozbywa się swoich butów, poruszając się bezszelestnie tym samym szlakiem, który jeszcze chwilę temu przecierał jego pacjent.
Gładko ogolona twarz zatrzymuje się o centymetry od drewnianej powierzchni drzwi, gdy czujne ucho wyłapuje spośród odgłosu odkręconego kranu o wiele więcej, niż można by przypuszczać. I nawet tu, ze swego miejsca, czuje ten zapach jeszcze intensywniej, otula się jego gęstością, wnika w nią, pozwalając zadziałaś swojej wyobraźni.
Widzi więc młode ciało, nieco pochylone, z wypiętymi biodrami - spodnie spuszczone do kolan, pośladki wystające spod przyluźnego swetra. Gładkie i blade pośladki bez ani jednej skazy - wyglądają, jakby ktoś wyrzeźbił je w kawałku marmuru, lub masy perłowej, opiewając idealną krągłością piękno ludzkiego ciała.
Widzi szczupłą dłoń, zaciskającą się kurczowo na sztywnym, zaróżowionym członku. Widzi jego wilgotny czubek, mętną kroplę, przeciskającą się przez cewkę, mętną kroplę, która marnuje się, wsiąkając w mały dywanik przy zlewie.
Czy myśli teraz o nim? Czy dotyka się, mając pod powiekami obraz jego twarzy, warg, jego palców?
Podrywa się z fotela i staje tak przed nim, dumny, wyprostowany. Błękitne oczy spoglądają na niego z dołu, pełna warga bieleje pod uściskiem zębów.
Zbłąkany lok osuwa się na czoło, trąca nasadę nosa - Hannibal odgarnia go na bok, nie zabierając dłoni. Kładzie ją na gładkim policzku, bada odstające kości szczęk.
Szczupłe dłonie zsuwają się po płaskim torsie, podciągają niecierpliwie sweter, rozpinają dolne guziki młodzieńczej, eleganckiej koszuli.
Weź go, weź go - szepcą miękko cienkie wargi, a posłuszne dłonie rzeczywiście wyciągają sztywną erekcję na wierzch. Pociemniałe spojrzenie przesuwa się przez rozchylone wargi, drgające jabłko adama, przez unoszącą się spazmatycznie pierś i odsłonięty brzuch, aż wreszcie docierają do maleńkiego skarbu.
A Will? Cóż za niegrzeczny chłopiec - popisuje się nim, bawi, naciągając bezczelnie skórę i prowokuje go do wykonania dalszego ruchu, ale Hannibal nie daje mu tej satysfakcji.
Stoi tam, nieugięty, choć - być może - pewna rzecz w jego postawie uległa delikatnej zmianie. Wypchany rozporek piętrzy się w swym prymitywnym wyrazie pożądania tuż przed nosem zabawiającego się ze sobą bezczelnie "pacjenta".
Ich oczy spotykają się ze sobą, gdy chłopiec nie wytrzymuje i przysuwa się do wybrzuszenia, całując je delikatnie, z wahaniem. Potem, nieco już śmielej, powtarza swój zabieg, wysuwa końcówkę języka i przesuwa nią po rysującym się przez materiał kształcie, od dołu do samej góry, gdzie już za chwile pojawi się wilgotna plama, przesycona zapachem, samą esencją profesora Lectera. Już po chwili wylizuje to miejsce, jak ostatnia dziwka, a on sięga wreszcie do paska i...

Och - to cichy jęk wybudza go z transu, gdy odsuwa się wolno od drzwi, nabierając głębszego oddechu. Jego oddech jest niespokojny, temperatura ciała podnosi się znacznie.
Obrazy wymownej wizji tańczą mu jeszcze pod powiekami, gdy stara się je odgonić, przecierając skronie. Powraca bezszelestnie do gabinetu, ale nie siada jeszcze w fotelu. Zakłada buty i dolewa sobie jeszcze wina, spoglądając na puste fotele tak, jakby mógł z nich wyczytać wszystkie odpowiedzi. Nie jest pewien, czy miał kontrolę nad tym, co przed chwilą się stało - czy chciał zamyślić się w ten sposób tam, pod drzwiami łazienki. Ma wrażenie, że odrobinę go poniosło, ale to... wydaje mu się takie niemożliwe - stracić nad sobą panowanie, oddać się fantazji, dać ponieść chwili.
Sącząc alkohol, spogląda na zegarek. Od zatrzaśnięcia drzwi mija ósma minuta.
To zbyt długa pora, by łudzili się, by natura małej wycieczki chłopca należała do absolutnie zwyczajnych. Jest jednak pewien, że żaden z nich nie da po sobie tego znać - Will wróci tu, a ich rozmowa potoczy się tak, jakby nie wydarzyło się nic szczególnego, bo i nic takiego się nie wydarzyło.
Po chwili mała zguba powraca do pokoju - jego wilgotna twarz zdradza wciąż ślady rumieńca, a drobne ciało emanuje specyficznym napięciem.
Nie umie nie odpowiedzieć na nieco sztywny uśmiech tym samym - ów wygięcie warg wydaje mu się tak bezsprzecznie zabawne, że wydawałoby się nie na miejscu tego nie zrobić.
  ―Mogę ci zaproponować szklankę soku?
  ― Poproszę ― młodzieniec kiwa gorliwie głową i odprowadza spojrzeniem wędrówkę płynu do szklanki, a potem porywa ją w swoje dłonie i przechyla łapczywie, wypijając jej całą zawartość w paru łykach. Słodkie krople spływają po jego brodzie i szyi i nagle Hannibal doznaje dziwacznego uczucia zamknięcia we śnie - wizja ta jest, bowiem tak irracjonalna, że nie może być prawdziwe, by...
  ― Cóż ― odstawia karafkę na tacę, unosząc delikatnie brwi ― wierzę, że teraz jest ci już lepiej.
Na Boga, nie byłby sobą, gdyby nie włożył w te słowa odrobiny podtekstu - jest on jednak na tyle niewinny, że nie ma siły, która mogłaby udowodnić mu jego winę.
Z resztą; czym wobec tej sytuacji jest prawdziwa wina? I po której leży stronie?
  ― Czy teraz jesteś już gotów, by pokazać mi te ślady? ― zapytuje, poprawiając ukradkiem wiązanie krawata (kiedy je rozluźnił?) ― Myślę, że może to być bardzo ważne odkrycie w naszej terapii.


Koss Moss - 2018-08-11, 02:01

           Stoją naprzeciw siebie i Will czuje się przytłoczony wstydem – choć nie ma takiej możliwości, mówi sobie, by pan Lecter wiedział.
Czy na pewno?
Wpatruje się badawczo w dojrzałe oblicze, próżno poszukując na nim oznak zgorszenia lub jakiejkolwiek innej emocji, która mogłaby wskazywać na to, że pan Lecter wszystkiego się domyślił.
Często zdarzało mu się błądzić i zawieszać. Mógł doznać takiego stanu w łazience. Mógł zapatrzyć się w lustro albo trochę dłużej szorować ręce, walcząc z wrażeniem brudu.
Bywało już tak.
Uznaje wreszcie uśmiech na twarzy doktora za wyraz naturalnej uprzejmości i podciąga do góry za duży, ciemnozielony sweter. Odkłada go na bok i zostaje w ciemnej koszuli. Jej rozpinanie zaczyna od dołu. Jest pewien, że siniaki tam będą, że nie wmówił sobie ich istnienia.
Podwija w połowie rozpiętą koszulę do linii sutków, odsłaniając nieco zapadnięty brzuch i wystające żebra. Spogląda w dół – bliżej biodra znajduje się niewielki purpurowy krwiak, Will widzi go wyraźnie.
  ― Widzi pan? Jakbym się uderzył ― mówi powoli, podnosząc z wolna spojrzenie na nieprzeniknioną twarz mężczyzny. Mruży oczy, kiedy mężczyzna nieśpiesznie zasiada w fotelu tuż przed nim i pochyla się do przodu. ― Myślałem, żeby przywiązać się na noc do łóżka… Och.
Patrzy uważnie, jak Hannibal przechyla głowę i przysuwa ją bardzo, bardzo blisko, obserwując siniak z odległości najwyżej kilku cali. Wstrzymuje oddech, czując nagle, że nogi ma jakieś miękkie, Lecter natomiast kiwa powoli głową i wyciąga dłoń, by ostrożnie przycisnąć zmienione miejsce.
  ― Ach ― syczy cicho Will, napinając się, kiedy kciuk wbija się w nie odrobinę boleśnie, a jednak uśmiecha się z cieniem zadowolenia. Naprawdę cieszy się, mogąc być czegoś pewnym. Istnienia tego śladu nie można już podać w wątpliwość. Z drugiej strony to przerażające, że przemieszcza się we śnie, nie mając nad tym żadnej kontroli. Pewnego dnia może przecież spaść ze schodów, a wtedy drobne siniaki będą jego najmniejszym problemem.
  ― Wyglądają na świeże ― stwierdza doktor Lecter, powoli (jak gdyby z niechęcią?) cofając dłoń i prostując się w fotelu.
  ― Są świeże ― zapewnia Will i powoli opuszcza koszulę, a następnie ją wygładza. Cofa się, by zasiąść na powrót naprzeciwko mężczyzny, i tym razem to on pochyla się do przodu, już z powagą. ― Wiem, że zrobiłem to sobie w nocy, ale nie pamiętam, jak. Lunatykowałem już kiedyś. Później na wiele lat ten problem zniknął. Teraz czuję się, jakbym w ogóle nie brał leków, panie Lecter. Może… potrzebuję silniejszej dawki? Tylko trochę? ― sugeruje z nadzieją, ale mężczyzna wyraża obiekcje co do zwiększenia dawki leku. Oznajmia, że nie praktykuje nadużywania środków łagodzących objawy chorób. Według niego Will powinien uporać się z własnymi demonami, zamiast spychać je do podświadomości. Proponuje mu terapię opartą na rozmowach i wspólnym docieraniu do głęboko skrytych problemów – i Will mu ufa. Nie ma powodu, żeby nie ufać. Doktor Lecter był przecież zawsze tak wyrozumiały i cierpliwy, a przede wszystkim jest jego przyjacielem, życzy mu dobrze. Gdyby nie on, Jack wysłałby go do ośrodka, ale dzięki niemu młodzieniec może spędzić święta z nim, ciotką i Bernardem.
Gdyby nie on, wiele rzeczy wyglądałoby inaczej. Być może dawno już opuściłby Cambridge, nie mogąc studiować na wymarzonej specjalizacji. Tak więc złożył w jego ręce również ten aspekt swojego życia. Nie ma zbyt wiele do stracenia.

           W ostatni świąteczny wieczór wraca do pokoju we wspaniałym nastroju. Alice spędziła u nich prawie cały dzień. Bernard bardzo ją polubił. Mruknął do syna z aprobatą, że wydaje się miła i bardzo ładna, gdy mijał się z nim w drodze do kuchni. Will myśli o niej tak samo. Alice jest bardzo miła i bardzo ładna, a do tego zabawna i niezwykle otwarta. Kiedy tylko znów będzie stabilniejszy, wrócą do siebie i będą razem: on i ona, jedyna dziewczyna, przed którą nie musi niczego ukrywać. I może, kiedy już pójdą ze sobą do łóżka, wtedy przestanie wreszcie miewać te myśli, które nachodzą go w najmniej odpowiednich momentach – myśli o dużych, żylastych dłoniach, długich palcach, krzywych wargach.
Rozbiera się w półmroku, zakłada dwuczęściową piżamę i jakaś nieznana siła znów ciągnie go w stronę okna. Chce zajrzeć do sypialni właściciela tych rąk, palców i warg, przekonać się, czy już wrócił, bowiem z całą pewnością nie było go w domu ani w Wigilię, ani w pierwszy dzień świąt. Rozchyla zasłonę i w bezpiecznej ciemności spogląda do wnętrza – wreszcie – rozświetlonego pokoju, którego nie zasłaniają mu ciemne kotary. Serce od razu bije mu szybciej. Jest, jest w domu, wrócił, ciekawe skąd? Ciekawe u kogo spędził te rodzinne dni? Teraz zapewne bierze prysznic i za chwilę będzie się przygotowywał do snu. Will pragnie zobaczyć go chociaż przez chwilę. To jest już niemal rytuał: przed snem bardzo często spotyka się z nim przy oknie i obaj w tej samej chwili zasłaniają zasłony, uprzednio obdarowując się uśmiechami bądź kiwając sobie głowami w niemym „dobranoc”.
Chce i potrzebuje tego również dzisiaj. To, co dostaje, jest jednak zgoła odmienne od tego, co sobie wymarzył.


H.K.M. - 2018-08-11, 16:33

            Ale nie chciałam się narzucać.
  ― Nie narzucasz się ― zapewnia ją czule, wykrzywiając wargi w subtelnym uśmiechu. Pochyla się przez blat, by móc zamknąć ostatnie z pudełek ze starannie zapakowanymi potrawami. Na jego szyi tkwi wciąż jeszcze ręcznik, a zamiast garnituru ma na sobie sweter i spodnie od piżamy - do wyjścia pozostało mu wciąż sporo czasu, ale jako nieznośny perfekcjonista chce mieć wszystko dopięte na ostatni guzik jeszcze długo przed opuszczeniem domu. ― Spędzisz miły dzień z Jackiem i jego rodziną, ja oddam się corocznej wizycie u swojej przyjaciółki. Wieczorem spotkamy się u mnie.
Duża dłoń zamyka się na filiżance, gdy unosi ją do ust, by pociągnąć odrobinę aromatycznego naparu. Zapach jabłek i cynamonu przypomina mu nieodzownie o tej niezwykłej porze, jaką są święta Bożego Narodzenia. Opiera się o szerokim ramieniem o lodówkę i spogląda przez okno na zaśnieżony ogródek - za bramą miga mu postać niewysokiego chłopca, zmierzającego do domu z całym naręczem papierowych toreb.
Jesteś pewien, że nie chcesz tam iść ze mną?
Nie odpowiada od razu - głos Alice jest dla niego w pewien sposób przesiąknięty jakimś wahaniem, czymś, co zdecydowanie nie powinno się tam znaleźć.
  ― Jestem pewien, że nie mogę tego zrobić. Byłoby niezwykle grubiańskie, zrezygnować z tradycji na rzecz innego wyjścia, nie uważasz? Zobaczymy się wszyscy razem jutro na obiedzie, prawda?
Masz rację. Wybacz, po prostu... tęskniłam za tobą, Hannibalu. To było bardzo długie pięć dni. Pięć dni, podczas których nie mogłam przestać o tobie myśleć.
  ― Moja droga ― upomina ją łagodnie, nie powstrzymując jednak w swym głosie satysfakcji, którą dają mu takie słowa ― wierzę, że w swojej wspaniałomyślności wytrzymasz do wieczora. Wynagrodzę ci każdą minutę czekania  ― dodaje nieco ciszej, w wibrującym pomruku. Nie dziwi się, gdy odnotowuje w słuchawce głębokie, drżące westchnienie.
Panie Lecter - słyszy więc i śmieje się miękko, odstawiając pustą już filiżankę do zlewu.
  ― Tak, panno Bloom?
Proszę się dzisiaj nie ważyć zamawiać mi taksówki. Do zobaczenia.
I zanim może zareagować, połączenie zrywa się, powiadamiając go o tym pustym, elektronicznym odgłosem. Przez chwilę Hannibal stoi tak jeszcze ze słuchawką przy uchu, by wreszcie odsunąć ją od siebie wolno i wykrzywić wargi w drapieżnym uśmiechu.
To zadziwiające, że niektóre rzeczy przychodzą mu tak naprawdę bez żadnego wysiłku - ludzie odnajdują się pod jego kierownictwem, jak marionetki na sznurkach.

              ― Przyniosłeś moje ulubione pierogi z truflami ― rzuca od progu Bedelia, uśmiechając się do niego nieszczerze. Hannibal przyjmuje jednak ten wymuszony gest i odpowiada na niego najpiękniejszym z uśmiechów, wyciągając na kuchenny blat pojemniki z jeżowcami w orzechach laskowych, duńskimi kalmarami, dynią piżmową, kawiorem i pieczoną dziczyzną.
  ― Nie mógłbym o nich zapomnieć  ― rzuca, pochylając się, by uścisnąć ją krótko. Muska przy tym wargami starannie ufryzowaną głowę, zatapiając się chętnie w zapachu herbacianych róż i migdałów. Po chwili dołącza do nich butelka Romanée-Conti, które - tak, jak ich małe spotkania - jest już coroczną tradycją.
Zasiadają w salonie, każdy z pękatym kieliszkiem w dłoni. Bedelia układa się w swoim fotele z niezaprzeczalną i niewymuszoną gracją, przyciągając tym, jak zwykle, jego spojrzenie.
Przez krótką chwilę milczą uroczyście, przypatrując się sobie w skupieniu. Wreszcie to Hannibal przerywa ciszę.
  ― Wznowiłem swoją działalność, jako terapeuta ― mówi cicho, zanurzając wargi w winie. Pani du Maurier spogląda na niego z niedowierzaniem, zupełnie, jakby to, co mówił stanowiło najgorszego rodzaju oszczerstwa.
  ― Na stałe ― zapytuje wreszcie nieco zduszonym tonem. Pan Lecter przechyla głowę i ściąga wargi w wyrazie pobłażania.
  ― Dla jednego pacjenta. Właściwie sąsiada.
  ― To nieetyczne ― odpowiada natychmiast Bedelia, prostując się na swym miejscu. ― Kim on jest?
  ― Will Graham ― mruczy, przyglądając się badawczo jej napiętej twarzy.  ― To bratanek Jacka Crawford'a. Miał już w przeszłości problemy ze schizofrenią, jego psychiatra nie czyni w terapii żadnych postępów, więc postanowiliśmy wspólnie...
  ― My?
  ― Ja i Jack  ― śpieszy z odpowiedzią, unosząc delikatnie brew. Nerwowość jego przyjaciółki wydaje mu się być nieco rażąca, ale postanawia tego nie komentować ― mamy za sobą dopiero pierwsze spotkanie, ale już wcześniej mogłem śmiało powiedzieć, że istnieje między nami pewna nić porozumienia. Will zdaje się dostrzegać o wiele więcej, niż jego rówieśnicy. Jest wszechstronny, inteligenty... zagadkowy.
  ― A ty jesteś nim zafascynowany ― podsumuje dziwnie pusto Bedelia. ― Fascynuje cię jego umysł.
  ― Chcę mu pomóc ― zapewnia, zakręcając swym kieliszkiem tak, by alkohol uronił odrobinę cierpkiego aromatu. Na chwilę przed wlaniem jego odrobiny do wnętrza warg, zaciąga się tym zapachem, przymykając z błogością oczy.
  ― Jak to zrobisz? ― wypielęgnowana dłoń zaciska się mocniej na nóżce naczynia, gdy kobieta unosi je do umalowanych warg i upija wreszcie łyk czerwonego trunku.  ― Jak zamierzasz mu pomóc?
  ― Pomogę mu zmierzyć się z jego demonami. Odkryjemy je wspólnie, pozwolę mu je wywlec na wierzch świadomości. Wydaje mi się, że problem Willa nie tkwi w istocie choroby, a w nieprzerobionym problemie, być może przykrym zdarzeniu z dzieciństwa.
  ― Chcesz zabrać mu leki? ― cedzi wolno Bedelia, po raz pierwszy spoglądając mu prosto w oczy.
  ― Już to zrobiłem ― informuje ją lekko, wykrzywiając wargi w uśmiechu. ― Muszę przyznać, że przynosi to o wiele lepsze skutki, niż można było to przypuszczać na początku.
  ― Hannibal  ― głos Bedeli jest niewiele głośniejszy od zwykłego tchnienia  ― to nielegalne.
  ― To niekonwencjonalna metoda  ― przyznaje i nie przyznaje na raz ― jestem przekonany, że już niedługo przyniesie niesamowite efekty.
Przestronny salon wypełnia grobowa cisza. Pani du Maurier podnosi się wolno z fotela, jej przepiękną twarz zdobi niezbicie kamienny wyraz.
  ― Nakryję do stołu ― informuje go ciepło i znów absolutnie nieszczerze ― zajmiesz się kuchnią?
  ― Oczywiście  ― już w drodze odpina elegancką marynarkę, odwieszając ją na jeden z przepięknych, ręcznie rzeźbionych wieszaków.  ― Nie pozwólmy, by nasza kolacja się zmarnowała. Wesołych świąt, Bedelio.

            Alice podpiera piękną buzię na zgiętej dłoni i wykrzywia wargi w wyrazie zatroskania.
  ― Nie wiem ― wzdycha, spoglądając mu z wahaniem w oczy ― wydawał się być taki szczęśliwy i... uśmiechał się do mnie w ten sposób, Hannibalu. On myśli, że coś do niego czuję, jestem tego prawie pewna.
Siada obok niej, naciskając klawisze w taki sposób, by trywialna melodia skomponowała się w coś bogatszego - jej prymitywne dźwięki wypełniają jadalnię, podsumowane krótkim, dźwięcznym śmiechem. Dziewczyna odchyla się od klawesynu, zmieniając swą pozycję; teraz patrzą sobie z bliska w oczy, oddaleni od siebie o marne cale.
  ― Nie chcę go ranić ― odzywa się cicho, szukając w niezwykłych oczach jakiegokolwiek pocieszenia. Pan Lecter zaraz śpieszy z nim, oczywiście, wyciągając dłoń do jednego z ciepłych policzków.
  ― Nie musisz go ranić. Will jest twoim przyjacielem. Powinien rozumieć i szanować twoje wybory. Nie musisz pogłębiać tej znajomości, nawet jeśli wydaje ci się, że on sam by tego pragnął.
  ― Nie rozumiesz  ― Alice odrzuca lekko głowę, przymykając powieki  ― on nie wybaczy mi tego, że ukierunkowałam swoje uczucia właśnie w...  ― urywa, czerwieniąc się lekko. Zaraz potem chrząka jednak i kontynuuje uparcie.
  ― Mówi o tobie tyle dobrego... jest tobą absolutnie zafascynowany, traktuje cię, jak swojego bohatera. Będzie zrozpaczony, gdy dowie się, że dwie tak bliskie mu osoby...
I znowu nie kończy. Hannibal uśmiecha się delikatnie, przysuwając się odrobinę bliżej.
  ― Nie zamierzam rezygnować z tak wspaniałej kobiety ze względu na coś tak trywialnego, jak opinia innych ludzi. W tej relacji nie ma miejsca na osoby trzecie, Alice.
  ― Tej relacji ― podchwytuje zaczepnie, przybierając przy klawesynie wygodniejszą pozycję, która obejmuje ułożenie jej smukłego uda na jego własnym.  ― Czym jest ta relacja?
  ― Jeszcze tego nie wiem ― odpowiada szczerze, pochylając głowę tak, by ich usta znalazły się od siebie w odległości, która grozi już otwarcie oczywistością jego zamiarów.
  ― Pomogę ci się dowiedzieć ― słyszy odpowiedź i już, już się całują; pieszczota jest subtelna, być może nawet za bardzo. To Alice nadaje jej więcej głębi, zmienia ją w coś, czego już nie potrafią zatrzymać.
W ten sposób znajdują się w jego sypialni - wygłodniali, rozgrzani, gotowi na swoje ciała.
Kiedy ona odpina guzki jego koszuli, on sięga do zapięcia jej sukienki, rozprawiając się z nim w paru zwinnych ruchach - kiedy jej dłonie przesuwają się po jego nagiej klatce piersiowej, on sam zaznajamia się z miłą krągłością jej niedużych pośladków.
Ich języki zwierają się w pierwotnym tańcu, dzikim i nieokiełznanym - wreszcie odrywa się od jej ust, zaszczycając uwagą gładką szyję i piersi - Alice odchyla głowę, przymyka powieki, mrucząc cicho. Dociska jej drobne ciało do ściany, walczy z zapięciem spodni; długa noga owija się wokół jego bioder, nagie udo przyciska go do siebie mocno, szczelnie, zaborczo.
Wsuwa się w nią jednym ruchem (to takie łatwe, gdy jest cała wilgotna, rozgrzana) i... wszystko to jest tak proste, tak niemożliwie proste.
Porusza się w niej ostrożnie, potem gwałtowniej - owiewają swoje twarze rozgrzanymi oddechami, przerywanymi niekiedy w gwałtownych pocałunkach. Na podłodze leży porozrzucana odzież, skóra pokrywa się potem, włosy zlepiają wilgocią.
W którejś chwili gaszą światło (plecami, dłonią? Czy to ma jakieś znaczenie?), ale sypialnia nie pogrąża się w ciemności. Smuga srebrzystej, księżycowej poświaty wlewa się do środka przez niezaciągnięte zasłony.
A kiedy Hannibal obraca się przez ramię, widzi, że nie tylko on zapomniał o tym małym szczególe.
Cóż za niezwykły zbieg okoliczności - przypadki nieustannie chodzą po ludziach.



NO NAJGORZEJ CHYBA


Koss Moss - 2018-08-11, 19:14

           Widzi za dużo. To zbyt wiele już w pierwszej sekundzie, kiedy pojawiają się w jego polu widzenia, a z każdą następną jest tylko gorzej – a jednak Will nie potrafi odejść od okna, nie potrafi odejść, przyciskając palce do zimnej szyby.
Nagle wszystko staje się jasne, takie oczywiste. To dlatego widział twarz Alice na jednym z rysunków w gabinecie pana Lectera, to dlatego Alice traktowała go tak ozięble.
Kłamała, że chodzi o niestabilność. Przez cały czas chodziło o… kogoś jeszcze.
Jak długo, myśli, z trudem łapiąc oddech. Czy wiedział, co do niej czuję, kiedy się zbliżali?
A może byli ze sobą od samego początku, jeszcze zanim Will w ogóle zjawił się w mieście – młodzieniec cofa się wspomnieniem do jednej z ich rozmów, widzi Lectera siedzącego przy jego łóżku.
  ― Mówiła coś o mnie?
Na twarzy mężczyzny odmalowuje się zaskoczenie, a później uprzejmy uśmiech.
  ― Wiele dobrych rzeczy. To bardzo miłe, móc zaobserwować, jak dwie tak sympatyczne osoby się ze sobą zaprzyjaźniają ― odpowiada i chyba Willowi się nie zdaje, że położył specyficzny nacisk na to ostatnie słowo. A więc już wtedy…
Jakże niezręcznie musiał się czuć, ilekroć on, głupi i ślepy, coś o niej mówił. Kultura nie pozwoliła mu wyprowadzić go w sposób bezpośredni z błędnego toku myślenia, ale już wtedy dał mu sugestię, że nie powinien brnąć w to dalej.
A Will brnął i zrobił z siebie idiotę. Co w ogóle myślał. Zaciska zęby, aż trzeszczą, i wpatruje się rozszerzonymi oczami w muskularne plecy Lectera i szczupłe, kobiece uda owijające się wokół wąskich bioder. Brakuje mu tchu, naprawdę nie może oddychać.
Dlaczego ALICE mu nie powiedziała? Dlaczego ta tępa kurwa wolała wodzić go za nos, zamiast powiedzieć na samym początku, że już kogoś ma, po co w ogóle zaczepiała go, po co zawracała mu w głowie? Och, patrzcie, jak rozkłada te nogi, perfidna lafirynda, sam wczoraj pomalował jej na czerwono te paznokcie, sam to zrobił, a ona przez cały czas myślała pewnie o tym, jak podziałają na wyobraźnię Lectera.
Co w niej widzi? Bo co ona widzi w nim, to oczywiste. Starszy i dojrzalszy, bajecznie bogaty, szalenie inteligentny – Will nieraz słyszał, jak studentki piały do niego, niedziwne więc (choć tak rozczarowujące), że i Alice należała do tego typu kobiet. Ale ta różnica wieku; nigdy by nie pomyślał, że Lecter może upodobać sobie kogoś tak młodego, wyglądał na osobę gustującą w… nikim, pozbawioną potrzeb seksualnych – jeśli zaś ktoś mógłby go interesować, Will powiedziałby, że to dojrzałe, władcze kobiety z niesłychanie wysokim ilorazem inteligencji. Nie Alice. Nie taka zwykła, prosta dziewczyna z sąsiedztwa, radosna i zabawna, jego! Alice. Co w niej widzisz, mógłbyś mieć każdą, dlaczego wziąłeś ją, jedyną, przed którą nie musiałem się ukrywać. Co w niej widzisz, pytał myślami z wściekle łomoczącym sercem, mrugając, by odpędzić cisnące się do oczu łzy bezradnej furii.
Jego ciałem wstrząsa zdławiony szloch. Nawet nie zasłonili okna – może chcieli, żeby ich widział? Może chcieli sprawić mu ból?
Oddycha płytko, słysząc w uszach narastający szum krwi. Obraz wiruje, zachodzi mgłą. Zimne powietrze owiewa jego twarz, a lodowaty bruk ziębi bose stopy. Will jednak niestrudzenie idzie przed siebie, tylko w piżamie, ciągnąc za sobą wyrwaną z okna zasłonę. Jest naprawdę okropnie, śnieg prószy i osiada na skostniałych powierzchniach, księżyc znajduje się w pełni, w oddali słychać wycie jakiegoś pozostawionego na mrozie psa.
Musi stąd odejść, nie chce patrzeć na ich zakłamane twarze już nigdy, nigdy więcej.

           Mruga gwałtownie i rozgląda się w dezorientacji. Niewiele widzi, tylko oślepiający blask, i czerwień, i błękit, i…
  ― Proszę pana?
  ― Mm… ― Ze światła wyłania się nieznajoma twarz jakiegoś mężczyzny, policjanta, orientuje się Will ze zdziwieniem.
  ― Wszystko w porządku?
Młodzieniec spogląda na latarkę w jego opuszczonej dłoni, a potem rozgląda się dokoła. Naprawdę nie wie, gdzie się znajduje – po obu stronach są drzewa. Śmieje się nerwowo.
  ― Chyba lunatykowałem ― wyjaśnia, spoglądając na swoje nagie stopy. Są prawie odmarznięte, nie czuje palców. W ogóle nie czuje ciała. ― P-przepraszam, ale g…zzie jesteśmy?
  ― Greenwood Avenue. Zaraz obok cmentarza. Ma pan ze sobą dowód tożsamości?
Will wypuszcza z dłoni okienną zasłonę i dotyka kieszeni.
  ― N-nie.
  ― Jak się pan nazywa? Gdzie mieszka?
  ― Nazywam się Will Graham i… mieszkam na Lexington Avenue. W Cambridge.

           Jack Crawford musi odebrać Willa z komendy w Bostonie, gdzie słyszy od policjantów, że we krwi chłopca nie wykryto śladów środków odurzających. Znów musi wytłumaczyć bratanka chorobą i wyjaśnić, że takie rzeczy po prostu się zdarzają. Na komendzie znają go, nie robią mu problemów – lokalna policja często pracuje z FBI, zwłaszcza odkąd Massachusetts nawiedził sławetny Rozpruwacz.
  ― Co ty sobie myślałeś? ― atakuje Willa w samochodzie. Robi się już jasno. W pierwszych promieniach słońca twarz agenta wydaje się naprawdę zmęczona. ― Dlaczego to zrobiłeś?
  ― Nie wiem ― odpowiada szczerze Will. ― Najpierw byłem w domu, a potem coś się stało i… Nagle byłem już w Bostonie.
  ― Lunatykowałeś.
  ― Chyba tak.
  ― To szalenie niebezpieczne, Will! Miałeś tak już wcześniej?
  ― Tak, tak ― odpowiada Will, uciekając wzrokiem. ― Mówiłem ci, po prostu zrobiłem się odporniejszy na leki. Ale pracuję nad tym. Pan Lecter ― co za paskudne ukłucie w sercu, ten zdrajca ― chce mnie poddać terapii, która pomoże mi to zwalczyć. Mówił, że silniejsza dawka może nie być wcale konieczna. Że szkoda mojej wątroby.
  ― Wierzę, że wie, co robi ― wzdycha Jack. ― Będziemy musieli jakoś zabezpieczyć twój pokój.
  ― Masz na myśli: uwięzić mnie w nim?
  ― Tylko w nocy. Zobacz, co się stało – gdyby komisarz Stonem cię nie znalazł, mógłbyś nawet zamarznąć. Wybacz, Will, ale twój ojciec powiedział wczoraj to samo: jeśli będzie ci się pogarszało, będziesz potrzebował całodobowej opieki.
  ― Nic się już nie pogarsza! ― Will prostuje się gwałtownie w fotelu. ― Bernard to zdrajca; kiedyś mówił, że nigdy nie odda mnie do ośrodka, a teraz co? Tylko Lecter was powstrzymał. Taka z was rodzina?
  ― Will.
  ― Wszyscy jesteście zdrajcami!

           Zostaje obudzony przez ciotkę, gdy przychodzi czas na wizytę.
  ― …j-jaki znowu obiad? ― mamrocze, wyglądając spod poduszki.
  ― Poświąteczny obiad u Hannibala. Mówiłam ci wczoraj ― tłumaczy cierpliwie Phyllis. ― Źle się czujesz? Pogorszyło ci się? Jack mówił, że…
  ― Nie. Nie! Dobrze. Jest całkiem dobrze.
  ― W takim razie ubierz się, za kwadrans wychodzimy.
  ― Nie chcę dziś nigdzie iść.
  ― Nie wypada odmawiać. Hannibal dosyć dużo dla ciebie zrobił. Jak mu się odwdzięczasz?
Will zaciska wargi, po czym podnosi się do siadu.
  ― Możesz mu powiedzieć, że rozbolała mnie głowa.
  ― Jeżeli boli cię głowa, trzeba wezwać lekarza. W twoim przypadku to nie żarty, Will.
  ― Nic mnie nie boli. Dobrze już. ― Młodzieniec krzywi się i spogląda w stronę pozbawionego jednej z zasłon okna, przez które wlewa się blask południowego słońca. ― Zaraz zejdę.
  ― Pośpiesz się. Już prawie szesnasta. Kto to słyszał, żeby tyle spać. ― Phyllis wzdycha i wyciąga rękę, żeby pogładzić kasztanowe loki. ― Wiem, że jest ciężko, ale nie możesz się zamknąć w domu i udawać, że świat nie istnieje, Willy. To ci nie pomaga.
  ― Wiem, idź sobie.



           Stoi schowany za Jackiem i Phyllis. Doskonale pamięta wczorajsze obrazy – wyryły się w jego umyśle boleśnie i nieodwracalnie – i nie jest pewien, czy potrafi spojrzeć Lecterowi w oczy, mając je w pamięci.
Nie jest pewien, czy potrafi w ogóle jeszcze utrzymywać z nim jakieś kontakty. Czuje wstyd i wielki żal, które potrzebują czasu, by choć częściowo ustąpić. Tymczasem życie zmusza go do stawienia czoła sytuacji bezpośrednio po tym bolesnym zderzeniu z rzeczywistością.
  ― Witaj, Hannibalu ― rzuca ciepło Jack, kiedy mężczyzna otwiera im drzwi. ― Miło cię widzieć. Mam nadzieję, że święta były udane.
  ― Dzień dobry, Hannibalu ― wita się również Phyllis, i tylko Will pozostaje milczący. Wchodzi jako ostatni bez choćby jednego słowa.
  ― Dzień dobry, Will ― wita go więc gospodarz.
  ― Dzień dobry ― odpowiada chłodno młodzieniec, aż Jack spogląda na niego ze zdziwieniem. Will podnosi więc głowę, spogląda Lecterowi prosto w oczy i przywołuje na twarz boleśnie sztuczny uśmiech. ― Jak miło pana widzieć ― dodaje słodko.
Phyllis obejmuje go i wchodzą, poprowadzeni przez gospodarza, do wypełnionej zapachem wielkiej, przepięknie ozdobionej choinki jadalni, w której czeka na nich nikt inny jak Alice. Dziewczyna uśmiecha się grzecznie i pośpiesznie wstaje od zastawionego stołu.
  ― Państwo Crawford! Dzień dobry. I cześć, Will!
  ― Dzień dobry, Alice. Jaka piękna sukienka ― komplementuje ją Phyllis. Dziewczyna ma na sobie intensywnie czerwoną, dopasowaną sukienkę, która eksponuje jej atrakcyjny dekolt, a przy tym również uda (te uda, którymi wczoraj oplatała się wokół jego bioder). Nie jest to najskromniejszy ubiór (dziwka), ale dużo bardziej kobiecy niż ogrodniczki czy luźne, barwne spódnice (perfidnie się wystroiła). Nosi dziś mocniejszy makijaż niż zawsze – przez ciemną szminkę, która wyostrza rysy, można byłoby jej dać nawet trzydzieści lat. W takim wydaniu jest dla Willa jak ktoś obcy.
Nic do niej nie mówi – nawet nie zaszczyca jej dłuższym spojrzeniem. To dla niego katorga, zasiadać dziś z nimi przy jednym stole. Chyba jeszcze nigdy nie czuł się tak niekomfortowo. Zrobili z niego głupca, a teraz oboje będą udawali, że nie wiedzą, o co chodzi.
Ona może nie wiedzieć, ale Will nie wierzy, że Lecter nie domyśla się, że ich widział. Był doskonale świadom tego okna i połączenia, jakie stanowi z sypialnią jego sąsiada. Tyle razy spoglądali sobie przez nie w oczy…
  ― Jak wrażenia po świętach, Will? ― zapytuje ciepło Alice, która zajmuje miejsce na lewo od wolnego krzesła Hannibala, który udał się do kuchni, by przynieść przystawki.
Will z braku innej możliwości siedzi obok niej, naprzeciwko mając wujostwo. Teraz, gdy zwraca się wprost do niego, musi jej odpowiedzieć. Czyni to tak oschle, jak tylko potrafi.
  ― Niezapomniane.
I chyba w końcu coś do niej dociera, ponieważ nagle zaczyna zagadywać ciotkę, jemu dając spokój.
Siedząc obok niej i słuchając jej głosu, Will ma szczerą ochotę chwycić widelec i wbić go w jedno z tych odsłoniętych wulgarnie ud. Wizualizuje sobie to na wiele sposobów, kiedy pan Lecter przynosi talerze i opowiada o potrawie. Zwykle zachwycony, teraz wbija w talerz pusty wzrok, myślami zupełnie oderwany od rzeczywistości. Jack spogląda na niego z drugiej strony stołu z zaniepokojeniem. Teraz nie da się już ukryć, że z jego bratankiem coś jest nie tak.


H.K.M. - 2018-08-11, 21:01

             ― Dzień dobry ― Alice uśmiecha się do niego ospale, układając dłoń na lekko szorstkawym policzku.
  ― Dzień dobry ― odpowiada jej cicho, przymykając powieki pod wpływem pieszczoty, którą dają mu gładkie palce. Otwiera oczy, gdy słyszy naprzeciw siebie głębokie westchnienie.
  ― Nie za bardzo cię wymęczyłam? Jesteś bardzo blady ― mówi, ale w jej głosie nie słychać wyrzutów sumienia. Tym razem to Hannibal uśmiecha się wyraźnie, wyciągając swoją dużą dłoń, by chwycić nią za wąski podbródek kobiety.
  ― To pewnie ta pogoda ― kłamie gładko, wzbudzając w niej delikatny chichot. Przez chwilę wpatrują się tak w siebie, by wreszcie powoli, z wahaniem przycisnąć do siebie rozgrzane wargi, przypomnieć sobie wzajemnie wszystko to, co połączyło ich zeszłej nocy.
Przypominają to sobie powoli, o wiele dokładniej i subtelniej - teraz mają już cały czas tego świata i dobrze zdają sobie z tego sprawę. Zaznajamiają się ze swoimi ciałami, głosami, ze smakiem swojej skóry, zapachem włosów. Niezasunięte zasłony wpuszczają przez okno pierwsze promienie słońca.
           Tuż przed południem schodzą wreszcie na dół, ubrani w odświętne stroje - Hannibal udaje się od razu do kuchni, Alice zajmuje się mniej ważnymi rzeczami - kilka razy pan Lecter zauważa ją siedzącą w fotelu i czytającą książkę, wpatrującą się w jego obrazy, przesuwającą palcami po idealnie przystrojonym stole.
  ― Może mogłabym ci pomóc z posiłkami? ― zapytuje, ujmując w dłoń oferowany jej kieliszek wina. ― Czuję się okropnie bezużyteczna.
  ― Nawet gdybym rzeczywiście znalazł ci jakieś zadanie, obawiam się, że mogłoby ono zniszczyć twoją zjawiskową kreację. Nie mamy teraz czasu na udanie się do pralni, nie sądzisz?
Pracuje w skupieniu, ale nie okazuje jej swego zniecierpliwienia - odpowiada na każde pytanie, a nawet sam wychyla się pierwszy z anegdotkami, które bawią i cieszą kobietę do tego stopnia, że przez jakiś czas nie może przestać się uśmiechać.
  ― Powinnam była założyć któryś z twoich swetrów ― mruczy, podpierając głowę na zgiętej dłoni. To zabawne, że zawsze zasiada przy jego blatach w ten właśnie sposób; niczym jedna z niesfornych, nieco znudzonych uczennic. ― Dobrze w nich wyglądasz, wiesz?
Parska pod nosem, przerzucając smażące się na cienkiej patelni mięso; w tym samym czasie sięga po jeden z ostrych noży i kroi marynowany korzeń imbiru w skośne plasterki.
  ― Dziękuję ― odpowiada bez cienia skromności na ten przyjemny komplement ― wierzę, że ty też świetnie byś się w nim prezentowała.
W taki czas mija im większa część dnia; słodkie flirtowanie, sączenie wina, rozmowy przy kominku i wspólne gotowanie nadaje wszystkiemu zawrotnej prędkości i zanim mogą się zorientować, przychodzi czas na nadejście ich gości.
Witają się z każdym po kolei - parę ostatnich dni zmusiło ich do spędzenia towarzystwa daleko od siebie, toteż rozmowy przesączają się natychmiast radosną, typową dla świąt ekscytacją. Wszyscy wydają się radośni, rześcy, zadowoleni.
Wszyscy, z wyjątkiem Willa Grahama - ten od samego przekroczenia progu drzwi, wydaje się być pogrążony w wirze samych negatywnych odczuć, niczym ich odbicie w pękniętym zwierciadle.
Hannibal nie słyszy rozmowy, która odbywa się pomiędzy Alice, a jego młodym sąsiadem - dlatego też, gdy podchodzi do stołu z kolejnymi potrawami, jest nieco zdezorientowany panującą przy nim atmosferą. Doskonale dostrzega skrępowanie Jacka, zakłopotanie młodej Bloom i dystans uśmiechniętej Belli.
To jednak nieobecna mina Willa martwi go najbardziej - sprawia to, że podczas posiłku, miast błyszczeć swymi opowieściami i znajomością języków obcych, ciemne oczy wędrują co i rusz na pobladłą twarz, a krzywe wargi pozostają w swej neutralnej, pozbawionej pysznych uśmiechów minie.
W końcu nie wytrzymuje - po głównej potrawie podnosi się ze swego miejsca, zbierając po kolei wszystkie talerze.
  ― Will ― odzywa się cicho do chłopca, definitywnie wyrywając go z zamyślenia ― chodź, proszę, ze mną. Pomożesz mi z deserem.
Chłopiec unosi ospale swą głowę, wyrywając się ze stanu zamyślenia. Podnosi się wolno od stołu i unikając kontaktu wzrokowego, idzie za nim wprost do kuchni - jego ruchy przesyca skrępowanie tak wielkie, że sam Hannibal zaczyna się poważnie zastanawiać, czy nie popełnił wcześniej jakiejś gafy, czegoś, co mogło do takiego zachowania doprowadzić.
I mógłby po prostu zapytać "czy wszystko jest w porządku", tak jak czynią to zazwyczaj inni ludzie, ale wobec tego dziwnego zachowania, oczywistym jest, że stan emocjonalny jego drogiego gościa daleko odbiega od jakichkolwiek norm porządku.
Nie mówi więc nic - zamiast tego podaje w szczupłe dłonie miseczkę z sosem i maleńką pipetę, a potem staje tuż obok niego i pokazuje mu cierpliwie, jak powinien wyglądać ozdobiony kształt ciastowego spodu. Przechyla głowę, gdy zauważa wyraźnie, że miast małych, czerwonych kropek, Will tworzy na deserach nieregularne, czerwone plamy.
  ― Wkładasz w to za dużo siły ― mruczy, dotykając jego dłoni; drobniejsze ciało sztywnieje pod nim natychmiast, wyrywa się z jego uścisku. Hannibal przechyla głowę, jego wargi drgają widocznie, ale ostatecznie nie przybierają żadnego wyrazu.
  ― Nie chowaj tego za woalem urazy ― rzuca mu otwarte wyznanie, poprawiając spinki w mankiecie. ― Porozmawiaj ze mną, Will. Powiedz, co cię trapi.


Koss Moss - 2018-08-11, 22:40



           Will upuszcza pipetę na blat i odsuwa się o kilka kroków w stronę ściany, owijając się ramionami. Wygląda jak zbity pies, gdy rozszerzonymi oczami patrzy gdzieś na prawo i w dół od twarzy Lectera.
Jest głęboko przekonany, że mężczyzna dobrze wie, co go trapi. Musi wiedzieć. Nie chce z nim teraz o tym rozmawiać (gdzieś w głębi serca czuje, że jego zazdrość jest po prostu bezzasadna, nikt niczego mu nie obiecywał), a jednocześnie nie potrafi udawać, że wszystko jest w porządku, aby tej rozmowy uniknąć. Rzeczy dzieją się za szybko. Jeszcze chwilę temu był pewien, że Alice chce z nim być. Liczył, że na niego poczeka – że da mu czas, aby doszedł do siebie. Wierzył, że będą w stanie stworzyć normalny związek, którego tak bardzo chciała. Żył tą myślą – motywowała go do pracy nad sobą – ale nagle mu ją odebrano. Ma problem, żeby się pogodzić z takim biegiem wydarzeń. To wszystko jest zbyt świeże.
  ― Po prostu głowa mnie boli ― ucieka się do prymitywnego kłamstwa. ― Jakby szalało w niej stado słoni. Proszę wybaczyć, ale zupełnie nie mam nastroju.
Hannibal długo milczy, a przy tym wyraźnie popatruje na ramię, które Will jeszcze przed chwilą wyszarpnął z jego uścisku.
  ― Skąd brak nastroju, Will ― pyta; nie musi dodawać, że przecież nie od bólu głowy. ― Czyżbyś nie miał ochoty na deser?
  ― Mam, mam. Pańska kuchnia jest zawsze świetna ― odpowiada młodzieniec, ale bez przekonania. Wzdycha z rezygnacją, gdy uświadamia sobie, że nie zbędzie go tanimi wymówkami, i łamie się pod tym intensywnym spojrzeniem. ― Proszę nie udawać, że nie wie pan, skąd ten humor, panie Lecter.
Mężczyzna milczy przez chwilę, a potem przechyla się przez blat i chwyta go za podbródek, zmuszając do spojrzenia sobie w oczy. Uśmiech, którym obdarza Willa, wyraża zmartwienie.
  ― W porządku. ― Kiwa głową i przystępuje do ozdabiania talerzy czekoladowymi listkami. ― Moja relacja z Alice… Dlaczego ci przeszkadza?
Will prycha, marszcząc gwałtownie brwi. Rzędy jego zębów zderzają się ze sobą głośno, gdy je zaciska, łypiąc na gospodarza z dołu.
  ― No, nie wiem. Może dlatego, że… ― zaczyna ostro, ale coś w nim pęka i urywa, odwracając głowę w bok. Nie powinien mieć żalu czy pretensji, że wybrała jego. Też by to zrobił na jej miejscu. Miała do wyboru młodego psychopatę i dojrzałego, stonowanego faceta z oszałamiającą inteligencją i mnóstwem pieniędzy. To jasne, kogo wolała. Więc chyba… tak naprawdę… najwięcej pretensji ma do niego.
Do niego, bo wybrał taką gówniarę. Bo zrobił to, chociaż wiedział, jak trudno jest Willowi do kogokolwiek się zbliżyć.
  ― Odsunął ją pan ode mnie ― wydusza. ― Moją jedyną przyjaciółkę.
  ― Nawet nie wiesz, jak bardzo Alice obawiała się po tobie właśnie takiej reakcji. ― Hannibal wydaje się niezrażony; na jego wargach igra łagodny uśmiech. Will śmieje się gorzko, bez cienia wesołości.
  ― No proszę ― ironizuje. ― Ale jestem przewidywalny. ― Pieką go policzki i oczy, ale nie ma dokąd uciec, musi więc wziąć głęboki oddech i za żadne skarby nie pokazać po sobie, jak bardzo, bardzo jest wściekły, jak bardzo, bardzo to boli. ― A niech pan sobie ją weźmie. I tak nie moglibyśmy być razem. Nie pasowalibyśmy do siebie.
Odwraca się do okna i wygląda na zewnątrz, intensywnie mrugając. W tym samym momencie do kuchni wkracza przejęty Jack.
  ― Hannibalu. ― Ignoruje bratanka, zwracając się prosto do mężczyzny. ― Dla mnie nie szykuj. Muszę jechać. Kolejne zabójstwo, prawdopodobnie Rozpruwacz. Skontaktuję się z tobą później.
Hannibal odwraca się z miną wyrażającą zmartwienie i wzdycha nieszczęśliwie.
  ― To okropne, Jack ― mówi, zerkając na naburmuszonego chłopca. ― Czy mogę ci jakkolwiek pomóc?
  ― Nie będę zawracał ci głowy. Ściągnę Alanę ― odpowiada Jack z krzywym uśmiechem. ― Do zobaczenia.
Wychodzi, odprowadzany lekko wilgotnym spojrzeniem Willa, w którym mimo wszystko tli się ciekawość. Rozpruwacz. Nie miał okazji podziwiać wielu fotografii jego „dzieł”, ale potrafi stwierdzić z całą pewnością, że to nadzwyczajny przypadek. Podobno zawsze zabiera jakiś organ i to umożliwia przypisanie mu wielu morderstw. Nie zostawia natomiast żadnych śladów.
Wuj obiecał, że w nowym roku Will będzie mógł robić praktyki w jego wydziale – a wtedy, być może, zobaczy pozostawione przez Rozpruwacza szczątki na własne oczy.
Nie może się doczekać. To jedna z nielicznych rzeczy, na które reaguje teraz entuzjastycznie.
Odwraca się do Lectera, który wciąż stoi przy deserach i niewielkim nożykiem skrobie czekoladę, uzyskując apetyczną posypkę. Po chwili ciszy wzdycha, obchodzi blat i jedną ręką chwyta mężczyznę za przód koszuli, a drugą obejmuje go z tyłu. Przyciska policzek do jego ciepłego, twardego ramienia.
  ― Proszę mi wybaczyć ― mruczy z przymkniętymi oczami. ― Prawdopodobnie ponoszą mnie emocje. Nie chciałem pana urazić.


H.K.M. - 2018-08-12, 22:21

           Rozpruwacz uderza więc jeszcze raz w drugi dzień świąt - to wydaje się Hannibalowi na swój sposób ironiczne - któż może być na tyle przewrotny, by chcieć zasiać ziarno niepokoju w ludzkich sercach właśnie w taki czas?
Czas, który powinien zwiastować odpoczynek i szczęście, radość i rodzinną atmosferę, szybko przemienia się w taki sposób w nieustanną walkę; w wymuszone uśmiechy, trwożliwie zaciągane zasłony, prezenty, wręczane ukradkiem, poza ciekawskimi spojrzeniami nieżyczliwych...
Prezenty.
Hannibal doskonale wyczuwa za sobą delikatny ruch; nie jest jednak przygotowany na to, co jest jego efektem - na drobną dłoń, układającą się na jego torsie, na ciepły policzek, przylegający do ramienia.
Czuły dotyk wzbudza w nim mimowolne dreszcze; zelektryzowana fala przyjemności przebiega przez kręgosłup, uderzając w kark, stawiając na nim drobne włoski.
Duża dłoń zaciska się mocniej na dzierżonym nożyku, ramiona sztywnieją odrobinę; pan Lecter zaciąga się słodkawym zapachem drobniejszego ciała - chłonie go chciwie, zupełnie, jak rozsiewający się wszędzie aromat czekolady.
  ― Proszę mi wybaczyć ― dobiega go słaby pomruk. ― Prawdopodobnie ponoszą mnie emocje. Nie chciałem pana urazić.
Kuchnię wypełnia odgłos ni to cichego pomruku, ni westchnienia - Hannibal obraca się przez ramię z miną wyrażającą uprzejme zainteresowanie - kąciki cienkich warg wyginają się delikatnie do góry, tak samo jak jedna z niemalże niewidocznych brwi.
  ― Nie uraziłeś mnie, Will ― mruczy miękko, ozdabiając swobodnie ostatni z deserów. Wreszcie obraca się wolno, stając twarzą w twarz z niepocieszonym chłopcem.
Uśmieszek nabiera nieco drapieżniejszej nuty, gdy zwinne palce sięgają do zapięcia marynarki; odpina ją w dwóch ruchach, odsłaniając elegancką kamizelkę - teraz duża dłoń wsuwa się wężowym ruchem za pazuchę, wyciągając zza niej... cienkie, wąskie pudełko.
  ― Wierzę, że dzięki temu nie poczujesz się już więcej zagubiony ― wręcza pudełko zaskoczonemu młodzieńcowi, czekając, aż zabierze się za jego otworzenie; nie musi się przy tym zbytnio wysilać, wystarczy, że rozwiąże elegancką wstążkę, a potem rozewrze pokrywkę i błękitnym oczom ukazuje się elegancki zegarek.
  ― Wyświetla nie tylko godzinę, ale i datę ― informuje go uprzejmie pan Lecter, ciesząc się wyraźnie, gdy na zarumienioną twarz wkrada się wyraz bezbrzeżnego zdziwienia. ― Będzie dobrze ci służył.
  ― To... ― zaczyna Will, ale nie kończy. Ogląda dokładnie swój nowy prezent i wreszcie to Hannibal wyciąga go z aksamitnej podszewki, zakładając na wiotki nadgarstek. Ustawia się odrobinę za drobnym ciałem, przylegając do szczupłych pleców. Ustawia odpowiednią godzinę i datę; ich twarze odbijają się w wypolerowanej tafli zegarka - wiele można by powiedzieć o tym widoku, o kontraście pomiędzy ich obliczami. O tym, jak te własnie kontrasty tworzą ze sobą interesującą całość, jak mile odbijają się w umyśle Hannibala.
Przez chwilę trwają tak przy sobie, pozornie zajęci oglądaniem zegarka, śledzeniem wędrówki eleganckich wskazówek - przerywa im Alice, która wkracza do kuchni z wyjątkowo ponurą miną.
  ― Co się stało ― zapytuje z rezygnacją, przystając gwałtownie w miejscu. ― Och, przepraszam, nie wiedziałam, że wam przeszkadzam.
  ― Oczywiście, że nie przeszkadzasz ― odsuwa się nieśpiesznie od Willa, przesuwając po jego szczupłym ramieniu swoją ciepłą dłonią. Chwyta w dłonie talerzyki z ciastem, a posłuszny chłopiec idzie chętnie w jego ślady ― cóż za przykre zrządzenie losu, prawda? Rozpruwacz zapewnił niewątpliwie niemałą rozrywkę ekipie Jacka. Ubolewam, wiem, że bardzo lubił moje świąteczne ciasto.
  ― Zapakujemy mu kawałek na drogę ― Alice rozpogadza się odrobinę. ― Pani Crawford jest nieco zmartwiona, to okropnie po niej czuć.
  ― Za chwilę postaramy się temu zaradzić ― mruczy miękko i ogląda się przez ramię, by spotkać się spojrzeniem z błękitnymi oczami swego drogiego sąsiada; wie, że Will nie czuje się jeszcze na tyle spokojnie, by schować urazę na dno podświadomości, ale nie jest już chyba tak rozżalony.
Później zdaje sobie jednak sprawę z innego problemu - nie podoba mu się, bowiem, sposób, w jaki młody Graham spogląda na Alice; o ile do Hannibala zwraca się już całkiem przyjaźnie, a nawet z dozą wyczuwalnej sympatii, o tyle do ciemnowłosej dziewczyny pała wyraźną... pogardą.
I nie ma w jego słowach nic, co mogłoby na to wprost wskazywać, ale osoba, która dobrze zna tego niepozornego młodzieńca widzi to wszystko, jak podane na talerzu - drugie dno każdego uśmiechu, jadowitą słodycz fałszywych komplementów.
W którymś momencie ich spojrzenia spotykają się ponad stołem - wszyscy zdążyli wypić już odrobinę wina, ze staromodnego gramofonu płyną delikatnie rozmyte dźwięki litewskich kolęd. Hannibal przechyla głowę, obserwując rozłożone w rozleniwionej pozie ciało chłopca; zniknęła gdzieś jego sztywna dbałość (potęgowana czujnym okiem jego wuja), zniknęło dziwne napięcie i...
Jedno ze szczupłych ramion unosi się w górę, by podeprzeć na nim głowę - loki układają się na tle ciemnej koszuli, jak aureola i mógłby przysiąc - białe zęby przygryzają delikatnie różową wargę, która wykrzywia się w tym samym, leniwym uśmiechu, a...
  ― Szybko zleciało, prawda? ― głos Alice wyrywa go z zamyślenia i kiedy spogląda w kierunku chłopca jeszcze raz, ten patrzy już w zupełnie inną stronę, zupełnie tak, jakby to, co wydarzyło się przed chwilą nie miało w ogóle miejsca.
  ― Święta już to do siebie mają ― kontynuuje panna Bloom, obejmując delikatnie jego ramię ― że długo się na nie czeka, ale szybko odchodzą. Żałuję, że nie mogę zostać tu dłużej.
Bella podnosi się wolno od stołu, spoglądając po wszystkich;
  ― Dostałam jakiejś niemiłej migreny... chyba powinnam się położyć do łóżka ― Hannibal podnosi się natychmiast, ofiarując pani Crawford swoje ramię ― Willy, kochanie, ty też chcesz już wrócić, prawda?
Wszystkie oczy kierują się znów do młodego Grahama, ale zanim ten zdąży się odezwać, głos zabiera znowu Alice.
  ― A może wolałbyś zostać jeszcze chwilę? Sama też niedługo się zbieram, mogę cię wtedy odprowadzić!


Koss Moss - 2018-08-12, 23:20

           Spojrzenie, które Will wbija w Alice, jest naprawdę straszne. Dziewczynie rzednie lekko mina; robi się niepewna. Jej drogi przyjaciel (czy jeszcze przyjaciel?) uosabia teraz kwintesencję tego, co ją od niego (jak sądzi) odsunęło. Kompletnie niestabilny. Gdyby miał w ręku coś ostrego, zaczęłaby uciekać.
  ― Nie ― odpowiada z grymasem. ― Kultura wymaga, żebym odprowadził ciocię i się nią zaopiekował. Dobrej nocy, panie Lecter.
  ― Dobranoc, Alice. Dobranoc, Hannibalu. ― Phyllis uśmiecha się krzywo i bierze Willa pod ramię. Ledwie wchodzą do pustego domu, spogląda na bratanka ze zmartwieniem. ― Pokłóciłeś się ze swoją dziewczyną?
  ― To nie jest moja dziewczyna. Tylko pana Lectera ― parska Will, po rozebraniu się ruszając prosto na schody.
  ― Nasza Alice? Co też ci przyszło do głowy, Willy?
  ― Nieważne.
Drzwi błękitnej sypialni zamykają się z trzaskiem i Phyllis wzdycha umęczenie. Dziś nie ma sił, by próbować do niego dotrzeć. Martwi ją, że Will odsuwa się ostatnio od wszystkich bliskich osób. Potrafi być taki niemiły i nieprzewidywalny – nawet wobec ojca, którego nie widział od miesięcy, choć może to akurat nie powinno jej dziwić. Bernard zniszczył mu dzieciństwo, wychowując go z mężczyzną i narażając na lincz. A do tego te jego problemy z alkoholem. Ten dzieciak wiele musiał przejść, myśli, przygotowując sobie chłodny okład. Szkoda, że tak późno wyrwał się z tej patologii, bo może właśnie przez to ma tyle problemów z odnalezieniem się wśród ludzi.

           Jack dał Willowi kajdanki, by chłopiec przed snem przykuł jedną z rąk do ramy łóżka. Jest to ich kompromis, rozwiązanie, które nie wymaga zamykania Willa na noc w pokoju. Na początku trudno mu się przyzwyczaić. Ramię wciąż mu drętwieje i młodzieniec wybudza się z płytkiego snu co kilka lub kilkanaście minut, ale w końcu udaje mu się usnąć na dłużej. Nie jest to spokojny sen. Nękają go dziwaczne wizje podsuwane przez pracujący na wysokich obrotach umysł. Wieczorem oglądał wiadomości, w których donoszono o szczegółach zbrodni Rozpruwacza, do których udało się dotrzeć mediom. Prawdopodobnie pod ich wpływem twarz mordercy wdziera się w jego sen, mroczna, ciemna, niewyraźna, o białych ślepiach i smolistej skórze. Jelenie kopyta stukają, przyduszają go, depczą, gdy próbuje zrozumieć, co się stało, dlaczego podwiesił młodą dziewczynę na drzewie dębu, dlaczego zamienił ją w pnącza bluszczu.
  ― …dlaczego to robisz, dlaczego… to robisz, ciągle ich wszystkich zarzynasz… z zimną krwią… bez celu.
Rosły, brązowy jeleń stukocze kopytami i przygląda mu się z zainteresowaniem w ciemnych ślepiach, z których wyślizgują się czarne jak smoła macki i nabierają kanciastych kształtów, jak gałęzie, jak konary drzew, jak gigantyczne rogi.
  ― Tylko się bawisz? ― jęczy Will, odgarniając zakrwawionymi rękami nachalne pnącza. ― Tylko drwisz? Dlaczego w święta, ach…
Macki obejmują go od tyłu, ciągną, zmuszają do przylgnięcia nagimi plecami do szorstkiego pnia.
  ― Dlaczego w święta ― powtarza, wyciągając do jelenia dłoń. ― Nie masz rodziny?
Jeleń i mężczyzna powoli zlewają się w jedno (czy kiedykolwiek stanowili osobne byty?), ciemne macki pochłaniają cały świat. Nagle to Will jest częścią obrazu, nagle to Will wisi na drzewie z łańcuchem własnych wnętrzności zarzuconym prześmiewczo na stare gałęzie. Wesołych świąt, wesołych świąt.
  ― Przestań ― syczy, patrząc na swoje palce, powyginane pod dziwacznymi kątami. ― Musisz mi powiedzieć, muszę zrozumieć. Nie baw się mną. Proszę. Jesteś samotny? Nie masz nikogo, kto cię zrozumie? Ja mogę. Ja mogę cię zrozumieć, mogę cię zrozumieć, mogę cię…

           ― … zrozumieć ― mówią jego usta. Mruga półprzytomnie i na widok czarnej sylwetki majaczącej w ciemności zrywa się gwałtownie w przypływie adrenaliny, krzycząc głośno. Łańcuch kajdanek napina się, trzyma go w miejscu. Willowi brak tchu. Podwinięta piżama osuwa się z powrotem na spocony, wilgotny brzuch. Drzwi zamykają się prawie bezgłośnie. Sen? Jawa? Will patrzy na nie z przerażeniem, z rosnącą paniką. Zaczyna drżeć, pocić się, oddychać chrapliwie. Wolną ręką zapala na oślep lampkę i zaciska powieki w reakcji obronnej na światło. Gdy je otwiera, jest w pokoju zupełnie sam, ale… podwija, podwija piżamę i spogląda na swój brzuch. Jęczy z przerażeniem. Sam? Sam to sobie zrobił?

           Patrzy na Lectera wzrokiem zbitego psa, trzymając podwinięty sweter w górze. Na płaskim brzuchu widnieje, oprócz kilku świeżych siniaków, podłużne zadrapanie.
  ― Mógłbym przysiąc ― mówi niespokojnie i szybko ― że ktoś był w nocy w moim pokoju. Że odwiedza mnie jakiś psychopata i robi mi to wszystko. Obudziłem się i spojrzałem na niego, a wtedy on uciekł. Drzwi były otwarte, zamknął je za sobą. Słyszałem, jak je zamyka. To było takie realistyczne, takie prawdziwe, zresztą skąd, skąd wzięłyby się te ślady? Byłem przykuty do łóżka, nie mogłem się o nic obić, nie mogłem chodzić. Co, jeśli naprawdę ktoś do mnie przychodzi?
Hannibal, pochylony nisko w swoim fotelu, wbija spojrzenie w wyraźnie świeże ślady. Czując na nagiej skórze jego gorący oddech, młodzieniec przygląda się mężczyźnie, gdy ten przechyla głowę i jeszcze przez chwilę uważnie go ogląda. W pewnym momencie zauważa coś wyżej, niż Will chce mu pokazać, a wówczas jego duża dłoń zamyka się na ręce, którą chłopak przytrzymuje sweter, i razem podciągają materiał wyżej, odsłaniając parę naprężonych sutków. Przy jednym z nich znajduje się jeszcze jeden purpurowy siniak – wygląda jak malinka.
Pan Lecter mruczy pod nosem; naprawdę trudno odgadnąć, jakie myśli kryją się za tym dźwiękiem. Młodzieniec oblewa się gorącym rumieńcem, jakby dopiero teraz zarejestrował dwuznaczność tej sytuacji. Napina się wyraźnie, w gardle czując suchość, jakby nie miał w ustach wody od kilku dni.
  ― Niech pan sobie nic nie myśli ― tłumaczy się. ― Wiem, jak to wygląda i przysięgam, wiedziałbym, gdybym… pozwolił komuś robić takie rzeczy.


H.K.M. - 2018-08-13, 00:57

           Ale Hannibal nie jest już pewien, czy jego drogi Will mówi prawdę - ów dziwne ślady mówią, przecież, same za siebie - to książkowy wręcz przykład "pamiątek", które pozostają na skórze po miłosnych uniesieniach.
Nie odzywa się jednak - cofa swe dłonie i podnosi się z fotela, udając się bez słowa do łazienki - duża dłoń opiera się o zlew w tym samym miejscu, w którym jeszcze nie tak dawno temu znajdowała się ta o wiele mniejsza (mimowolnie o niej teraz myśli; o niej i reszcie drobnego ciała, o bladym brzuchu, wyłaniającym się spod materiału) i otwiera szafkę, w której znajduje się podstawowe wyposażenie medyczne.
Powraca do gabinetu z naręczem leczniczych maści i małych opatrunków, wskazując młodzieńcowi jego fotel. Tam po raz kolejny podwija miękki sweter w górę i ledwo powstrzymuje się do tego, by nie pokręcić głową; wyraźne odciski ust i zębów mają niemalże bordowy kolor - Hannibal wiedział, że nie powiedziałby takich słów na głos, ale nie miał pojęcia o tym, że jego drogi Will mógłby lubić takie zabawy.
Ugryzienia, ssanie? Ślady na skórze? Krew pod językiem?
I kto mógł mu to robić? Nie istniało już żadne logiczne wytłumaczenie na to by mógł to być on sam - ślady były porozkładane w takich miejscach, że chłopiec najzwyczajniej w świecie nie dałby rady ich sam dosięgnąć. Chłopak musiał więc coś przed nim ukrywać, albo... nie mieć świadomości tego, że to robił. Przymknął powieki, analizując sytuację - Will może zapewne dojrzeć na jego twarzy prawdziwe skupienie - sprawne palce machinalnie zajmują się drobnymi zadrapaniami i zsinieniami, aż szczupła klatka piersiowa pokrywa się w większej części małymi, starannie zaklejonymi opatrunkami - gruba warstwa leczniczej maści rozsiewa wokół intensywnie ziołowy zapach; wdychają go obaj, nie przerywając dziwnie napiętej ciszy.
  ― Czy Jack kiedykolwiek dziwnie się w stosunku do ciebie zachował ― pada nagle pytanie, gdy cisza z napiętej przemienia się w ciężką, skrywająca słowa, które przełamią panujący między nimi spokój ― czy kiedykolwiek używał w stosunku do ciebie przemocy? Mocniej cię ścisnął, potrząsnął? Czy zdarza mu się wchodzić do twojego pokoju, gdy śpisz?
Will unosi gwałtownie głowę, wyraźnie poruszony; błękitne oczy przesuwają się po jego twarzy, ale wcale na nią nie patrzą - zdolny umysł szuka wyraźnie wytłumaczenia, poparcia, zaprzeczenia - jakiekolwiek logicznego powodu, dla którego przypuszczenia Hannibala mogłyby okazać się fałszywe.
  ― Boże. Nie wiem ― mówi powoli, ostrożnie ważąc słowa. Po chwili jego twarz blednie, drobne ciało zapada się w fotel; Hannibal śpieszy ze swoim ramieniem, orientując się ze dziwieniem, że... ― Ja bardzo... słabo mi.
  ― Postaraj się patrzeć na mnie ― prosi łagodnie, choć jego ton niepozbawiony jest specyficznego zmrożenia, zgrozy, którą budzi w nim myśl o tym, że jego słowa muszą coś w sobie mieć, szczególnie gdy chłopiec zareagował na nie tak żywo, tak...
  ― Will ― unosi lekko głos, gdy błękitne oczy uciekają do wnętrza czaszki ― Will! ― Powtarza głośniej, potrząsając nim lekko, ale to niczego nie daje; bezwładne ciało przelewa się przez jego ramiona, więc obejmuje je mocniej i podnosi bez trudu, zanosząc do pierwszego pomieszczenia z brzegu. Do swojej sypialni.

           Jakiś czas później Will wreszcie budzi się - Hannibal może to usłyszeć jeszcze zanim spomiędzy różowych warg dobywa się ciche westchnienie; obraca się przez ramię akurat w momencie, by móc spojrzeć we wciąż zamglone błękitne tęczówki.
Żaden z nich nie odzywa się przez długa porę - patrzą na siebie tylko, porozumiewając się w ten sposób bez słów. Mina pana Lectera wyraża nie tylko troskę, ale i przekonanie do tego, że chłopiec ma w nim oparcie, że nie pozostanie z tym wszystkim sam. I wydaje się, że Will przyjmuje to oddanie, że potrzebuje go i godzi się na nie, bo widzi w nim możliwość otrzymania jakiegoś rozwiązania, sposobu na zaradzenie tym okropieństwom.
  ― Musimy coś postanowić ― odzywa się wreszcie łagodnie, wyrywając młodzieńca z wyraźnego zamyslenia; ten mruga parokrotnie, rozglądając się po pomieszczeniu (jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że przestał śnić, to dość... intrygujące) i spogląda w tarczę zegarka, wzdychając zaraz cicho.
  ― Tak ― mówi cicho, siadając na łóżku ― znajdę sobie jakąś pracę i zamieszkam sam.
  ― To niemożliwe ― odpowiada natychmiast, podnosząc się ze swego krzesła; siada na brzegu łoża, wyciągając dłoń, by ułożyć ją na rozgrzanym czole młodzieńca. ― Jesteś niepełnoletni.
Wie, że za chwilę Will będzie starał się krzyczeć, oponować - zanim jednak to czyni, duża dłoń przesuwa się na jego policzek, a pociemniałe oczy zmuszają do spojrzenia w sam ich środek, zagłębienia się w ich bezdennej toni.
  ― To nie znaczy, że jesteśmy całkiem straceni ― mówi cicho, uśmiechając się delikatnie. ― Na początek musimy upewnić się w tym, że to co założyliśmy jest prawdą. Dzisiejszej nocy zamknij drzwi swojego pokoju na klucz i czyń tak już każdej nocy. Jeśli ślady znikną, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by odsunąć od siebie tego człowieka. Obiecuję ci to, Will ― dodaje poważnie i coś w jego głosie pobrzmiewa takim przekonaniem, że nie w sposób nie wierzyć w te słowa.
Chłopiec patrzy na niego, widocznie zagubiony, zraniony; duże oczy lśnią całym tym przejęciem i beznadziejnością sytuacji, w której postawił ich los.
I nagle uderza go złość, bo chciałby pomóc swemu małemu przyjacielowi, chciałby odciągnąć go od tej paskudnej sytuacji, zapewnić mu bezpieczeństwo, ale nie może, a niemożność zawsze przyprawia go paskudne uczucie niesmaku.
Niesmak wiąże się jedynie ze słabością, a ta nie powinna móc dotyczyć Hannibala Lectera, nigdy.
  ― On ma klucz do mojego zamka ― mówi wolno, zastanawiając się nad czymś. ― Muszę go wymienić. Pomoże mi pan?
Nie umiałby odmówić temu ufnemu spojrzeniu, nigdy w życiu - natychmiast zgadza się ze swoim uprzejmym uśmiechem, a wtedy drobna dłoń przesuwa się w górę i kładzie się na jego własnej w najczulszej, najdelikatniejszej pieszczocie.
Błękitne oczy przesuwają się po jego twarzy - zahaczają o nos i zatrzymują się na wargach. Tych samym wargach, które przed chwilą lekko rozwarte, teraz łączą się delikatnie, odciskając na sobie swoją obecność w postaci jaśniejszych śladów.
Hannibal przechyla głowę, powietrze wypełnia się dziwną gęstością.
Ktoś powinien to przerwać, myśli, ale nikt nie przerywa, nie wpada do pokoju, nie robi zamieszania, nie zrywa się też burza, o okno nie uderza żaden kamień, a ich głowy przysuwają się nieuchronnie ku sobie i...
Ktoś powinien to natychmiast przerwać.


Koss Moss - 2018-08-13, 02:35

           …i kiedy już Will przymyka oczy, nawet nie myśląc, że to nastąpi, tylko czując, wtedy… wargi Hannibala mijają jego usta o kilka nieustępliwych milimetrów, by znaleźć miejsce przy jego uchu.
Will machinalnie obejmuje mężczyznę za szyję i zamyka oczy, opierając podbródek o jego ramię, znajdując ukojenie w tej nieskomplikowanej formie bliskości. Serce łomocze mu jak oszalałe, gdy delikatnie, jakby bał się, że się sparzy, dotyka opuszkami ciepłej skóry na karku mężczyzny.
Miły zapach wdziera się do jego nozdrzy – to nie tylko perfumy, ale przede wszystkim pot i feromony atakują jego zmysły milionem bodźców, prawie odbierając tchnienie.
I pomyśleć, że przez kilka sekund był naprawdę pewien, że…

           Odwiedzają razem sklep budowlany, a potem – pod nieobecność Jacka, który ciężko pracuje nad nowym mordem Rozpruwacza, i po uśpieniu czujności Belli – montują nowy zamek w drzwiach błękitnej sypialni. Nie sprawia to jednak, że Will czuje się dużo bezpieczniej. W nocy wierci się w pościeli, nie potrafiąc zasnąć aż do bladego świtu. Dopiero nad ranem przysypia, a kiedy zaniepokojona ciotka budzi go pukaniem w drzwi (dlaczego się zamknąłeś, Willy, coś mogło ci się stać!), nie znajduje na swoim ciele żadnych nowych śladów.
Jack wraca wieczorem i kiedy tylko Phyllis przekazuje mu niepokojącą wiadomość, a on orientuje się, że zamek został zmieniony, urządza awanturę.
  ― Nie możesz mieć klucza jako jedyny. Jesteś chory i coś może ci się stać! Jak wejdziemy, żeby ci pomóc?
Will patrzy na wuja wytrzeszczonymi oczami, kołysząc się w tył i wprzód. Oddycha ciężko, zlany zimnym potem.
  ― Willy, musisz oddać klucz ― wstawia się za Jackiem Phyllis.
  ― Nie ― mówi zimno Will, patrząc tylko na wuja. ― Nie oddam ci klucza. Nigdy.
Phyllis i Jack spoglądają po sobie wymownie.
  ― Willy ― zwraca się do chłopca Bella, starając się brzmieć łagodnie. ― To wszystko dzieje się tylko w twojej głowie. Musisz się mocno skupić, spróbować…
Will śmieje się gorzko i potrząsa głową; jest cały mokry.
  ― Nie, nie, nie, nie, nie, nie i nie.
Jack nabiera gwałtownie powietrza, ale Phyllis kładzie mu delikatnie dłoń na przegubie, powstrzymując przed wybuchem.
  ― A dasz klucz mnie?
  ― Nie oddam klucza nikomu. Mam prawo do prywatności. Nie macie prawa mi jej zabierać.
  ― A panu Lecterowi?
Will mruży oczy. Wygląda, jakby samo skupienie wzroku na ciotce sprawiało mu duży problem.
  ― Panu Lecterowi? ― powtarza powoli. Ciotce wydaje się pewnie, że nakłoni mężczyznę do przekazania im tego klucza. Ale źle się jej wydaje. ― Panu Lecterowi, tak.
  ― Dobrze. ― Phyllis uśmiecha się ciepło, choć sztucznie. ― Pójdziemy teraz do pana Lectera i przekażesz mu klucz, zgoda?
  ― Zgoda.
Jack odprowadza ich spojrzeniem.

           ― Dobry wieczór, Hannibalu, bardzo ci przeszkadzamy? ― zapytuje Phyllis, gdy tylko pan Lecter, nieco zaskoczony ich obecnością, otwiera im drzwi. Pobladły Will stoi tuż za nią.
  ― Nie ― odpowiada mężczyzna właściwie od razu i wpuszcza ich do środka, po czym odbiera od nich okrycia wierzchnie. ― Zapraszam. Herbaty?
  ― Poproszę ― odpowiada Phyllis. –- A ty, Willy?
  ― Ja też ― mówi cicho Will.
Wchodzą do jadalni i czekają na gospodarza w milczeniu. W końcu pan Lecter podaje im dwie filiżanki z pachnącym przyjemnie płynem; jest to zapewne niezwykle droga i wyrafinowana herbata, ale dla Willa wszystkie smakują tak samo.
Przez chwilę popijają gorące napoje. Phyllis i Hannibal wymieniają uprzejmości, powoli i taktownie zmierzając do celu tej niespodziewanej wizyty.
  ― Willy ― mówi w końcu Phyllis ― chciał ci przekazać klucz do swojego pokoju.
Oboje spoglądają na młodzieńca, który powoli sięga do kieszeni, a potem bez słowa wyciąga do mężczyzny rękę z niewielkim kluczykiem na kółku.
  ― Zamknął się na noc. Nie powiedział, dlaczego. Nie chciał oddać klucza żadnemu z nas ― tłumaczy cierpliwie Phyllis, gdy Hannibal odbiera klucz. ― Ale ktoś musi mieć klucz do jego pokoju. Zgodził się oddać go tylko tobie.
Will patrzy na Lectera intensywnie. Odkąd znaleźli się w jadalni, nie odrywa wzroku od jego oczu i prawie nie mruga. W jego spojrzeniu widać zaufanie, determinację i szaleństwo.
Nagle słyszą zza ściany jakiś odgłos. Ktoś jeszcze jest w domu. Młodzieniec przerywa kontakt wzrokowy i odwraca się przez ramię. Gdy w drzwiach jadalni staje lekko rozczochrana Alice, podnosi się gwałtownie, niemal przewracając krzesło, a potem wybiega z pokoju, mijając skonsternowaną dziewczynę w drzwiach, nim ta ma okazję się choćby przywitać.
  ― Will! Wracaj! ― woła za młodzieńcem ciotka i jęczy cicho. ― Co się z nim, na litość boską, dzieje…


H.K.M. - 2018-08-13, 03:15

             ― Przepiękne ― szepcze z zachwytem, opierając głowę na jego ramieniu - wielobarwne kryształki odbijają się na ścianie swoimi kształtami, prześwietlane przez płomienie świec; obserwują je w skupieniu, poruszając co jakiś czas rękoma, zaburzając cienie, bawiąc się nimi.
  ― Za dnia wyglądają jak płatki śniegu ― mruczy, ocierając się wargami o jej ciepłe ucho. ― Nocą przypominają bardziej kryształki lodu.
  ― Topniejącego ― Alice wzdycha błogo, odchylając się na jego kolanach- przykrycie zsuwa się z jej jędrnych piersi, odsłaniając sterczące sutki. ― Będzie ci przeszkadzało, jeśli dzisiaj zostanę?
  ― Właśnie miałem to zaproponować ― uśmiecha się lekko, składając na jej wargach delikatny pocałunek. ― Możemy teraz udać się do kuchni i...
Przerywa im odgłos zamykanej bramki i odgłosy cichej rozmowy; Hannibal natychmiast rozpoznaje oba głosy, odsuwa więc od siebie delikatnie dziewczynę i spogląda przez okno.
  ― Wydaje mi się, że musimy odrobinę przesunąć nasze plany ― mruczy łagodnie, sięgając do krzesła, na którym pozostawił swoje schludnie złożone ubrania. Alice prostuje się, nieco skonsternowana, ale dźwięk domofonu uświadamia ją w sensie jego słów. Wzdycha pod nosem, widocznie niepocieszona.
  ― W porządku ― dodaje jednak, przechodząc bez skrępowania przez sypialnię - jej nagie ciało odbija w sobie tęczowe wielokąty, dodając mu wiele artystycznego uroku. ― Za chwilę do was dołączę.
Schodzi więc na dół, otwiera zatroskanym gościom drzwi - wysłuchuje ich uważnie i jego uwadze absolutnie nie uchodzi spojrzenie, którym Will obrzuca go intensywnie, odkąd tylko wpuścił go do swego domu - dobrze wie, co chcą mu przekazać te oczy, jak bardzo zdesperowany jest biedny chłopiec, jak bardzo musi czuć się przyciśnięty do muru.
Ma zamiar zgodzić się na posiadanie zapasowego klucza; co więcej, ma zamiar pochwalić ten pomysł, twierdząc, że jako terapeuta Willa ma największe prawo do decydowania kiedy przyjdzie najodpowiedniejsza (jeśli taka w ogóle przyjdzie) na zmuszenie go do drzwi błękitnej sypialni, ale...
Najwyraźniej widok Alice okazał się dla chłopca zbyt wielkim wyzwaniem; zrywa się, bowiem, ze swego miejsca w pierwszej chwili, gdy zauważa ją w swoim polu widzenia. Phylis spogląda po nich z nieskrywanym zgorszeniem (Hannibalowi zdecydowanie nie podoba się to spojrzenie) ale nie ma czasu na wyrażenie swych obiekcji, ponieważ wszyscy zrywają się ze swoich miejsc i biegną ku drzwiom - drobna sylwetka oddala się w zastraszającym tempie, znikając w końcu w zakręcie jednej z uliczek.
  ― Boże ― Bella przyciska dłonie do piersi, zalewając się łzami ― co my teraz... trzeba wezwać... Jack! ― Wykrzykuje w amoku, wybiegając z terenu posiadłości pana Lectera ― Jack! Will uciekł!
  ― Dlaczego... ― odzywa się cicho Alice, ale Hannibal ucisza ją jednym spojrzeniem.
  ― Wróć do domu ― prosi ją łagodnie, sięgając po płaszcz ― pojadę po niego.
  ― Mogę ci pomóc, ja...
  ― Obawiam się, że nie ma to sensu ― zauważa, przerywając jej po raz kolejny. Duża dłoń sięga po kluczyki bentleya, odruchowo poprawia wiązanie krawata. ― Powinienem niedługo wrócić. Postaraj się przekonać Phylis, by nie dzwoniła na policję. To tylko pogorszy sprawę.
Nie czeka na jej odpowiedź, ponieważ jest w tej chwili najmniej przez niego pożądaną rzeczą. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie powinien tego robić, ale jest nieco poirytowany. Zmartwiony tym, że obecność Alice znowu przyczyniła się do przerwania czegoś ważnego, do gwałtownej zmiany nastroju biednego Willa.
Wsiada za kierownicę i wyjeżdża z garażu, nie przejmując się nawet zamykaniem bramy; koła suną po zmrożonym asfalcie, wykręcając w dokładnie tę samą uliczkę, w którą udał się pozbawiony okrycia chłopiec.
Sprawdza wiele miejsc - budynek uniwersytetu, biblioteki, park i okoliczny las - żadne z tych miejsc nie skrywa jednak śladów obecności Willa Graham'a.
Nie dziwi się, gdy dzwoni w końcu jego telefon - zielony wyświetlacz informuje go swoimi czarnymi literami, kto próbuje się z nim skontaktować. Bez wahania odbiera połączenie, przykładając urządzenie do ucha.
  ― Jack ― wzdycha ciężko, siląc się na uprzejmy ton. Wciąż nie może zapomnieć o tym, czego dopuścił się ten podły człowiek; bordowe ślady migają mu pod powiekami.
  ― Znalazłeś go ― zapytuje pan Crawford, jego głos drży od kiepsko skrywanego strachu.
  ― Nie ― odpowiada krótko ― domyślam się więc, że ty także nie masz żadnych informacji
  ― Jest środek nocy... jeśli zaraz go nie znajdziemy, może zamarznąć. Poinformuję policję i...
  ― Nie musisz tego robić, Jack ― ciemne oczy rozbłyskują nagle w rozumieniu i Hannibal przypomina sobie nagle ich wcześniejszą rozmowę i wyraz fascynacji, który dostrzegł na młodzieńczej twarzy, gdy Will opowiadał o najnowszej ofierze Rozpruwacza. Usta, układające się w wyrazie chorego uznania, gdy mówił o rozłożystym dębie, ozdobionym wyrwanymi wnętrznościami. ― Wydaje mi się, że już wiem, gdzie go znajdę.


Koss Moss - 2018-08-13, 04:03

           Will szczęka zębami, zadzierając głowę i wpatrując się w wystające z rozłożystego drzewa haki. Zostały tu jeszcze, podobnie jak ciemne ślady na korze i zerwana policyjna taśma, powiewająca teraz złowieszczo na wietrze.
To tutaj wisiała ostatnia ofiara rozpruwacza i chociaż na śniegu nie ma już śladów krwi, młodzieniec niemal je widzi.
Po raz pierwszy ogląda to miejsce na własne oczy, wcześniej widział w gazetach jedynie jego okolice.
Tutaj powiesił tę dziewczynę, młodą, przepiękną kwiaciarkę, robiąc z jej jelit łańcuchy choinkowe.
Wykazał się taką precyzją, takim skupieniem. Will dotyka zziębniętą dłonią szorstkiej kory, zadzierając wysoko głowę. Niemal przytula się policzkiem do pnia, wypuszczając przez usta kłęby pary.
Patrzy i widzi tam Alice. To Alice nabita jest na hak, to ręce Alice rozpostarte są na podobieństwo gałęzi, to palce Alice trwają powykręcane we wszystkie strony jak drogowskazy. To mogła być Alice. To ją mógł upatrzyć sobie Rozpruwacz: przypadkowa śliczna dziewczyna, która idealnie uzupełni jego wizję, jego obraz.
Sunie palcami po chłodnej korze w górę, aż wreszcie może dosięgnąć jej stopy.
Podwieszam cię jak świnię – nie różnisz się dla mnie niczym od zwykłego wieprza, choć planuję dla ciebie coś, co moim zdaniem jest szczególne.
Mam o sobie wysokie mniemanie. Wiem, że to, co robię, jest perfekcyjne. Wiem, że ludzie drżą przede mną, ale podziwiają moją pracę, ponieważ pracuję bardzo ciężko. Jestem taki w każdej części swego życia. Brzydzi mnie niedbalstwo.
Dokładnie mocuję do drzewa twoje ciało, byś stała się jego częścią. Nie jesteś już tym, czym byłaś wcześniej. Nadałem ci nową formę, ponieważ mogłem. Ponieważ mam moc tworzenia. Twoje ramiona są rozpostarte, a nogi skrzyżowane, przybite do drewna za pomocą młotka: tak, ukrzyżowałem cię.
Will dotyka zaczerwienioną dłonią śladu po samotnym gwoździu.
Gdzie jest teraz twój Bóg, skarbie.
Will spogląda na mroczną sylwetkę, szarpiąc się niespokojnie. Mężczyzna ze spokojem, bez cienia wzruszenia przygląda mu się z dołu. Nie czuje nic oprócz dumy malarza, gdy kończy swój obraz. Pyszni się teraz widokiem, który za chwilę porzuci na zawsze.
  ― Drwisz z Boga? ― chrypi młodzieniec. ― Prowokujesz go? Czy twoje zbrodnie mają podtekst religijny?
Ciemne macki trzymają go mocno, nie może się…
Skrzypienie śniegu przyprawia go o ciarki. Will mruga gwałtownie i zamiera z dłonią opartą o pień przeklętego dębu. Żołądek podchodzi mu do gardła, nogi sztywnieją, obraz przed oczami wiruje i ciemnieje.
Ktoś za nim stoi. Ktoś za nim jest.
I doskonale wie, kto.
Zaczyna niekontrolowanie drżeć, prawie jakby dostał ataku padaczki. Trzęsie się całe jego ciało i zimno nie ma z tym nic wspólnego. To przerażenie. Przerażenie, jakiego nie czuł jeszcze nigdy w życiu.
Coś, jakaś tajemnicza siła, automatyzuje jego ruchy. Will na bezdechu odwraca głowę, wykręcając ją boleśnie, jakby nie mógł odwrócić się całym ciałem; jakby nogi wrosły mu w ziemię, a dłoń przymarzła do drzewa.
I rzeczywiście, ktoś za nim stoi. Wysoki, postawny mężczyzna. Nie może dojrzeć jego twarzy. Dopiero kiedy nieznajomy postępuje o krok, dopiero wtedy…
  ― Doktor Lecter ― wydusza z siebie resztkę powietrza i odwraca się, roztrzęsiony, przodem do Hannibala. Uśmiecha się nerwowo, śmieje histerycznie. ― Myślałem, że to… M-myślałem, że…
Śmiech nagle przeradza się w jakiś rodzaj szlochu; błękitne, pociemniałe oczy wypełniają się łzami. Will obejmuje się ciasno ramionami i krztusi się, drżący od targających nim emocji, które są tak sprzeczne, że trudno jest określić, co konkretnie ze sobą niosą, jaki jest ich wydźwięk. Jedno jest pewne: przed chwilą zobaczył przed oczami całe swoje życie. Przez ten krótki moment, kiedy był przekonany, że stoi za nim Rozpruwacz z Massachusetts.


H.K.M. - 2018-08-13, 05:23

Docierając na pogrążoną w srebrzystym półmroku polanę, od razu dostrzega wysoki kształt masywnego dębu, poruszającego ponuro swoimi nagimi gałęziami. Wraz z kolejnymi krokami, odkrywa stojącą tuż przy nim drobną sylwetkę - drżące dłonie dotykają szorstkiego pnia, pełne wargi poruszają się w słowach (Hannibal nie może ich zrozumieć), podchodzi więc nieco bliżej i...
― ...mają podtekst religijny? ― Chłopiec niemalże podskakuje w miejscu, sztywniejąc nagle - doktor Lecter przechyla głowę, zamierając w miejscu.
Co też siedzi w biednej głowie tego nieszczęśnika? Jakiż podtekst, o czym on...
Ciemne loki przesuwają się po młodzieńczej twarzy, gdy Will obraca się powoli przez ramię, wytrzeszczając w ciemności duże, błękitne oczy.
Z początku drętwieje, gdy do jego umysłu wlewają się setki skojarzeń, absurdalnych pomysłów, które w tej jednej chwili nabierają niebezpiecznie dużo sensu - spojrzeniem wodzi od pnia dębu do szczupłego chłopca, a jego myśli, one...
Nie, nie może sobie tego teraz robić. Nie może tego teraz robić Willowi - to wszystko jest zbyt... niepojęte, niemożliwe. Tylko mu się wydaje, jest tego pewien.
Z determinacją postanawia wykonać jeszcze jeden krok i...
― Doktor Lecter ― wydusza z siebie nagle, rozpoznając chyba jego twarz. Szczupłe ciało zwraca się w jego stronę, a na pobladłych od mrozu wargach wykwita nerwowy uśmiech, przeradzający się w śmiech ― Myślałem, że to... myślałem, że... ― jest to jednak śmiech histeryczny, który - jak to zwykle bywa - kończy się nieopanowanym wybuchem płaczu i wkrótce blade oblicze zdobią łzy, głośny szloch wstrząsa wątłymi ramionami.
I Hannibal natychmiast bierze je w swój uścisk, przyciska Willa mocno do siebie, zupełnie jakby w tej jednej chwili pragnął go tylko ochronić przed całym światem. Wtulają się tak w siebie - jego podbródek układa się wygodnie na miękkich lokach.
― Nie ― uspokaja go łagodnie, gładząc zmarznięte plecy swoją dużą dłonią ― to tylko ja, Will. Jesteś bezpieczny.
Później wszystko dzieje się naturalnie - pan Lecter ściąga z siebie swój szalik i płaszcz i otula nimi szczelnie swą małą zgubę. Zaprowadza go cierpliwie do samochodu, włącza ogrzewanie i rusza z polany, kierując się w stronę głównej ulicy. W radiu rozpoczynają się nocne wiadomości, naszpikowane gęsto informacjami o Rozpruwaczu.
To szóste ciało w ciągu tego roku. Jesteśmy przerażeni tym stanem rzeczy, co o tym wszystkim myślą służby? Co powiedzą rodzinom poszkodowanych? Jaki będzie komentarz słu...
Przełącza stację, z głośników sączy się cicho łagodny jazz. Wtedy właśnie uznaje, że nadeszła odpowiednia pora, aby w końcu zadać to pytanie.
― Co skłoniło cię do tak gwałtownej reakcji ― porusza wargami, spoglądając we wsteczne lusterko na przebiegającego za nimi jelenia.
― Której ― Will śmieje się cicho, szczękając wciąż zębami.
― Wydawało mi się, że stało się dla ciebie oczywiste, że Alice gości często u mnie w domu ― odpowiada, zerkając na niego z ukosa. ― Byłem tam, Will. Dla ciebie.
Młodzieniec wzdycha ciężko, zbierając się wyraźnie w sobie.
― Przepraszam. Nie mogę znieść jej widoku. Kiedy ją widzę, mam ochotę...
Kogoś zabić?
― Kontynuuj, proszę ― zachęca go, zatrzymując się na światłach, mimo całkowicie pustej drogi ― chcę wiedzieć, co cię trapi.
― Zrobić jej krzywdę za to jak mnie potraktowała ― wyrzuca z siebie sucho, obracając głowę w kierunku okna.
Zręczne palce zaciskają się mocniej na kierownicy, gdy Hannibal przymyka powieki, jakby to, co usłyszał było dla niego zbyt bolesne do przyjęcia.
Nie komentuje tego w żaden sposób. Przez dłuższą chwilę prowadzi jedyni w milczeniu, nieco zrezygnowany. Zanim docierają jednak w okolice zadbanego osiedla drogich posiadłości, obraca się delikatnie i dodaje:
― Nie możesz tego już nigdy więcej robić ― Will spogląda na niego z rosnącymi prędko oczami, gdy zatrzymuje gwałtownie samochód, wyraźnie czymś poruszony. ― Nigdy więcej, Will. To może się bardzo źle skończyć. Co, jeśli osobą, która przyszła pod dąb, byłby rzeczywiście Rozpruwacz? Jak to wszystko mogłoby się skończyć? Czy Rozpruwacz miałby nad tobą litość, gdyby zobaczył cię tam, stojącego pod dębem, rozprawiającym na głos o jego dziele?
Pociemniałe spojrzenie świdruje władczo lekko już zarumienione oblicze - cienkie wargi zaciskają się niebezpiecznie w skurczu wściekłości, ponieważ Hannibal jest wściekły i nie potrafi już tego ukryć.
Willowi mogła stać się poważna krzywda i chłopak musi to zrozumieć.
Jest jednak jeszcze jedna sprawa, jedno pytanie, które chce mu zadać, ale wie, że nie przyszła na nie jeszcze pora. Wzdycha więc cicho i zamiast tego mówi:
― Zostań dzisiaj u mnie noc.


Koss Moss - 2018-08-13, 06:56

           Pan Lecter załatwia to wszystko z wujostwem telefonicznie. Will nie słucha, w jaki sposób. Stoi w łazience i wpatruje się w swoje lustrzane odbicie. Ledwie się poznaje. Pobladły, wyziębiony, potargany, z roziskrzonym spojrzeniem. Wygląda jak niezrównoważony.
Jest niezrównoważony. Pan Lecter ma rację, co go skłoniło, żeby tam iść. Naprawdę mógł wpaść w ręce Rozpruwacza. Mógł już nigdy nie wrócić. To cud, że pan Lecter wiedział, gdzie go szukać.
Właściwie…
  ― Skąd? ― zapytuje, wychylając się z łazienki, gdy tylko słyszy ruch w korytarzu; nie wie, ile minęło czasu, odkąd weszli do mieszkania. Pan Lecter posyła mu zdziwione spojrzenie. ― Skąd pan wiedział, gdzie mnie szukać?
Hannibal uśmiecha się kącikiem warg i zdejmuje marynarkę, po czym luzuje krawat, szykując się już zapewne do przebrania w piżamę. Gdy Will wchodzi za nim do kuchni, wyczuwa w powietrzu miły zapach rozgrzewającej herbaty, cynamonu i chyba również jakiegoś alkoholu.
  ― Widziałem, jak patrzyłeś na zdjęcia tego miejsca. Wyglądałeś, jakbyś wiedział o nim więcej, niż można by przypuszczać. Pomyślałem, że będziesz chciał je zobaczyć. Że będziesz chciał go dotknąć.
Will przełyka ciężko ślinę, łącząc przed sobą ręce i wykręcając je. Pan Lecter… nie myśli chyba, że ma z tym coś wspólnego. To absurd. Zdarza mu się dziwnie zachowywać, ale nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Nie potrafiłby skrzywdzić nawet zwierzęcia.
  ― Próbowałem go zrozumieć ― mówi cicho w próbie usprawiedliwienia się. ― Porozmawiać z jego echem.
Hannibal kiwa głową, upijając łyk ciepłej herbaty. Mimo wszystko nie wygląda, jakby go oceniał. Nigdy tak nie wygląda. Ale co czai się naprawdę za tym spokojnym spojrzeniem – jakie są jego myśli – to pozostaje poza zasięgiem młodzieńca.
  ― To zrozumiałe. Wybrałeś po prostu zły moment. Musisz o tym myśleć, Will. Musisz pamiętać.
Will kiwa krótko głową. Teraz, gdy szok minął, pomimo zmęczenia przemawia przez niego ekscytacja.
  ― Odwiedzając to miejsce, poczułem bardzo silnie jego obecność. Jakbym patrzył razem z nim na to dzieło. Jakbym mógł nawiązać z nim kontakt. To było takie realne. ― Marszczy brwi, wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt przed sobą. ― Zupełnie inne niż patrzenie na fotografie.
Podchodzi w końcu bliżej i obejmuje zimnymi jeszcze dłońmi nagrzany kubek. Po chwili unosi go do ust i pozwala, by płyn rozgrzał od środka jego wyziębione ciało. To takie przyjemne.
Stoją w skąpanej w półmroku kuchni i tym razem długie chwile ciszy nie są dla Willa uciążliwe. Nie, gdy wypełnia je tyle myśli.
Odwraca się, przechadza powoli – a w końcu wsuwa się na szafkę pod ścianą i zagląda ciekawie do swego kubka.
  ― Co o nim myślisz ― odzywa się w końcu Hannibal. Opiera się o blat pośrodku kuchni i cień pada na jego oblicze, przykuwając spojrzenie młodzieńca. Kości policzkowe mężczyzny wyostrzają się, jego rysy nabierają dziwnej dzikości. Są trochę niepokojące, trochę dziwne. Ciemność otulająca jego oblicze wydaje się żyć własnym życiem, pulsować. ― Co poczułeś, gdy mogłeś z nim je oglądać?
Will mruga szybko i przechyla lekko głowę.
Co myśli. Co poczuł?
  ― Poczułem ― zaczyna powoli ― po raz pierwszy, co on czuje. Poczułem jego… samozadowolenie. Jest z siebie taki dumny, on… Uważa się za tak dużo lepszego od innych. Myślę, że… ― Ma problem z dobieraniem słów w taki sposób, by nie zabrzmieć niepokojąco. Próbuje to obejść. ― …że jest bezwzględny, arogancki, zadufany w sobie i… i bardzo inteligentny.
Albo to złudzenie, albo wargi mężczyzny wykrzywiają się w jakimś uśmieszku. Hannibal odstawia na blat swój pusty już, bardzo szybko opróżniony kubek. Will marszczy podejrzliwie brwi. Ta woń w powietrzu. On chyba pije alkohol. Dużo alkoholu.
  ― To niesamowite ― dobiega go ochrypły, mniej wyraźny niż zwykle głos mężczyzny ― jak piękny jest twój umysł.
Wytrzeszcza oczy. Lecter nie zmienia pozycji. Wciąż opiera się o blat, spoglądając na niego z tym trudnym do określenia wyrazem twarzy. Jest za ciemno. Will czuje nagle ogromną chęć zapalenia światła, rozbicia tej ciężkiej, zawiesistej atmosfery, która nagle zaczęła utrudniać mu oddychanie, ale włącznik jest gdzieś po drugiej stronie kuchni, nie po drodze mu, stanowczo nie po drodze, biorąc pod uwagę, kto stoi w jej połowie.
  ― Co w nim pięknego ― rzuca ostrożnie, z powątpiewaniem, czując gorąc własnych policzków.
Hannibal sięga do wiązania krawatu i luzuje go znów, tym razem dość gwałtownie.
  ― To, że potrafisz go zobaczyć w świetle kłamstw prasy. To, że nie widzisz w nim jedynie potwora, a żywą istotę, która... ― Mężczyzna urywa na chwilę. ― Za której czynami stoją myśli i odczucia. To właśnie w ten sposób dościgani są nawet najgroźniejsi mordercy.
Jest pijany. Jego akcent się nasilił i coraz większego skupienia wymaga zrozumienie kolejnych słów. Will wpatruje się w niego z podejrzliwością i niedowierzaniem, po czym odstawia swój kubek i zsuwa się z szafki; podchodzi bliżej, krok za krokiem, z uniesioną głową, by wreszcie stanąć przed dzielącym ich blatem.
  ― A co pan o nim myśli? ― pyta po długiej chwili ciszy.
Pan Lecter pochyla się, wspierając już na łokciach, i uśmiecha się zagadkowo, spoglądając mu wprost w oczy.
  ― Myślę ― chrypi ― że to, co robi, jest niekonwencjonalną formą sztuki. Nigdy nie zabija tak samo. Chce zapewnić swym odbiorcom odpowiednie przedstawienie. Niepowtarzalne doznania.
Brwi Willa obniżają się znacznie.
  ― Pan go podziwia! ― zarzuca młodzieniec z nutą oburzenia i mina Lectera zdaje się to potwierdzać: wyraża cień miernie udawanej skruchy, choć w ciemnym spojrzeniu czai się wyzwanie.
  ― Staram się go tylko analizować. Jak ty.
Will łagodnieje i uśmiecha się krzywo. Układa dłonie na tym samym blacie, o który opiera się mężczyzna, i też przechyla lekko do przodu. Z boku mogą wyglądać jak para amorów, choć przecież nie ma to wiele wspólnego z rzeczywistą sytuacją…?
  ― Chciałby pan go spotkać?
  ― Wydaje się interesującą personą. ― Mężczyzna przechyla głowę. Will zaciąga się głęboko zapachem jego feromonów, potu i koniaku. ― A czy ty chciałbyś go spotkać, Will?
  ― Nie ― odpowiada szybko młodzieniec. Zbyt szybko. ― To znaczy… ― Bezwiednie przysuwa się nieco bliżej, wpada w jego sidła; już prawie czuje na policzkach ruch wydychanego przez niego powietrza ― …może gdyby był za kratkami, wtedy tak. Może odwiedziłbym go, żeby zadać mu kilka pytań. Zobaczyć, jak wygląda. ― Wargi drgają mu leciutko, to prawie uśmiech. ― Jestem szczerze ciekaw, jak wygląda ktoś taki.
Mężczyzna wygina wargi w wyrazie fałszywego zakłopotania. Will nie ma nawet cienia wątpliwości, że daleki jest od tego akurat odczucia.
  ― To niebezpieczne pragnienie. ― Głos Lectera jest już teraz prawie szeptem, a woń koniaku chwilowo przyćmiewa wszystkie inne. ― Musisz być ostrożny ze swoją ciekawością.
Will śmieje się cicho i machinalnie zawiesza spojrzenie na jego wargach.
I nie potrafi go oderwać.
I poważnieje, bezwiednie oblizując własne usta.
  ― Zanim tego zapragnę, najpierw musiałby sam chcieć dać się złapać ― szepcze jeszcze ciszej, i znów któryś z nich (lub może obaj) zmniejsza dzielącą ich odległość o kilka milimetrów. ― A wątpię, żeby taki dzień nastąpił.
  ― Nie miałby wtedy zabawy. ― Akcent Lectera jest taki twardy, tak wyraźny, jak jeszcze nigdy. ― Cóż to zabawa ― mówi mężczyzna, a jego spojrzenie zsuwa się na wargi Willa ― gdy sam się w niej podajesz na talerzu.
I kiedy Will uświadamia sobie to spojrzenie, nagle uświadamia sobie wiele innych rzeczy.
To, jak bardzo jest twardy – ponieważ rozmawiali w taki sposób, jakby uprawiali najgorętszy flirt, a nie poruszali temat seryjnego mordercy.
To, jak bardzo pragnie posmakować jego ust.
To, że nie ma już odwrotu.
Jego dłoń podrywa się sama. Wsuwa się pod podbródek mężczyzny, unosząc jego głowę jeszcze bardziej. Will przymyka powieki i przełyka ciężko ślinę.
  ― Żadna… ― szepcze.
A potem cofa rękę, prostuje się i wreszcie może oddychać. Spogląda na swój nadgarstek.
  ― Dochodzi siódma ― zauważa ze zdziwieniem. ― Ja… pójdę już lepiej spać.


H.K.M. - 2018-08-13, 14:09

           Nie.
  ― Tak ― chrypi niewyraźnie, odsuwając się wolno, gdy zdaje sobie sprawę z tego, że praktycznie leży na własnym kuchennym blacie. Prostuje się elegancko, nie zwracając uwagi na piętrzącą się pod materiałem spodni erekcję. Wie, że jeśli teraz zacząłby ją ukrywać, przywołałby tym tylko więcej uwagi.
Pozostaje więc taki - naturalny, dumnie wyprostowany, ze sztywnym...
Może jeszcze zawrócić, złapać szczupłe dłonie i położyć je sobie na twarzy. Will nie będzie oponował, nie teraz, gdy jego oczy świecą tym samym blaskiem, a różowe wargi drżą, dziwnie napęczniałe, jakby już teraz zdążyli się pocałować.
Lizać, jak pozbawione krzty dobrego wychowania zwierzęta. Hannibal pragnie, by jego język znalazł się w ustach tego chłopca, naprawdę tego pragnie.
Co za chore, niewybaczalnie chore myśli. Skąd się tam wzięły, jak się tam wzięły?
Alkohol. Czy na pewno? Powinien się wtedy powstrzymać, nie nalewać go tyle. Co sprawiło, że był taki nerwowy, co podkusiło go do tak pośpiesznego wypicia tej porcji?
  ― Chodźmy do sypialni ― dodaje, odkładając kubki do zlewu. Może umyć je rano, tej nocy ma zbyt niepewny chwyt, nie chce, by Will zobaczył, jak bardzo. ― Jest tu, na dole. To niewielka sypialnia gościnna ― tłumaczy, ruszając bezszelestnie przez korytarz.
Nie musi oglądać się za siebie, by wiedzieć, że chłopiec podąża tuż za nim - zapach jego feromonów drażni mu zmysły, miesza w nich, woła.
Kiedy to wszystko zaczęło mu się podobać? Czy już wtedy, w piekarni, gdy pewien uroczy młodzieniec zapomniał pieniędzy na pieczywo? A może później, przy biurku w gabinecie, gdy napawali się panoramą namalowanej Florencji? Albo w jego gabinecie, kiedy unoszony sweter odkrywał coraz więcej fragmentów bladej skóry?
Może jednak nie, może dopiero parę dni temu, gdy szczupłe ciało rozlało się leniwie na krześle, a na różane usta wstąpił zbyt odważny, zbyt wymowny uśmiech, który Hannibal zapragnął w jednej chwili zmyć swoimi wargami, wpić się w nie do samej krwi, zerżnąć na pięknie przyzdobionym stole, wśród wykwintnych potraw i zawieszonej pod sufitem wrogiej atmosferze.
Zatrzymuje się przed drzwiami i szarpie za nie niedelikatnie, obracając się, by wpuścić młodzieńca do środka.
  ― Będziesz potrzebował piżamy ― zauważa uprzejmie, kierując się do jednej z dwóch ogromnych szaf; uchyla jedno ze skrzydeł przepięknie wyrzeźbionych drzwi i wskazuje nimi półki z mało używanymi ubraniami - niektóre są przyciasne, inne po prostu mu się znudziły. Szlag aksamitnych dwuczęściowych kompletów do spania przeplata się ze wzorzystymi krawatami. ― Pomyślmy... ― zawiesza głos, wyciągając dłoń bo błękitny komplet. ― pasowałby do twojej sypialni ― dodaje uprzejmie, wskazując podbródkiem kierunek, w którym trzeba spojrzeć, by ujrzeć kawałek zadbanego trawnika, należącego do Jacka. ― Proszę.
  ― Jaka ładna ― Will uśmiecha się w swój niepowtarzalnie urokliwy sposób. ― Lubię ten kolor.
  ― Pasuje do ciebie ― zgadza się Hannibal, przystając przy oknie, by zaciągnąć szczelnie ciężkie zasłony; pomieszczenie wypełnia się przyjemnym półmrokiem, przesycanym jedynie szarym światłem wschodzącego powoli słońca.
Teraz. Pchnąć go na łoże, zadrzeć do góry ten absurdalny sweter, rozpiąć spodnie, przecież będzie tak łatwy, tak chętny, to dobre, to naturalne. Pieprzyć Alice, znajdującą się zaledwie piętro wyżej, pieprzyć Jacka i Bellę, którzy go później zabiją, rozszarpią.
Teraz to on chce kogoś rozszarpać, do żywego mięsa, do gorącej krwi, która zaleje jego twarz, zszarga ją swoją młodzieńczą niedoskonałością, anielską słodyczą.

Wzdycha ciężko, wypuszczając powietrze w taki sposób, jakby właśnie przebiegł maraton. Być może go przebiegł, tak. Może nawet przeżył coś jeszcze cięższego.
  ― Dobranoc ― chrypi z wysiłkiem przy drzwiach, walcząc z falą gorąca ― obudzę cię, gdy śniadanie będzie gotowe.
Wychodzi; właściwie wybiega, kierując się po schodach odrobinę chybotliwym krokiem. Jak bardzo mógł się upić jedną porcją koniaku? Co się z nim działo, gdzie podziała się doskonała maska opanowania? Tak dawno nie był pijany... musiały od tego czasu minąć całe lata.
Zamiast do sypialni, udaje się najpierw do łazienki - zimna woda wybudza go ostatecznie, ostudza jego zapały.
Wiedział, że chwalenie się Willowi o tym, że czekał go pracowity dzień, wywołałoby w chłopcu tylko wyrzuty sumienia - przemilczał więc ten fakt, ale (na Bogów, to do niego absolutnie niepodobne) nie powstrzymał się od wypicia tego nieszczęsnego koniaku.
Alice odnajduje go przy umywalce, golącego się starannie.
  ― Hannibalu ― przemawia od progu z lekkim wyrzutem. ― Czekałam na ciebie. Nie idziesz do łóżka?
  ― Nie dzisiaj ― odpowiada miękko i wciąż trochę niewyraźnie. Brzytwa sunie jednak po skórze z niezaprzeczalną wprawą, dłonie nie drżą mu już tak, jak robiły przedtem.  ― Przepraszam, czeka mnie sporo pracy.
  ― Mogłeś mi powiedzieć... pomogłabym ci jakoś ― drobne ramiona owijają się wokół jego zimnego torsu, przyciskając się do ciała. Hannibal uśmiecha się krzywo, nieco zażenowany.
W czym miałaby mu pomagać Alice Bloom? Ostrzeniu ołówków?
  ― Nie będzie takiej potrzeby ― odpowiada nieśpiesznie.
  ― Co z Willem?
  ― Podejrzewam, że właśnie zasnął.
  ― Jak wyglądał Jack, kiedy już się zobaczyli? Myślisz, że był na niego zły?
  ― Will śpi tu, w mojej sypialni gościnnej ― informuje ją życzliwie, opłukując brzytwę pod strumieniem wody. Ogląda swoją twarz, szukając na niej odstającego włoska.
Nie znajduje go.
  ― Och ― odpowiada głupio dziewczyna ― rozumiem. Powinnam jechać do domu?
  ― Podejrzewam, że tak będzie najlepiej. Mogę cię odwieźć.
  ― Nie ― słyszy suchą odpowiedź, a ramiona znikają gwałtownie ― poradzę sobie. Jesteś już i tak wystarczająco zmęczony. Hannibalu ― dodaje nagle, obracając się w progu.
Ciemne oczy zwracają się w jej stronę, podczas gdy duże dłonie zamierają w połowie wędrówki zapinania guzików eleganckiej koszuli.
  ― Tak?
  ― Uważam, że wasza relacja staje się toksyczna. Will cię wykorzystuje. Proszę... przemyśl, czy nie powinieneś tego jakoś... oziębić ― Alice spuszcza głowę, nieco onieśmielona. ― Przemyśl to.
Powtarza i znika za drzwiami. Hannibal zerka w swoje lustrzane odbicie, szukając w nim choćby jednego powodu, dla którego miałby zerwać swą znajomość z Willem Grahamem.
Nie znajduje go.


Koss Moss - 2018-08-13, 16:20

           Budzi go zapach aromatycznego posiłku. Zadziwiające, jak spokojnie spał w tym łożu. Na jego ciele znów nie ma żadnych świeżych śladów. Wszystko zdaje się potwierdzać trudną do zaakceptowania teorię.
To wuj Jack. To wuj Jack.
Myśl o nim napawa Willa obrzydzeniem tak wielkim, że zbiera mu się na wymioty. Młodzieniec wygrzebuje się z miękkiej, pachnącej pościeli, by stanąć boso na drewnianej podłodze. Rozczochrany i zaspany pierwsze kroki kieruje do kuchni, do źródła zapachu. Zatrzymuje się w drzwiach, patrząc na postawną sylwetkę Lectera pochylonego nad niewielką patelnią na kuchence pośrodku kuchni.
Wczorajsze wspomnienia uderzają w niego z całą intensywnością, wywołując rumieniec. Odbyli naprawdę dziwną rozmowę. Nie jest pewien, jak pan Lecter się na nią zapatruje teraz, gdy prawdopodobnie nie jest już pijany.
Przez chwilę Will poczuł – po raz pierwszy w życiu – że nie musi kłamać. Ktoś naprawdę go rozumie. Otworzył się, ale tak wiele razy spotkała go za to w życiu nieprzyjemna kara, że teraz jest niepewny.
  ― Dzień dobry, panie Lecter ― wita się cicho, zerkając na zegarek. Już prawie jedenasta.
Mężczyzna podnosi głowę, zostawia patelnię i nalewa do stojącego na blacie na środku kuchni kubka jakiegoś mlecznego napoju. Wygląda na zmęczonego – pewnie również dopiero co wstał – uśmiecha się jednak uprzejmie, podając młodzieńcowi kubek. To chyba jakieś kakao, ale kiedy Will nurza w nim spragnione wargi, odkrywa, że nie smakuje jak żadne kakao, które kiedykolwiek pił.
  ― Dzień dobry, Will ― mówi pogodnie mężczyzna. ― Mam nadzieję, że zaznałeś odrobinę odpoczynku?
Chłopak kiwa gorliwie głową, opuszczając kubek.
  ― Dawno nie spałem tak dobrze. Chyba nie miałem żadnych snów. Ma pan najwygodniejsze łóżko na świecie. ― Na jego obliczu pojawia się nagle wahanie. ― Przepraszam, czy… ona tu jest?
Wargi mężczyzny drgają, jakby miały się wykrzywić w uśmiechu, ale ostatecznie Hannibal nie zmienia wyrazu twarzy.
  ― Miło mi to słyszeć ― odnosi się najpierw do komplementu, wracając do porzuconej patelni. ― Alice wyjechała jakiś czas temu.
  ― To dobrze ― odpowiada bezmyślnie Will i uśmiecha się z fałszywym zakłopotaniem; jest to wyraz, który na tym obliczu pan Lecter widzi po raz pierwszy, lecz który z pewnością nie jest mu obcy. Potem poświęca zainteresowanie swojemu kubkowi. ― Bardzo dobre ― chwali. ― Niby kakao, ale takie… inne.
Hannibal odwzajemnia uśmiech – trochę figlarnie, pobłażliwie – i przygotowuje talerze.
  ― To danie będzie komponowało się idealnie z pitym przez ciebie napojem, możesz mi wierzyć ― zapewnia, układając wymyślnie pocięte plasterki domowej roboty kiełbasek na pulchnej jajecznicy z maleńkich jajeczek.
  ― Wierzę ― odpowiada ciepło Will i rusza za nim, gdy mężczyzna przechodzi do jadalni. Zasiadają naprzeciw siebie, każdy z nich z porcją doskonale pachnącego dania. Młodzieniec bierze głęboki wdech, mrużąc oczy z przyjemności.
  ― Zamiłowanie do kuchni ― mruczy ― odkrył pan w dzieciństwie?
  ― Gotowanie ― odpowiada mężczyzna ― interesowało mnie od pierwszego przebłysku świadomości, do którego mogę sięgnąć pamięcią. We wspomnieniach często czuję specyficzne zapachy i smaki, które są w jakiś sposób klarowniejsze od obrazów. Być może mogę to określić słowami „pasja od pierwszego ugryzienia”.
  ― To tak jak moje malowanie ― ekscytuje się Will. ― Moi ojcowie musieli dziesiątki razy przemalowywać ściany. ― Śmieje się radośnie i szczerze. ― Nie podobały im się moje wizje. Ale pan jest inny. Właściwie... Kiedyś proponował mi pan wspólne malowanie. Może wrócimy do tego pomysłu?
  ― Nie widzę przeciwwskazań ― odpowiada Hannibal, chyba mile zaskoczony tą propozycją. Śledzi (niepokojąco) uważnym spojrzeniem wędrówkę widelca z kiełbaską do różowych ust; Will wciąż czuje się trochę niezręcznie, gdy pan Lecter to robi, ale zdążył się już trochę przyzwyczaić. Nie przypisuje mu złych intencji. Jest pewien, że to tylko (może nieco obsesyjna) potrzeba upewnienia się, że gościom smakuje posiłek, nad którym tak się napracował. ― Kiedy tylko zechcesz. ― Will rozpromienia się. ― To może mieć nawet pozytywne skutki w naszej terapii. A skoro już o tym mowa ― podejmuje mężczyzna nieco ostrożniej ― pomyślałem o pewnej… rzadko praktykowanej metodzie, która mogłaby okazać się skuteczna w twoim przypadku.
  ― Tak?
  ― To pewien rodzaj hipnozy ― tłumaczy Lecter z zachęcającym, łagodnym uśmiechem. ― Terapia światłem. Poszczególne rozbłyski wywołują spokój i tłumią złe myśli, pozwalając ci się skupić na pozytywach sytuacji.
Will przechyla głowę, wyraźnie zainteresowany. Poprawia się na krześle, wsuwając do ust kolejny aksamitny kawałek kiełbaski z jajkiem.
  ― Czy to ryzykowne? ― zapytuje po przełknięciu.
  ― Nie ― odpowiada lekko Hannibal, kręcąc głową. ― Może tylko pomóc, albo nie wywołać żadnych efektów. Decyzja należy do ciebie, Will.

           Jack nerwowo bębni palcami o stół. Phyllis siedzi obok niego, ze zmartwieniem wpatrując się w bratanka.
  ― Nikt nie chce cię skrzywdzić, Willy ― tłumaczy cierpliwie. ― A już na pewno nie ja, czy wujek. Przyjęliśmy cię tutaj jak syna, płacimy za twoje studia. Życzymy ci jak najlepiej. To niezrozumiałe, że mimo to masz nas za wrogów.
Will uporczywie unika patrzenia na Jacka.
  ― Po prostu nie chcę, żeby ktokolwiek wchodził do mojego pokoju.
  ― To mój dom i mój… ― zaczyna wuj, ale Phyllis kładzie mu dłoń na ramieniu i przerywa.
  ― Nikt nie wchodzi do twojego pokoju bez potrzeby, Willy. Chcemy mieć pewność, że wszystko jest w porządku. Zachowujesz się bardzo nietypowo. To, co stało się wczoraj… To przeszło nasze pojęcie. Nawet nie masz pojęcia, jak się o ciebie martwiliśmy.
  ― Niepotrzebnie.
  ― Poszedłeś na uniwersytet w środku nocy. Coś mogło ci się stać…
Will marszczy brwi. Musiała rozmawiać z panem Lecterem – a pan Lecter skłamać, że znalazł go na uczelni.
  ― Postaram się już tak nie robić.
  ― To zrozumiałe, że jesteś rozgoryczony. Sama nie rozumiem, jak… ― Phyllis wzdycha ciężko.  ― Co kierowało Hannibalem. Alice jest taka młoda. Musiał czuć się bardzo samotny. Ale na jednej dziewczynie świat się nie kończy, Willy. I nie możesz teraz na jej widok uciekać nie wiadomo dokąd.
  ― Wiem. To się już nie powtórzy. Wyjechała ― odpowiada Will ― i wróci dopiero po Nowym Roku. Do tego czasu pewnie ochłonę. A teraz – mogę już iść?
  ― Nie skończyliśmy jeszcze rozmawiać, Will ― odzywa się Jack, na co młodzieniec wyraźnie się spina. ― Chcę zaznaczyć, że nie wysłaliśmy cię jeszcze do ośrodka tylko dlatego, że Hannibal podkreślił, jak ważne jest dla ciebie przebywanie teraz z bliskimi. Wiem, że ostatnio nie miałem zbyt wiele czasu dla ciebie, chłopcze, ale spróbuję to zmienić. Jutro możemy pojechać we trójkę do kina.
  ― Na jutro ― Will spogląda na niego wrogo ― jestem umówiony z panem Lecterem.


H.K.M. - 2018-08-13, 17:35

             ― To nieprawdopodobne ― skarży się Elliott, opadając bezradnie na jeden z foteli. Hannibal odprowadza wzrokiem nieumyte dłonie, błądzące po materiałowym podłokietniku.
Obrzydlistwo.
  ― Staram się jak mogę ― kontynuuje pan Smith ― ale sam widzisz, jak to wychodzi. Siedem zabójstw. Siedem, mam rację? Siedem martwych ludzi, porozwieszanych po okolicznych lasach, jak cholerne girlandy. Jak mam się z tego wytłumaczyć? Myślisz, że ludzie będą głosowali na kogoś takiego? Nie jestem w stanie zachować porządku, dotrzymać bezpieczeństwa, w ogóle niczego nie mogę. Tak mnie to... nie mogę spać, ani jeść, jestem absolutnie bezsilny.
  ― Może dasz się jednak skusić na filiżankę herbaty ― proponuje uprzejmie, wykrzywiając wargi w swoim zwyczajowym uśmieszku. ― Na dworze panuje prawdziwy ziąb.
  ― Tak, proszę. Będzie mi bardzo miło. Masz jeszcze tę indyjską odmianę z kar... Co to takiego było?
  ― Kardamon ― śpieszy z wyjaśnieniami ― oczywiście, mam. Za chwilę wracam.
W kuchni nie powstrzymuje się od nałożenia na talerzyk paru kawałków ciasta - dobrze wie, że Elliott będzie narzekał i kręcił nosem, ale mimo powierzchownego dramatyzmu, nigdy nie odmówił jakiejkolwiek części wykwintnej kuchni pana Lectera.
Wracając, napotyka burmistrza, trzymającego w dłoni jedno z obramowanych zdjęć, przedstawiających jego ciotkę. Kąciki cienkich warg drgają w krótkim grymasie, ale natychmiast maskuje go wymuszonym wyrazem czystej uprzejmości.
  ― Któż to taki? ― zapytuje pan Smith. ― Niesamowita piękność.
  ― Kobieta, która niegdyś zastąpiła mi rodzinę ― tłumaczy wolno, nie spuszczając spojrzenia z brudnej dłoni, zostawiającej odciski na przepięknej ramce. ― Jak miewa się droga Jannete? ― Zmienia zgrabnie temat, odnotowując z ulgą, że zdjęcie zostało na powrót odłożone na kominek. Elliott wraca na swoje miejsce, chwytając w palce kawałek ciasta.
Grubianin.
  ― Ach, wiesz jak to jest z kobietami ― żacha się lekko, układając na wydętym brzuchu skórzaną teczkę. ― Marudzi na to, co tu się dzieje. Boi się. Ostatnio nawet mówiła, że chce się przeprowadzić. W takiej chwili, rozumiesz? Kiedy powinienem martwić się swoją karierą, ona będzie mi się martwiła o przeprowadzki.
  ― Nie czuje się tu bezpiecznie ― zauważa Hannibal, upijając łyk swojej herbaty. Przymyka powieki, ciesząc się jej cudownym aromatem.
Pan Smith chrząka, przełykając niedokładnie przeżuty kawałek ciasta.
  ― No, w każdym razie ― zbywa go nieumiejętnie ― przychodzę do ciebie, bo mam sprawę.
  ― Mów, proszę.
  ― Dostałem odgórne zarządzenie, żebyś nie wciągał już swoich studentów w te zbrodnie. Zwłaszcza pierwszorocznych. Martwią się, że to podburza dzieciaki.
Ty się martwisz, myśli Hannibal, ale nie mówi tego głośno.
  ― Masz moje słowo ― obiecuje, kiwając głową. ― Wszystko dla bezpieczeństwa, prawda?

             ― Dzień dobry, Will ― wita się uprzejmie, przepuszczając chłopca w drzwiach. Zgodnie ze zwyczajem przyjmuje od niego płaszcz i szalik, strącając z niego płatki śniegu. ― Ostatni dzień roku, hm? Masz jakieś plany na wieczór?
Ciemne loki kołyszą się delikatnie, gdy młodzieniec pochyla głowę, by uśmiechnąć się z zakłopotaniem.
  ― Pewnie poczytam książkę ― odpowiada wreszcie ― a pan?
Hannibal przystaje w miejscu, spoglądając na niego z niedowierzaniem; ten atrakcyjny młody człowiek spędzał samotnie taką noc?
Nie do pomyślenia.
  ― Co roku udaję się w to samo miejsce ― kierują się nieśpiesznie po schodach, do gabinetu. Will znowu ma na sobie absurdalnie kolorowe skarpetki w renifery.
Świąteczne, uświadamia sobie z rozbawieniem, wskazując dużą dłonią jego zwyczajowe miejsce.
Zasiadają obaj na przeciwko siebie, obaj nieznośnie podekscytowani swoim towarzystwem (nie potrafią już tego nawet ukryć pod maską skromności, nic z tego).
  ― Moja dobra znajoma organizuje u siebie przyjęcie ― kontynuuje przerwaną wcześniej wypowiedź, nalewając im po kieliszku wina. Z jakiegoś powodu przypomina sobie natychmiast o swoim wcześniejszym stanie, gdy przesadził z koniakiem, ale nie wprawia go to w zakłopotanie. Przesiąknięta dziwnym, mrocznym napięciem rozmowa w kuchni, zapadła w jego pamięć i powraca do niego o wiele częściej, niż mógłby sobie tego życzyć, musi to przyznać.  ― Jej posiadłość ma skierowaną większość okien na przepiękną panoramę ze wzgórzami, które, naturalną koleją rzeczy, o tej porze roku są przykryte przez gęstą pokrywę śniegu. To miejsce wydawało mi się zawsze odpowiednie do rozpoczynania nowego roku.
Przez jakiś czas dyskutują jeszcze o wzgórzach, szampanie i grupowym odliczaniu. Hannibal walczy ze sobą, by nie popełnić przy tym czegoś zbyt serdecznego, bowiem zaproszenie Willa Grahama na tego rodzaju imprezę mogłoby mu jedynie wyrządzić krzywdę; za dużo ludzi, hałasy i obce miejsce - w przypadku tego biednego chłopca to mogłoby się naprawdę niefortunnie zakończyć.
  ― Wracam jutro koło południa ― podsumuje swoją wypowiedź delikatnym westchnieniem.  ― Może chciałbyś mnie odwiedzić, zjeść razem kolację?
To takie naturalne - te jego małe zaproszenia, które ze sporadycznych przerodziły się w notoryczne - nie wiadomo, kiedy. Will kiwa krótko głową, jego twarz rozjaśnia przez chwilę ten koci uśmieszek, który Hannibal tak uwielbia.
  ― W porządku ― podnosi się wolno z fotela i stawia na jednym ze stolików podłużne urządzenie ― przejdźmy teraz do terapii, o której ci ostatnio wspominałem. Wierzę, że jesteś na nią gotów? ― Pyta tonem, który sugeruje młodzieńcowi, że jego zgoda jest tylko kulturalną formalnością.
Chłopiec wygląda na zaniepokojonego, kiedy rzuca spojrzenie w kierunku urządzenia z wyraźną niepewnością. Drobne ciało spina się w fotelu, znamionując niepewność każdym swym centymetrem.
  ― Chyba ― odpowiada jednak. ― Jak dokładnie będzie to wyglądało?
  ― Usiądziemy i zaczniemy rozmawiać ― wyjaśnia łagodnie ― co jakiś czas, lampa będzie rozjarzała się w pojedynczych rozbłyskach. Będziesz odpowiadał na moje pytania, koncentrując się na świetle. Popatrzysz na nie i spróbujesz się zrelaksować. W ten sposób będziemy mogli przewędrować przez twój umysł i odnaleźć źródła problemów, które nie dają ci normalnie funkcjonować. Być może zdołamy w ten sposób udowodnić lub zaprzeczyć winie Jacka. W porządku?
Will waha się przez chwilę, zanim kiwa głową. Pan Lecter uśmiecha się do niego ciepło i naciska guzik, a w pomieszczeniu rozlega się cichy szum.
  ― Zaczynajmy więc ― mruczy, przyjmując wygodniejszą pozycję. Błękitne źrenice wypełniają się odbiciem intensywnego rozbłysku.


Koss Moss - 2018-08-13, 19:46

           Urządzenie błyska notorycznie, wywołując w nim odruch mrugania. Na początku jest inwazyjne i wybija z rytmu. Rozbłyski i cienie przeplatają się ze sobą, zderzają się i przyprawiają o irytację, utrudniając skoncentrowanie się na jednej myśli. Will stara się usilnie skupić przede wszystkim na twarzy Lectera, którą widzi za wahadłem lampy. Mężczyzna siedzi w fotelu z elegancko skrzyżowanymi nogami, popijając wino. Czeka cierpliwie, aż młodzieniec oswoi się z lampą, przyzwyczai.
  ― Chciałbym ― zaczyna ze spokojem i łagodnością po dłuższym czasie ciszy ― żebyś opowiedział mi teraz o swoim ulubionym wspomnieniu z dzieciństwa.
Lampa błyska i Will znów mruga. Odwraca na krótką chwilę spojrzenie, marszcząc brwi.
Ulubione wspomnienie z dzieciństwa.
Kiedy Paul jeszcze żył.
Lampa błyska ponownie, wywołując u młodzieńca westchnienie irytacji.
Wilgotna ziemia, kasztany i mech, myśli. Jesienne popołudnie.
Rozbłysk światła atakuje oczy, które tym razem się nie zamykają, skupione na obrazie pogodnego nieba i złotych liści odcinających się na tle błękitu.
Will dotyka nosa, przytrzymując na nim nasiono klonu. Śmieje się, światło błyska.
Paul robi mu zdjęcie, które trafi wkrótce do ich małego albumu.
Ostatnie zdjęcie Paula.
Młodzieniec zaciąga się głęboko rześkim zapachem zimowego powietrza. Jeszcze czuć w nim skrawek dusznego lata.
  ― Willy. Willy! …mi, co widzisz.
  ― Chodź, musimy już wracać. Paul jest zmęczony.
  ― Nie chcę jeszcze wracać!
Will bierze głęboki oddech i zagryza wargi.
  ― Nie chcę wracać ― mówi do młodego Bernarda (jak bardzo zmarniał przez ostatnie dziesięć lat), którego kości policzkowe wyostrzają się powoli, którego oczy ciemnieją, którego wargi robią się cieńsze, a skóra bardziej pomarszczona.
  ― Gdzie?
  ― Do domu ― tłumaczy Will, wpatrując się w coraz częściej rozjaśniane błyskami oblicze. ― Chcę się jeszcze bawić w liściach. Ale Paul źle się czuje i Bernard mówi, że musimy iść. Nie chcę iść. Chcę się jeszcze bawić. Chcę się tylko bawić.
  ― Paul źle się czuje ― mówi ochrypły głos z obcym akcentem.
  ― I musimy iść ― mówi Will, po czym mruga szybko i potrząsa głową. ― Nie możemy iść.
  ― Nigdzie nie musisz iść. Zostań, baw się.
Will uśmiecha się i zbiera liście w garście. Rzuca nimi w Bernarda, a potem przewraca się na stos już zagrabionych. Wiele z nich wznosi się w powietrze i daje się porwać wiatrowi. Rozpływają się w bieli, w świetle, w błyskach, i wszystko jest takie przyjemne, miłe, ciepłe, dobre.
Bernard, on i Paul nigdzie już nie pójdą. Będą bawić się dalej. Ciche stukanie ma bardzo dużą częstotliwość. Może to ognisko i blask płomieni. Może to drewno strzela w przyjemnym ogniu tak często, szybko, rytmicznie.
  ― Weź sobie jeszcze jedną. ― Paul podaje mu kijek ze świeżo upieczoną pianką.
  ― Nie dawaj mu, zjadł już za dużo ― oponuje Bernard.
  ― Bardzo pięknie, panie Graham. Bardzo pięknie. Ciekawe, jak się pan z tego wytłumaczy, i kto za to wszystko zapłaci. Wzywam rodziców…
  ― …nie krzycz na niego, nie zrobił tego specjalnie.
  ― Ma dwóch starych!
  ― Nie widział tego z twojej perspektywy, Will.
  ― …są spektakularne. Ale nie najlepiej radzi sobie z językiem angielskim, te wypracowania są bardzo chaotyczne i obawiamy się, że…
  ― …nikt nie może definiować twojego bólu lepiej niż ty sam.
Will krztusi się powietrzem i otwiera gwałtownie oczy. Lampa jest wygaszona. Hannibal Lecter pochyla się nad nim, dotykając jego twarzy – całej zlanej potem. Mówi coś do niego, ale przez chwilę młodzieniec nie potrafi zrozumieć żadnego słowa.
Te zaczynają do niego docierać po chwili, jak spod wody.
Jest taki… zmęczony. Tak strasznie zmęczony.
  ― …Will? Will. To koniec na dziś.
  ― Mmh ― mamrocze słabo i podnosi się powoli. Obraz jest niewyraźny i zamglony, jakby długo patrzył na słońce. Ilekroć zamyka powieki, widzi pod nimi świetliste plamy, jakby ktoś je tam wyrył. Spogląda na zegarek, ale jego tarcza zachowuje się bardzo dziwnie. ― Przepraszam. Chyba zupełnie odpłynąłem. Powinienem już… iść, tak?
Pan Lecter uśmiecha się z rozbawieniem.
  ― Skąd. Możemy napić się jeszcze herbaty.
Przechodzą więc do jadalni, gdzie Will nad kubkiem gorącego napoju powoli dochodzi do siebie. Mimo to długo jeszcze walczy z uczuciem rozbicia i jakimś irracjonalnym strachem, którego źródła nie potrafi nawet określić.

           Kiedy wujostwo wychodzą na zabawę sylwestrową, Will zostaje sam. Nie było nikogo, kto znałby go na tyle dobrze, że chciałby świętować z nim nadejście Nowego Roku. I może to odrobinę przykre, może chętnie wybrałby się gdzieś i oglądał fajerwerki u boku kogoś miłego, ale jest przyzwyczajony do radzenia sobie z poczuciem wyobcowania. Nie potrzebuje kontaktów społecznych tak bardzo jak inni ludzie. Wystarczy mu płótno i pędzel, by w jeden wieczór powstał kolejny budzący mieszane uczucia obraz. Przedstawia klif nad brzegiem oceanu i burzowe niebo. Na dole szaleje sztorm – patrząc na malowidło, młodzieniec słyszy ryk fal i martwi się o niewielką żaglówkę, która usiłuje się na nich utrzymać, nie rozbijając o złowieszcze skały.
O północy dzwoni do Bernarda, żeby złożyć mu życzenia. Odbiera też któryś już telefon od ciotki Phyllis, by uspokoić ją i zapewnić, że wszystko jest w porządku.
A potem dzwoni do pana Lectera, zastanawiając się mimowolnie, czy jest właśnie z Alice. Czy całuje ją i przytula, obserwując rozświetlony nieboskłon wśród śmiechów, muzyki i brzdęku kieliszków.
Czy może spędzają ten dzień osobno, ona wśród swoich młodych i głupich znajomych, a on – w jakimś ekskluzywnym gronie starszych osób, może profesorów, może szanowanych lekarzy, gdzie nie wypada pokazać się z małolatą.
  ― Panie Lecter ― uśmiecha się, słysząc jego głos w słuchawce, i odchrząka cicho, opatulając się szczelniej płaszczem. Siedzi na schodach przed domem w niedorzecznych kapciach, z kubkiem wypełnionym podkradzionym z barka szampanem, wpatrując się w kolorowe, rozświetlone blaskiem fajerwerków niebo. ― Szczęśliwego Nowego Roku. Chciałbym wznieść szybki toast za naszą przyjaźń. Żeby już zawsze taka była.
  ― Panie Graham ― odpowiada mężczyzna; słychać, że też się uśmiecha. ― Wznoszę toast za pańskie zdrowie i naszą przyjaźń. Żeby już zawsze taka była ― powtarza ze słyszalną wyraźnie serdecznością.
Will śmieje się i popija szampana. Nie odczuwa już nawet cienia żalu, że nie spędza tego dnia z jakimiś niepotrzebnymi ludźmi. Nie potrzebuje tego. Ma kogoś, kto jest warty więcej niż tysiąc przypadkowych osób. Więcej niż cały świat przypadkowych osób.
  ― Tylko proszę nie pić za dużo ― żartuje. ― Ma kto pana przypilnować?
  ― Nie zamierzam dzisiaj być niegrzeczny, Will ― słyszy w słuchawce niski pomruk. ― Tej nocy odpowiadam sam za siebie.
  ― Założę się, że kokietujące pana kobiety nie mają takiego podejścia ― odpowiada zaczepnie i parska cicho. Może to bąbelki zawróciły mu w głowie, że mówi mu takie głupoty, ale o to nie dba, zaraz zresztą odpowiada mu chrapliwy śmiech.
  ― Założę się, że gdybyś był tu ze mną, wszystkie patrzyłyby tylko na ciebie.
Zapada między nimi krótka chwila ciszy. Na ulicy jacyś pijani sąsiedzi wykrzykują chórem: „Szczęśliwego Nowego Roku!”. Will patrzy na nich, ale jakby ich nie widział.
  ― Szkoda, że nie ma mnie tam z panem ― przyznaje tęsknie, nie potrafiąc nad sobą zapanować. W słuchawce słyszy jakiś odległy chichot i wybuchy. A potem to krótkie stwierdzenie, na które ciepło rozpływa się po całym jego ciele.
  ― Ja też żałuję, Will.


H.K.M. - 2018-08-15, 14:06

           Unosi kieliszek nieco wyżej i przeciska się przez wielobarwny tłum wytwornych dam i eleganckich gentlemanów, pilnując, by nie popsuć przy tym w żaden sposób ich wyjątkowych kreacji.
Musi to przyznać - państwo de Ladoucette zaprosili w tym roku jeszcze więcej gości, bijąc tym wszelkie rekordy, które (nie, nie da tego po sobie poznać) wydają się mu już lekko grubiańskie.
Przyjęcie charytatywne ma, oczywiście, swoje prawa, ale tak miło było mu tu dyskutować w zaufanym gronie towarzyszy, nie musząc się zastanawiać, czy twarz, która pojawia mu się przed nosem, mógł skategoryzować, jako należącą mu do znanych, czy też taką, której właścicielowi winien był się natychmiast przedstawić.
Przystawki wydawały się mniej wykwintne, szampan cierpki, a pogoda zbyt wietrzna - wprawiało go to stopniowo w coraz kwaśniejszy humor, (przykrywany zwyczajowym uśmiechem uprzejmości), którego nie potrafił za nic rozjaśnić nawet w taką.
I dopiero po jakimś czasie doszło do niego, że to nie przyjęciu czegoś brakowało, a jemu samemu - uświadomił to sobie w magicznej chwili, w której rozdzwonił się jego prywatny telefon, a na wyświetlaczu zamiast kolejnych liter i imion, wzbudzających irytację, pojawiły się dwa słowa.
Will Graham.
Rozmawiają przez chwilę tak czule, jak mogłaby to robić tylko stęskniona para kochanków - jego wargi przyciskają się do zadbanego modelu nokii, słowa przepełnione są specyficznym, pełnym zadowolenia pomrukiem.
W końcu rozłączają się jednak (ileż można rozmawiać, gdy zbliżają się ku niemu jego drogie przyjaciółki, ozdobione ogromną taśmą z wydrukowanym nowym, dwa tysiące drugim rokiem?), życząc sobie uprzejmie dobrej nocy.
Nachylając się do gładkich, pachnących kwiatami i alkoholem Juliette i Hanny, pod powiekami miga mu obraz kociego uśmiechu - rozkosznego, młodzieńczego i przepełnionego nadmiar wrażeń.
Dwa tysiące drugi rok - kto by pomyślał, że może okazać się tak obiecujący?

           Do domu wraca nad ranem, własnym samochodem - po oszczędnie spożytym śniadaniu i kawie, znajduje się w nie najgorszym humorze - jego umysł pracuje na najwyższych obrotach, dusza głodna jest sztuki, a usta odrobiny dobrego wina; ma przed sobą tyle pracy, należy mu się od życia odrobinę cierpkiej, wytrawnej słodyczy.
Château z odmiany Pessac-Léognan oddycha, świeżo odkorkowane, a pan Lecter postanawia się w tym czasie przebrać - drogi, elegancki smoking ląduje w pokrowcu, gotowy do przekazania go do pralni - postawne ciało, odziane jedynie w bieliznę, przesuwa się przez korytarze, aż do sypialni, gdzie swoimi wielobarwnymi paszczami, witają go czeluści przestronnej szafy.
Dobranie kamizelki pod trzy częściowy komplet nigdy nie zajmuje mu wiele czasu - odnajduje w tym jednak problem, gdy nie potrafi odnaleźć jednego z ulubionych krawatów - zdaje się, że miał go nawet na sobie w dniu, kiedy zaprosił wszystkich na świąteczny obiad.
Cóż mógł z nim zrobić? Czyżby przez przypadek oddał go do pralni?
Wzrusza ramionami, postanawiając zaimprowizować i zmienić kreację na coś zupełnie innego - na łożu ląduje więc granatowy garnitur z odległym, niemalże niezauważalnym kraciastym motywem, krawat, natomiast, czysto błękitny, tonujący kreację, dodające jej urokliwej elegancji.
Bierze pośpieszny prysznic i wreszcie, pachnący ziołami, z chłodną wodą spływającą wciąż po szyi i karku, schodzi na dół, gdzie zajmuje się resztą przyziemnych czynności.
Zostaje nakryty jadalniany stół, przygotowane wyśmienite potrawy; z najnowszego modelu głośników stereo, płyną delikatne dźwięki klasycznego jazzu - pan Lecter pochyla się czujnie nad szerokim blatem, ozdabiając talerze filigranowymi, ręcznie skrajanymi kwiatami z pomidorów - wszystko dopięte jest na ostatni guzik, atmosfera przesiąknięta jest czymś uroczystym, ekscytującym. Zupełnie tak, jakby to dzisiaj miało odbyć się święto nowego roku, jakby już za chwilę na dworze jeszcze raz miały rozlec się podekscytowane odgłosy chichotów i pijanego odliczania.
To wydaje mu się na swój sposób zabawne - z krzywym uśmieszkiem zanurza wargi w kieliszku, oblizując je zaraz z alkoholu.
Przerywa mu odgłos dzwoniącego telefonu - prostuje się i sięga do wewnętrznej kieszeni marynarki, pilnując, by nie przesunąć przy tym starannie złożonej poszetki.
  ― Jack ― odzywa się miękko, nie szczędząc w swym głosie serdeczności ― szczęśliwego nowego roku.
  ― Dziękuję, Hannibalu. Szczęśliwego nowego roku ― odpowiada pan Crawford, brzmiąc na wyjątkowo zadowolonego. ― Jak minęło przyjęcie, co? Odpoczywasz?
  ― Oczywiście, dziękuję ― uśmiecha się szerzej, uświadamiając sobie, że Jack jest jeszcze po prostu pijany. ― A jak twoja zabawa? Godna rozpoczęcia z nową datą?
  ― O, tak ― mężczyzna śmieje się chrapliwie do słuchawki. ― Słuchaj, mam do ciebie prośbę ― Hannibal nie spodziewa się niczego innego, ale mimo to milczy, czekając na dalsze słowa sąsiada. ― Zaprosiłeś dzisiaj Willa na obiad, prawda?
  ― To prawda ― zgadza się natychmiast ― czy coś z tym pomysłem nie tak?
  ― Skąd. Pomyślałem tylko, żebyś miał na niego oko, w porządku? Chcemy zostać z Bellą jeden dzień dłużej, zrelaksować się. Chłopak ci ufa, wszyscy o tym wiemy. Zajmiesz się nim? Bardzo cię proszę.
  ― Nie widzę w tym żadnego problemu ― chwilę zajmuje mu uświadomienie sobie, że niewiele słów mogłoby mu spełnić teraz większą przyjemność. Już teraz wyobraża sobie pełen zadowolenia uśmiech, którzy otrzyma, gdy młody Graham dowie się o naszykowanej dla niego przez wujostwo niespodziance.  ― Baw się dobrze, Jack. Will znajduje pod moją opieką.
  ― Cieszę się. Dziękuję ci, Hannibalu. Jakoś się odwdzięczę, zobaczysz.
Mają więc dla siebie nie tylko popołudnie i wieczór, ale (jeśli tylko zechcą) i całą noc. Oczyma wyobraźni pan Lecter już teraz widzi ich partie szachów, długie rozmowy i wspólne czytanie poezji, lub fragmentów prac najwybitniejszych filozofów - wie, że nie może znaleźć sobie do tego wdzięczniejszego towarzysza, nie gdy musiałby przy tym porównywać jakąkolwiek żyjącą istotę z Willem Grahamem.
Chowa telefon z powrotem do kieszeni - cienkie wargi wyginają się oszczędnie w krótkim, dziwnie nienaturalnym (gadzim? wygląda jak wąż, który w każdej chwili może... gdyby tylko chciał...) uśmiechu. Duża dłoń sięga znów po kieliszek, a ciemne oczy wyglądają przez okno, ukazujące róg zaśnieżonego podwórza.
Czeka ich wspaniały dzień.


Koss Moss - 2018-08-15, 16:15

           Will jest niezwykle podniecony ich spotkaniem; już na godzinę przed jego umówionym terminem nie wie, co ze sobą zrobić. Stara się zapełnić czas, ale ten płynie złośliwie powoli i ostatecznie puka do drzwi pana Lectera kilkanaście minut wcześniej niżby wypadało.
Drzwi otwierają się po niedługiej chwili. Ze świeżymi płatkami śniegu na włosach i rzęsach Will stoi przez chwilę, spoglądając na dojrzałą twarz, a potem wzdycha z ulgą, wypuszczając z ust kłąb pary i przekracza próg, aby bez słowa wtulić się w szeroką pierś. Zwykle unika takiej bliskości, ale wczorajsza samotność najwyraźniej jak nigdy dała mu w kość – czuje to dopiero teraz, kiedy jest już po wszystkim, kiedy może wreszcie zaznać czyjejś bezwarunkowej bliskości, poczuć jego rękę na swych plecach i…
Marszczy brwi, wyraźnie słysząc, jak Lecter zaciąga się powietrzem z nosem nieopodal jego ucha.
  ― Czy pan mnie właśnie… powąchał… ― szepcze w konsternacji.
  ― Trudno tego uniknąć ― słyszy w uchu jego ochrypły głos, i cichy trzask zamykanych drzwi. ― Czy to nowe perfumy?
  ― No, powiedzmy ― odpowiada z nutką irytacji i odsuwa się, żeby odpiąć wreszcie płaszcz i zdjąć buty. ― Znowu złe?
  ― Delikatne ― odpowiada niezrażony Hannibal, a w jego oczach igra przekorna nuta. ― O wiele lepiej ci pasują. ― Kurtuazyjnie odbiera od młodzieńca płaszcz i wiesza go na wieszaku. ― Cóż za wspaniała kreacja, panie Graham.
Will stoi przed nim w błękitnej koszuli i ciemnych, bardzo dopasowanych spodniach z kantem. Po zdjęciu butów jedynie barwne skarpetki psują elegancki efekt. Uśmiecha się na komplement. Długo wybierał dziś ubrania, by prezentować się lepiej niż zwykle. Wyraźnie próbował też ułożyć włosy – z ugładzonej fryzury wyłamywało się kilka niesfornych, błyszczących loków.
  ― Pańska też jest niczego sobie. ― Przechodzi za Hannibalem do jadalni, gdzie czeka już posiłek. Z rozkoszą wdycha zapach znakomitych potraw, a żołądek skręca mu się z głodu – nie jadł nic od wczoraj. ― Umieram z głodu.
Zasiadają naprzeciw siebie i dziś nawet intensywne spojrzenie pana Lectera nie wywołuje u niego dyskomfortu. Wsuwa do ust kawałek kruchego mięsa, wcześniej zahaczając nim o pełną dolną wargę, i żuje z błogim uśmiechem, patrząc mężczyźnie głęboko w pociemniałe oczy.
  ― Zawsze patrzy pan tak uważnie, kiedy jem pierwszy kawałek ― zauważa pogodnie.
Hannibal uśmiecha się niepozornie, nie odrywając spojrzenia od jego ust.
  ― Chcę mieć absolutną pewność, że moje potrawy ci smakują.
  ― Pan dobrze wie, że to, co robi, jest perfekcyjne. ― Wargi Willa drgają lekko. ― Naprawdę się dziwię, że nie prowadzi pan światowej sławy restauracji. Czy kiedykolwiek zdarzyło się, żeby ktoś nie był zachwycony?
Hannibal unosi kieliszek wina, wdycha jego zapach, a potem nurza w nim delikatnie wargi i oblizuje.
  ― Jestem pewien ― mruczy ― że dopóki przy swoim stole nie będę gościć wegetarianina, nie usłyszę słów skargi. ― Jego ledwie widoczna brew unosi się pogardliwie w górę, a Will zamyśla się, orientując, że nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się – pomijając dania deserowe – jeść u niego czegoś, w czym nie byłoby mięsa. Ten człowiek musi je naprawdę wielbić.
Siedzą, popijają wino, jedzą i patrzą na siebie przenikliwie, rozmawiając na przeróżne tematy w sposób zupełnie niewymuszony. Dogadują się doskonale i Willowi łatwo jest się zatracić w poczuciu swobody, zwłaszcza, gdy niebacznie sięga po drugi kieliszek wina.
Gdy przychodzi czas na deser, Will nadal je popija, od czasu do czasu pocierając cieniutką krawędzią szklanego naczynia coraz czerwieńszą wargę, i coraz swobodniej zapadając się w krzesło. W pewnym momencie nawet łokieć wkrada mu się na blat.
  ― Dlaczego właściwie ― mruczy odrobinę sennie ― jest pan z Alice?
Pan Lecter wygląda na odrobinę zbitego z tropu; jego uśmiech sugeruje zakłopotanie.
  ― Dlaczego o to pytasz, Will? Czy nie wiesz, co zwykle kieruje człowiekiem, gdy decyduje się z kimś związać?
Will opuszcza wzrok na swój deser, nabierając na łyżkę kawałek soczystej truskawki.
  ― Pan nie jest jak inni.
  ― Co każe ci tak myśleć?
Na wargi młodzieńca wpływa krzywy uśmiech.
  ― Zbliżył się pan do mnie, kiedy inni się odsunęli.
  ― Ludzie często błędnie postrzegają odmienność, biorąc ją za niebezpieczeństwo ― mruczy mężczyzna. ― Dostrzegam w tobie ogromny potencjał; twój umysł, nieograniczona wyobraźnia, twoja niezwykła empatia, wszystko to tworzy niezwykłą całość, która choć na pierwszy rzut oka może wydawać się trudna do ogarnięcia umysłem, ale z każdą następną chwilą staje się niemalże… urokliwa.
Will prostuje się w krześle, mrugając intensywnie. Policzki pieką go, z całą pewnością intensywnie czerwone. Te pochlebstwa niemalże sprawiają, że zapomina o swoim pytaniu. Patrzy na Lectera wzrokiem pełnym zachwytu i wdzięczności, i chętnie wyciągnąłby dłoń, dotknął go tak, jak dotknęły go te słowa, ale…
Ma obsesję.
  ― Alice też jest urokliwa? ― pyta z niechęcią, odkładając łyżeczkę.
Lecter nie odpowiada od razu, waży słowa i staje się wreszcie ewidentnym, że nie chce z nim o niej rozmawiać.
  ― Każdy jest na swój sposób urokliwy ― mówi wymijająco. ― Czy to dobry moment, abym zaproponował ci filiżankę herbaty?
  ― Mhm ― mruczy Will, odwracając głowę. Nie jest już pogodny.
  ― Jest jeszcze coś, o czym powinieneś wiedzieć. ― Zbierając talerze, mężczyzna uśmiecha się z nutą figlarności, i chłopak wraca do niego zaciekawionym spojrzeniem o rozszerzonych źrenicach. Co też może chcieć mu wyznać? Że z Alice to nic poważnego? Że… ― Dzwonił do mnie dzisiaj twój wuj. ― Kąciki ust Willa wędrują w dół. Młodzieniec przełyka ciężko ślinę, zamykając się w objęciu własnych ramion. ― Prosił, żebym dziś się tobą zaopiekował. On i twoja ciotka zostaną jeszcze dzisiaj w Worcester.
Młody Graham otwiera szerzej oczy i podrywa głowę.
  ― Och ― szepcze i jego usta drżą delikatnie, nim wyginają się w niepewnym uśmiechu. ― To… dobrze. Bardzo dobrze, panie Lecter.


H.K.M. - 2018-08-15, 17:39

           Bardzo dobrze, panie Lecter.
Słowa wibrują po ścianach, odbijają się od nich, oplatając swoimi zwiewnymi wstęgami jego napuszone ego. W progu jadalni obraca się jeszcze przez ramię, spoglądając ukradkiem na wyraźnie zarumieniony profil swego młodego gościa - ciemne oczy prześlizgują się po zaczerwienionych wargach, po nieco już sfatygowanej fryzurze (niesforne loki nie chcą się trzymać pod dyktandem kosmetyków) - to zadziwiające, jak niewiele wina wystarczy temu młodemu człowiekowi do osiągnięcia stanu słodkiego rozleniwienia (wymowna wizja przygryzanych warg i błękitnego spojrzenia ponad świątecznie udekorowanym stołem uderza w niego z siłą rozpędzonego pociągu).
Nastawia wodę i wyciąga z szafki najwyśmienitsze mieszanki herbaty, które udało mu się zakupić na ostatnim targu bożonarodzeniowym.
Przygotowuje im tę, która z czarnego bzu i berberysu - w taką pogodę naturalne wzmacnianie odporności jest niezwykle ważne, to przecież oczywiste.
Napar zaparza się przez chwilę w pękatym czajniczku, podgrzewany od spodu przez pojedynczą świeczkę. Wreszcie duże dłonie ściągają pokrywkę i wlewają ciecz do filiżanek.
Powraca tak, z odświętnie przystrojoną tacą i uśmiechem na twarzy.
  ― Usiądźmy tutaj ― proponuje, rozkładając naczynia na jednym ze stolików przy kominku. Dwa fotele, zwrócone częściowo ku sobie i częściowo w stronę płomieni, znajdują się tak blisko siebie, że z całą pewnością stwarzają idealne warunki do poufałej rozmowy.
Kiedy chłopiec przychodzi do niego posłusznie, może dostrzec na miejscu jeszcze jedną rzecz. Właściwie dwie - ciężkie szkicowniki w twardej, obitej skórą okładce i zestaw ołówków, które Hannibal naostrzył starannie skalpelami jeszcze tego ranka.
  ― Co powiesz na odrobinę rozrywki ― rzuca wesoło, przysuwając ku nim lampę, która w połączeniu z żółtawym światłem kominka, daje idealne warunki do pracy.
Will uśmiecha się lekko; spowolnione reakcje jego ciała, wskazują na to, że wino zdążyło z nim już naprawdę zrobić swoje.
  ― Tak ― odpowiada pogodnie. ― Pewnie.
Siadają więc i upijają po łyku herbaty, chwytając w dłonie szkicowniki. Przez krótką chwilę młody Graham przygląda się z fascynacją naostrzonym ołówkom, co wywołuje u pana Lectera nieco zafrasowany uśmiech. Nie potrafi już sobie przypomnieć, co młodość i alkohol mogą zrobić z ciałem, ale miło doświadczyć jest tego zjawiska nawet, jako zwykły obserwator.
  ― Nie będę nam dyktował motywu przewodniego ― obwieścił uroczyście, chwytając za ołówek z najmiększym grafitem. ― Pozwólmy sobie się wzajemnie zaskoczyć.
Szczupła dłoń wędruje znów do filiżanki z naparem, chłopiec raczy się nim chętnie (najwyraźniej jest w rzeczywistości ogromnym fanem bzu i berberysu - myśl warta odnotowania, myśli Hannibal), kiwając na zgodę otoczoną miękkimi lokami głową.
Co zabawne, długie palce sięgają po ten sam ołówek, który wybrał sobie on sam (przygotował dwa identyczne komplety i, cóż, jak zwykle dobrze zrobił, wykazując się swoją przezornością) i od razu zaczyna rysować lekkimi, motylimi pociągnięciami.
Nie da się nie zauważyć, jak często błękitne oczy zatrzymują się na dojrzałym obliczu, badając fakturę oświetlanej przez płomienie skóry, kształt nosa i ust - nie trzeba być wyjątkowo domyślnym, by wiedzieć, że młody Graham wziął się za szkicowanie twarzy swego rozmówcy.
Nie przeszkadza mu to jednak - właściwie, wydaje mu się to nawet zabawnym doświadczeniem - namalować się wzajemnie. Sam także kreśli więc miękkie kształty, poświęcając niezdrową wręcz uwagę kształtowi pełnych, wyraźnie odznaczających się na młodej twarzy warg.
Po jakimś czasie odgłos grafitu, przesuwającego się po papierze, robi się znacznie bardziej zauważalny - Hannibal obraca się lekko i dostrzega to na własne oczy; skupioną minę, zamaszyste ruchu, dziwne napięcie w ruchach młodego towarzysza, świadczące o zamknięciu w swej wizji, w swoim własnym świecie.
Musi przyznać, że po jakimś czasie zapomina o swoim dziele, oddając swą uwagę pracującemu artyście. Ich spojrzenia spotykają się co jakiś czas, ale Will zdaje się ich nie odnotowywać - w szale pracy, udaje mu się tylko sięgnąć po herbatę i przechylić jej resztkę, pracując w skupieniu nad swym dziełem.
Długie nogi wyciągają się wygodnie w kierunku płomieni - pan Lecter przymyka powieki i pozwala, by chwila błogiej ciszy i relaksu zawładnęła nim przez chwilę, pozwalając na słodkie lenistwo.
Nie spodziewałby się, że mógłby poczuć się w czyimś towarzystwie równie swobodnie - rozgrzane mięśnie osuwają się w miękką otchłań fotela, głowa odchyla się delikatnie, pozwalając zagłówkowi pomasować kark i...
Otwiera oczy, mrugając nieprzytomnie - jedno spojrzenie wystarczy mu, by zrozumiał, że właśnie odbył drzemkę.
Nie mogła być ona długa - ocenia, spoglądając na nieprzejętego, cieniującego swą pracę młodzieńca. Dwadzieścia, dwadzieścia pięć minut. Kto by się tym, z resztą, przejmował - to tylko zwykła chwila przymknięcia oczu, teraz jest już całkiem przytomny.
I podekscytowany, bowiem już za chwilę będzie mógł obejrzeć skończony rysunek. W swej próżności nie potrafi skrywać, jak bardzo pochlebia mu fakt, że to właśnie jego postanowił namalować milczący artysta. Przez chwilę Hannibal przygląda mu się bezkarnie, zawieszając spojrzenie na cieniu, rzucanym na zarumieniony policzek przez długie rzęsy. Nienaturalnie długie, trzeba przyznać. Może nawet odrobinę dziewczęco.
Z zamyślenia wyciąga go specyficzny odgłos - pan Lecter przechyla głowę i odnotowuje ze zdziwieniem, że jego młody gość jest spocony, drżący, że oddechy, płytkie oddechy, które opuszczają zaczerwienione wargi, brzmią jakby chłopiec umierał, pogrążony ekscytacją, przyjemnością...
Pożądaniem.
Rozbiegane spojrzenie kieruje się na jego twarz - kropla potu wędruje po grzbiecie nosa, zawieszając się na nim przez moment, zanim Will nie ściera jej ze zniecierpliwieniem rękawem koszuli.
Bez słowa wyciąga ku niemu dłonie z gotowym dziełem - Hannibal przyjmuje go chętnie, układając sobie szkicownik na kolana.
Spogląda na kartkę i... rozchyla wargi, przesuwając spojrzenie z powrotem na młodzieńczą twarz. W jednej chwili czuje, jak jego serce przyśpiesza gwałtownie, a w gardle zalega dziwna suchość.
Bogowie.


Koss Moss - 2018-08-16, 00:55

           Will oddycha ciężko, wpatrując się w twarz Lectera spojrzeniem, w którym płonie ogień. Jest wytrącony z równowagi, niestabilny, ledwo nad sobą panuje. A rysunek, który przedstawia Lecterowi, jest…
Tak trudno to opisać. Prymitywny człowiek powiedziałby: przerażający. Cóż bowiem dzieje się na obrazie Willa Grahama – to chaos i ciemność, dzikość i obłęd przeplatają się ze sobą wzajemnie; to emocje, a nie kształty, definiują to dzieło. Hannibal widzi wyraźnie ludzką sylwetkę, widzi mocno zakreślone kości policzkowe, wystający podbródek, szlachetny nos i krzywe wargi; widzi swoje lustrzane odbicie. Widzi je wśród czarnych macek, wśród cieni i plam, wśród rogów, które wyzierają z oczodołów i rozrastają się we wszystkie strony. Widzi mrok i czuje go całym sobą. Widzi jelenia i słyszy jego oddech. Widzi i słyszy stukot kopyt, który niesie się echem wśród pałacowych korytarzy. Doznaje: emocje, którymi Will Graham namalował swój obraz, sięgają znacznie dalej poza kawałek doskonałej jakości papieru.
  ― Co pan myśli ― szepcze Will. ― Co pan czuje.
Hannibal Lecter bierze głębszy wdech. Oblizuje wargi i zbiera myśli, wpatrując się w nieopanowane, lecz tworzące spójną całość zamaszyste linie.
  ― Nigdy jeszcze nie widziałem ― wydusza wreszcie przez mocno ściśnięte gardło ― by ktoś tak pięknie potrafił namalować coś emocjami.
Will spogląda mu krótko w oczy, a potem to spojrzenie ucieka gdzieś ponad głowę Lectera, śledząc z niepokojem niewidoczne dla nikogo poza właścicielem błękitnych oczu, nierzeczywiste kształty.
  ― Czy pan to widzi? ― zapytuje młodzieniec, błądząc wzrokiem po suficie. ― Widzi pan, co się dzieje?
Hannibal przygląda mu się z ledwo widocznym uśmiechem.
  ― Opowiedz mi o tym, Will ― prosi go ochrypłym głosem o obniżonym tonie. ― Opowiedz mi, proszę, o tym, co narysowałeś.
Will przełyka ciężko ślinę i podkurcza nogi, wciągając je na fotel.
  ― Narysowałem pana, nie widzi pan? ― pyta, zapatrzony w górę. ― Narysowałem pański portret.
  ― Oczywiście. Doskonale oddałeś anatomiczne szczegóły, jestem pełen podziwu. Ale powiedz mi, Will. ― Mężczyzna sunie palcem po ciemnych ścieżkach wykreślonych przez ołówek. ― Czym jest to? Czy to fragment mojej duszy? Odrębny byt? Czy to wciąż jestem ja, czy może już ktoś inny?
Młodzieniec opuszcza wzrok i spogląda na swoją pracę ze zmarszczonymi brwiami, jakby jej nie poznawał.
  ― Nie, nie ― mruczy. ― To nic takiego. Czasami dzieje się tak, kiedy nie biorę tabletek. Chyba ich nie wziąłem.
  ― Nie powinieneś tego traktować jako niedogodność ― odpowiada natychmiast pan Lecter. ― To, co tu widzę, jest absolutnie przepiękne, Will. Zjawiskowe i niepowtarzalne.
Milknie na chwilę, spoglądając znów na młodzieńczą twarz, a potem pochyla się nieznacznie, wyciągając w jej kierunku dłoń. Najpierw dotyka nią chłodnego czoła, jakby sprawdzał temperaturę, a potem zsuwa niżej, na zaróżowiony policzek. Will znów marszczy brwi, zapatrując się w ciemne oczy mężczyzny.
  ― Nienormalne?
  ― Co według ciebie oznacza to niemądre słowo? ― Pan Lecter gładzi kciukiem jego gładką skórę, po czym delikatnie zagarnia jeden z ciemnych loków za kształtne ucho. Will bierze gwałtowny wdech i poprawia swą pozycję, nieco bardziej nachylając się ku mężczyźnie.
  ― Ośrodek ― szepcze mało przytomnie, a w jego spojrzeniu błyszczy desperacja. ― Dla mnie oznacza ośrodek.
Hannibal uśmiecha się gorzko.
  ― Nie jesteś nienormalny, Will. Jesteś samotny… ponieważ jesteś wyjątkowy.
Młodzieniec opuszcza spojrzenie na jego blade wargi.
  ― Jestem tak samotny jak pan…
Oczy Hannibala otwierają się odrobinę szerzej, lecz mężczyzna nie mówi ani słowa – jego masywne ciało przechyla się jednak odrobinę w stronę młodzieńca, który ma coraz większe problemy z oddychaniem (czy ktoś wypuścił z tego pokoju całe powietrze?). Dłoń na jego policzku jest gorąca, parzy go, drażni, i młodzieniec przymyka powieki, rozchylając drżące wargi pod jej dotykiem. Odchyla głowę, wypuszczając głośno powietrze przez nos. Wyciąga bezmyślnie rękę; opuszki jego palców stykają się z szorstkim materiałem spodni mężczyzny w połowie drogi między biodrem a kolanem. Ten dotyk razi go, zabija, odbiera zdolność myślenia. A potem – potem… gwałtownie otwiera oczy. Otwiera je, czując na swych wargach dotyk innych warg.
I krew szumi mu w uszach, i ciemność pochłania cały świat. Will jęczy urywanie i ściska materiał spodni na udzie Hannibala, nie śmiąc nawet się poruszyć. Bo może to sen, który pryśnie jak bańka mydlana, gdy poczyni niebaczny ruch?
Bierze głęboki wdech i wypuszcza drżąco powietrze, i przesuwa dłoń na wewnętrzną stronę uda mężczyzny, dygocąc na całym ciele. Co się dzieje; czarne macki zjadają go, oplatają, duszą, pieszczą. Czy to wyobraźnia? Czy szalony umysł znów płata mu figle? Nie potrafi rozróżnić snu od jawy; być może w innym świecie siedzą nadal na swych miejscach, być może w którejś rzeczywistości Will dopiero kończy swą pracę, być może któraś rzeczywistość jest tą prawdziwą, a on znów zabłądził w labiryncie umysłu, gdzie jawa i sen potrafią wzajemnie się przenikać i zacierać. Nie wie, potrzebuje pomocy. Potrzebuje dowiedzieć się, gdzie jest i co robi – zaczerpnąć powietrza.
  ― Czy śnię… ― szepcze, trącając wargami te drugie, tak ciepłe i miękkie, jak nigdy by nie przypuszczał. Czuje gorący powiew powietrza na swej twarzy i wzdryga się żywo, gdy przechodzą go dreszcze, gdy elektryczny impuls przebiega wzdłuż kręgosłupa. To takie realne, tak prawdziwe, jak niewiele rzeczy w jego życiu. Niemożliwe, by się zgubił. Niemożliwe, by śnił.
  ― Nie ― potwierdza ciężko i ochryple Lecter. ― Nie śnisz.
Nie śni. Otwiera szerzej oczy. Nie majaczy. Jego drobna dłoń zaciska się mocniej na rozgrzanym udzie. Nie wariuje. Will unosi się i wypina na czworakach, by móc sięgnąć wargami dalej, by móc pochylić się nad mężczyzną, opierając kolanami o siedzenie, a dłonią o podłokietnik.
Jego druga dłoń podrywa się z uda i przywiera do policzka mężczyzny. Paznokcie wbijają się lekko w wystającą kość i młodzieniec przesuwa się powoli ze swojego fotela na ten drugi, by okrakiem zawisnąć nad swoim psychiatrą, okazując mu jeden z najgłębszych rodzajów zaufania.
Nieśmiało, delikatnie i czule, raz jeszcze muska jego wargi swoimi. Potem przyciska nos do nosa mężczyzny i dyszy na jego wargi, uchylając powieki, pod którymi czai się przymglony błękit. Oddycha bardzo głośno i niespokojnie, a źrenice ma rozszerzone tak bardzo, iż niemal pochłaniają jasne tęczówki.
W ciemności tych źrenic odbija się oblicze Hannibala: stężałe, napięte, pożądliwe. Will chłonie ten widok całym sobą, chłonie go i karmi się nim, dygocząc z emocji, z podniecenia.
I myśli tylko o jednym. Myśli tylko o tym, że jego ciemne rogi wyglądają naprawdę zjawiskowo, kiedy zdają się zamykać w klatce cały świat.


H.K.M. - 2018-08-16, 01:51

           Za dużo.
Za dużo tu płomieni, gorąca, za dużo dłoni i dotyku, za dużo kwiatowego zapachu i możliwości, nieskończonych możliwości, które doprowadzają do skraju nawet jego, znanego ze swego wiecznego panowania, z niezdejmowalnej maski pozorów.
Tego wieczoru Will Graham zdejmuję tę maskę - i robi to tak lekko, tak...
Jest pijany.
Ich wargi ocierają się o siebie, szczupłe ciało zawisa nad nim, przytłaczając go (jego, o tak silnym charakterze, tak niezbitej pewności siebie) swoim jestestwem. Nie znajdują się już w przestronnym salonie, ponieważ czas i przestrzeń przestają istnieć, zlewając się w nieregularną mieszaninę dźwięków, obrazów, zapachów i odczuć.
Absolutnie pijany.
Duże dłonie przesuwają się przez napięte ramiona i tors, badając ich naturalne wypukłości i zakrzywienia, zupełnie tak, jakby tym dotykiem chciały przeniknąć przez warstwy odzienia i skóy, dostać się tak do samego mięsa, do kości.
Ich spojrzenia krzyżują się i pozostają tak, całkowicie sobie oddane, niezdolne do zwrócenia uwagi ku innym rzeczom.
To, co w tej chwili robią jest ordynarne i niewłaściwe, Hannibal dobrze zdaje sobie z tego sprawę - Will wypił za dużo wina, które w połączeniu z lekami (lub z ich brakiem, to nie ma znaczenia w obliczu choroby) wprawiło jego biedny umysł w stan nietrzeźwości - powinien to natychmiast przerwać, nie tylko jako jego psychiatra, ale i przyjaciel.
Nie może mu tego zrobić, nie może tego zrobić Alice, Jackowi, Belli - nie może i wie o tym, a mimo to, mimo tylu przeciwwskazań pozwala, by jedna z dłoni uniosła się wyżej, wplątując między pasma ciemnych loków, a druga, druga zsuwa się wzdłuż kręgosłupa, zamierając jedynie o (czy wciąż stosowne, czy może tak o nich pomyśleć?) milimetry od delikatnie wypiętych pośladków.
Wargi Willa smakują herbatą i berberysem, są słodkie i napęczniałe od nabiegłej doń krwi - pełne i zaczerwienione, kojarzą mu się z soczystymi jabłkami, w które tak bardzo ma się ochotę wgryźć, których tak nieskończenie pożąda skosztować, zassać, zdominować, zdławić swoim własnym smakiem, swoim śladem, swoim...
To zadziwiające, że przy tym wszystkim nie zmienił wciąż swojej pozycji - chłopiec wisi na nim, z kolanami po bokach jego ud z pupą wypiętą ponad skrzyżowanymi elegancko kolanami. Pan Lecter wie, że gdyby uniósł jedno z tych kolan, choć odrobinę, natrafiłby na pewno na mały skarb swego młodego towarzysza, że mógłby...
Nie powstrzymuje się już - przy kolejnym pocałunku pozwala swojemu językowi na zasmakowanie słodkiego wnętrza, zanurzeniu się w nim i bezczelnym zaproszeniu do wspólnego tańca - zaproszeniu, któremu nie w sposób jego odmówić, gdy ponaglane jest przez niecierpliwe dłonie i pełne napięcia westchnienia.
Coś robi hałas, gdy upada na podłogę - Hannibal mgliście odnotowuje ten dźwięk, ale nie ma pojęcia, co mogło go wywołać - zamiast nad tym myśleć, napiera delikatnie na pokrytą miękkimi puklami potylicę, zmuszając Willa do przylgnięcia szczelniej do jego ciała.
Szeroka pierś unosi się gwałtownie we wstrzymywanym oddechu, gdy napięte pośladki ocierają się o jego udo - tkwiąca tuż nad nimi dłoń ma ochotę zmusić je do wykonania tego ruchu ponownie, ale nie robi tego (nie może, potrafi nad sobą zapanować, jeszcze tak).
Wzrasta także jego temperatura - może wyczuć wilgoć, rozlewającą się pod materiałem kołnierzyka, rozprzestrzeniająca się swoją obecnością w okolicach torsu, pleców, podbrzusza.
Całuje się z Willem Grahamem, naprawdę to robi - całuje się ze swoim nieletnim pacjentem, ze swoim studentem, sąsiadem, bratankiem jego przyjaciela. Całują się razem, jak para kochanków, jakby robili to razem od zawsze, od wieków.
Jeśli ktokolwiek by się teraz o tym dowiedział, ich życia można by równie dobrze uznać za skończone. A może nie ich, a jego, Hannibala - Will jest, przecież, taki młody, niezrównoważony, nie wie wiedział, czego chciał, był odurzony - tak pisałyby o nim media. Opinie na temat pana Lectera nie byłyby już tak życzliwe.
Bezduszny, wstrętny. Nieokiełznany potwór. Zboczeniec.
Nie wytrzymuje, musi to sprawdzić - musi przełamać tę niewidzialną granicę i udowodnić, dotknąć, przekonać się, że to nie tylko on, że Will też, że...
Unosi nogę, naciskając kolanem wprost między wyeksponowane teraz (mimowolnie.. a może specjalnie?) wnętrze młodzieńczych ud - twardość napiera na gorące ciało, pocierając ją przesyconym perfidną premedytacją, rozciągniętym w czasie ruchem, ocierając się o napięte gorąco, o jego całą długość.
We wnętrze czerwonych warg Willa Grahama wlewa się głębokie westchnienie, podczas gdy te cierpkie, krzywe, należące do całującego go mężczyzny, wykrzywiają się w gadzim uśmiechu.
Dostał to, czego chciał. Teraz już wie.
Teraz już nic go nie powstrzyma.


Koss Moss - 2018-08-16, 02:39

           Język mężczyzny wdziera się do młodzieńczych warg i Will zamiera na kilka sekund, gniotąc w palcach koszulę Lectera. Jest przytłoczony doznaniami, uwięziony w rzeczywistości, którą tu stworzyli – nie może, nie potrafi i nie chce wyrwać się z jej szponów. Pocałunki, które pierwotnie były delikatne, niemal dziewicze, w tej chwili nabierają erotycznej treści, zaczynają silnie oddziaływać na ciała prawdopodobnie ich obu.
I kto by pomyślał, że ktoś w wieku pana Lectera jest zdolny do takiego wyuzdania, do takich sprośności.
Chwilę później, jakby tego było mało, mężczyzna unosi nieznacznie nogę (ma je skrzyżowane, jak to on, i nie zmienił swej pozycji ani o krztynę, odkąd Will na nim przysiadł). Młodzieniec czuje wyraźnie, jak jej twardość podrażnia jego twardość, i wzdycha niepowstrzymanie, czując na policzkach spiekotę – za dużo, zbyt intymnie.
  ― Och, ooch ― jęczy w dojrzałe usta (jego uda trzęsą się, napięte do granic), odpowiadając nieporadnie i chaotycznie na kolejne pocałunki. Długi język mężczyzny prześlizguje się po rzędach jego zębów, wdziera się pod jego własny, napiera na spód niewprawnego mięśnia; zaraz potem zatacza wokół niego kółko i sięga głębiej, i Will pozwala na to, nawet nie próbując się bronić: pozwala panu Lecterowi sięgnąć do swego gardła, otwierając się dla niego szerzej, bardziej, ponieważ chce tego, chce, żeby on zdominował go i zawłaszczył, jak potrafi zrobić to z każdym, ponieważ to takie ekscytujące, utracić siebie na rzecz kogoś innego.
Z młodzieńczym zaciekawieniem trąca, od czasu do czasu, swoim językiem jego wargi, jego zęby, te wyjątkowo ostre kły (Lecter tak rzadko pokazuje je w uśmiechu, może dlatego, że upodabniają go do zwierzęcia, do wściekłego drapieżnika, który tylko czeka na to, by zatopić je w gorącym ciele ofiary). Rękami obejmuje teraz rozpaloną twarz mężczyzny, gładząc skronie, policzki, uszy, powieki i każdy skrawek gorącej skóry, który ma w zasięgu spragnionych, ciekawskich palców.
Czy wstydzi się – chyba nie myśli o tym wcale. Nie ma nawet jak zewrzeć ud, więc poddaje się wszystkiemu, co Lecter mu tak władczo serwuje. Mężczyzna musi czuć drżenie jego warg i jego całego (ciała, umysłu, duszy), głębokie przejęcie, głębokie przeżywanie tego zbliżenia. Musi czuć, jak bardzo znarkotyzowane ciało wyolbrzymia wszelkie bodźce, jak żywo reaguje na każdy, najlżejszy nawet dotyk. Jak wibruje pod każdym przesunięciem dłoni, napina się pod najdelikatniejszym, najbardziej motylim muśnięciem.
Will, rozpalony i mokry, robi się bardziej nachalny, bardziej śmiały: coraz chętniej sam sięga do wnętrza ust Lectera, ilekroć tylko ma taką szansę (a Hannibal, wiedziony być może ciekawością, co zrobi jego cudowny chłopiec wobec drobnej okazji, prezentuje mu je raz po raz). Czasem próbuje zasysać dolną wargę mężczyzny, a czasem ją przygryza. Towarzyszy temu cała gama doprawdy nieprzyzwoitych, niegodnych dźwięków.
Gdyby ktoś teraz przyłożył dłoń do spoconego czoła młodzieńca, wysłałby go pilnie na pogotowie, lecz nie jest to gorączka, która mogłaby sygnalizować chorobę, och, nie.
Oddychając tak płytko, że z braku tlenu doznaje zawrotów głowy, Will uchyla powieki i spogląda błagalnie w oczy mężczyzny, ale o co błaga, tego nie wie pewnie sam. Jedną z dłoni nie wiedzieć kiedy zacisnął na błękitnym krawacie Lectera, tak zadziwiająco dopasowanym kolorystycznie do jego koszuli.
Co widzi? Co musi widzieć człowiek o tak wielkich źrenicach, o tak spłoszonym i nieprzytomnym, a jednocześnie rozognionym wzroku? Co musi widzieć ktoś, kto drży na całym ciele, nie potrafiąc skupić spojrzenia na jednym punkcie?
Hannibal tymczasem patrzy na niego jak drapieżca na kawałek świeżutkiego mięsa. Wygląda, jakby chciał go skosztować i pochyla się, wdzierając w intymną strefę przy grdyce swego młodzieńca. Will rozchyla szeroko wilgotne wargi i wytrzeszczonymi oczami wpatruje się w sufit, na skórze czując gorąc ust, które jeszcze go nie dotykają.
Słodka wypukłość porusza się, gdy chłopiec przełyka ciężko ślinę (to trudne, gdy gardło ma całkiem suche), a wówczas Hannibal przykłada do niej rozpalone wargi zaskakująco czule, głęboko wdychając powietrze wraz z zapachem młodzieńczego potu, feromonów, słabych perfum.
Will odchyla głowę mocniej, znów usiłując przełknąć ślinę, i ściska z całych sił ramiona mężczyzny, jakby dawał sobie w ten sposób złudzenie bezpieczeństwa.
  ― Och ― jęczy słabo, kiedy Lecter rozchyla te cudowne, cudowne wargi, i wypuszcza spomiędzy nich śliski język, by samym jego koniuszkiem dotknąć go, połaskotać, jakby smakował lizaka lub kosztował… inny produkt spożywczy, i Will chyba chce być jego lizakiem, chce być jego pożywieniem, kawałkiem mięsa, w którym zatopią się ostre siekacze i szpiczaste kły, chce rozlać się na niego, spłynąć w smolistej postaci do samych jego stóp.
Odchyla się i gdyby ramię Lectera nie obejmowało go, gdyby ręka nie spoczywała nad pośladkami, niechybnie przewróciłby się, spadł w czarną przepaść. Ale tak – zostaje blisko, bezpiecznie w granicach jego rąk, z trudem oddychając w miejscu, w którym feromonów jest tak dużo, że nie ma przestrzeni na powietrze.
Nieśmiałym ruchem rozdygotanej ręki wsuwa palce w siwiejące włosy i zaburza ich ład, szczękając zębami, lecz nie z zimna – zimno jest o cały wszechświat oddalone od ich rzeczywistości, dusznej, ciasnej, czarnej i rogatej.
  ― Hnn… ― dociska go do siebie, i pozwala (czy w ogóle ma nad tym kontrolę?) swym udom rozjechać się na boki; pozwala sobie opaść na niego, osunąć się na te skrzyżowane nogi i zderzyć swe ciepło z ich ciepłem.
Kark Lectera jest mokry… ocieka smołą i Will ma brudne ręce, ale to nic, to nic takiego, przesuwa nimi po jego ramionach, po włosach, roznosi czarną maź, roznosi na własny policzek, na własne usta, gdy wsuwa do nich opuszki palców, gryząc.
Smoła oblewa ich i jest gorąca jak samo piekło, a on wije się w niej, wije lizany w najbardziej dziwny ze sposobów – w sposób, który sprawia, że czuje się jak ulubiony deser Hannibala Lectera.


H.K.M. - 2018-08-16, 03:10

           Hannibal nie zastanawia się nad tym, co widzi młody chłopiec, siedzący na jego kolanach, gdy obcałowuje pieczołowicie jego długą szyję.
Nie zakrząta swych myśli rzeczami, które może widzieć jego mały, rozdygotany pacjent, odkładając na tę chwilę swój tytuł profesora, psychiatry, dobrego przyjaciela, odpowiedzialnego człowieka.
W tej chwili jest tylko smakoszem, który pragnie poznać swą potrawę (doprawdy, podaną na złotym talerzu) każdym zmysłem swego głodnego ciała.
Cieszy więc je na swój sposób - wzrok widokiem młodego, rozpalonego ciała, gładkiej skóry, ciemnych loków i rozchylonych, czerwonych warg.
Słuch dźwiękiem płytkich, wysokich i urywanych jęków, powtarzających się tym częściej, im częściej stymuluje kolejny ze zmysłów, dotyk - gdy twarde kolano naciska na równie już twardą młodzieńczą erekcję. Tak chętną, tak żywą, namacalnie prawdziwą i gorącą..
I smak, wreszcie i smak, gdy żarłoczne usta kosztują aksamitnej skóry, scałowując z niej słodycz niewinności, podszyty cierpką goryczą strachu.
Czego boi się Will Graham? Hannibal się nad tym nie zastanawia, nie może, nie potrafi w tej chwili, gdy jego własne ciało tak gorliwie prosi o więcej i więcej.
Ale jak, jak mógłby pozwolić sobie na coś więcej, gdy wiązać się to będzie z tak paskudnym czynem? Z wykorzystaniem tego biednego chłopca, niemalże zmuszeniem go do zaspokojenia swych potrzeb.
Nie był głupi, dobrze wiedział, co oznaczały długie spojrzenia, które młody Graham rzucał mu nie raz przy ich spotkaniach - odczuwał je niemalże, jak dotyk, długie i intensywne, niewinne, a jednak podszyte prośbą, której nie potrafił spełnić.
Do teraz.
  ― Will ― odzywa się w którymś momencie, naginając swą wolę, zmuszając się do tego, by oderwać się od pieszczonej skóry i popatrzeć nieprzytomnie w błękitne...
W zdominowane przez rozszerzone źrenice oczy, które patrzą na niego, ale czynią to tak, jakby... jak gdyby niczego przed sobą nie widziały.
Zupełnie nieprzytomnie.
  ― Will ― powtarza zaniepokojony, układając swą dłoń na czole chłopca. Tym razem jest definitywnie rozpalone. Czyżby mógł się przeziębić? Może wtedy, gdy składali sobie noworoczne życzenia? Może był niedokładnie ubrany...  ― Czy mnie słyszysz?
Chłopiec nie odpowiada - zamiast tego chwyta w dłonie jego twarz i przyciąga ją ku sobie, omiatając spojrzeniem poszczególnie jej fragmenty. Na żadnym nie zatrzymuje się jednak na dłużej i to jest dość niepokojące, to naprawdę powinno już go przekonać by zatrzymał to, dopóki nie zabrnęli zbyt daleko, by...
Ciemne pukle poruszają się gwałtownie, gdy Will kiwa gorliwie głową, dysząc ciężko. Rozgrzane ciało przysuwa się znów, jego intencje są całkiem jasne - sytuacja znowu daje mu szansę do przerwania, zakończenia tego chaosu, a on znowu jej nie wykorzystuje.
Sapie cicho, zaskoczony, gdy do pocałunków wkradają się tym razem małe, ostre ząbki - ich pieszczoty nie są już tak niewinne, nie można ich zakwalifikować jako skromne. W którymś momencie jeden z kłów przebija skórę dolnej wargi, spod której tryska wątłym strumieniem krew; ale nawet wtedy Will nie przestaje kąsać, całować i ssać czerwonej cieczy, jątrzyć jej prosto z małej ranki.
Duże dłonie łapią za ramiona (jest o krok od tego, by go od siebie odsunąć, zaraz to zrobi), podczas gdy te mniejsze sięgają wolno do kołnierzyka jego koszuli, ale nie sięgają po guziki - szczupła palce owijają się znów wokół błękitnego materiału, pociągając za perfekcyjny węzeł. Zamiast go jednak odwiązać, materiał zaciska się jeszcze mocniej, przyduszając go odrobinę.
  ― Will ― wydusza z siebie z wysiłkiem, między gwałtownymi pocałunkami, jęcząc ochryple, gdy małe wargi przyciskają się do przestrzeni pod jego uchem, gdy wilgotny język sunie po skórze, rażąc resztę ciała elektryzującymi dreszczami przyjemności.
Pod przylegającym materiałem spodni zaczyna się z wolna piętrzyć kształt, zaburzający estetykę delikatnej kratki - linie wyginają się nieregularnie, obły kształt napiera na szorstki materiał, ściskany między założonymi wciąż na siebie nogami.
Zachłanna dłoń zsuwa się z włosów, opadając na jedno z wąskich bioder - twarz pana Lectera oblewa się najdelikatniejszą czerwienią, tężejąc od przeżywanej rozkoszy. W tej samej chwili wilgotny mięsień trąca znów wrażliwy płatek ucha, przygryza go, wyrywając spomiędzy krzywych warg głęboki pomruk.
  ― Will ― powtarza znów, ale bez mocy, zupełnie bez mocy, ponieważ stracił ją na rzecz tych pocałunków, tak łudząco podobnych do tych, które jeszcze przed chwilą składał on sam.
Węzeł znów zacieśnia się odrobinę i nagle Hannibal rozumie - Will nie robi tego specjalnie, nie poddusza go z premedytacją. Podtrzymuje się jedynie na fotelu, nie wspierany już tak dzielnie przez jego drżące ramiona.
Pomaga mu więc (nie przestaje być uprzejmy w każdej chwili swego życia) i rozstawia wreszcie nogi, sprawiając, że drobne ciało opada mu na pierś, że dzielący ich dystans skraca się do nieistniejącego.
Spoglądają tak na siebie, rozgrzani, zamroczeni, odurzeni wszystkim tym, co ich otacza.
  ― Chcę cię dotknąć ― mówi nagle, zupełnie nie poznając swojego głosu; tego ochrypłego pomruku z twardym, wibrującym akcentem, który w ogóle nie powinien się tam pojawić. ― Pozwól mi.


Koss Moss - 2018-08-16, 04:19

           Will odrywa się od jego skóry, opuszcza luźno dłonie i patrzy półprzytomnie na swego lekarza, na swego przyjaciela, przetwarzając w głowie te ochrypłe słowa o wyjątkowo wzmocnionym akcencie.
Chcę cię dotknąć. Pozwól mi.
Dotknąć. To już nie tylko pocałunki, nie tylko. Pan Lecter chce iść o krok dalej, Will wie o tym, chce go rozebrać i obdarzyć intymniejszym dotykiem.
Płonie na policzkach od samej myśli o tym.
Nie zastanawiał się nad tym wcześniej, a teraz nie ma na to sił. Czy rzeczy mogą po prostu się wydarzyć, czy może mu zaufać, oddać się w te duże, ciepłe ręce, wierząc, że nie zrobią mu krzywdy?
Nagle… dociera do niego, cóż ma pod palcami. Dociera do niego, że opuszczając dłoń, pozwolił jej spocząć… dokładnie na…
Rozchyla drżące wargi, kraciaste spodnie są wypchane, są wypchane penisem pana Lectera.
Wzwiedzonym, jak członek Willa. Ta prawda uderza w niego nagle, jakby przez cały czas amok uniemożliwiał mu stwierdzenie tej oczywistości, uświadomienie sobie, jak podziałał na niego ten człowiek, i jak on podziałał na tego człowieka, i do czego zmierzają w swym karkołomnym pędzie ku bliskości, ku zaspokojeniu pragnień.
Pan Lecter też pochyla głowę, i Will widzi to kątem oka. Przez chwilę patrzą obaj w to samo miejsce, a potem mężczyzna wraca spojrzeniem do młodzieńczej twarzy i (och, Boże) sunie dłonią po jego udzie (kiedy się na nim znalazła?) nieuchronnie ku…
Will wstrzymuje oddech, napinając każdy mięsień ciała, ale apogeum nie następuje, duża dłoń zatrzymuje się o milimetry od swego celu, o milimetry, które chłopiec czuje całym swoim jestestwem, które zadają mu prawie fizyczny ból.
Podrywa szybkim, nerwowym gestem głowę i dopiero teraz wypuszcza przetrzymywane w płucach powietrze. Przełyka ciężko ślinę.
Nie myślał o tym, nie spodziewał się, nigdy by tego nie przewidział.
Serce jak dzwon uderza w jego pierś, gdy pochyla się, by przyłożyć spocone czoło do jego czoła i… przysunąć się… jeszcze odrobinę… bliżej. Wypite wino szumi w głowie, szumi cały świat.
  ― Tak ― szepcze wprost w dojrzałe usta i czuje dokładnie pod swymi palcami, jak reaguje na to Hannibal Lecter. ― Proszę.
I Lecter spokojnym ruchem sięga do jego rozporka; rozpina guzik, a potem dwoma palcami chwyta zamek i pociąga go, przechylając głowę, by widzieć wszystko dokładnie. Will też spogląda krótko w dół; na swojej białej, zwyczajnej bieliźnie zauważa plamę znikającą pod długimi palcami, których dotyk jest dla niego doznaniem tak intensywnym, że wzdryga się, jakby przeszył go prąd, i przywiera do mężczyzny całym ciałem, wbijając paznokcie w jego plecy. Oddycha płytko, głośno, chrapliwie, unosząc się delikatnie na udach, lgnąc do tych palców, do tej dłoni, a Hannibal obejmuje go czule, jakby chciał uspokoić, ukoić te rozszalałe emocje.
Tak, teraz już wie o tym każda cząstka ciała Willa: pragnie tego dotyku jak niczego na świecie. Pragnie, by pan Lecter obciągnął mu, by wypieścił w jakikolwiek sposób, przynosząc upragnione wytchnienie od tego bólu, od rwania, którym reaguje młody członek na tak dużą ilość krwi.
  ― Ooch ― dyszy chłopiec, ocierając się nosem o skroń Lectera, pocierając wargami o ucho i policzek. ― Och, och, tak…
Wplata niespokojnie obie dłonie w jego włosy, gniecie je, szarpie bezwiednie, tuląc twarz mężczyzny do swej mokrej szyi.
Czuje całym sobą, jak zgięty palec mężczyzny przesuwa się powoli po wybrzuszeniu w bieliźnie; zagryza swoje wargi niemal do krwi, próbując nie zwariować od tego oczekiwania, nie zwariować od subtelnego dotyku. I nagle – jednym gwałtownym ruchem – ten sam palec wsuwa się za gumkę bielizny i ciągnie ją błyskawicznie w dół, w ułamku sekundy obnażając wyprężoną ptaszynę. Powietrze na rozgrzanym członku jest jak lód; Will wzdryga się niespokojnie, z całej siły zaciskając uda po obu stronach nóg mężczyzny – nie odsuwa się ani na milimetr i nie pozwala również jemu oddalić się choćby po to, by wziąć głębszy wdech.
  ― Mmh ― zaciska powieki, próbując odciąć się od smoły, wszechobecnej smoły, od rozłożystych rogów, od duszących węży. Nie ma w tym nic złego. Nic złego. To tylko brak tabletek, brak tabletek nie zepsuje tej chwili. ― Błagam ― szepcze bezradnie, ocierając się gorliwie policzkiem o jego policzek i poruszając niecierpliwie biodrami i pośladkami. ― Już, och, już.


H.K.M. - 2018-08-16, 04:53

           Wprawna dłoń przesuwa się po członku w najdelikatniejszej pieszczocie - lekkim, motylim dotyku, który otula tylko swą obecnością napęczniały organ, zaznajamia się z aksamitną skórą, z pulsującymi wyczuwalnie żyłami.
Chłopiec wtula się w niego mocniej, przywiera kurczowo do jego ciała, zupełnie jakby chciał się z nim zespoić w jedno - Hannibal pozwala mu na to, tuli go do siebie, tuli go całym sobą, a więc i dłonią, a więc i palcami, które oplatają się szczelnie wokół niedużego trzonu gorącej erekcji.
Pierwsze poważne naciągnięcie skóry kończy się ciężkim, wibrującym jękiem, który łaskocze go wyraźnie po szyi - zafascynowany przez tę niewątpliwie żywą reakcję, powtarza ów ruch - ciężki oddech wpływa teraz wprost do jego ucha, pieszcząc zmysły. Will brzmi teraz tak, jakby właśnie przebiegł maraton, jakby tylko chwila dzieliła go od zejścia z tego świata, pokonany przez wyczerpanie, przez odbierające zdolność logicznego myślenia pożądanie.
Ale pan Lecter nie przestaje na tych dwóch śmiesznych ruchach - duża dłoń obejmuje sztywny członek w pewniejszym uchwycie i przyśpiesza tempo; z początku nieinwazyjnie, z każdą chwilą jednak coraz śmielej.
Ciężkie oddechy mieszają się z wymownym odgłosem, niby mlaskaniem - wilgotna skóra wędruje po napiętej erekcji, drażniąc ukrwiony narząd w najintymniejszej pieszczocie, doprowadzając młode ciało do samego skraju szaleństwa.
Profesor przechyla swą głowę, porusza się delikatnie (tylko trochę, silny napór nie pozwala mu na więcej) dzierżąc mokrą już męskość z niemalże nabożną czcią, z chorą delikatność, zupełnie jakby w jego dłoni spoczywały teraz insygnia jego władzy, najdroższy, zapomniany skarb tego świata.
I być może tak właśnie jest, przynajmniej w tej jednej chwili, gdy wtuleni w siebie zapominają o istnieniu wszelakich innych form życia, które wykraczają poza ich własne.
Co więcej, nawet ich byty zaczynają na siebie nachodzić, zacierać swe granice, gdy okazuje się, że płytkiego oddechu nie uwalniają już jedne wargi, gdy nie tylko jedne lędźwie poruszają się rytmicznie - gdy nie biją dwa serca, a jedno, wspólne - tym samym rytmem.
Gorąco nasila się natrętnie, uniemożliwiając mu z wolna wzięcie głębszego oddechu - pot pokrywa każdy zakątek rozgrzanego ciała, wsiąkając w już i tak sfatygowany garnitur. Szczupłe palce szarpią za rozchełstany materiał koszuli, przesuwają się między pasmami zwykle idealnie ułożonych włosów, a jego dłoń, jego dłoń znowu wzmacnia swój uścisk i porusza się już tak prędko, tak pośpiesznie, że wkrótce Will nie ma innego wyjścia - musi odchylić się do tyłu, wyginając swe plecy w łuk, a wtedy pan Lecter (zboczeniec) może obrzucić ciekawskim spojrzeniem jego ptaszynę.
I robi to - odprowadza pociemniałymi oczami wędrówkę własnej dłoni - od góry do dołu, przez wyraźnie zaczerwienioną erekcję, wwierca się w cieknącą cewkę, zupełnie jakby w ten sposób mógł spić jedną z półprzezroczystych kropli.
Chciałby. Naprawdę chciałby to teraz zrobić - pchnąć drobne ciało z powrotem na fotel, który został mu wcześniej przeznaczony, jako miejsce, (a nawet, naprawdę) opaść na kolana i pożreć ten słodki kąsek, posmakować esencji swego drogiego towarzysza, rozsmakowywać się w niej jak w najwykwintniejszym ze wszystkich dań.
Szaleństwo.
Nie robi tego jednak - podświadomie wyczuwa, że mogłoby to zaburzyć tę niezwykłą atmosferę, ten dziwny stan uniesienia, w którym tak nagle się znaleźli , niezdolni do odmówienia sobie chwili bliskości, tej całkiem grubiańskiej, zakazanej.
I nagle to czuje - specyficzne drżenie, skurcz, wstrząsający wilgotnym od potu podbrzuszem, świadczący o tym, jak blisko znajduje się jego mały przyjaciel - już teraz, w tej chwili.
Jakiż jest niedoświadczony, jak rozkoszny... czuły na każdy, najmniejszy nawet dotyk.
Wymowne, apetyczne odgłosy towarzyszą im już w każdej sekundzie - krople preejakulatu toczą się po jego palcach, sklejają je, ale to nie utrudnia mu w przyśpieszeniu ich tempa do niemalże nieludzkiego wymiaru. Musi przytrzymać drobne ciało, by nie upadło na ziemię, ponieważ rozkosz, która nim wstrząsa jest już chyba niemożliwa do udźwignięcia przez jego zarumienionego właściciela.
  ― Will ― chrypi krótko, oczarowany jego pięknem. Rozszerzone źrenice zwracają się na krótką chwilę w jego stronę; Hannibal może zauważyć w nich swoje odbicie, swą zaczerwienioną twarz, rozchylone wargi ze zdobiącą je niezaschniętą jeszcze krwią.
Szaleństwo, dzielone we dwóch.


Koss Moss - 2018-08-16, 16:03

           Nie może tego znieść; dłoń Lectera sprawia mu tak wiele przyjemności, posyłając elektryczne impulsy do każdego zakończenia nerwowego jego ciała. Will zanurza się w ciemnej toni i nic już do niego nie dociera, nic oprócz dotyku, dźwięków i obezwładniającego zapachu. Mężczyzna pieści go w nadludzkim tempie, ślizgając się po napęczniałym trzonie. Robi to tak dobrze, tak płynnie, z takim wyczuciem, bez śladu skrupułów.
Will oddycha tak głośno i spazmatycznie, że niemal zagłusza wszystko inne. Dyszy, jakby dopiero co wynurzył się z wody po długim czasie bez powietrza i teraz łapał je rozpaczliwie, desperacko, bez najmniejszej nad tym kontroli.
Jakże piękny musi przedstawiać obraz w oczach Hannibala, wygięty w eteryczny łuk, subtelny i gładki, wilgotny od potu i oderwany od rzeczywistości, podległy kreacjom pobudzonego umysłu.
Nie jest trudno doprowadzić młode ciało do szczytu: wystarczy jeszcze kilka szybkich ruchów, a szczupłe uda zaczynają drżeć konwulsyjnie, jakby chciały się zewrzeć w obronnym odruchu. Zamiast jednak się złączyć, rozchylają się szerzej i Will rozwiera usta do krzyku.
  ― Will
Przez czarną zasłonę przebija się ochrypłe nawoływanie. Młodzieniec otwiera oczy i nieprzytomnym wzrokiem wśród tysięcy kształtów odnajduje ostre zarysy twarzy mężczyzny, który doprowadził go do tego stanu.
Wpatruje się w dwa pociemniałe punkty, w oczy wpatrzone w jego wygięte ciało, skupione, mroczne i bezkresne jak czeluście samych piekieł.
  ― Hannibal ― wydusza na bezdechu i oczy błyskają mu białkami, gdy wywraca nimi, przepadając, rzucając się w objęcia nieznanej ciemności, w mroczną toń macek i rogów, w gorąc smolistych płomieni, wulkanicznej lawy, rozkosznego, w obłędnym tempie rosnącego w siłę uścisku.
Krzyczy słabo, łamiącym się głosem, i rozlewa się w dużej dłoni Lectera, szarpiąc niekontrolowanie biodrami i odrzucając głowę do tyłu. Dłońmi chwyta się za intymności, nakrywa je, jakby próbował w jakiś sposób zatrzymać to przytłaczające, ekstatyczne, najprzyjemniejsze na całym świecie uczucie lub może się przed nim zasłonić. Jego ciało drga jak w agonii jeszcze przez chwilę, i gdyby nie ramię Hannibala – naprawdę opadłoby na podłogę. Podtrzymywane przed upadkiem, wygięte w łuk i niemal wiotkie, wygląda jak powalony Capocchio z obrazu Bouguereau, bezradny i pokonany, gryziony przez Schicchiego w odsłoniętą szyję.
Jest piękny.
Lecter przyciąga do siebie młode ciało gestem, który w innej rzeczywistości mógłby być spokojny i opanowany, ale nie tutaj, nie w ich obecnym świecie. Szczupłe, drżące ręce natychmiast owijają się wokół mężczyzny szyi, a Will chowa mokrą twarz w jego ramieniu, dysząc, wciąż dysząc i dysząc.
Trwają tak w ciszy kto wie jak długo, aż w końcu chłopiec uspokaja trochę rozszalały umysł i rozdygotane ciało. Jego palce poruszają się i wplatają w miękkie włosy Lectera, przesuwając po skórze głowy.
Czuje się dziwnie, tak bardzo dziwnie – jakby za chwilę miał się obrócić w pył niczym wyschnięta piaskowa figura. Nie ma na nic siły, nie może nawet podnieść głowy i popatrzeć w oczy swojemu kochankowi.
Wuj Jack byłby tak wściekły, gdyby się dowiedział. Wpadłby w furię. Will spina się na samą myśl o tym chorym i obrzydliwym człowieku. Tak wściekał się, gdy Will jego zdaniem kokietował Lectera, podczas gdy sam… nocami… obmacywał go, kąsał i…
Bierze głęboki wdech i potrząsa głową – nie będzie o tym myśleć, to przeszłość. Ten stary, obleśny zwyrodnialec już nigdy go nie dotknie, już nigdy nie dotknie, już nigdy, nigdy w życiu nie będzie miał okazji, by położyć na nim swoje brudne, obrzydliwe łapy.
  ― To dobry czas na kąpiel, nie uważasz ― słyszy w uchu ochrypły pomruk.
Hannibal Lecter jest tak inny od Jacka Crawforda. Jego ręce są duże, czyste i czułe. I nie ma nic złego w tym, co właśnie zrobili. Nic, czego powinien żałować, brzydzić się, obawiać. Nic niewłaściwego.
  ― Wspólną? ― dopytuje, nie podnosząc głowy, ale mimowolnie wyginając obrzmiałe wargi w ciepłym uśmiechu. Hannibal drga delikatnie, jakby coś go rozbawiło, a gdy przemawia ponownie, w jego głosie słychać jowialną nutę.
  ― Jeśli tylko zechcesz.
  ― Zechcę.




H.K.M. - 2018-08-16, 17:12

           Udają się więc na górę - Hannibal w swoim wygniecionym garniturze i rozchełstanej koszuli, w swoim świeżo poluzowanym krawacie, włosami w nieładzie i Will, wciąż mocno zarumieniony, potargany, z błyszczącymi oczami, z niedopiętymi spodniami.
Pan Lecter jest tak czuły, gdy pomaga chłopcu usiąść na toalecie, podczas gdy sam napuszcza do dużej wanny ciepłej wody, doprawiając ją wykwintnymi olejkami i najwyższej klasy płynami do kąpieli. W ten sposób wanna wypełnia się gęstą pianą, rosnącą z każdej chwili do bajkowych wręcz rozmiarów.
Obraca się przez ramię, spoglądając na lekko nieprzytomnego towarzysza - nie potrafi się nie uśmiechnąć, gdy pełne wargi wyginają się znów w symbolu najczystszego szczęścia, zadowolenia - to zadziwiające, jak często wyraz pojawia się na młodej twarzy pana Grahama, gdy ten gości u swego terapeuty.
Potrafią dobrze spędzić ze sobą czas - ich rozmowy ciągną się godzinami, mają wspólne pasje, wiele podobnych poglądów, są siebie wzajemnie ciekawi - to wszystko sprawia, że z każdym kolejnym dniem ich relacja zacieśnia się nieprzyzwoicie i coraz ciężej jest im bez siebie wytrzymać, coraz częściej starają się zorganizować swój czas w taki sposób, by stawał się on wspólnym.
Wiele osób patrzyło więc na nich z tego powodu, rzecz jasna, nieprzychylnym okiem (na przedzie tegoż orszaku stała sama Alice), ale nie potrafili wiele sobie z tego robić, nawet jeśli wiązało się to poniekąd z balansowaniem na granicy dobrego smaku, a czystego grubiaństwa.
Ściąga z siebie marynarkę i krawat, odwieszając je starannie na jedną z wysokich szafek. Wracając do Willa, mija po drodze lustro - spogląda przez ułamek sekundy na swoje odbicie - zaczyna do niego docierać, że może być mu ciężko wytłumaczyć się ze śladu po ostrym kle swojego młodego...
Kochanka?
Jak wytłumaczy się z tego wszystkiego sąsiadom, w pracy, co ma powiedzieć Alice?
  ― Nie zamierzasz się kąpać w ubraniach, prawda? ― Uśmiecha się krzywo, wyciągając do Willa swoją dużą dłoń. Chłopiec dźwiga się na niej z toalety, słodko ociężały, ospały.
Hannibal jeszcze pamięta czasy, kiedy sam reagował tak w młodości na niemalże każde zbliżenie - naturalna reakcja organizmu, która przechodzi w miarę wzmacniania ciała coraz to nowszymi doświadczeniami.
Szczupła dłoń drży delikatnie, gdy jej palce zatrzymują się milimetry od guzików koszuli - młodzieniec krępuje się wyraźnie, ale pokonuje opory, odsłaniając powoli coraz większe obszary płaskiej klatki piersiowej. Bez ani jednego włoska.
Intrygujące.
Błękitne oczy przesuwają się co jakiś czas po jego ciele, ponaglając go, zachęcając do dołączenia do ich małej zabawy - pan Lecter przystaje więc chętnie na tę propozycję i pozbywa się swojej kamizelki, a potem koszuli, ruchami przepełnionymi czymś zupełnie przeciwnym do tych, które kierują Willem Grahamem.
Nie jest już młodzieniaszkiem, dobrze zna swoje ciało - te też jest przeciwieństwem jego młodego towarzysza - szeroki tors pokryty jest bowiem gęstym owłosieniem, tak samo, jak umięśniony brzuch i skrywane wciąż częściowo pod materiałem spodni podbrzusze.
Sięga do zapięcia spodni, bez trudu odnajdując odpowiednią haftkę - pociąga za nią śmiało, potem to samo czyni z zamkiem - w ruchach profesora Lectera jest pewna nonszalancja, kipiąca przekorą pewność siebie, która pozwala mu myśleć o tym, że wpatrzony w niego chłopiec traktuje wszystko to, co ogląda, jak prawdziwy spektakl.
Ściągnięte spodnie odsłaniają umięśnione nogi, o wyraźnie zarysowanym kształcie silnych ud i łydek, stopy okazują się tak samo duże, lecz w jakiś sposób eleganckie i smukłe, tak jak jego dłonie. Pozostając w samej bieliźnie, rzuca towarzyszowi wyzywające spojrzenie - twoja kolej, mówią ciemne oczy, lśniąc tym samym, figlarnym rozbawieniem.
Pokaż mi.
Młodzieniec cofa się dwa kroki, wbijając w jego ciało pożądliwe spojrzenie (nie da się tego pomylić z czymkolwiek innym, gdy Hannibal widzi sposób, w jaki poruszają się jego wargi, gdy słyszy płytkie oddechy, gdy na własne oczy może zaobserwować, jak płaska pierś unosi się w górę i w dół, w górę i w dół). Kilka ciemnych loków opada na jeden z zarumienionych policzków, ale Will zdaje się tego nie zauważać, przebywając w zupełnie innym świecie - świecie pełnym zachwytu i oczarowania, onieśmielenia i pragnień.
W końcu pozwala, by błękitna koszula zsunęła się ze szczupłych ramion, a spodnie z wąskich bioder - chłopiec wychodzi z nich i kopie je niedbale na bok, wzbudzając tym częściowe rozbawienie starszego mężczyzny.
Stają tak przed sobą w bieliźnie - na stopach młodzieńca wciąż jeszcze tkwią (nieodzownie kolorowe) skarpetki - mija kilka chwil, nim odrywają od siebie wreszcie spojrzenie, a czynią to tylko dlatego, że przychodzi pora na to, by zakręcić wodę.
Poziom piany jest wręcz absurdalny, Hannibal odgarnia ją rękoma, wzdychając nad swoim własnym brakiem pomyślunku. Niektóre sytuacje pozbawiają go czasem na moment zdolności do myślenia i Will Graham, on jeden jest definitywnie taką właśnie sytuacją.
Prostuje się lekko i wyciąga do niego ramię, a które ten znów ufnie łapie - szczupłe palce składają się delikatnie na jego przegubie, gdy pan Lecter przyciąga do siebie drobne, gładkie ciało - tak blisko, że niemalże stykają się ze sobą torsami.
Nie trzyma go jednak długo w takiej pozycji. Po chwili obraca towarzysza tak, by mógł wtulić się w niego swoimi drobnymi plecami - zawisa tak nad mlecznobiałym ramieniem, jak kruk, przybliżając swoją szorstką twarz do pachnącej młodzieńczym uniesieniem szyi.
Wydaje się przy nim taki ogromny - może otulić go całym sobą, a wciąż wystarcza mu ciała na przykrycie więcej i więcej przestrzeni, dominując ją sobą, zawłaszczając bez wysiłku.
Duże dłonie przesuwają się po zgrabnych bokach, zatrzymując na pasie białej bielizny - silne ramiona przytrzymują drugie ciało w miejscu, nie pozwalają mu się ruszyć, gdy w tak bezczelny sposób pozbywa chłopca jego ostatnich części garderoby - zmuszając go do grzecznego podciągnięcia nóg, by mógł to uczynić nawet ze skarpetkami.
I kiedy Will jest już absolutnie nagi, Hannibal pomaga mu po gentlemańsku wejść do wiany, ukryć się bezpiecznie wśród piany - nie szczędzi sobie przy tym rzucenia długiego spojrzenia na nagie, okrągłe pośladki. Są tak piękne, że mógłby je namalować, tu, teraz. Ma ochotę ich dotknąć, zatopić w nich zęby - takie apetyczne, słodkie, dziewczęce, idealne.
Sam także pozbywa się i swojej bielizny, mogąc w ten sposób zaprezentować bacznemu obserwatorowi swoją wciąż na wpół twardą erekcję, kołyszącą się między silnymi udami, gdy przestępuje krok w górę, by zająć miejsce naprzeciw swego towarzysza. Nie przeszkadza mu to, że jest obserwowany, nigdy mu nie przeszkadzało.
Zwłaszcza, gdy w nagrodę otrzymuje tę formę bezgranicznego uwielbienia, malującego się na młodej, pięknej twarzy.


Koss Moss - 2018-08-16, 18:40

           Will przekłada nogi na bok, by Hannibal mógł wygodnie usiąść naprzeciwko. Wanna jest duża, ale nie aż tak, by mogli się w niej nie dotykać. Patrzy, jak mężczyzna bez cienia skrępowania pozbywa się bielizny, i od razu zawiesza wzrok na półsztywnej, dorodnej męskości, która sterczy dumnie spomiędzy bujnej kępki ciemnych włosków. Krew znów napływa mu do uszu i policzków; nie może się napatrzeć, nie potrafi przestać. To, że myślał wcześniej o jakiejś dziewczynie, że całował kiedyś dziewczynę, że nieśmiało dotykał jej ciała, badając delikatne krągłości i wgłębienia, wydaje mu się teraz odległym i niedorzecznym wspomnieniem.
Męskie ciała zachwycają go dalece bardziej: szerokie ramiona i wąskie biodra. Muskularne uda i przeguby. Szczupłe nadgarstki, duże dłonie, długie palce. Twarda jak kamień pierś. Delikatnie wystający brzuch.
I ten penis, na Bogów, ten ogromny penis.
Przygląda się, dopóki nie traci go z oczu pod warstwami piany. Oblizuje spierzchnięte wargi i bezmyślnie wyciąga rękę. Pragnie go dotknąć, zamknąć w palcach, jest ciekawy. Skoro ta lawina już… ruszyła, skoro już doprowadził do tego, że pan Lecter zdradził z nim Alice, chce posunąć się jeszcze dalej. Chce masować go i patrzeć, jak opanowane, dojrzałe oblicze zmienia wyraz. Tak bardzo chciałby…
Pod uważnym spojrzeniem Lectera rumieni się, lecz dopina swego. Pod wodą i gęstą pianą jego palce napotykają na gorące ciało i Will wzdycha urywanie, przymykając oczy i rozchylając usta. Bada delikatnie jego kształt, ostrożnie wiedzie opuszkami wzdłuż trzonu i sięga do miękkich jąder. Uśmiecha się półprzytomnie, ważąc je i lekko uciskając kciukiem.
Potem nagle otwiera oczy, wznosi się na kolana, opiera wolną ręką o krawędź wanny i nachyla do przodu, by zamrzeć z rozgrzaną twarzą tuż przy twarzy mężczyzny. Spod nieznacznie uchylonych powiek, spod niewiarygodnie długich rzęs, patrzy Lecterowi w oczy i oddycha drżąco na jego twarz. Oblepione bielą pośladki trwają wypięte w górze, plecy są wygięte w delikatny łuk, drobna męskość zanurzona jest w pianie, a szczupłe paluszki suną z powrotem w górę, zamieniając się w miły tunel dla półsztywnego, gorącego penisa mężczyzny. Reakcją na to jest minimalne drgnięcie krzywych warg, które w następnej chwili przybliżają się do zaczerwienionych ust chłopca. Jedna z rąk Lectera spoczywa na krawędzi wanny po przeciwnej stronie niż dłoń Willa; palce drugiej wplatają się natomiast w ciemne, wilgotne od potu loki, wywołując u ich właściciela błogie, pełne ulgi westchnienie.
Ze skraju wanny dłoń młodzieńca przenosi się na silne ramię i zatapia w nim paznokcie, gdy języki po raz kolejny tego popołudnia – czy już wieczoru, nie wie, gdyż naprawdę go to nie interesowało – splatają się ze sobą w wulgarny, zaskakująco zgrany sposób.
  ― Mm.
Chłopiec przechyla głowę, trącając językiem narząd smaku Lectera gdzieś w połowie drogi między ich ustami. Pierwsze pocałunki, jakimi go obdarzył, były delikatne i nieśmiałe, ale nie ma już po nich śladu.
Piana spływa z młodego, błyszczącego ciała. Kolana Willa ślizgają się po dnie wanny, gdy młodzieniec walczy o zachowanie pozycji. Paznokcie zarysowują skórę starszego mężczyzny, a dłoń, która dotąd jedynie delikatnie przesuwała się po trzonie, teraz zaciska się mocniej i zsuwa napletek, by obnażyć wrażliwą główkę.
Will wchłania w siebie nieco bardziej chrapliwy oddech Lectera i opuszcza powoli pośladki, przysiadając na własnych łydkach na dnie wanny. Masuje go coraz pewniej i sprawniej, kiedy udaje mu się złapać lepszy kąt. Woda ułatwia płynność ruchów, niwelując wszelkie podrażnienia. Napletek zsuwa się i nasuwa, zsuwa i nasuwa, a ich usta łączą i na ułamki sekund rozdzielają, łączą i rozdzielają.
Z ramienia palce Willa przesuwają się na twardą pierś, by poczuć, jak mężczyźnie łomocze serce i utwierdzić się w przekonaniu, że nie tylko on jest tak poruszony, nie tylko w jego żyłach krew płynie tak szybko.
Z mlaśnięciem przerywa pocałunek, kiedy potrząsa już dłonią tak szybko, że trudno mu się skupić na jednoczesnym poruszaniu językiem. Zaczyna wpatrywać się pełnym żaru wzrokiem wprost w oczy kochanka, początkowo ignorując ból nadgarstka.
Nagle przerywa, wyciąga rękę z wody i potrząsa nią z lekkim uśmiechem, by pozwolić jej się rozluźnić. Potem znów wsuwa ją pod białą pianę, ale nie wraca już do tak satysfakcjonujących ruchów, och, nie.
Rozogniony wzrok chłopca zdradza inny zamiar.
Krągłe pośladki znów wędrują ponad powierzchnię piany, gdy Will rzuca mężczyźnie ostatnie spragnione spojrzenie. Nie pyta o zgodę: po prostu bierze głęboki wdech i zanim Lecter może go powstrzymać, zamyka szczelnie oczy i zanurza głowę w pachnącej kwiatami wodzie. Nurkuje po to tylko, żeby za chwilę miękkie, delikatne usta odnaleźć mogły to, co przed chwilą wybadała dłoń.
Przytrzymując męskość u nasady, na oślep wprowadza ją między swe wargi i upycha głęboko w jamie ustnej, aż do momentu, w którym gardło się buntuje, zmuszając go, by czym prędzej wynurzył się na powierzchnię.
Bierze kilka łapczywych wdechów, przywierając mokrym policzkiem do piersi Lectera. Woda spływa mu po twarzy, piana osiada na nosie, podbródku i rzęsach. A potem chłopiec znów zaczerpuje w powietrza i ześlizguje się po ciele Lectera niżej – po jego pełnym brzuchu, po ścieżce mokrych włosków – aż dociera do celu i wtedy wsuwa go już ostrożniej, już dużo bardziej świadomie, i kto by pomyślał, że pierwszy w życiu raz, kiedy będzie pieścić kogoś ustami, zrobi to komuś starszemu niż własny ojciec, a w dodatku… pod wodą.




H.K.M. - 2018-08-16, 21:38

                      Napięte mięśnie rozluźniają się odrobinę pod gorącą wodą - jedno z silnych ramion opiera się nonszalancko na krawędzi wanny, drugie opuszcza luźno wzdłuż tułowia - tak przyjemnie jest mu tu siedzieć, mógłby z całą pewnością zatopić się w tym cudownym uczuciu.
Po chwili robi się ono jednak jeszcze lepsze - a dzieje się tak w momencie, w którym przed jego twarzą pojawiają się błękitne oczy i rozchylone, czerwone wargi.
I kiedy wokół jego penisa owija się nieśmiała, lecz niezwykle ciekawska dłoń.
Musi przed sobą przyznać - nie tak to wszystko zaplanował - zamierzał ofiarować Willowi rozkosz, ale nie brać niczego w zamian, obejść się smakiem (mimo tego, jak bardzo pragnął skosztować tego zakazanego owocu). Teraz ledwo może sobie przypomnieć o tym postanowieniu, bo szczupłe palce zsuwają się na jego jądra, trącają, sprawdzają, drażnią się.
Nie panuje nad pojedynczym skurczu, przechodzącym przez pokrywającą się kroplami potu twarz - pod bacznym spojrzeniem swego młodego towarzysza nie czuje się oceniany, ale w jakiś sposób ta bliskość, absolutna wymowność, fakt, że to on jest dotykany, nie odwrotnie, sprawia, że...
Że natychmiast ma ochotę ucałować te piękne usta, wpić się w nie, by wyssać z nich każdy z głębokich oddechów, które owiewają mu twarz, które czuje na całym swym ciele, od których jego podrygujący penis sztywnieje mocniej w uścisku palców.
Porusza się delikatnie, napiera na ich ciasny tunel, ale wcale nie musi tego robić, ponieważ Will sam chętnie go pieści, sam wychodzi z inicjatywą, pomrukując mu rozkosznie w pocałunki, które z każdą chwilą stają się coraz figlarniejsze, coraz mocniej przepełnione ich rosnącą znów żądzą.
I nagle ten sam tunel zaciska się na nim mocniej, z masaż nabiera tempa, które wystawia na próbę jego samokontrolę - owłosiona pierś unosi się częściej w urywanych oddechach, wargi rozchylając się w tańcu języków, walcząc o odrobinę przepełnionego wilgocią powietrza.
Nie może uwierzyć, że istota, która sprawia mu właśnie przyjemność w tak pierwotnym i wyuzdanym akcie, jest tym samym chłopcem, który jeszcze przed chwilą bał się przed nim rozebrać, bał się mu spojrzeć oczy, gdy odsłaniał przed nim swe intymności.
Czy ten mały diabeł ma z nim w ogóle cokolwiek wspólnego? Will Graham, którego zna Hannibal nie umiałby tak całować. Nie umiałby tak... przysiąść na dnie wanny, pochylając usta, by...
  ― Mh ― wymyka mu się krótko, gdy dosięgają go delikatne, opuchnięte od pieszczot wargi; potężne ciało napręża się w pojedynczym skurczu, powieki przymykają bezwiednie.
Głowa młodzieńca wynurza się spod wody, posyłając wszędzie pianę i pachnące kwiatami krople - parę z nich osiada mu na twarzy, ale nie zwraca na to uwagi - walczy ze swoim zdradzieckim ciałem, z pragnieniami, o które nawet się nie posądzał, które w ogóle nie powinny się tam znaleźć.
Jest przygotowany na to, że Will może zechcieć się teraz wycofać - może nie jest gotowy na taki poziom spoufalenia i naprawdę, nie musi być, Hannibal jakoś mu to wybaczy, jakoś wytrzyma, przecież nie jest zwierzęciem, nie je...
Ale nie, młodzieniec wcale się nie wycofuje - bierze głęboki wdech i nurkuje znów pod wodę, a jego ciałem, jego wstrętnym i obrzydliwym ciałem wstrząsają znów przejmujące dreszcze. I już, już czuje wzbierające napięcie w okolicach lędźwi, ścisk w nabitych jądrach, ekscytację, rozprzestrzeniającą się po jego żyłach, jak najbardziej zaraźliwy rodzaj wirusa.
Pogryzione wargi rozchylają się w niemym krzyku, gdy ruchliwy język uderza znów w główkę sztywnej erekcji, gdy zasysa się na niej ochoczo, pociągając więcej krwi, zmuszając ją do jeszcze odważniejszego krążenia po zaczerwienionym, nabitym organie.
Sprawne palce zaciskają się mocniej na brzegach wanny, wilgotne kosmyki przyklejają się do dojrzałego oblicza. Im dalej odchyla swą głowę, tym bardziej wypycha biodra i ich spragnione dotyku centrum, atakowane znów przez gwałtowne, zaskakująco wprawne pocałunki.
Jest już tak sztywny i niespełniony... potrafi tylko słuchać własnych pomruków, bulgotania wody i szumu krwi, która buzuje w jego skroniach, przypominając mu o tym, jak prędko musi mu teraz bić serce.
  ― Will ― szepcze pod nosem, gdy gorący język trąca zaczepnie jedno z jąder, znów w ten sam niesforny, wyzywający sposób.
W końcu zaczyna być to jednak wyczerpujące - jak długo można się w końcu napinać w wannie, jak długo można w kółko wstrzymywać oddech?
Na szczęście na to doktor Lecter miał w zanadrzu pewną radę - wystarczyło bowiem dźwignąć się z wody w pełnym pierwotnej agresji ruchu (chaos, był już tylko chaosem) i wyciągnąć swoje ogromne dłonie po spoglądającego na niego z rosnącymi prędko oczami młodzieńca. Przesunąć go, niczym szmacianą lalkę tak, by teraz klęczał (idealnie wyprostowany, grzeczny chłopiec) na dnie, ustawić się przed jego twarzą i wtulić się swoim napęczniałym kutasem w jeden z gładkich policzków, poobcierać się, pozostawiając na zarumienionej skórze mętne, lepkie krople.
Skoro potrafił robić to pod wodą, nie będzie miał żadnych problemów tu, wśród oparów kwiatowych olejków i czystego szaleństwa.
Rozstawia szerzej nogi, nie wypuszczając ze swoich szponów drobnej, anielskiej twarzyczki i napiera czubkiem rozgrzanej pały wprost na rozchylone w zdziwieniu (a może strachu? Nie, czego miałby się bać, wszystko jest w porządku, wszystko jest takie przyjemne) wargi, posiadając je dumnie, zupełnie jakby od zawsze należały tylko do niego.
Cal po calu, mięsista męskość znika w ciasnym tunelu ust, nie pozwalając młodzieńcowi na zaczerpnięcie głębszego tchu. Gdzieś zniknęła czułość, gdzieś zniknęła ostrożność i maska wyrachowania - są tylko oni i ich pożądanie.
Ich nienasycony głód.


Koss Moss - 2018-08-16, 22:07

           Oczy młodzieńca rozszerzają się do absurdalnych rozmiarów, podobnie jak jego źrenice.
Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że Lecter wstaje, by opuścić wannę, ponieważ go rozczarował, ponieważ zrobił coś nie tak.
Ale tak nie jest. Hannibal rośnie nad nim, góruje; jego potężna sylwetka zdaje się wypełniać całe zaparowane pomieszczenie. Kiedy patrzy na niego z góry, wydaje się tak zimny i obcy, dziki, w jakiś sposób naprawdę przerażający.
Nie opuszcza wanny. Zamiast tego chwyta go władczo pod pachy i podnosi, zmuszając do uklęknięcia. Will momentalnie opuszcza wzrok na to, co ma teraz na poziomie oczu, i czuje szarpnięcie w podbrzuszu. Już wie. Już wie, co go czeka. Serce szarpie mu się w piersi, a krew szumi w uszach, zagłuszając chlupot wody. Czy da radę? Czy da sobie radę? Lecter nie wie, nie może wiedzieć tego, co Will – że to jego pierwszy raz, że nigdy wcześniej nie widział nawet innego mężczyzny w pełnej krasie, nie licząc tych w nieprzyzwoitych czasopismach skradzionych spod łóżka Bernarda, czy na wulgarnych filmach.
Jego wargi drżą, w nozdrza zaś wlewa się mocny zapach preejakulatu. Na języku wciąż czuje ten słono-słodki smak, którego namiastki spróbował pod wodą. Zwilża delikatnie wargi, nieśmiało opierając się dłońmi o śliskie krawędzie wanny. Przygląda się uważnie i z bliska temu, co jeszcze przed chwilą tak nieudolnie próbował pieścić; odkąd tylko znalazł się na kolanach, nie potrafi odwrócić od tego wzroku. Perlista kropla pojawia się w ujściu cewki i powoli wycieka na zewnątrz, bladą bielą znacząc swoją ścieżkę. Hannibal ujmuje trzon swojego kutasa i Will nagle przypomina sobie o oddychaniu: bierze desperacki wdech w tej samej chwili, w której napęczniały fiut ociera się o jego mokry policzek wraz z ruchem bioder mężczyzny, raz, drugi, trzeci. Palce Lectera przytrzymują jego twarz, nie pozwalają mu się odsunąć, nie pozwalają przygarbić czy osunąć w dół: zostaje zmuszony do utrzymania idealnie wyprostowanej postawy i to chyba trochę niepokojące, ale też szalenie, szalenie podniecające, klęczeć przed kimś takim, tak blisko jego fiuta, tak blisko… I nie musieć myśleć, czego on chce, czego oczekuje, ponieważ Hannibal sam to bierze.
  ― Aachmnnh ― wydusza słabo, gdy mokra główka ześlizguje się z policzka na jego wargi, a następnie napiera na nie, wdzierając się do środka i dławiąc jęk. Pod jej naporem Will rozwiera szeroko usta i zęby, i bardzo szybko zapiera się niespokojnie dłonią o udo Lectera, ponieważ nie może, nie może przecież wziąć go więcej. Klepie go lekko, nerwowo, spoglądając zaszklonymi oczami wysoko w górę, gdzie widzi jego napiętą twarz.
Lecter przestaje napierać dalej. Opiera się rękami o kafelki i nachyla się, ogromny i przytłaczający, budzący jakiś rodzaj pierwotnej trwogi, na którą błękitne oczy rozwierają się mocniej.
Mężczyzna wbija w Willa intensywne, wyczekujące spojrzenie. Nie zna określenia „nie mogę”.
Młodzieniec odruchowo chwyta oburącz jego męskość tuż przy swych ustach i zamyka oczy, odcinając się od tego naglącego, przerażającego wzroku. Szczęki bolą go od szerokiego rozwierania – wciąż musi przypominać sobie o trzymaniu ich szerzej – a słony posmak rozlewa mu się po ustach; wydzielina osiada na końcówce języka, spływając do gardła. Trwają tak chwilę, nim w końcu Will przełamuje się, zsuwa rozpalone dłonie niżej, do samej nasady, a potem przesuwa je na biodra mężczyzny i lekko go do siebie pociąga, uchylając powieki, by spojrzeć na niego ponownie, by podziwiać jego szalenie pociągającą mimikę.
Natychmiast nieruchomieje, gdy Lecter syczy wściekle, otarłszy się o jego zęby. Dojrzała twarz wykrzywia się w zwierzęcym grymasie: górna warga mężczyzny unosi się, nadając jego obliczu wyglądu ściągniętego, wilczego pyska, na co serce Willa zamiera. Duża dłoń opuszcza kafelki i mknie ku młodzieńczemu policzkowi, ale zatrzymuje się o milimetry od niego. Chłopiec napina się, prawie kuli, jakby był już pewien, że…
Ponieważ przez chwilę był pewien, że…
Ale on nie zrobiłby mu tego, przecież nigdy by go nie uderzył. To nie ten typ człowieka – tak kulturalny, starszy dżentelmen nie byłby zdolny do agresji. To nic takiego. Zwykły odruch, który on wyolbrzymił sobie w wybujałej, przejaskrawionej wyobraźni.
Musi uważać na zęby, to pewne. Otworzyć usta szerzej.
Robi to, zaciskając palce na twardej kości biodrowej mężczyzny. Odpycha go lekko od siebie, by wielki fiut niemal wysunął się na zewnątrz, a potem nie musi już przyciągać z powrotem, ponieważ Lecter robi to sam.
Sam zaczyna pieprzyć jego usta, jak swoją zabawkę.
I Will skupia każdą cząsteczkę swojej woli na tym, ażeby tylko nie zewrzeć zębów, ażeby tylko wytrzymać i dać mu to wszystko, czego tak bardzo chce – czego obaj chcą – ponieważ sprawianie przyjemności komuś takiemu… to też rozkosz, która może się niemal równać z tą przeżywaną przez niego przed chwilą.
Trzyma wciąż ręce na jego biodrach, mimo że nie ma nad nimi najmniejszej kontroli. Zaciska powieki i pozwala na wszystko. Hannibal Lecter rżnie go w usta. Sam Hannibal Lecter.
Jedną z dłoni przesuwa nagłym ruchem wyżej, na jego mokry brzuch, i sunie po nim właściwie bezmyślnie w górę i w dół, czując pracę mięśni, czując każdy ruch. A potem przesuwa rękę do tyłu, na końcówkę jego pleców. Na jego… pośladek. Zaskakująco… twardy i… seksowny. I zaciska na nim palce, coraz bardziej tracąc dech, coraz bardziej dławiąc się tym wielkim, brutalnym kutasem.
Nie kontroluje odgłosów, które z siebie przy tym wydaje, ani spazmów, którymi od czasu do czasu buntuje się gardło.
I mnie jego pośladek, odnajdując spełnienie w tym rozkosznym upodleniu, w coraz cięższym oddechu swego kochanka, w świadomości, że… doprowadził się on do tak dzikiego stanu – nim.


H.K.M. - 2018-08-16, 23:42

           Jakże dziwnie jest mu oglądać tę twarz, gdy świat stoi w płomieniach - jak dziwnie jest patrzeć w te oczy, gdy zamiast błękitu, emanują ziejącymi studniami rozszerzonych źrenic, które w takiej chwili wydają mu się starsze niż samo istnienie.
Jęczy ochryple, wsuwając się głębiej w wilgotny tunel, powstały z rozpalonych, czerwonych jak samo piekło warg - pieprzy je, nie przejmując się już nawet tym, że co jakiś czas jego napęczniały kutas ociera się o małe, ostre ząbki. Teraz nawet to staje się już przyjemne; zwłaszcza, gdy towarzyszą temu sprośne, niemożliwie wyuzdane ruchy małej, sprawnej dłoni, obmacującej jego pośladki, jakby czynił to ostatni, zepsuty na wskroś zboczeniec, nie niewinny chłopiec.
Gardłowy pomruk rozlega się ponownie, odbijając od ścian, gdy cieknąca pała wysuwa się na moment z lepkich od soków ust - marszczy się gniewnie, niezadowolony z takiego obrotu słów, ale zaraz rozumie jednak, uśmiechając się mrocznie.
Uśmiechają się obaj, bo Will wysuwa na jego widok różowy, błyszczący język i obejmuje nim główkę kutasa, zbierając chętnie zwisającą ciężko maź - zbiera jej każdą kroplę, delektując się nimi, jak ostatnia dziwka.
Duża dłoń odkleja się wreszcie od kafelków, by przenieść się na mokry od potu policzek - przez chwile rozciera po nim tylko krople wody i potu, wyraźnie zafascynowany gładkością skóry, jej niepowtarzalną barwą i...
Ale zaraz potem jego intencje ulegają gwałtownej zmianie - napręża dwa palce i błyskawicznym ruchem wciska je tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się jego erekcja - rozszerza nimi zwarte szczęki kochanka, zmusza go do otworzenia ich tak szeroko, jak ten tylko potrafi (a może i szerzej) i - o, zgrozo - dociska tam jeszcze i kutasa, zupełnie jakby same palce nie wystarczały do spełnienia estetyki rodzącej się w chorym umyśle wizji.
Drobne ciało zapiera się, próbuje walczyć, ale nie otrzymuje ku temu odpowiednich okazji - umięśniony brzuch zatrzymuje się jedynie o cale od rozpalonej twarzy, gdy ogromny kutas wdziera się w młodzieńcze gardło, odcinając mu skrupulatnie dopływ powietrza.
Przyjemność jest tak intensywna, że momentalnie odrzuca głowę do tyłu, a czyni to tak energicznym ruchem, że przylepione do twarzy włosy odklejają się natychmiast, rozsiewając wokół przezroczyste krople, przesycone ciężkim, piżmowym zapachem.
Mięśnie pośladków poruszają się wyraźnie pod napiętą skórą, podczas gdy szczupłe paluszki pozostawiają na nich odciśnięte, półksiężycowe pamiątki, po desperacko wbijanych paznokciach.
Pokonany chłopiec próbuje jeszcze walczyć, dać jakoś znać, że za chwilę nie będzie już miał czym oddychać, ale pan Lecter zna możliwości ludzkich ciał i dobrze wie, że Will wytrzyma jeszcze trochę, że wytrzyma akurat tyle, by on sam mógł w spokoju...
  ― Taip gerai ― wykrzykuje nieprzytomnie, dociskając się w pieprzone wnętrze najgłębiej, jak jest tylko w stanie. Młody Graham porusza rozpaczliwie ramionami, zaciska je na silnych udach, próbując odepchnąć od siebie intruza... nie, wcale nie (zdaje sobie sprawę na granicy przytomności) on wcale go już nie odpycha. Ta mała bestia przyciąga go do bliżej, pogrążona w bezgranicznym uwielbieniu dla własnego upodlenia.
I Hannibal dochodzi, dochodzi, jęcząc ochryple, rozlewając się obficie w nastawiony mu posłusznie przełyk, w otwarte dla niego gardło. Dochodzi, przyciskając gorącą twarz do mokrych kafelek, uderzając w nie pięścią, zaciskając palce na wklęśniętych od ssania policzkach.
I choć sam akt uniesienia nie może trwać dłużej, niż pół minuty, kiedy ostatni spazm rozkoszy opuszcza go wreszcie, ma wrażenie, jakby w między czasie przepłynęły setki, miliony lat świetlnych, oddalających go na tę krótką chwilę do innego wymiaru, do oddzielnej galaktyki, z której powrócił teraz, uderzony przez ogrom swoich czynów.
Swoich niegodnych, paskudnych i bezgranicznie grubiańskich czynów, za które będzie musiał prawdopodobnie zapłacić najwyższą z możliwych cen.
  ― Will ― chrypi słabo, ledwo zdolny do złapania oddechu. Klęka z trudem w wodzie, ocierając dłonią spływające po twarzy krople. ― Czy ty... wszystko w porządku?


Koss Moss - 2018-08-17, 00:29

           Will zwrócony jest w bok; opiera się przegubami oburącz o krawędź wanny, uwiesza na niej i trwa tak, nieruchomo, jakby ktoś naprawdę zrobił mu krzywdę.
A jednak kiedy podnosi głowę na słowa Lectera, kiedy zwraca zarumienioną twarz ku obliczu mężczyzny, wygląda przede wszystkim na zmęczonego, ale zdecydowanie nie na skrzywdzonego.
  ― Tak ― mówi ochrypłym, nieco zduszonym głosem (boli go gardło, język, policzki, jest taki zmęczony, zużyty, słaby). ― Tak, wszystko dobrze.
Potwierdza zapewnienie jednym z łagodnych, ospałych uśmiechów, za którym kryje się nutka niepewności, jakiś cień obaw.
Bo… co będzie dalej? Jak ma wyglądać ich znajomość po czymś takim? Nie wyobraża sobie, żeby mogli funkcjonować jak dawniej. Nie ze wspomnieniem spragnionych warg i twardego penisa w ustach. Nie po tak intymnym, wstydliwym zbliżeniu. Och, nie.
Hannibal chrząka, a wydaje się przy tym odrobinę skrępowany. Sięga po czystą, miękką myjkę i pochyla się z uśmiechem, by pogładzić mokre, brązowe pasma, które nawet w takim stanie już zaczynają się uroczo skręcać, przyklejone do jasnej skóry.
  ― Umyję cię ― pada i Will nie dyskutuje. Obraca się w wannie, by siedzieć tyłem do jej wolnej części, i po chwili słyszy chlupot wody. Lecter siada tuż za nim, wyciągając nogi po obu stronach drobnego, lekko skulonego ciała.
W milczeniu obmywa gładkie plecy i ramiona; pierś i szyję. Myje szczupły brzuch i uda, a nawet łydki, wychylając się do przodu. Trwa to kilka minut, nim odkłada myjkę i sięga do włosów.
Will odchyla głowę i przymyka oczy. To wszystko jest tak przyjemne, tak delikatne i odmienne od tego, co miało miejsce przed chwilą. Zagryza obolałe i wymęczone wargi, rozbity rozkosznym masażem skroni i potylicy. Tak dobrze mu, kiedy precyzyjne palce zataczają na jego skórze głowy kręgi, dokładnie masując. Nadstawia się i łasi do tych dużych dłoni – cały ból i dyskomfort w gardle z wolna odchodzą w zapomnienie – a kiedy pachnący szampon jest już dokładnie wsmarowany w jego loki, odchyla głowę i pozwala, by Hannibal dobrał temperaturę wody, a następnie opłukał go strumieniem prysznica.
Odchyla się sennie – jest tak wyczerpany – i opiera o ciepłą, twardą pierś. Kładzie głowę na jednym z szerokich barków, rozchylając wargi i otwierając oczy, by popatrzeć w te rozszerzone źrenice.
Jest tak… dziwnie. Nie jest pewny, co myśleć, jak się zachować; jakimi słowami odezwać się do niego po tym, co zrobili.
Imię Alice ciągle nieznośnie wybija się na wierzch jego myśli. Co z nią? Czy się dowie? Czy Lecter ją zostawi? Czy będzie chciał mieć ich oboje? A może to jego porzuci, uznając to za zabawę, nic nie znaczącą odskocznię od szarej codzienności?
Tyle pytań kłębi się pod kopułą ciemnych loków, tyle obaw i wątpliwości.
A czego by właściwie chciał? Tego też nie wie. Przez całe życie był właściwie odosobniony, ludzie zbliżali się do niego, ale nie decydowali się na pozostanie. Przywykł do swojej samotności, była bezpieczna, niezmienna i stabilna, przynajmniej ona. Dawała mu czas na przemyślenia i sztukę, pozwalała złapać oddech, otrzeźwiała, oddzielając go od niepotrzebnych emocji i uczuć.
A teraz? Teraz to wszystko runęło, cały jego skrupulatnie budowany mur, cegiełka po cegiełce, rozprysł się na kawałki, zaatakowany niskim tembrem ochrypłego głosu, dotykiem dużych dłoni, zainteresowanym spojrzeniem bystrych oczu i błyskiem ostrych kłów.
Co więc się stanie?
Unosi powoli ciepłą dłoń i przechyla w prawo, by delikatnie trącić nią rękę Lectera, spoczywającą spokojnie na krawędzi wanny. Splatają palce. Na dojrzałe wargi wpływa cień uśmiechu. Leżą tak – i odpoczywają, patrząc na siebie, lecz nie zawsze się widząc; rozkoszując się swobodą i wolnością płynącą z tej nietypowej bliskości, w której nie trzeba nosić masek.
Przynajmniej przez tę jedną chwilę.
           Will przygląda się, stojąc w drzwiach kuchni w błękitnej koszuli i niczym więcej (bielizna jest brudna, spodnie – mokre od leżenia na podłodze zachlapanej przez wodę wylewającą się z wanny przy ich wyczynach), jak Hannibal podrzuca jajko i łapie je ostrzem noża, rozcinając zarazem skorupki na idealne połowy, a zawartość łapiąc w szklaną miskę. Wydaje mu się, że mężczyzna nie wie o jego obecności – nawet nie wie, w jak wielkim jest błędzie.
Uśmiecha się leciutko i uderza kilkakrotnie w dłonie, pełen uznania dla jego precyzji i umiejętności. Przywitany zachęcającym spojrzeniem, wchodzi głębiej do przestronnego pomieszczenia.
  ― Mogę spróbować? ― zapytuje wciąż jeszcze trochę zduszonym, zachrypniętym głosem.
I Hannibal zaprasza go bliżej, pozwala stanąć między sobą a błyszczącym blatem. Staje tuż za plecami młodzieńca, wsuwa do jego ręki nóż i układa w niej, przesuwając szczupłe palce, usztywniając chudy nadgarstek.
  ― Trzymaj go nieruchomo w tej pozycji ― szepcze do niewielkiego ucha, pieszcząc je ciepłym oddechem. Dłoń Willa zaczyna drżeć, więc przytrzymuje ją ze spokojem, unieruchamia.
Młodzieniec odchyla się lekko, odnajduje oparcie w szerokim torsie.
  ― A teraz ― kontynuuje Lecter, biorąc jedno ze świeżych jaj ― podrzucam.
Patrzą obaj za jajkiem, które wzlatuje nad ich głowy, a później szybuje w dół, by rozbić się o doskonale ostrą krawędź noża i zawisnąć na ostatnim skrawku skorupy.
Żółtko i białko spływają do miseczki, tworząc w niej wymyślne kształty.
Will odwraca się przez ramię i obdarowuje go uszczęśliwionym uśmiechem.
  ― Ależ pan lubi się popisywać.


H.K.M. - 2018-08-17, 01:43

           Oczywiście, że to uwielbia - szczególnie zaś, gdy ma przy sobie tak wdzięczną widownię, gotową posłać pełne uwielbienia spojrzenie, ilekroć czymś się zachwyci.
A zachwyca się tak prosto i z taką gracją, z całymi pokładami nieodpartego uroku (tak jest, nawet on, nawet Hannibal Lecter nie potrafi się mu oprzeć).
Komentarz chłopca zostaje jednak (fałszywie) skromnie przemilczany i przechodzą do wspólnego przygotowywania posiłku.
Ktoś mógłby się teraz z całą pewnością założyć o to, że po tym wszystkim, co miało między nimi miejsce jeszcze chwilę temu, niezręczność towarzyszyć im będzie już do końca dnia, ale magiczne właściwości ich niezwykłej relacji postanawiają zadziałać raz jeszcze - ich podboje kuchenne przebiegają, bowiem w atmosferze tak lekkiej i przyjaznej, że można by śmiało posądzić, iż nic niezwykłego nie miało tego dnia miejsca.
Hannibal uczy Willa, jak należy prawidłowo kroić różne rodzaje pieczywa i mięsa, jak obrać ziemniaka w taki sposób, aby zajęło to dziesięć sekund, przekazuje mu całą swoją wiedzę odnośnie solenia makaronu, a nawet zdradza jeden ze swoich sekretnych składników świątecznej pieczeni.
I mimo faktu, że gdzieś z tyłu głowy pan Lecter wciąż słyszy pikanie czerwonej lampki[CHYBA WINA LOL] (to takie niepoważne, pozbawione wszelkiej moralności)
W końcu zasiadają wspólnie do stołu, roześmiani, rozochoceni i głodni - któż nie byłby głodny po takich wrażeniach?
Postanawiają nałożyć sobie wzajemnie potrawy, każdy według własnego uznania - jak wielkie jest jego zdziwienie, gdy powracający do niego talerz ozdobiony jest tak pięknie, że przez chwilę nie potrafi z siebie wydusić odpowiedniego słowa, wyrażającego jego podziw, jego bezgraniczne uwielbienie dla tego młodego człowieka.
  ― Zachwycające ― wzdycha, obdarzając młodzieńca szczerym, niemożliwym do opanowania uśmiechem. Tak dobrze jest spotkać w swoim życiu kogoś jeszcze, kto podziela jego pasję do sztuki, do estetyki. ― Co cię zainspirowało?
Pyta, sięgając po lampkę z delikatnym, białym winem - wdycha jego słodkawy, owocowy aromat i upija odrobinkę, rozkoszując się specyficzną słodyczą dojrzałych winogron.
Chłopiec podnosi na niego wolno spojrzenie, mrugając intensywnie - został najwyraźniej wyrwany z zamyślenia, tak często przy twórczym szale.
  ― Harmonia i spokój wokół pana, w życiu codziennym ― mruczy ― oraz dzikość i brutalność, które wkradają się do pańskich ruchów w chwilach, kiedy... zapomina się pan.
Na krótką chwilę jego serce przyśpiesza swój rytm, niczym niespokojny ptak, próbujący wyrwać się ze swej klatki - na dojrzałym obliczu maluje się mały, krótki uśmieszek, ale nie jest on już tak szczery, ponieważ...
Hannibal jest zaskoczony szczerością swojego gościa - musi przyznać, absolutnie się jej nie spodziewał - oczekiwał raczej wymijających przenośni, czegoś banalnego.
To, co powiedział Will Graham jest absolutnie niebanalne.
Wsuwa do ust kawałek jajka, przeżuwając je nieśpiesznie - kiedy szczupła dłoń sięga po butelkę z winem, pan Lecter wyciąga swą dłoń, zastępując wino pękatym dzbankiem z sokiem dyniowym.
Chłopiec waha się przez chwilę, wznosząc w górę jedną z wyraźnie zarysowanych brwi - zaraz przyjmuje jednak kulturalnie oferowany sok i nalewa go sobie do wysokiej szklanki.
  ― Wino rzeczywiście chyba mi nie służy  ― mówi ze zmartwieniem i Hannibal dobrze wie, co zaprząta teraz umysł jego posmutniałego towarzysza.
Na samą myśl o tym, czego się dopuścili (tylko z jego winy, przecież to *on* podał swojemu pacjentowi alkohol) przez jego... błąd, ogarnia go fala bezbrzeżnego zakłopotania, wręcz obrzydzenia dla własnego postępowania, doskonale widocznego na dojrzałej twarzy.
  ― Will ― odzywa się poważnie, unosząc głowę, by popatrzyć swemu rozmówcy w oczy ― jeżeli cokolwiek z tych rzeczy, które... ― Pan Lecter przymyka powieki, jakby samo myślenie o czymś takim było dla niego zbyt bolesne ― robiliśmy wcześniej, zrobiłeś tylko dlatego, że byłeś pod wpływem alkoholu,chciałbym żebyś mi o tym powiedział. Jeśli czujesz się wykorzystany ― ściąga delikatnie wargi, spuszczając wzrok na własne dłonie ― chcę o tym wiedzieć. Postaram się wtedy już nigdy... nigdy więcej tego nie robić.



Koss Moss - 2018-08-17, 03:08

           Ta chwila musiała nadejść – musieli poruszyć ten temat – i choć Will starał się unikać tego, gdy przygotowywali kolację, w końcu coś pękło, i chyba nie tylko w nim.
Podnosi spojrzenie na poważne oblicze swego rozmówcy.
Czy to przez alkohol w połączeniu z tabletkami dopuścił się tego wszystkiego? Czy był nieświadomy swych czynów, gdy zasiadał na kolanach Lectera, całując się z nim z pasją, zapominając o tym, kim dla siebie są, jak wiele dzieli ich lat, jak bardzo to niestosowne…
  ― Nie, nie ― mówi nagle po dłuższej chwili niż odpowiedziałaby skupiona, stabilna osoba. ― Nie czuję się wykorzystany. Prawdę mówiąc, sam… nie wiem, jak się czuję.
Opuszcza wzrok z jego oczu na wargi, na których widnieje ślad po jego kle (nie wiedział, że gryzie go tak mocno, nie myślał o tym, że chce coś takiego zrobić; ledwie pamięta, co robił, jakby to był ktoś inny, jakby coś przejęło nad nim kontrolę).
Czerwieni się, gdy niewyraźne wspomnienia atakują jego świadomość, przypominając, jak bardzo się odsłonił, jak bardzo pozwolił sobie odpłynąć.
Nabiera na widelec kawałek jajka i przeżuwa go ze spojrzeniem wbitym już tylko w blat.
  ― A jak pan się czuje ― pyta cicho, licząc, że pomoże mu to dojść do jakiegokolwiek ładu ze sobą samym. Może mógłby przyjąć jego odczucia jako własne. Czasem tak jest łatwiej niż szukać odpowiedzi w sobie, wśród tak wielu sprzeczności. Ale czy przyjdzie mu z łatwością zaakceptowanie czegoś, czego nie chciałby usłyszeć?
Zapada długie milczenie. Podnosi w końcu wzrok na swego rozmówcę – przyjaciela – czy kogoś więcej? – i widzi powagę i wahanie na twarzy mężczyzny.
I wie, że pomoc nie przyjdzie.
  ― Ciężko mi określić, co w tej chwili czuję ― odpowiada mu Lecter, i Will przez chwilę ma absurdalne przeczucie, że jest to celowe i złośliwe działanie, że Hannibal go testuje, że chce go zmusić do myślenia, do poradzenia sobie z tą sytuacją na własną rękę, może w ramach terapii. ― Myślę, że odnosimy się do tej sprawy bardzo… podobnie.
Jak Hannibal Lecter może czegoś nie wiedzieć? To on, Will, jest po raz pierwszy w takiej sytuacji. Ale ktoś taki jak on? Ktoś z takim bagażem doświadczeń? Jak może nie wiedzieć, co czuje?
Will marszczy z irytacją brwi.
  ― Więc co dalej? ― pyta i choć w jego głosie słychać nieopanowaną nutę złości, tak naprawdę drażni go bezradność wobec własnych uczuć, i wobec niemożności wpłynięcia na jego uczucia, jak mu się wydaje.
Hannibal wzdycha pod nosem – i on zdradza oznaki zdenerwowania, i Will łypie na niego z coraz większą podejrzliwością nieznanego źródła.
  ― Will ― mężczyzna z twardą nutą ― co według ciebie powinno być dalej?
Młodzieniec podrywa dość gwałtownie głowę i zadziera podbródek, zaciskając palce na widelcu aż do ich białości.
  ― Proszę przestać to robić. Cały czas to pan robi. Proszę przestać ― mówi podniesionym głosem, aż drżąc.
  ― Przestać co robić ― pyta mężczyzna ostrzej niż kiedykolwiek przedtem. ― Zastanawiałeś, jak brzmi to pytanie? W jakiej stawia mnie sytuacji?
Will zgrzyta zębami, gdy dociera do niego oczywista prawda, wzbudzając w nim przypływ niepohamowanej złości.
  ― Pan chce, żebym czuł się wykorzystany ― cedzi. ― Pan tego chce.
  ― Gdybym tego chciał, nie wyglądałoby to w ten sposób ― odpiera Lecter, sięgając po kieliszek. Upija z niego duży łyk wina, śledzony przez parę wilgotnych, błękitnych oczu, a potem całe napięcie na jego twarzy znika pod zwyczajową maską. Kieliszek wraca na stół, Hannibal chrząka cicho. ― Może napijesz się herbaty?
Will potrząsa głową, odkładając widelec. Gardło zaciska mu się tak, że wie już – nie przełknie już ani jednego kęsa więcej, jakkolwiek doskonała nie byłaby zaserwowana mu potrawa.
  ― Pójdę już, panie Lecter ― mówi w końcu i chyba dopiero, gdy padają te słowa, rzeczywiście to postanawia. Podnosi się i spogląda na błękitną piżamę, którą ma na sobie. ― Oddam ją jutro.
Zaczesuje wilgotne jeszcze włosy za ucho i nie bacząc na to, jak niezwykle jest to grubiańskie, rusza to drzwi, gotów założyć na gołe stopy buty, i narzucić płaszcz na górę od piżamy, byleby tylko wyjść, zamknąć się w swoim bezpiecznym, cichym świecie i nigdy już, nigdy już…
Nie wychodzić, Will?


H.K.M. - 2018-08-17, 03:50

           Spodziewa się wielu rzeczy, wielu gorzkich słów, wyrazu wzgardy, obrazy, może nawet obrzydzenia - nie spodziewa się jednak tego, że cierpkie słowa, wyrzucane zza kształtnych warg z takim jadem, z taką złością - że uderzą go ono prosto w miejsce, które z reguły ukryte jest przed dostępem dla innych ludzi. Jakim cudem, zastanawia się, walcząc z ochotą uczynienia głupich, głupich rzeczy, jakim cudem udało się to osiągnąć tak niepozornej istocie, jak mógł wiedzieć, że...
Opanowuje się szybko, zwilżając wargi winem. Nikt nie ma prawa doprowadzać go do takiego stanu, absolutnie nikt.
Nigdzie nie pójdziesz.
Odzywają się w jego głowie słowa, słowa, które najchętniej wydusiłby z siebie, wycedził podniesionym głosem, ale nie robi tego, ukryty bezpiecznie pod swoją maską.
  ― Odprowadzę cię ― odpowiada spokojnie ze swoją zwykłą uprzejmością, wiedząc, że to właśnie ona, tylko ta chłodna uprzejmość może doprowadzić rozwścieczonego młodzieńca do skraju wytrzymałości (tak jak on ośmielił się... niemalże... nikt nie ma prawa).
Podnosi się od stołu, odkładając sztućce na talerz z niedokończoną, stygnącą kolacją. Trudno, obejdzie się smakiem - przy tym, co wyczynia jego niewdzięczny gość stracił już apetyt.
Will potrząsa stanowczo głową, nie odwracając się wciąż w jego stronę. Na krótką chwilę zaciska mocno pięści, by zaraz rozluźnić je usilnie.
  ― Jestem dużym chłopcem i poradzę sobie bez pana.
  ― Dużym chłopcem, który planuje wyjść na ulicę nocą, w środku zimy, z niewysuszonymi włosami, w piżamie? ― Podsuwa, przechylając delikatnie głowę. W niskim głosie można usłyszeć kpiący uśmieszek.
Momentalnie młodzieniec zamiera, zastyga w swej pozie - wreszcie odwraca się powoli, bardzo powoli i kieruje na niego spojrzenie błyszczących oczu.
  ― Nie jestem psychopatą.
  ― Nie jesteś ― zgadza się Hannibal, po chwili milczenia. ― Dlatego chciałbym abyś pozwolił mi się odprowadzić. Dobrze wiesz, że w tych okolicach nie jest już bezpiecznie.
Wraz ze swymi słowami, zbliża się do niego powoli - wyprowadza oczywistą technikę manipulacji, dominując towarzysza swoimi szerokimi ramionami, dumną posturą, specyficznym sposobem poruszania.
  ― Myśli pan, że nie pójdę do domu ― mówi.  ― Może pan sobie patrzeć przez okno.
Ale im bliżej niego znajduje się pan Lecter, coś zmienia się w zaciętym wyrazie twarzy, a błękitne spojrzenie pęka, ujawniając swoją prawdziwą naturę, naturę skrzywdzonego chłopca, przesiąkniętego na wskroś rozpaczą, desperacją - w tym samym momencie Will odskakuje gwałtownie, szarpiąc za klamkę i wybiega przez drzwi, nie zamykając ich nawet za sobą.
Hannibal wzdycha cicho, wsłuchując się w kroki, skrzypiące na śniegu - potem w odgłos otwieranej bramki i wreszcie klucza przekręcanego w zamku.
Zamyka drzwi, stojąc przez chwilę z dłonią, owiniętą wokół dotykanej jeszcze przed chwilą klamki. Pochyla się, dostrzegając na metalowej powierzchni odciski z pofalowanymi liniami papilarnymi - w takiej chwili ciężko mu uwierzyć, że jeszcze... godzinę temu...
Nie zastanawia się długo nad tym, co powinien teraz zrobić - przechodzi przez salon do jednego z korytarzy, sięgając po bezprzewodową słuchawkę telefonu i wybiera starannie nr. Jacka Crawforda.
  ― Jack ― odzywa się smutno, gdy jego sąsiad odbiera wreszcie połączenie.
Czy coś się stało, Hannibalu? Nie brzmisz najlepiej. Czy to ma coś wspólnego z Willem?
  ― Niestety, ma ― odpowiada cicho, zerkając przez okno, na prószący gęsto śnieg. ― Właśnie wyszedł ode mnie z domu. Wydaje się bardzo niestabilny. Być może to przez to, że czuł się bardzo porzucony podczas nowego roku. Obawiam się, że powinieneś na niego bardzo uważać, Jack. Na twoim miejscu nie wypuszczałbym go z domu.

           Nocą, zasłony w błękitnej sypialni są szczelnie zaciągnięte - Hannibal nie może przez nie dojrzeć choćby i najmniejszej smugi światła.
Do późna krząta się po domu, pozbywając się z niego pozostałości po tym... specyficznym wieczorze - zbiera ze stołu resztki jedzenia, zmywa mokrą podłogę w łazience (przemoczone ubrania składa starannie, by odać je z samego rana do pralni) zbiera z salonu szkicowniki i ołówki - każde z miejsc krzyczy głośno o rzeczach, których było świadkiem, przez co w żaden sposób nie może pozbyć się ich z głowy.
Dopiero gdy noc zaczyna już z wolna graniczyć z dniem, zdobywa się na położenie do łóżka, wbijając wciąż dziwnie skupione spojrzenie w gładką biel sufitu. Przymyka powieki, witając pod nimi szczupłe pośladki, pokryte pianą. Odchyla głowę, wzdychając głęboko, gdy do pośladków dołącza zaraz wąski tułów, długie ramiona i szyja, piękne, ciemne loki i duże oczy, o barwie najczystszego błękitu.
Co on najlepszego narobił - jak bardzo był nierozsądny (och, łagodnie powiedziane), pozwalając, by wydarzyły się między nimi te wszystkie...
Między psychiatrą a jego pacjentem.
Między wykładowcą a jego studentem.
Między dojrzałym mężczyzną a zagubionym chłopcem, który mu ufał.
Który jest na niego wściekły i czuje się teraz tak bardzo zraniony. Który myślał chyba, że... po tym wszystkim...
Zrywa się pośpiesznie z łóżka, zrzucając z nóg jewdabiste przykrycie.
Nawet jedwab wydaje się w taką noc szorstki.


Koss Moss - 2018-08-17, 04:46

           Will zostaje zamknięty w domu: Jack oznajmia, że nie pójdzie ani na uczelnię, ani nawet do sklepu. Młodzieniec patrzy na niego ze zgrozą, obrzydzeniem i szczerą niechęcią, utwierdzając tym samym agenta Crawforda w poczuciu słuszności podjętej decyzji.
Hannibal ma rację, jego drogi bratanek utracił resztki stabilności. Odsuwa się kolejno od wszystkich w swoim otoczeniu. Nawet od samego doktora Lectera, którego zdawał się tak uwielbiać, ponieważ gdy wyczerpany dniem Jack (Rozpruwacz znów dał im popalić) przychodzi po południu porozmawiać z młodzieńcem o czekającej wkrótce wizycie u Hannibala, spotyka się z kategoryczną odmową.
  ― Nie! ― wykrzykuje ze złością Will i popycha drzwi, usiłując wypchnąć wuja z pokoju.
Ale Jack Crawford jest silnym mężczyzną, bez problemu jest w stanie otworzyć drzwi, odpychając tym samym chłopca, a wreszcie podejść do niego i chwycić go za ramiona.
Chce nim potrząsnąć, doprowadzić go do porządku. Zapewnić, że wszyscy chcą dla niego dobrze, ale…
  ― NIE DOTYKAJ MNIE!
Wrzask, który wydobywa się z młodej piersi, ma efekt jak uderzenie pięścią; Jack sztywnieje i puszcza drobne ramiona, wstrząśnięty, bo cóż mogło wywołać taką reakcję, jakiego potwora musi widzieć w nim ten chłopak?
Wtedy Will na podobieństwo przestraszonego zwierzęcia rzuca się na korytarz i w straceńczym biegu dociera na dół, do drzwi wyjściowych. Szarpie za klamkę, ale ta nie ustępuje, więc Will podbiega do okna, aby odkryć, że i jego klamka została zabezpieczona zamkiem. Jack lub ciotka musieli zatroszczyć się o to w ciągu ostatnich kilku godzin; naprawdę tylko ze względu na niego?
Szarpie ją bezskutecznie, a kiedy dociera do niego, że nie ma ucieczki, że nie ma żadnego wyjścia, został tu zamknięty jak w ośrodku, chwyta się za głowę i zaczyna krzyczeć na całe gardło, niech całe sąsiedztwo wie, niech całe sąsiedztwo widzi, nie pozwoli, by go dotknął, nie pozwoli się skrzywdzić, nie pozwoli molestować, nie pozwoli.
Jack zmuszony jest użyć wobec niego siły, by zaciągnąć go z powrotem do sypialni. Tam zamyka młodzieńca na klucz i wykonuje pośpieszny telefon.
  ― Doktorze Chilton ― podejmuje, gdy tylko słyszy po drugiej stronie znajomy głos. ― Jest problem z Willem. Jesteśmy kompletnie bezradni. Prawdopodobnie potrzeba silnych leków, żeby go uspokoić. Czy mogę go przywieźć?

           Will tuli policzek do oparcia kanapy, wpatrując się w swoje dłonie. Stan, w jakim przywiózł go Jack, nie wskazywał na utratę kontroli. Chłopak wydawał się jednak zdenerwowany, głęboko czymś poruszony. Wściekły, że coś poszło nie po jego myśli. Młodzieńcy.
  ― Zamknął cię w domu? ― zapytuje Frederick, podsuwając pacjentowi kolejną szklankę wina. To doskonały sposób, aby dowiedzieć się prawdy. Niekiedy najbardziej prymitywne metody okazują się najskuteczniejsze. Alkohol rozwiązuje język. Kto chce zachować milczenie, winien wziąć przykład z konia i pić wodę.
  ― Bezprawnie ― potwierdza natychmiast jego wyraźnie nieszczęśliwy pacjent. ― Próbuje mi wmówić, że jestem szalony. On. Próbuje mi wmówić, że jestem szalony. To on jest szalony. To on jest nienormalny.
  ― Rozwiń, Willu.
  ― Nie, nie.
  ― Wypij jeszcze, zrobi ci się lepiej.
  ― Nie chcę o nim mówić. Musi pan go tylko przekonać, że wszystko ze mną dobrze. Muszę wychodzić z domu, inaczej oszaleję. Nie mogę jechać do ośrodka.
  ― Podobno bardzo źle zareagowałeś, kiedy wuj i ciotka zostawili cię w domu w Sylwestra.
Młodzieniec parska cicho.
  ― To nie dlatego chciałem opuścić dom Lectera, nie dlatego.
  ― A więc dlaczego? ― doktor Chilton wyciąga paczkę z papierosami. Wsuwa sobie jednego z nich do ust i po chwili wahania podaje chłopakowi drugiego. ― To cię może uspokoić. Jesteś zaprzyjaźniony z Hannibalem Lecterem, zgadza się? W tej chwili określiłbyś go jako osobę bliską swojemu sercu?
  ― Nie ― odpowiada szybko Will i bierze ze szklanki kilka dużych łyków. ― Tak ― jęczy i pociąga nosem. ― Uciekłem z jego domu, bo…
  ― Tak?
Chilton nachyla się do młodzieńca, żeby przypalić końcówkę wystającego spomiędzy bladych ust papierosa.
  ― Bo… khkehh… ― Will kaszle. ― Był… niemiły…
  ― W jaki sposób był niemiły; powiedział ci coś, co cię zabolało?
Will wyciąga się na kanapie, wpatrując się w sufit. Rozlewa odrobinę ciemnoczerwonego trunku ze szklanki na białą koszulę, ale się tym nie przejmuje.
  ― Odbił mi dziewczynę ― mamrocze po dłuższej chwili ciszy.
  ― Hannibal Lecter odbił ci dziewczynę, tak? ― Chilton uśmiecha się pod nosem i zapisuje coś w notatniku. ― Twój przyjaciel odbił ci dziewczynę i dlatego byłeś zły. Dowiedziałeś się o tym w Nowy Rok i zdenerwowałeś się. Wybiegłeś w samej piżamie…
Will wyłącza się, zamyka oczy i wsłuchuje się w szum w swoich uszach.
Ma ochotę zadzwonić teraz do Lectera, ale nie może, ponieważ w przypływie złości usunął jego numer.
Co zresztą mógłby powiedzieć – wie, że to przez niego Jack nie wypuszcza go z domu, wie, że to kara za jego zachowanie, za stwarzanie kłopotów.
Co mógłby powiedzieć po tym wszystkim – że chyba się zakochał, że jest największym głupcem.
Otwiera oczy, by napotkać wyczekujące spojrzenie Chiltona.
Nie lubi tego człowieka, naprawdę go nie lubi i nie uważa za dobrego psychiatrę.
  ― Słucham ― szepcze.
  ― Pytałem, czy to się zgadza.
  ― Mhm ― mruczy Will i unosi rękę ze szklanką do góry; rozchyla wargi, przechyla naczynie i wlewa sobie wino do ust długim strumieniem.
  ― Zazdrość to uczucie, które niejednego wyprowadziło z równowagi. Ale dlaczego wyżywasz się w ten sposób na innych. Jeżeli to Hannibal Lecter odbił ci dziewczynę ― Chilton uśmiecha się z nutką jadu, pewnie skrycie cieszy się, że jego wybitny konkurent ma skandaliczny romans z jakąś małolatą ― dlaczego obarczasz winą wszystkich wokół, Will, ludzie chcą ci pomóc.
Will stawia sobie szklankę na piersi i zasłania przegubem oczy.
  ― Ludzie mają mnie gdzieś, i ja też mam ich gdzieś. Nigdy nie potrzebowałem ludzi. Dlaczego miałbym nagle coś zmieniać. Nie potrzebuję ani Lectera, ani Alice, ani wuja, ani ciotki, ani mojego zjebanego ojca, ani pana. Taka jest prawda. W dupie mam was wszystkich, nic nie rozumiecie. Nie chcę już z panem rozmawiać, chcę iść spać.
  ― Uważaj na tapicerkę, Willu. Will! ― Chilton podchodzi, żeby wyciągnąć z jego ręki papierosa, którego popiół brudzi cenną kanapę. ― Jeszcze nie skończyliśmy spotkania.




H.K.M. - 2018-08-17, 16:54

             ― Nie mogę tego zrozumieć ― Jack obejmuje rękoma swoją dużą twarz, pochylając się ciężko w fotelu. Hannibal poprawia nieco opatrunek, upewniając się, że ramię nie będzie już ocierało się przy każdym kroku o nieprzyjemną ranę. Odchyla głowy, przymykając na moment powieki. Ból jest na tyle wszechogarniający, że z tego wszystkiego zapomina swojemu gościowi zaproponować choćby i herbaty. Krzywe wargi drgają co jakiś czas w specyficznym skurczu, z reguły kamienne oblicze znaczy siatka przepełnionych dyskomfortem zmarszczek.
  ― Muszę to... sobie ułożyć ― Crawford podnosi się z krzesła, zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy - pan Lecter czyni to niechętnie, starając się wyrównać oddech.
  ― Pytaj, Jack ― mruczy niewyraźnie ― od tego tu jestem.
  ― Około trzeciej, czwartej nad ranem opuszczasz dom z powodu zasłyszanych przez siebie hałasów. W tej okolicy ― upewnia się krótko, twardo.
  ― Tak. Ktoś krzyczał, chciałem pomóc.
  ― Może to krzyki zwykłej bijatyki? Po alkoholu?
  ― Nie ― odpowiada natychmiast. Poprawia krawat niezranioną dłonią, ale i tak przeszywa go fala druzgoczącego bólu. Potrząsa głową, nie potrafiąc wciąż uwierzyć w to, co go spotkało. ― To mogło się zdarzyć każdemu i wierzę, że każdy zareagowałby tak samo.
  ― Wyszedłeś, udając się za źródłem krzyków. Sam?
Ciemne spojrzenie błyska pojedynczo oburzeniem, gdy zostaje mu zadane to pytanie.
  ― Czy próbujesz mi coś zasugerować, Jack?
  ― Będziesz wiedział, jeśli spróbuję. Odpowiedz na moje pytanie.
  ― Sam ― potwierdza, walcząc z uwidacznianiem swojej obrazy. Nagle rozumie, że nie rozmawia ze swoim przyjacielem, a z agentem Crawfordem.
  ― Co zdarzyło się potem?
  ― Tak, jak już wcześniej wspomniałem ― odpiera nieco cierpko ― źródło krzyków prowadziło w pobliże posiadłości pani Halley. Dochodząc na miejsce zauważyłem... ― kąciki ust znowu drgają w pełnym obrzydzenia grymasie ― mężczyznę, leżącego na ziemi. Bardzo krwawił, wydaje mi się z okolicy tętnicy udowej. Pochyliłem się, żeby ucisnąć ranę...
  ― Czy mężczyzna był w coś ubrany?
Nie dziwi go to pytanie; nawet w takiej chwili pod powiekami miga mu wyraźnie silnego, nagiego ciała, leżącego na śniegu.
  ― Był nagi ― podejmuje nieco zduszonym tonem ― umierał, nie mogłem... ― urywa, uderzony przez emocje. Ciemne oczy pokrywają się szklistą powłoką, głowa odchyla się gwałtownie w drugą stronę.
  ― To nie twoja wina ― agent Crawford wcale nie brzmi, jakby go pocieszał ― z naszych raportów wynika, że nie była to jego jedyna rana. Skurwiel przepruł mu żyły tak, żeby uszła z niego niemalże cała krew. Alana powiedziała, że mógł chcieć jednego z tych ciał wyjątkowo bladego.
  ― Jednego ― mówi powoli, czując, jak do żołądka napływa mu nowa fala mdłości.
  ― Znaleziono dwa ciała ― słyszy i nie potrafi nie wydusić z siebie ciężkiego westchnienia. ― W jakiejś dziwnej kompozycji. Kochankowie, tak twierdzi Alana. Badamy jeszcze te sprawę. Z twoich zeznań wynika, że otrzymałeś później cios w potylicę. Około piątej nad ranem odnalazł cię pies pani Halley. Czy pamiętasz cokolwiek jeszcze?
  ― Pamiętam walkę ― mówi po chwili, z wahaniem. Głowa boli go coraz bardziej z każdą mijaną chwilą, ale nie poddaje się, chce pomóc policji, chce z nimi współpracować. ― Nie... zemdlałem od razu po tym ciosie. Napastnik był bardzo wysokim, rosłym mężczyzną. Wydaje mi się, że nóż, który miał... mógł być typowo rzeźnicki.
  ― Skąd takie przypuszczenie?
Tym razem Hannibal spogląda na mężczyznę z lekkim powątpiewaniem. Ciemne oczy rozświetlają się przez ułamek niezachwianą pewnością siebie.
  ― Bez trudu pociął mi nim ramię w czterech miejscach, Jack. Ciął skórę, jakby zagłębiał ostrze w papierze.

           Po jakimś czasie nie wytrzymuje i zażywa leki przeciwbólowe, a potem układa się w łożu, mając pod ręką swoją ulubioną książkę. Nie jest zaskoczony faktem, że wciąż nie może zasnąć (wspomnienia ubiegłej nocy szaleją mu pod powiekami, błyskając kalejdoskopem myśli i odczuć), ale czuję się odrobinę zmęczony, musi to przyznać.
Odchyla głowę na wygodne poduszki, przymyka powieki, starając się wsłuchać w łagodny odgłos szalejącej za oknem śnieżycy. To zadziwiające, z jak surową zimą przyszło się im zmierzyć tego roku; nadeszła późno, ale kiedy już chwyciła, wiadomym stało się, że nie wypuści ich ze swych szponów za prędko. Ale to nic - jego rośliny zostały starannie zabezpieczone w ogrodach, a niskie temperatury są mu niestraszne, gdy ma na sobie swój płaszcz. Poza tym, śnieg dostarcza tylu malowniczych widoków - łagodne wzgórza, pokryte jego grubą warstwą, stanowią sobą jedno z boskich dzieł sztuki, przed którymi Hannibal nie potrafi pochylić głowy. Tak piękne, majestatyczne, tak...
Rozmyślania przerywa odgłos dzwoniącego telefonu - na oślep wyciąga dłoń, by odnaleźć nią grające urządzenie i wciska zieloną słuchawkę, przykładając aparat do ucha.
  ― Słucham ― odzywa się uprzejmie.
  ― Pan Lecter ― odpowiada mu znany głos. ― Proszę zgadnąć, kto u mnie właśnie gości.
Gdzieś w tle słychać specyficzny odgłos upadającego szkła i dzikiego chichotu.
  ― Pan Chilton ― wzdycha, siadając na łóżku. Dobrze wie, kto znajduje się teraz w gabinecie tego amatora; słyszał krzyki, dochodzące z domu Jacka, wiedział co wydarzyło się, gdy ten opuścił tylko jego posiadłość, kończąc dziwaczne przesłuchanie. ― Czy mogę panu w czymś pomóc?
Bardzo się stara, by w jego głosie nie dało się słyszeć zmęczenie; wie, że nie może okazać przed kolegą po fachu swych słabości. Will jest niestabilny, obraca się ku nim i odwraca, jak chorągiewka. To jednak do Hannibala będzie powracał już zawsze - to Hannibal osiąga bowiem zadowalające efekty, podczas gdy Chillton doprowadza chłopca do skraju załamania, związanego z przykrymi wizjami i pobudzeniem, lub ich przeciwieństwem - obojętnością, apatią.
  ― Właściwie to tak ― padają jowialne słowa. ― Nasz drogi Will wspomniał mi dzisiaj, jakobyś odbił mu dziewczynę. Córkę Alany Bloom, dobrze zrozumiałem?
Spękane wargi ozdabia z wolna usiany krwawymi pęknięciami uśmiech.
  ― Wydaje mi się, że źle musiałeś to wszystko zrozumieć. W porządku, każdemu się zdarza ― zauważa łagodnie ― człowiek popełnia wciąż błędy, by się na nich uczyć, prawda?
Coś po drugiej stronie znów hałasuje okropnie. Pan Lecter nadstawia uszu, ale słyszy tylko ciężkie sapnięcie, przekleństwo i zduszony szloch...
Należący do Willa Grahama.
  ― Fredericku ― zwraca się z usilnym spokojem ― czy chcesz, żebym przyjechał odebrać pana Grahama?
  ― Powiedział, że nie chce cię widzieć ― odpowiada po chwili, zaniepokojony. ― Dzieciak robi mi tu prawdziwy bajzel. Za dużo wypił i... hej, to moje papierosy! Panie Graham, proszę zejść z... co pan wyprawia?!
  ― Papierosy ― mruczy pod nosem, skrajnie pobudzony. Nie czeka na słowa pożegnania, nie wypowiada ich też sam. Rozłącza się i odpycha od materaca, ignorując rwący ból w zranionym ramieniu. Ubiera się pośpiesznie i wsiada do samochodu, wyjeżdżając z wąskiej uliczki o wiele prędzej, niż dozwalają na to wszelkie istniejące przepisy.
           Na miejsce dociera pół godziny później - pół godziny niecierpliwej jazdy, nieco zamglonej przez działające leki przeciwbólowe. Na szczęście ta przykra dolegliwość mija wraz z kipiącą w żyłach adrenaliną (zupełnie jakby ją wygotowała, myśli mimowolnie) i kiedy drzwi bentleya trzaskają głośno, a wysoki mężczyzna z obliczem, wyrażającym niebezpiecznie bezsprzeczny gniew, udaje się prosto do drzwi prywatnego ośrodka, nie pytając się recepcjonistki o odpowiednie piętro. W ten sposób ona sama także nie śmie go o nic pytać - przepuszcza go w holu, pozwalając wspiąć się po rzędach kamiennych schodów.
Tam udaje się w jedno z rozwidlenie korytarzy, gdzie znajduje się największe i najbardziej wystawne pomieszczenie, służące za gabinet Chiltona - już z daleka słyszy ich stłumione przez grube ściany rozmowy.
  ― Spokojnie, panie Graham ― głos Fredericka wyraża już jego zniecierpliwienie ― rozumiem, napraw...
  ― Jest bezwzględny, arogancki i zadufany w sobie... I nie liczy się z nikim poza sobą...  ― reszta słów zaciera się w pijackim bełkocie, ale Hannibal może je zrozumieć, potrafi to zrobić. ― Nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa. Hmmph, właściwie widzi. Ale się tym nie przejmuje.
Dość tego, myśli i wyciąga dłoń, szarpiąc za klamkę. Jego oczy rozszerzają się przez krótką chwilę, gdy dostrzega chłopca, rozłożonego na szezlongu ze szklanką od whisky, wypełnioną winem i połową tlącego się papierosa. Kieruje spojrzenie na skrępowanego psychiatrę.
Zmiażdżyć mu krtań. Ma ochotę miażdżyć mu krtań, żeby już nigdy nie mógł wydobyć z siebie tego irytującego głosu. Nigdy. Więcej.
  ― Will ― wydusza z siebie na bezdechu (ramie odzywa się znów rwącym bólem) i podchodzi gwałtownie do młodzieńca, wyrywając mu spomiędzy palców śmierdzącego niedopałka, odrzucając go ze wstrętem na podłogę. Chwyta chłopca za ramiona i przesuwa dłońmi po jego policzkach. ― Co ty wyprawiasz ― pyta z powątpiewaniem ― jesteś absolutnie pijany.
Błękitne oczy spoglądają na niego nieprzytomnie, zupełnie jakby do ich właściciela nie docierał fakt, że osoba, o której jeszcze przed chwilą tak chętnie opowiadał, znajduje się tuż przed nim.
  ― Co pan tu robi?
  ― Przyszedłem tu, żeby zabrać cię do domu.
Chłopiec nie podnosi się z kanapy; jego nadgarstek odgina się pod nienaturalnym kątem, zwisając nad podłogą.
  ― Nigdzie nie jadę ― oznajmia niewyraźnie. ― Teraz doktor Chilton się mną opiekuje, nie pan.
Hannibal już otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale uprzedza go rzeczony Chilton.
  ― Nie wydaje mi się, że powinieneś go do czegokolwiek zmuszać, Hannibalu. Wyglądasz jak siedem nieszczęść, lepiej idź już do domu.
  ― Nie ruszę się stąd bez Willa Grahama ― oznajmia pogodnie i zajmuje miejsce w jednym z wolnych foteli, przyjmując elegancką pozę.
Och, ma czas, ma całe mnóstwo czasu. Poczeka.


Koss Moss - 2018-08-18, 17:48

           Obraz wiruje, jest rozmyty, niewyraźny. Will ma problem ze skupieniem dłużej spojrzenia na jakimkolwiek punkcie. Kiedy widzi nad sobą zmęczone [mmmmm] oblicze doktora Lectera, na początku z trudem ją rozpoznaje. Potem jego twarz wyraża już tylko ospałe zdziwienie.
Nie chce iść. Nie chce iść nigdzie z nim. Unikał go od ich ostatniego spotkania, chyba po części ze wstydu, a po części z niemożności ustalenia, jak powinien go po tym wszystkim traktować. Nadal nie wie, nadal jest taki zagubiony.
Leżąc, wiedzie spojrzeniem po jego skrzyżowanych elegancko nogach (Hannibal zawsze siada w tak władczej pozycji, zawsze prezentuje się tak dalece doskonalej niż, na przykład, pochylony do przodu Chilton z szeroko rozstawionymi nogami, w niedopiętej koszuli). I zauważa, że Chilton ma rację, że coś musiało się stać. Marszczy brwi, zatrzymując wzrok na poziomie twarzy Hannibala, mruga powoli.
  ― Co się panu stało ― mamrocze, na co Lecter spuszcza na chwilę spojrzenie, uśmiecha się gorzko i składa dłonie.
  ― Nie chcę teraz o tym rozmawiać ― odpowiada w zamyśleniu. Will leży tak jeszcze przez chwilę, obserwując tę nietypową przemianę, a potem podnosi się z trudem i czka. Jest rozczochrany i chwiejny, i naprawdę nie ma siły na nic. Zaciska jednak palce na butelce, wcześniej prawie ją przewracając, i przysuwa ją do siebie po stole unieść do ust i z gwinta napić się więcej.
Potem ociera wargi rękawem.
  ― To może się pan napije ― bełkocze.
Hannibal ściska wargi w nieprzyjemnym grymasie i potrząsa głową.
  ― Will ― mówi zmęczonym głosem ― jedźmy już do domu.
Młodzieniec wzdycha ciężko. Wie, że nie ma innego wyjścia. On będzie tu teraz siedział, patrzył, czekał, nie da mu spokoju. To jego metoda.
  ― Will, uważaj. Wil… ― zaczyna Chilton i osłania się rękami, kiedy wstając, chłopak zatacza się potężnie i przewraca wprost na niego, oblewając go winem. ― Do jasnej cholery, chłopcze, co ty wyprawiasz…
Lecter w sekundę jest obok. Troskliwie pomaga młodzieńcowi się podnieść, dość brutalnie trącając przy tym Chiltona łokciem. Nie dba o to – jakby obił się o przedmiot. Obejmuje swego pacjenta, daje mu sobą stabilne oparcie i prowadzi do auta, zostawiając Chiltona samego, z miną wyrażającą niedowierzanie i pustą butelką u stóp.

           W samochodzie nie mija chwila, jak Will pogrąża się we śnie. Lecter spogląda na niego w zamyśleniu – któż wie, co myśli, gdy spogląda na bezbronnego, zdanego na jego łaskę pacjenta w świetle mijanych latarni rozjaśniającym ciemniejącą aurę wczesnego wieczora.
Młodzieniec przebudza się dopiero wówczas, gdy wjeżdżają na osiedle i samochód przetacza się ciężko przez próg zwalniający. Otwiera oczy, rozgląda się nieprzytomnie i, kiedy rozpoznaje znajomą okolicę, uspokaja wyraźnie, zapadając w fotel. Mijają posiadłość Halleyów, otoczoną od dzisiejszego poranka policyjnymi wstęgami…
Will nic jeszcze o tym nie słyszał – nie widział wiadomości, nie czytał gazety, nie rozmawiał o tym z Jackiem. Późno w nocy zbudziło go wprawdzie wycie syren, ale nie powiązał ich z mordem – nie, nie pomyślałby, że Rozpruwacz może uderzyć tak blisko, że może nawiedzić dom znajdujący się na tej samej ulicy, oddalony o raptem kilka numerów po skosie – może nawet widoczny z jego okna! W jego głowie ten morderca działał w innej rzeczywistości, w rzeczywistości, do której on nie miał dostępu, którą mógł obserwować jedynie przez bardzo grubą szybę. Nigdy tak blisko. Nigdy tak bezpośrednio. Zawsze z bezpiecznego dystansu w czasie.
Nagle rozumie, skąd wzięły się zamki; to nie po to, by go więzić, tylko ze względu na…
Czy to Rozpruwacz? Czy to ON? Co tu się stało? Najwyraźniej nie zwykłe zasłabnięcie, lub zawał serca czy upadek ze schodów; najwyraźniej nie lokalni rabusie, tylko… Żółte taśmy powiewają mrocznie na wietrze, ciemne okna wydają się ziać pustką. To miejsce zbrodni. Dlaczego wuj nic mu nie powiedział. Dlaczego wuj nic nie powiedział?!
  ― Niech się pan zatrzyma ― mamrocze.
Hannibal spogląda na niego i zwalnia – chyba z obawy, że Will zwymiotuje. Młodzieniec przywiera do okna – wszystko wydaje się już opuszczone i posprzątane, ale na pewno nie jest, na pewno są jeszcze ślady. Czuje przypływ adrenaliny, który przyspiesza tętno i oddech, skutkując uczuciem gorąca.
  ― Co tu się stało? Niech pan natychmiast zatrzyma! ― poleca głośniej, rozpaczliwie, chwytając klamkę.
Lecter zatrzymuje auto i chwyta młodzieńca za ramię. Will spogląda na jego twarz (dopiero teraz zauważa jak bardzo, bardzo zmęczony musi być mężczyzna) i wstrzymuje oddech, wciąż czując pod palcami chłodny metal klamki.
  ― Nie mogę ci na to pozwolić, Will ― oznajmia stanowczo Hannibal.
  ― Rozpruwacz? ― pyta pobladły chłopak, ledwie poruszając ustami i patrząc wprost w jego ciemne oczy. Serce tak bardzo mu łomocze.
To mógł być jego dom. To mógł być on. Jego twarz, czy…
Hannibal opuszcza głowę – wydaje się rozbity, zagubiony.
  ― Był tutaj ― przyznaje niechętnie w zapadłej ciszy. ― Dziś w nocy.
Will wyciąga rękę (dlaczego tak drży), żeby dotknąć okolic przetarcia na jego policzku. Układa ją na dojrzałej twarzy, z rozszerzonymi źrenicami kontemplując każdy milimetr pomarszczonej skóry.
  ― Czy pan… g-go spotkał?
Hannibal przechyla lekko głowę, wtulając policzek w jego dłoń, i intensywnie wpatruje się w Willa. I nie musi nic mówić, ponieważ Will wie, wyczytuje odpowiedź z jego spojrzenia.
Lecter boi się. Ten silny, zawsze tak opanowany i pewny siebie mężczyzna odczuwa strach.
Młodzieniec bierze gwałtowny wdech i obejmuje go mocno, zaciskając palce na materiale płaszcza na jego plecach. Zamiera tak, z wytrzeszczonymi oczami, przechylony niewygodnie i do głębi wstrząśnięty.
  ― Mój… Boże…


H.K.M. - 2018-08-18, 23:31

           Bentley zatrzymuje się na żwirowanym podjeździe - żelazna brama skrzypi przeraźliwie, gdy pan Lecter zamyka ją starannie, upewniając się, że nie istniała możliwość, by ktoś niepowołany miał choćby najmniejszą możliwość na jej otworzenie.
To naprawdę niebezpieczne czasy i niebezpieczna okolica - zdążył się o tym przekonać na własne oczy.
Obchodzi auto i otwiera drzwi od strony pasażera, by pomóc zagubionemu (i wciąż mocno pijanemu) młodzieńcowi wygramolić się na zewnątrz - chłodne powietrze uderza w zarumienioną twarz, rozdmuchuje na bok ciemne loki.
  ― Odprowadzę cię ― głos Hannibala przebija się swoją stanowczością przez szum wichury; duże dłonie wyciągają się do przodu i łapią za wełniany szalik chłopca, poprawiając jego niedbały węzeł.
Błękitne oczy wciąż nie opuszczają jego twarzy - ich właściciel porusza się ociężale, niezdarnie i kiwa głową, pozwalając się wesprzeć na szerokim ramieniu.
Odprowadza go tak powoli pod same drzwi, przystając w miejscu, gdy ma nadejść ten niezwykle przykry, niezręczny moment pożegnania.
Szczupłe dłonie podchwytują znów jego twarz, nakierowując ją ku sobie - przymglone przez alkohol tęczówki lśnią tym samym, nieznośnym lękiem, który w jakiś sposób ma w sobie dla Hannibala coś niezwykle...
Pociągającego.
  ― Proszę na siebie bardzo uważać ― mówi wolno Will; jego głos aż brzmi od desperacji, od przerażenia i pan Lecter doskonale zna jego powód.
Chłopiec boi się, ponieważ zrozumiał, że mógł stracić swojego przyjaciela. Ponieważ wie, że gdyby tej nocy zostali razem, Hannibal nie opuściłby ciepłego łoża i nie znalazł się w niebezpieczeństwie.
Nie odpowiada - zmusza jedynie drobne dłonie do zsunięcia się z jego policzków i uśmiecha się nikle, jak to już ma w zwyczaju.
  ― Dobranoc, Will ― żegna się kulturalnie i czeka, aż młodzieniec naciśnie klamkę, a gdy już to robi, sam udaje się pośpiesznie do swego domu; do bezpiecznego fortu, gdzie niebezpieczeństwo staje się jedynie odległym wspomnieniem, odsunięte od niego na długość żelaznych krat i domofonu.


           Silna dłoń prowadzi ołówek w stanowczych, pełnych wprawy pociągnięciach - papier zapełnia się z wolna pięknym zarysem smukłej sylwetki, z uwidocznionym każdym mięśniem, każdą kością i zaokrągleniem. Szczupłe ramiona, wyciągnięte do tyłu, starają się zamortyzować upadek - rozchylone wargi, zdają się wołać o pomoc, ale i tak nie robią tego równo przejmująco, co te oczy - naszkicowane starannie z tysiąca maleńkich kropek, odbijają w sobie strach tak wielki, że trudno się nim nie zaaferować, trudno nie zwrócić na niego uwagi.
Pan Lecter pochyla się nad swoim biurkiem - jego plecy, zwykle elegancko wyprostowane, teraz przybierają mocno zgarbioną postawę, gdy w pocie czoła pracuje nad swym dziełem.
Nie może zaprzeczyć - natchnienie buzuje w nim od samego rana i teraz, gdy ma wreszcie okazję, by dać mu upust, spełnia się w nim całym sobą.
Miękki grafit odrywa się na chwilę od chropowatej powierzchni - ciemne oko obrzuca go krytycznym spojrzeniem - staję się oczywiste, że trzeba znów sięgnąć po temperówkę, by go naostrzyć.
Nie dane jest mu to jednak wykonać - pełną skupienia ciszę przerywa odgłos dzwoniącego domofonu.
Podnosi się niechętnie od biurka i wygląda przez okno, by skrzyżować spojrzenia z Jackiem Crawfordem - mężczyzna jest wyraźnie zniecierpliwiony - jego stężała twarz mówi jasno o targającymi mężczyzną problemach.
Miękkie kroki nie tworzą sobą żadnego hałasu, gdy pokonują kolejne stopnie szerokich schodów i wreszcie dociera do drzwi, wpuszczając przyjaciela do środka.
  ― Jack. Nie spodziewałem się tu ciebie ujrzeć ― mówi szczerze, cofając dłonie, gdy agent odsuwa się delikatnie, sugerując, że nie zamierza ściągać z siebie płaszcza. ― Co sprowadza cię tutaj o takiej porze?
  ― Hannibal ― rzuca krótko Jack ― przepraszam za najście, ale jest jedna sprawa, o której muszę z tobą bezzwłocznie pomówić.
  ― Proszę ― marszczy lekko brwi, wyraźnie zmieszany. ― Czy mogę ci zaproponować herbaty?
  ― Obejdzie się. Muszę... muszę wiedzieć, gdzie byłeś nocy z dwudziestego czwartego na dwudziestego piątego grudnia.
Hannibal zamyka gwałtownie usta, cofając się delikatnie. Spogląda na Jacka, nie potrafiąc w nim rozpoznać swego przyjaciela. Co sprowadza go do jego domu z takim pytaniem? To niedorzeczne.
  ― Chodzi ci o boże narodzenie? ― Dopytuje na wszelki wypadek.
  ― Tak jest. Noc bożego narodzenia. Gdzie się wtedy znajdowałeś.
  ― Dokładnie w tym miejscu ― odpowiada, strapiony ― Jack, o co chodzi? Zaczynam podejrzewać, że...
  ― Czy ktoś może to potwierdzić?
  ― Słucham? ― Zaciska wargi, krzywiąc się tak, jakby pod nos została mu właśnie podsunięta wyjątkowo przykra potrawa. ― Potwierdzić?
  ― Nie lubię się powtarzać ― atakuje Jack. ― Czy ktokolwiek może potwierdzić, że znajdowałeś się tu w nocy, z dwudziestego czwarte...
  ― Ja mogę ― obracają się jednocześnie, gdy ze schodów dobiega ich słaby, choć niezwykle znajomy głos. Jack rozchyla wargi, spoglądając na Alice w taki sposób, jakby właśnie zobaczył ducha. Szczupła dziewczyna, odziana jedynie w za dużą, męską koszulę, schodzi ostrożnie po stopniach, by uchwycić się szerokiego ramienia. Pan Lecter krzywi się wyraźnie, kręcąc głową. ― Znajdowałam się tu wtedy z Hannibalem. Przez całą noc ― dodaje znacząco.  ― Czy to ci wystarcza, Jack?
Agent Crawford spogląda na nich z powątpiewaniem. I to jest moment, w którym dla Hannibala robi się tego stanowczo za dużo - odsuwa się delikatnie od drobnego ciała i maszeruję w stronę schodów, zawiedziony i rozgoryczony zachowaniem swego (byłego?) przyjaciela.
  ― Wystarczy ― słyszy z dołu jego zduszony głos. ― Przepraszam, że was zaniepokoiłem. Dobranoc.


Koss Moss - 2018-08-19, 15:27

           Tej nocy okno błękitnej sypialni jest odsłonięte. Na tle pokoju młodzieńcza sylwetka siedzi na parapecie z podkurczonymi nogami i obserwuje miejsce okropnych wydarzeń. Z daleka widzi taśmy, którymi szarpie mroźny wiatr.
Szkicuje, pochłonięty tą czynnością, kiedy ruch na krawędzi pola widzenia przyciąga jego wzrok do okna sąsiada.
Dostrzega w nim Alice. Coś w piersi ściska go nieprzyjemnie. Mimowolnie wspomina, co nie tak dawno robił z jej partnerem. Ona zapewne o niczym nie wie. Nie powiedział jej. To była tylko odskocznia. Zabawa.
Czuje się z tym źle. Nie potrafi pozbyć się obrazu jego napiętej twarzy, dzikiego błysku w spojrzeniu. Hannibal w sytuacjach intymnych był zupełnie innym mężczyzną niż ten codzienny, stonowany pan Lecter (strach w jego oczach, ten strach w jego oczach – co zobaczył, co widział, że tak wygląda; musi z nim porozmawiać, musi, gdy tylko nadejdzie stosowniejsza pora).
Pamięta smak jego nasienia, pamięta gorąc skóry, ciężki oddech, twardy akcent, niezrozumiałe słowa, które w chwili uniesienia warknął – czy po litewsku?
Już się nie dowie – wszystko między nimi jest skończone – teraz musi tylko uważać, by nie sprawić mu kłopotu; chce tej przyjaźni i nie chce; pewnie unikałby go przez wiele tygodni, gdyby nie to, co się stało, gdyby Lecter nie otarł się o śmierć.
Alice wygląda na wzburzoną, odwraca się i mówi coś, i po chwili w oknie pojawia się również on. Serce Willa przyspiesza – pewnie myśli, że go podgląda, że ma obsesję, ale…
Hannibal uśmiecha się ze zmęczeniem i odwraca do partnerki. Po słowach, jakie do niej prawdopodobnie wypowiada, ta potrząsa głową, wyraźnie poruszona. To ona szarpnięciem zasłania okno, odgradzając ich od młodzieńca, chowając przed wzrokiem, który szybko powraca do sceny zbrodni.
  ― Will. ― Do pokoju zagląda ciotka Phyllis, ma ze sobą talerz z ciepłym posiłkiem. Młodzieniec bez mrugnięcia okiem przerzuca kartkę szkicownika. ― Mógłbyś zejść do nas na dół.
  ― Nie, nie zejdę.
  ― O co chodzi, Willy? ― Ciotka zamyka drzwi i stawia talerz na biurku, a potem podchodzi do okna ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy. ― Od pewnego czasu ciągle na niego krzyczysz. Wuj chce dla ciebie jak najlepiej, zobacz, zawsze przysyłał ci książki. Przygarnął cię, żebyś mógł tutaj studiować, rozwijać się. Próbuje być dla ciebie ojcem, dać ci to, co powinieneś dostać już dawno, a ty wciąż go od siebie odsuwasz.
Mięśnie twarzy młodzieńca drgają wyraźnie w obrzydzeniu.
  ― Nie chcę na niego patrzeć. Nie chcę, żeby tu przychodził.
  ― Ale co się stało? Dlaczego nie chcesz?
Will odwraca głowę z powrotem do okna i milczy – i chociaż ciotka zadaje pytania, próbuje do niego dotrzeć, dowiedzieć się czegokolwiek, nie jest w stanie. Młodzieniec chowa się za murem, poza który ona nie może sięgnąć nawet wzrokiem. Czasem obawia się chłopca, którego trzyma pod swym dachem – adoptowane dzieci często są obciążone genetycznie, jak widać; któż wie, kim byli jego rodzice. Ten w dodatku wychowywał się w patologii, bez matki, z Bernardem, który ma problemy z alkoholem i długi tak wielkie, że nawet Jack nie jest w stanie mu pomóc bez uszczerbku dla ich stabilności finansowej. Kto wie – może któryś z tych pederastów krzywdził go, a teraz biedny Will drogą skojarzeń przerzuca wszystko na wuja. Nie poznał dobrego życia i nie wie nawet, że nie musi być krzywdzony.
Nie wie, że nie jest krzywdzony.

           Nazajutrz po południu pan Lecter odbiera telefon od Willa Grahama. Zamknięty w domu chłopak wykorzystuje jedyny sposób, by się z nim skontaktować – Jack wziął sobie do serca słowa doktora i nie zamierza wypuszczać chłopca nigdzie indziej niż do lekarza, dopóki jego stan się nie poprawi; jeżeli zaś poprawa nie nadejdzie, bez wątpienia w końcu zrealizuje swe groźby o ośrodku. Troszczy się, ale Will tak nie odbiera jego zachowań.
Po części strach przed uwięzieniem skłania młodzieńca do wykonania tego telefonu. Po części zwykła tęsknota: ich znajomość stała się tak intensywna i zażyła, że dzień bez choćby chwilowego kontaktu wydaje się wiecznością.
Przede wszystkim zaś to, czego świadkiem był pan Lecter.
  ― Dzień dobry, panie Lecter.
  ― Dzień dobry, Will.
  ― Czy ma pan chwilę?
  ― Oczywiście, Will. Jak mogę ci pomóc?
  ― Wiem, że powiedziałem wujowi, że nigdy więcej do pana nie przyjdę, ale byłem zły… Chciałbym bardzo pana przeprosić i… wznowić terapię, proszę.
Po drugiej stronie zapada całkowita cisza. Will czeka cierpliwie, ale gdy mijają kolejne sekundy, odsuwa telefon od ucha, by spojrzeć, czy połączenie w ogóle trwa.
Pełen obaw nabiera powietrza, chcąc pośpiesznie dodać coś niemądrego („oczywiście zrozumiem, jeśli nie znajdzie pan czasu, mogę poszukać pomocy u…”), wtedy jednak pada odpowiedź.
  ― Nie umiałbym długo chować urazy. Wydaje mi się, że w tych ciężkich czasach obaj potrzebujemy swojego towarzystwa. Dwie wizyty tygodniowo, wieczorem. Czy taki układ ci odpowiada?
  ― Tak ― odpowiada natychmiast Will; ulga, która go ogarnia, jest przytłaczająca. ― Dziękuję. Powiem mu, że pan się zgodził. Może wreszcie mnie wypuści. Kiedy chce się pan zobaczyć?
  ― Mam wolne środowe i piątkowe popołudnia. Jeśli to ci odpowiada, nie widzę przeciwwskazań do wznowienia twojej terapii.
Will uśmiecha się; nagle doznaje pewnego przeczucia. Podnosi się z podłogi przy łóżku i podchodzi powoli do okna.
I spogląda wprost w oczy Hannibala Lectera, który stoi z telefonem w ręku przed własnym oknem, być może w podobny sposób pewien, że się zobaczą.
  ― Jesteśmy umówieni.


H.K.M. - 2018-08-19, 16:42

           Drobna dłoń sięga po kieliszek, przeciera go starannie miękką szmatką. Hannibal dostrzega na brzegu naczynia pozostawioną w zaniedbaniu smugę, ale nie komentuje tego głośno, otaczając sytuację kulturalnym milczeniem.
Alice obraca się przez ramię, rozciągając usta w nieco zmęczonym uśmiechu. Podchodzi do niego, dotyka pokrytej szramami twarzy. Krzywi się delikatnie, gdy jeden z palców zahacza o skaleczenie, trzymające się w swej wątpliwej ozdobie na jego dolnej wardze.
  ― Przepraszam ― mówi ― nie chciałam żeby bolało.
  ― To nic ― kręci głową, przyciągając ją bliżej; szerokie ramiona owijają szczelnie szczuplutkie ciało dziewczyny, tak, że ta znika pod nimi niemalże zupełnie.
  ― Wciąż nie mogę uwierzyć, że... mogłeś tam... ― głos Alice drży od przejęcia i trwogi. ― Nie wiem, co mogłoby się wydarzyć, gdyby nie ten pies. Zamarzłbyś tam, albo...
  ― Zostawmy to ― prosi, zmęczony, przymykając delikatnie powieki. ― Chciałbym się już położyć.
  ― Oczywiście ― słyszy, ale zamiast tego drobne ramiona otulają go jeszcze mocniej, sprawiając kolejny dyskomfort. Uśmiecha się krzywo pod nosem, zatrwożony młodzieńczą bezmyślnością, którą Alice wykazuje się tak często w jego obecności. Nigdy nie uważał, by różnica wieku mogła stanowić okoliczności uniemożliwiające komukolwiek nawiązanie relacji, ale wszystko w swoim życiu odzywać się musi równowagą. I tak, jak posiadanie młodej, pięknej kochanki ma swoje plusy, tak nie raz potrafi stać się odrobinę...
  ― Pójdę przygotować ci kąpiel, zgoda? Zasłużyłeś sobie na chwilę odpoczynku, spokoju od tych wszystkich natrętnych ludzi, gości, telefonów... A potem utulę cię do snu ― pełne wargi wyginają się w figlarnym uśmiechu. ― Co ty na to?
  ― Oczywiście ― odpowiada natychmiast, odczekując pogodnie, aż skrzypienie drewna oznajmi mu, że dziewczyna ulotniła się już poza zasięg ciekawskiego spojrzenia.
Sięga po szmatkę i przeciera starannie pękaty kieliszek, spoglądając na szkło przez światło żarówki.
O wiele lepiej.

             ― ...iałem cię przeprosić ― mówi Jack, spoglądając mu w oczy z dziwnie zatwardziałą nutą. ― Dowody powiedziały nam jasno, że nie miałeś z tą sprawą niczego wspólnego. Nie sądziłem, żebyś był zamieszany w tę sprawę, ale tak to mogło wyglądać. Przepraszam.
Przyjmuje oferowaną mu dłoń, ściskając ją lekko. Wciąż jest odrobinę obrażony, ale nie oznacza to, że nie może zaproponować swemu sąsiadowi filiżankę herbaty.
Siadają więc w salonie, przy rozpalonym kominku - to ostatnie niedzielne popołudnie przed poniedziałkiem, który na nowo rozpocznie kolejny semestr nauki, pracy i podróży profesora Lectera.
Agent Crawford wyciąga przed siebie z lubością nogi, upijając łyk ziołowego naparu.
  ― Paskudna ta pogoda ― wzdycha ciężko ― dzisiaj dwie godziny odśnieżaliśmy drogę z Carlsonem. Wspólnota odzywała się dziś rano, mówili, że miasto się tym zajmie, ale zobacz sam ― zerka na swój zegarek i Hannibal, naturalnym odruchem, czyni to samo. ― Za pięć piąta, a oni ciągle się nie pojawiają. Jak tak dalej pójdzie, nie będę miał jak dojeżdżać do pracy.
  ― Wierzę, że w końcu się pojawią ― rzuca z przekonaniem. ― Nikt nam nie wybaczy, jeśli nie pojawimy się w swoich pracach.
Uśmiechają się do siebie pojednawczo i już wszystko jest jasne; znika dziwne napięcie, opary obrazy wyparowują w trzaskających płomieniach kominka. Pan Lecter poprawia się odrobinę w fotelu, wyglądając przez okno na szalejącą dziko śnieżycę.
  ― Uważam, że Will powinien wrócić na wykłady ― odzywa się stanowczo.
  ― Nie. To nie jest dobry pomysł, Hannibalu. Sam ostatnio mówiłeś... dzieciak nie zachowuje się normalnie, szaleje. Nie chce mnie widzieć, nie chce ze mną rozmawiać.
Nie odpowiada od razu; rozmyśla nad słowami przyjaciela (czy znowu może go tak nazywać), starając się dobrać słowa w taki sposób, by przekonać go do swojej racji.
  ― To właśnie dlatego wznowiliśmy terapię. Uważam, że Will ma teraz ogromne szansę do tego, by ponownie się ustabilizować. Sytuacja z Rozpruwaczem uświadomiła mu, jak bardzo chce robić, to co robi, Jack. Co więcej; Will wykazuje się niesamowitymi predyspozycjami, które stawiają go na samym czele moich studentów. Jego umysł... jest czymś niezwykłym. To, co nosi w sobie Will, jest czystą empatią; może bez trudu odnieść się do twojego, lub mojego punktu widzenia, lub może kogoś innego, kogoś, kto niewątpliwie może go przerażać. To niewygodny dar, Jack. Nie mniej jednak, uważam, że ktoś taki zasługuje na to, by odbyć u was staż. Co więcej... jestem niemalże pewien, że to wy na tym skorzystacie. I my, jako ludzie.
  ― Sugerujesz mi ― mruczy wolno pan Crawford ― że powinienem nie tylko pozwolić mu znów uczęszczać na zajęcia, ale wprowadzić go w świat morderstw, nie mając pewności, że będzie przy tym stabilny?
  ― Nasze terapie ― wtrąca więc Hannibal ― przyniosą skutki w ciągu paru następnych dni. Zrobiliśmy ogromne postępy już tę parę tygodni temu, musimy jedynie...
  ― On mnie nienawidzi ― przerywa mu mężczyzna, splatając duże dłonie w nieco chaotycznym uścisku. Spojrzenie ciemnych oczu utkwione jest teraz w ogień. ― Nie wiem, co sobie wymyślił, ale... nie znosi mnie. I nie wiem, nie mam pojęcia, co robić. Ten dzieciak kiedyś mnie uwielbiał, a ja... Jest dla mnie, jak rodzina. Zawsze był. I będzie, ale muszę wiedzieć... Muszę wiedzieć, dlaczego on się tak zachowuje, Hannibal. Nie chce ze mną siedzieć przy jednym stole, jakby był... jakbym...
  ― Do tego też dojdziemy, Jack ― zapewnia ― w odpowiednim czasie.

           W ten sposób w poniedziałkowy poranek Will zjawia się w murach uczelni, nieco blady i zmęczony, ale wciąż pełen zapału do pracy.
Hannibal zauważa go wśród roześmianych studentów, gdy przemierza korytarz w kierunku masywnych drzwi, prowadzących na sale wykładową.
Jeszcze wypoczęci, nasiąknięci atmosferą nowego roku, wydają się mu tacy rześcy i odlegli... Pozbawieni większych zmartwień, żyją własnym życiem, pozwalając się martwić o resztę ludziom, zepchniętym za drugą stronę barykady.
  ― Dzień dobry, panie Lecter ― wita się z nim serdecznie Annie Ellson, jedna z aktywniejszych studentek. ― Bardzo miło mi pana znów widzieć. Jak udała się przerwa świąteczna? O, jej, czy to... coś się panu stało?
  ― Mały wypadek samochodowy ― tłumaczy bez zająknięcia. ― Czuję się już znakomicie, nie ma powodów do zmartwień.
  ― Tak mi przykro... Wierzę, że naprawdę czuje się pan już lepiej. Czy mogę się dowiedzieć, co będzie tematem dzisiejszych zajęć? Tak bardzo na nie czekałam, nie uwierzy pan, ale...
Ciemne oczy przesuwają się z opalonej twarzy na skryte między rosłymi sylwetkami drobne oblicze zafrasowanego chłopca. Szczupłe palce przesuwają się po teczce, naciągając jej gumkę, rozwierając kartonowe strony i sięgają po kartki z notatkami, lustrując je uważnie swymi błękitnymi studniami.
  ― ...rzeszkadzać, chciałam po prostu wiedzieć, że wciąż będziemy tropić Rozpruwacza. Czy wie pan, że jego ostatnia zbrodnia miała miejsce tu, w tej okolicy? To straszne, prawda? Musimy coś zrobić, by mu przeszkodzić, nie godzi się, by to miało miejsce.
  ― Proszę mi wybaczyć, panno Ellson, ale odstałem odgórne zarządzenie, zabraniające mi rozmawiania z państwem na ten temat.
  ― Naprawdę? ― odzywa się ktoś z tyłu ― to okropne, przecież po to tu właśnie jesteśmy! Nie może być, tak, że...
  ― Przecież to nie wina profesora...
  ― Ale powinni coś z tym zrobić! Jesteśmy tu po to żeby pomagać!
  ― Obawiam się, że jesteście tu po to żeby się uczyć ― jedna z niewidocznych brwi unosi się lekko, gdy spogląda po twarzach uczniów, starając się im w ten sposób przekazać, że właśnie zakończył tę dyskusję. ― Proszę rozsiąść się wygodnie na swoich miejscach i pozwolić mi zaprezentować wam pierwszy tegoroczny temat. Hm?


Koss Moss - 2018-08-19, 19:35

           ― Pokaże mi pan rysunek? ― zapytał go, gdy w piątkowy wieczór siedzieli naprzeciw siebie w jego salonie, i mężczyzna zmarszczył ledwie widoczne brwi.
  ― O jaki rysunek ci chodzi, Will?
  ― Ten portret, który narysowałem panu w Nowy Rok, zanim… ― młodzieniec urwał; zapiekły go policzki, ale na twarzy Lectera malowało się tylko niezrozumienie, jakby kompletnie nie wiedział, o czym on mówi, co mogłoby wywołać taką reakcję.
  ― Zanim co? ― spytał Hannibal, zaraz jednak pokręcił głową, jakby uznał, iż nie ma najmniejszego sensu wnikanie w
urojenia. ― Nie było żadnego rysunku, Will ― stwierdził dobitnie, a chłopak poczuł, jak oblewa go lodowaty dreszcz. ― Co prawda ja szkicowałem przy kominku, ale w tym czasie zmogła cię drzemka. Musiało ci się to przyśnić. Cokolwiek ci się śniło, wydawałeś się bardzo rozluźniony ― Dojrzałe wargi wygięły się w zagadkowym uśmiechu. ― Dlatego właśnie pozwoliłem ci chwilę odpocząć.
  ― Co robiliśmy, gdy wstałem? ― zapytał ostrożnie młody Graham, coraz mniej pewien tego, co jeszcze przed chwilą wydawało się tak oczywiste jak to, że śnieg jest zimny.
  ― Zrobiliśmy kolację ― odpowiedział niemal od razu Lecter. ― Potem zaczęliśmy jeść i rozmawiać, ale… czymś bardzo się zdenerwowałeś ― dodał w zamyśleniu. ― Pamiętasz naszą… rozmowę? Tę o Alice?
Will potrząsnął szybko głową.
  ― Nie rozmawialiśmy o Alice ― powiedział bez przekonania. ― Proszę, niech mnie pan nie okłamuje, panie Lecter. Nie musi pan kłamać. Nie będę do tego wracał.
Hannibal uśmiechnął się z cieniem zakłopotania czy też zawstydzenia, odbierając młodzieńcowi jeszcze więcej pewności swego.
  ― Nie okłamuję cię, Will ― wytłumaczył spokojnie. ― W pewien sposób twoje słowa dotyczyły mojej relacji z Alice. Choć o wiele właściwszym będzie określenie; twojego punktu widzenia tej relacji.
  ― Może mi pan to przypomnieć?
W ciemnym, skupionym na młodej twarzy spojrzeniu, igrała dziwna nuta.
  ― Czy istnieje możliwość, byś naprawdę nie miał pojęcia o tym, co czułeś w momencie opuszczania mojego domu? Will. ― Hannibal waha się wyraźnie. ― Pamiętasz chyba kiedy… wyznałeś mi, że chciałbyś, żebym ją dla ciebie zostawił?
I Will pobladł, i spuścił wzrok.
  ― Nie ― przyznał ze zmartwieniem i zażenowaniem, bo jeśli to była nieprawda, jeśli on i Lecter nie przekroczyli tej granicy, cóż jeszcze mógł wymyślić, i cóż mógł mu powiedzieć, nie będąc sobą? ― Niemożliwe.
Wiedział jednak, wbrew własnym słowom, że to jest możliwe. Bywało tak już. Bywało, że nie pamiętał, co robił – tylko że zwykle potrafił rozpoznać urojenia i jawę, potrafił spostrzec moment, gdzie rzeczywistość zakrzywiała się i zmieniała w sen.
Ale tym razem mogło być inaczej.
  ― Czy pan i ja ― podjął z obawą, gdyż musiał mieć pewność ― tego wieczoru…
Jedno krótkie spojrzenie na twarz Hannibala wystarczyło, by poznał odpowiedź, nim jeszcze została zwerbalizowana. Lecter wyglądał, jakby ktoś go spoliczkował. Ni jęknął, ni westchnął, a potem pokręcił powoli głową i przemówił łagodnie, jak do dziecka, które twierdzi, że pod jego łóżkiem mieszka potwór.
  ― Obawiam się, że nie.

A więc Will Graham nierzadko zastanawia się, czy to wszystko w ogóle miało miejsce. Wspomnienia są jakieś mgliste, niewyraźne, zakrzywione. Ma problem z umiejscowieniem wszystkiego w czasie, choć jednocześnie przebłyski są zadziwiająco klarowne: smaki, zapachy i widoki mącą mu w głowie, nie pozwalają o sobie zapomnieć. Nie ma żadnych dowodów. Nawet rozcięcie na wardze mężczyzny, dziś już ledwie widoczne, wydaje się pamiątką pozostawioną przez Rozpruwacza. Co jest bardziej prawdopodobne? Że ktoś taki jak Lecter – ten odpowiedzialny, spokojny i elegancki człowiek – dopuściłby się takich czynów wobec własnego pacjenta, mając w dodatku kobietę; czy to, że Will uroił sobie każdą z tych namiętnych chwil?
Jeśli to sobie uroił – myśli, siedząc na jego poniedziałkowym wykładzie – to w sposób, w jaki nie zrobił tego nigdy wcześniej. Co się ze mną dzieje, co się ze mną dzieje, czy naprawdę mnie zamkną, zastanawia się; jak wiele dzieli mnie od niepoczytalności.
  ― Proszę mi wybaczyć, panno Ellson, ale odstałem odgórne zarządzenie, zabraniające mi rozmawiania z państwem na ten temat.
Podnosi głowę, słysząc znamienne słowa.
Nie będą rozmawiali o Rozpruwaczu? O najgłośniejszym mordercy we współczesności, o człowieku, przed którym drżą całe Stany, jeśli nie świat?
Szybko jednak jego oczy rozszerzają się, gdy spogląda na fotografię z jakiegoś pola: młoda kobieta została nabita na jeleni łeb. Rozpoczyna się zgadywanie. Studenci snują domysły.
  ― Może podtekst seksualny mordu?
  ― Czytałam o tej sprawie w gazecie. Podobno naśladuje Hobbsa. Jest jego spadkobiercą. Naśladowcą.
  ― Tak, może naśladuje Hobbsa. A może to nie Hobbs był mordercą!
  ― Przecież zabił żonę i córkę…
  ― Ale zbrodnie nie ustały.
Will zamyka oczy, zapadając się w fotelu. Głosy studentów zaczynają zlewać się w jeden, nikną wreszcie w szumie. Od hałasów świata zewnętrznego Willa dzieli gruba warstwa czarnej smoły.
Bawicie mnie – jesteście nieudolni.
Ślepcy szukający drogi w polu, w które was wywiodłem.
To nie jest kobieta – to świnia, którą zarżnąłem.
Zasiałem swoje ziarno wątpliwości. Teraz zasiadam na widowni.
Nie znajdziesz mnie. Nie ma wśród was nikogo, kto potrafiłby mnie…

Zobaczyć.


H.K.M. - 2018-08-19, 22:25

           Wykład dobiega końca, sprawa morderstwa zostaje zawieszona w połowie drogi do prawdy - większość oskarżeń pozostaje wciąż przy domniemanym pomocniku Hobbsa, inni celują w innego mordercę, jedynie zainspirowanego głośnymi czynami człowieka, którego los pozostawił trwały ślad w historii masowych zbrodni i... kanibalizmu.
Zręczne dłonie pakują do nesesera pliki z aktami zbrodni - Hannibal podnosi głowę, by upewnić się, że na żadnej z ławek nie pozostały jeszcze podawane wcześniej fotografie - jego spojrzenie kieruje się w ten sposób na siedzącego wciąż w swym miejscu Willa Grahama.
W bezszelestnych krokach pokonuje dzielącą ich odległość i pochyla się odrobinę, by odkryć z zaskoczeniem, że oczy chłopca są zamknięte - poruszają się pod powiekami, zupełnie tak jakby śnił, ale wyprostowana pozycja sugeruje jasno, że jego stan daleki jest od tego odpowiadającego śnieniu.
  ― Will ― odzywa się cicho, starając się wybadać okoliczności osobliwego stanu swego ucznia.
Młodzieniec rozchyla wargi, mrugając gwałtownie - spogląda wprost w jego twarz i nie wydaje się być jej widokiem zdziwiony. Dopiero potem rozgląda się, gwałtownie obracając głowę i chyba właśnie to jest moment, w którym orientuje się, gdzie jest.
  ― Och ― wzdycha, rzucając szybkie spojrzenie w kierunku tarczy zegarka ― no tak.
Szczupłe palce zgarniają notatki, gdy młody Graham gryzie wargi, starając się coś definitywnie przemilczeć. Nagła nieśmiałość pacjenta jest dla niego nieco przykra, ale nie może się jej specjalnie dziwić; po ich piątkowej rozmowie on sam odczuwa także specyficzne zesztywnienie [CHYBA NAWET WIEM, CZEGO] gdy ma tylko okazję do spotkania z tym niepowtarzalnym człowiekiem.
  ― Dobrze się czujesz? ― Zapytuje z troską. ― Może chciałbyś żebym odwiózł cię do domu? Zdaje się, że masz jeszcze chwilę przed praktykami, prawda?
Zanim odpowiadają mu słowa, robi to krzywy uśmiech; tak niepodobny do Willa Grahama, a jednak tak niezwykle znajomy.
  ― Tak. Zamyśliłem się tylko. Pojadę tam wcześniej ― Hannibal odsuwa się, by zrobić miejsce, gdy chłopiec podnosi się ze swego miejsca, pakując notatki do eleganckiej torby.  ― Właściwie chciałem z panem porozmawiać, choć może to nie jest najlepszy moment.. Ma pan chwilę na mały spacer?
  ― Oczywiście ― zapewnia, wyglądając przez okno; trzeba przyznać, że tego dnia słońce jest na tyle łaskawe, że rzeczywiście istnieje możliwość wyciągnięcia z takiego spaceru parę korzyści.  ― Pozwolisz tylko, że zabiorę z gabinetu swoje rzeczy.
Udają się więc na sam dół, wzbudzając przy tym niemałą sensację - coraz więcej osób dostrzega bowiem, że tak często, jak można gdzieś zobaczyć samego rektora uniwersytetu, tak można przy jego boku odnaleźć niewysokiego ucznia z burzą loków i błękitnym, nieco nieobecnym spojrzeniem.
Otulają się starannie swymi szalami i ruszają zgodnie przez przepiękny, pokryty bielą dziedziniec. Harvard jest, na szczęście, miejscem na tyle prestiżowym, by miasto odśnieżało jego drogi w drugiej (po szpitalach) kolejności.
Śnieg skrzypi pod podeszwami ich butów, odbijając w sobie wielobarwne drobinki światła. Hannibal nie ponagla; dobrze wie, że jego towarzysz zacznie rozmowę w chwili, którą uzna za najbardziej do tego stosowną.
I w którymś momencie Will zatrzymuje się wreszcie, siadając elegancko na brzegu nieczynnej o tej porze fontanny. Błękitne spojrzenie wędruje po rzeźbach, liczących sobie dziesiątki lat.
  ― Po tym co się stało, zrozumiałem jak bardzo jest mi pan bliski ― przyznaje w zadumie. ― Tak bardzo... przestraszyłem się w pierwszej chwili gdy mi pan to powiedział. Pan wie, że jestem bardzo zaangażowany w sprawę Rozpruwacza. I wie pan, że chcę zrobić wszystko, żeby go... znaleźć, i zamknąć. I dlatego ― szepcze ― chciałem wiedzieć, co się wtedy stało. Wiem, że FBI nie daje panu spokoju, ale proszę. Gdyby mógł pan ostatni raz do tego wrócić. Dla mnie.
Hannibal przysiada tuż obok, zmęczony i posmutniały. Bruzdy, zdobiące jego dojrzałe zdążyły się już odrobinę zagoić, ale to nie one zostawiły na nim prawdziwy ślad, po całym tym okropnym zdarzeniu. To cień, który nosi w sobie, z którym musi budzić się każdego dnia i zasypiać każdej nocy.
Nie chce wracać wspomnieniami do przykrego momentu, w którym zrozumiał, że przepełniony bólem okrzyk nie należał do (jak przypuszczał) pijanego sąsiada, przewracającego się na ziemi.
Ale pod wpływem błękitnego spojrzenia (jest tego pewien) mógłby wrócić do wiele gorszych chwil. Ponieważ rozumie, bardzo dobrze rozumie, co kieruje jego młodym przyjacielem, jak bardzo pragnie dowiedzieć się czegokolwiek, co pozwoli mu myśleć, że istniała szansa, by powstrzymać Rozpruwacza przed tymi wszystkimi okropieństwami.
  ― Dobrze ― zgadza się więc słabo, przymykając powieki.
I wraca.

           Nocą męczyły go okropne koszmary - po rozmowie, którą odbył z Willem, nie jest pewien, czy słusznie go potraktował - może nie powinien być tak dosłowny... To co mówił na pewno w jakiś sposób zraniło uczucia tego biednego chłopca.
Ale co innego miałby mu powiedzieć? To, co... starał mu się zaproponować młody Graham, było absolutnie nie do pomyślenia - jak mieliby się do czegoś podobnego dopuścić, jako psychiatra i pacjent? Jako wykładowca i student? Jako dojrzały mężczyzna i niewinny chłopiec, obdarzający go całkowitym zaufaniem?
Właśnie. Nie mógł tego zaufania zmiażdżyć, stracić - dlatego też trwał uparcie przy wybiciu tego pomysłu z głowy swego młodego przyjaciela i... cóż, pozwolił mu opuścić swój dom.
Ale wszystko to i tak było niezwykle przejmujące. Nie potrafił się nie martwić, nie potrafił rozmyślać nad wyrazem twarzy, który dostrzegł, gdy młody Graham opuszczał jego dom.
Nie wiedział, czy gwałtowny krzyk, który usłyszał jakiś czas później go obudził, czy może i tak znajdował się w specyficznym stanie pomiędzy snem a jawą - wiedział jedynie, że ów krzyk był przepełniony bólem tak wielkim, że momentalnie zdecydował; musiał zobaczyć, kto i dlaczego go wydał, musiał pomóc.
Mimowolnie pomyślał natychmiast o starym Halleyu - mężczyzna znany był z tego, że lubił sobie popić, a że przy tym nie należał do najsprawniejszych i najmłodszych, często lądował na ziemi we własnym ogródku, nie potrafiąc dotrzeć do domu o własnych siłach.
Sytuacji nie poprawiała obecność pani Halley, która z domu wychodziła jedynie po to, by wyprowadzić na spacer swojego psa, Yarda. Ona również osiągnęła na tyle sędziwy wiek, że nie było mowy by dała rady wtachać swego męża do domu.
Nałożył na siebie szlafrok, zgarniając po drodze szalik - bose stopy wsunął w buty i w taki sposób przemierzył pośpiesznie ulicę, docierając na posiadłość państwa Halley.
Ale na miejscu nie znalazł żadnego z nich - jego spojrzenie skierowało się za to od razu na leżącego na śniegu mężczyznę - był nagi, a z głębokich rozcięć zdobiących jego szyję i nadgarstki, broczyła gęsta posoka. W świetle księżyca krew wyglądała na niemalże czarną, upodabniając się bardziej do smoły. Hannibal pochylił się nad nim natychmiast, przyciskając do najdłuższej rany swoje drżące dłonie. W międzyczasie musiał jednak porwać na strzępy drogi szal, obwiązać jakoś paskudne zranienia i...
Zajęczał ciężko, czując przesuwające się po ramieniu ostrze - nie był przygotowany na atak i właśnie to sprawiło, że opadł tuż obok umierającego mężczyzny.
Zamrugał nieprzytomnie, rozpoznając nad sobą kształt - chwilę zajęło mu zrozumienie, że patrzył w czyjąś twarz.
Twarz Rozpruwacza.
Nie zdążył niczego powiedzieć, nie zdążył o nic zapytać - ostrze wbiło się w jego ramię kolejny raz i wtedy zrozumiał, że musiał walczyć, musiał, albo straci swoje życie.
Chwycił za silny nadgarstek, zamachujący się, by po raz kolejny zanurzyć w jego ramieniu. Nie mógł na to pozwolić, nie mógł się wykrwawić, nie tutaj, nie teraz.
Zacisnął dłoń w pięść i wymierzył nią w podbródek napastnika - szczęki zazgrzytały żałośnie, łamane przez trafny cios. Przetoczyli się tak przez śnieg w parodii uścisku - biel pokryła się kroplami gorącej czerwieni, wylatującymi teraz nie tylko z jego ran. Uderzył jeszcze raz; napastnik sapnął ciężko, nóż błysnął pojedynczo, gdy uniósł go znów w górę. Uskoczyłby na bok, gdyby nie drugie ciało, teraz już (był tego pewien, widział jego otwarte oczy, w których była już tylko śmierć) martwego mężczyzny. Ale było tam, tkwiło tuż obok i ostrze zagłębiło się w naprężony mięsień, rozcinając go okrutnie.
Zamrugał, osłabiony, na granicy przytomności.
Przecież to nie mogło się tak skończyć... nie teraz.
Wyciągnął przed siebie dłonie; skulił się, gdy w okolicy żeber rozległo się potworne szarpnięcie. Czy... czy jego też miał zamiar pozbawić życia? Kim on był, czy...
Znali się? Czemu zaatakował tej nocy? Dlaczego jego twarz wyglądała tak dziwnie... znajomo?


             ― Nie pamiętam, jak wyglądał ― ucina stanowczo, spuszczając wzrok. ― Nie mogę przypomnieć sobie jego twarzy, nie ważne, jak bardzo bym się starał. Wydaje mi się, że to przez uderzenie w głowę, lub... ― chrząka z lekkim zażenowaniem. ― Emocje. Cały obraz tej sytuacji ukrywa się przede mną za mgłą. Wybacz mi, ale nie mogę już nic więcej na ten temat powiedzieć. ― Podnosi się ze swego miejsca, chcąc zmienić już ten przykry temat. Uznaje, że jest mu jednak winny jeszcze parę słów, po których będzie mógł uznać rozmowę za skończoną. ― Później musiałem stracić przytomność. Znalazła mnie pani Halley. Nietkniętego. Cóż, może prawie ― poprawia się po chwili. ― A może nie tyle pani Helley, co jej drogi czworonóg. Gdyby nie on... prawdopodobnie by mnie już tu nie było. Jeszcze tego samego dnia przyszedłem jej podziękować z bukietem najlepszych róż herbacianych, jakie byłem tylko w stanie otrzymać. Dla czworonoga, natomiast, przypadły najwyższej jakości nerki cielęce. Był szczerze zachwycony ― dodaje z nutką zadumy i zmusza się do lekkiego uśmiechu. Opowiadanie o tak przykrych okolicznościach nie jest łatwe, ale nie chce, by Will martwił się tym wszystkim - chłopiec ma przecież wystarczająco dużo własnych problemów.


Koss Moss - 2018-08-20, 00:05

           Will kiwa powoli głową, obejmując się ramionami. Pomimo słońca jest bardzo zimno. Nie wieje wiatr, ale powietrze jest mroźne. Gdyby nie para ciepłych rękawiczek, nie czułby już palców.
Wiedzie przez chwilę wzrokiem po zabytkowych budynkach kampusu, walcząc z przypływem troski i niepokoju. Chciałby objąć go, uścisnąć, przeczesać palcami siwiejące włosy i wyszeptać w ucho kilka słodkich zapewnień.
Zrobił pan wszystko, co mógł. Miał pan tyle szczęścia. Proszę mi obiecać, że już nigdy, nigdy nie pójdzie pan sam w takie miejsce.
Coś jednak sprawia, że ma problemy z przyjęciem tej historii. Z jednej strony ufa temu człowiekowi i nie sądzi, aby mógł zostać okłamany, z drugiej – przy Lecterze rzekoma prawda wyjątkowo często go zaskakuje, a sprzeczności nasilają się, jak przy nikim innym.
Teraz, oczywiście, powoli traci inne punkty odniesienia. Ale kiedyś, kiedyś tak nie było. Kiedyś potrafił sam określić prawdę. Problemy zaczęły się razem z tym człowiekiem. Może to zbieg okoliczności.
Ale czy nieomylny, niepozostawiający śladów (to jego główny znak rozpoznawczy, wspólny mianownik wszystkich zbrodni) Rozpruwacz z Massachusetts pozostawiłby przy życiu świadka przypadkiem?
Nie.
Dlaczego więc pozostawił przy życiu Hannibala Lectera; jaki miał w tym cel? Zabawa – nawet ona ma swoje granice. Nie obawiał się, że jego portret pamięciowy zdominuje okładki gazet?
  ― Czy myśli pan ― podejmuje cicho ― że Rozpruwacz może teraz… z obawy przed rozpoznaniem… ― zawiesza głos.
  ― Myślę, że nie oszczędził mnie wtedy bez powodu ― zauważa roztropnie Hannibal i wargi Willa natychmiast wykrzywiają się w cieniu uśmiechu. ― Choć nie zdziwiłbym się, gdyby było to tylko przypadkiem, spowodowanym jego nieuwagą.
  ― Żartuje pan sobie? ― Will pociąga nosem i wstaje. ― Rozpruwacz i nieuwaga? Jeśli to był on, panie Lecter, był dokładnie świadom tego, że zostawił pana przy życiu. Jeśli to był on. Muszę zobaczyć zdjęcia ciał. ― Otrzepuje płaszcz ze śniegu, który przykleił mu się do okolic pośladków. ― Będę wiedział, kiedy je zobaczę. Panie Lecter…
Zagarnia włosy za zaczerwienione z zimna ucho i wzdycha ciężko.
  ― Martwię się o pana. Mam złe przeczucia. Nie wiem, co on myśli, co zamierza, ale boję się, że stał się pan częścią jego teatru. Może jest ciekaw, co pan teraz zrobi.
Lecter uśmiecha się gorzko i kiwa krótko głową.
  ― Niczego nie da się przed tobą ukryć ― mówi bardziej do siebie niż do swego studenta. ― Bez względu na to, jaką rolę gram w jego przedstawieniu, wydaje mi się, że nie będę miał w tej kwestii wiele do powiedzenia dopóki nie zrozumiem lepiej jego motywów.

           Jack wprowadza Willa do prosektorium. To duże, nowocześnie wyposażone pomieszczenie, gdzie w powietrzu unosi się przykra woń formaliny. Młodzieniec marszczy nos.
  ― Przyprowadziłem pomoc ― oznajmia agent Crawford, patrząc na Briana Zellera, Jimmy’ego Price’a i Beverly Katz, który odrywają się od okropnie zmasakrowanych zwłok, by spojrzeć na młodego praktykanta. ― Mój bratanek. Will Graham. Cudowny chłopak, trochę niespokojny.
  ― Przestraszony. ― Jimmy Price uśmiecha się pod nosem, choć nie brak w tym serdeczności. ― Oswoimy go. Jimmy Price, laboratorium zbrodni.
  ― Beverly Katz.
  ― Brian Zeller.
Wszyscy kolejno kiwają chłopakowi, a Beverly, jako jedyna bez rękawiczek, ściska mu dłoń.
  ― Od razu na głęboką wodę, co, Will? ― rzuca serdecznie Jack i klepie Grahama po ramieniu; młodzieniec stara się nie skulić.
  ― Nie ma lepszego sposobu, by się przekonać, czy to dla ciebie, niż zacząć z grubej rury ― zapewnia pan Price. ― Właśnie tym się zajmujemy: oglądamy uważnie naszych mniej szczęśliwych kolegów. Przeprowadzamy badania i staramy się łączyć kropki.
Will zbliża się z wzrokiem utkwionym w chaotycznie pociętych zwłokach trzydziestolatka. Przystaje obok, poprawiając niespokojnym ruchem przyduży fartuch.
  ― Will jest naprawdę dobry w łączeniu kropek ― zapewnia Jack, wycofując się powoli w stronę drzwi; nie chce go stresować. ― Wtajemniczcie go w ostatnie sprawy, zobaczymy, co do nich wniesie.
  ― Tak jest, Jack. ― Beverly uśmiecha się miło i zagląda Willowi w oczy. ― Hej. Spokojnie. Pierwsze zderzenie z tym światem zawsze jest trochę szokujące. Chcesz odsapnąć świeżym powietrzem?
Will kiwa powoli głową.
  ― Przy okazji pokażę ci automaty z najlepszą kawą.

           Gdy Jack zagląda we wtorkowy wieczór do pokoju Willa Grahama, zastaje chłopca z taśmą klejącą pod ścianą. W swojej pasji Will nie zauważa go, zajęty oklejaniem muru fotografiami.
  ― Co robisz, Will?
Młodzieniec drga i ogląda się przez ramię. Łypie na wuja z niezmienną niechęcią, zamierając w bezruchu z fotografią w dłoni.
  ― Dante i Virgil ― mówi.
  ― Słucham?
  ― Dante i Virgil. To nazwa obrazu, którym się inspirował.
Jack podchodzi bliżej, by spojrzeć na trzymane przez bratanka zdjęcie. Zachowuje bezpieczny dystans. Fotografia przedstawia miejsce zbrodni. Na ścianie wisi już wydruk obrazu, który zainspirował mordercę.
  ― Rzeczywiście ― przyznaje, zdumiony, po czym wyciąga telefon; podekscytowany, zapomina już nawet o tym, że powinien porozmawiać z Willem, czy tapetowanie pokoju takimi obrazami to dobry pomysł. ― Rzeczywiście.
Przykłada urządzenie do ucha i czeka na połączenie.
  ― Brian, znajdź obraz Dante i Virgil. Kto jest autorem?
  ― William Bouguereau ― podsuwa Will, doklejając fotografię obok obrazu. ― Rozpruwacz lubi sztukę i bez wątpienia ma dostęp do miejsca, w którym może z nią obcować. Być może w takim pracuje.
Jack kiwa głową.
  ― To Will ― mówi do Zellera. ― Mój Will do tego wszystkiego dotarł. Mówiłem ci, że ten chłopak to złoto.
Will przesuwa palcami po fotografii. Jest zafascynowany dokładnością, z jaką Rozpruwacz odwzorował obraz – w każdym detalu. Nawet ułożenie palców na piersi Capocchia zgadza się z oryginałem. Trzymał kopię w ręku, kiedy układał zwłoki pana Halley i jego kamerdynera w tak zmyślny sposób? Czy wszystko pamiętał?

           ― Will… Will. Spójrz na mnie. Już koniec.
Młodzieniec otwiera oczy i mruga w dezorientacji. Spogląda na wyłączoną już lampę z wahadłem i poprawia się w fotelu. Jest bardzo zmęczony, wręcz wyczerpany. Spogląda na zegarek: minęło kilkadziesiąt minut, odkąd ostatni raz spojrzał na jego tarczę. Głowę ma pełną burzowych myśli.
  ― Och ― wzdycha słabo, przymykając oczy. ― Panie Lecter.
Hannibal przygląda mu się z rozchylonymi wargami, jakby nie dowierzał własnym oczom.
  ― Wyglądasz na… Może powinienem ci zrobić herbatę.
  ― Te transy, w które mnie pan wprowadza ― odzywa się Will, uchylając powieki ― sprawiają, że tracę poczucie rzeczywistości. Czy właśnie to zrobił mi pan w Nowy Rok?
Oczy Lectera rozszerzają się gwałtownie; mężczyzna patrzy na niego w wyrazie przykrego zaskoczenia (jak mogłeś, Will, myślałem, że sobie ufamy) i zaprzecza pojedynczym ruchem głowy, poprawiając się w fotelu.
  ― Czy tak właśnie myślisz?
  ― Myślę, że nie mówi mi pan całej prawdy. ― Will ociera delikatnie rękawem pot z czoła i wzdycha ciężko. ― Przyniesie mi pan szklankę wody?
Lecter wygląda, jakby miał coś powiedzieć, jednak rezygnuje: opuszcza pokój i zmierza do kuchni. Will pozostaje w fotelu, ze wzrokiem skupionym na tym drugim miejscu, i z głową wypełnioną tak realistycznymi przebłyskami.
Gdy Hannibal wraca i pochyla się nieznacznie, by podać młodzieńcowi szkło, chłopak wygląda, jakby zasnął. Mężczyzna odstawia szklankę na stolik tuż obok lampy, nachyla się i przykłada dłoń do jego czoła.
  ― Will ― mruczy łagodnie i w tej samej chwili szczupłe palce zaciskają się gwałtownie na jego krawacie.
Młodzieniec uchyla powieki z cieniem uśmiechu na różowych wargach. Patrzy na nabiegłą żyłami, poczerwieniałą twarz Lectera, który zapiera się dłońmi o podłokietniki.
  ― Wi…ll… ― charczy.
Will oblizuje wargi i przesuwa powoli dłoń z krawatu na jego ramię, dokładnie w to miejsce, w które – mógłby przysiąc, naprawdę – wbijał palce tamtej nocy, kiedy ta duża dłoń sprawiała mu upragnioną, najwspanialszą rozkosz.
  ― Przepraszam ― szepcze z drobnym błyskiem w spojrzeniu, wygładzając materiał jego marynarki i intensywnie wpatrując się w rozszerzone źrenice pociemniałych oczu. ― Mam czasem takie dziwne odruchy.




H.K.M. - 2018-08-20, 16:05

           Cienkie wargi wykrzywiają się w gadzim uśmiechu - ciemne oczy wwiercają się w błękitne studnie, wciągają je w swoją bezdenną przepaść, zatapiając w poczuciu lęku, niepewności, w poczuciu strachu przed jego niezrównaną potęgą.
  ― Dziwne odruchy ― powtarza, a przewrotny uśmiech przysuwa się niespodziewanie do jednego z miękkich uszu. Skubie je przelotnie ostrymi zębami, a jego dłoń, jego szponiasta dłoń zaciska się na palcach, owiniętych wciąż szczelnie materiałem krawata i zmusza je do ciągnięcia mocniej. I mocniej. I mocniej.

Hannibal odsuwa się gwałtownie, wyszarpując z duszącego uścisku - impet wyrzuca go parę kroków, ale zanim zdąży opaść na fotel, udaje mu się utrzymać pion. Spogląda z góry na swego pacjenta, absolutnie zaskoczony, walczący o oddech. Luzuje przyciasny węzeł, dotykając zaczerwienionej skóry. Zaciska wargi, posyłając młodzieńcowi długie spojrzenie.
Nie może powiedzieć, że jest na niego zły za to, co się przed chwilą wydarzyło - doświadczył bowiem w życiu tylu dziwnych zachowań swoich pacjentów, że ciężko byłoby określić to jedno mianem wyjątkowo nieznośnego. Właściwie... bliżej mu do zaintrygowania, niż jakiejkolwiek innej emocji.
  ― Mamy szczęście, że zdążyłem odłożyć szklankę na stół, prawda? ― Zagaduje wesoło, upewniając się, że materiał koszuli i marynarki wyglądał już na powrót na świeżo wyjęty spod żelazka. Wraca na swoje miejsce i wskazuje podbródkiem napełnione wodą naczynie, zupełnie jakby prezentował pacjentowi jedno ze swoich wykwintnych dań. ― Możesz się jej teraz napić.
Błękitne spojrzenie błądzi po jego obliczu z nieskrywaną fascynacją i Hannibal doznaje wrażenia, że chłopiec ujrzał w niej coś, czego bardzo potrzebował. Drobne ciało zsuwa się zgrabnie z fotela, by
porwać szklankę w drobne dłonie, ale Will nie przysuwa jej sobie do twarzy. Zamiast tego podchodzi do niego z dziwną miną i...
  ― Gdyby pan trzymał ją w ręku, mógłby pan na przykład zmoczyć sobie koszulę ― chlust - pan Lecter zaciska powieki, a lodowaty strumień uderza go w klatkę piersiową, wsiąkając w gładki materiał. Wiedział o tym, wiedział o tym, co zrobi ten mały diabeł, zanim to jeszcze w ogóle się stało, ale (Bóg mu świadkiem) nie był na to przygotowany, nie potrafił się na to przygotować, nie umiał tego zrobić.
Pochyla ciężko swój łeb, wymierzając porożami wprost w centrum wijącego się przed nim ciała. Szarżuje na niego dziko, agresywnie, bez namysłu, śmiejąc się chrapliwie, gdy z młodzieńczego gardła wyrywa się cienki pisk. Gałęzie imponujących rogów przebijają się przez warstwy ściany, ale nie zdołały przebić jej jeszcze na wylot (mogłyby, gdyby tylko tego chciał, obaj o tym wiedzą, jest zbyt potężny, zbyt potężny, by znać pojęcie "niemożności" - to słowo dla niego nie istnieje) ale czynią to wystarczająco, by uwięzić chłopca w ich nieczułych objęciach.
Jak śmiesz - krzyczy wyraźnie spojrzenie, które choć rzucane z dołu, posiada w sobie tyle godności, że nie sposób się przed nim ugiąć.
Jak śmiesz.

Krzywe wargi rozchylają się bezwiednie, a niemalże niewidoczne brwi wędrują w górę czoła, tworząc na nim więcej malowniczych zmarszczek. Hannibal spogląda na niego ze swojej uniżonej pozycji, ale zaraz koryguje tę niewybaczalną pomyłkę, zrywając się na równe nogi - czyni to tak gwałtownie, że ociera się szerokim ( i niezaprzeczalnie wilgotnym) torsem o szczupłą pierś, zmuszając chłopca do cofnięcia się o krok przed nacierającym ciałem.
  ― To, co pan teraz zrobił, było bardzo niegrzeczne, panie Graham ― warczy chrapliwie, kręcąc głową. Przybliża się znów o parę kroków, zmniejszając dzielący ich dystans do nieistniejącego. ― Nie toleruję w tym domu takich zachowań.
Blade dłonie przyciskają się do wilgotnego materiału - pan Lecter może wyczuć ich ciepło i drżenie, gdy chłopiec zaciska na nim palce. Błękitne spojrzenie zrównuje się z nim (a przynajmniej usilnie się stara), gdy stoją tak naprzeciw siebie, obaj dyszący wściekle (choć każdy z innych powodów, naturalnie) i... pełne wargi rozchylają się lekko, a ta dłoń, jedna z tych nieznośnych dłoni, które są odpowiedzialne z stan, w jakim się teraz znajduje, układa się delikatnie na jego policzku i... gładzi go w najdelikatniejszej pieszczocie. I jest w tym wszystkim coś niezwykle intymnego, przepełnionego nieznośnym wręcz napięciem. Will Graham zachowuje się w tej chwili, jak treser, ujarzmiający dziką bestię, jak głupiec, wkraczający do jaskini lwa, wierząc, że widok błękitnych oczu przekona drapieżnika do darowania mu życia, do obejścia się (znów, znowu) smakiem.
  ― Pomogę się panu przebrać ― rzuca z roziskrzonym spojrzeniem i Hannibal wzdycha głęboko, czując, jak niemądre było to, czego chciał... czego o mały włos się na nim dopuścił. Odsuwa się pośpiesznie, przymykając powieki.
Obraca głowę i przez chwilę stoi tak, dumny i wyprostowany (i mokry), wyglądając przez okno. Wpatruje się w zaśnieżone drogi, w przykryte bielą gałęzie drzew, dachy samochodów, połyskujące mętnie zamarznięte oczka wodne.
Wreszcie powraca swą uwagą do swojego pacjenta i kiwa słabo głową, dając za wygraną, choć sam tak naprawdę nie wie, dlaczego się na to godzi. Nie powinien, nie powinien tego robić. Został potraktowany we własnym domu w sposób tak grubiański, tak niemożliwie... że już dawno powinien wyrzucić stąd tego nieprzewidywalnego chłopaka i zabronić mu kiedykolwiek więcej postawić tu nogę. Tak, tak właśnie powinien postąpić.
A jednak, zamiast tego udaje się wolno do sypialni i w towarzystwie ciekawskiego spojrzenia odpina rząd błyszczących guzików, ukazując młodzieńcowi coraz szerszy pas owłosienia torsu i brzucha.
  ― Czy to właśnie o to ci chodziło ― zapytuje go chłodno, sucho. ― Mogłeś po prostu poprosić. Nie ma niczego złego w ludzkiej ciekawości.
W grubiaństwie już tak, dodaje w myślach, ściągając wściekle wargi.


Koss Moss - 2018-08-20, 17:47

           Will wstrzymuje oddech. Serce wciąż jeszcze łomocze mu wściekle (Lecter przeraża go, kiedy robi takie grymasy, wyglądając, jakby…) – lecz wspomnienia zaczynają odżywać na nowo. Młodzieniec nie wie, czy są prawdziwe. Wie jednak niemal na pewno, iż tamtego popołudnia i wieczora wydarzyło się coś, o czym Hannibal nie chce mu opowiedzieć. Coś, co doprowadziło go na skraj załamania. Być może właśnie to, co myślał.
Patrzy na jego klatkę piersiową i przełyka ciężko ślinę, dostrzegając znajomą ścieżkę gęstego owłosienia. Skąd by wiedział? Skąd wiedziałby, jak wygląda to ciało pod warstwami eleganckiego, stosownego odzienia?
Postępuje o krok do przodu. Wyciąga ostrożnie dłonie przed siebie, powoli, dając mężczyźnie długie sekundy na sprzeciw.
  ― Przepraszam, panie Lecter ― mówi szczerze. ― Ciekawość kiedyś mnie zgubi, ale muszę spytać. Czy to pierwszy raz, kiedy rozbiera się pan ― kładzie dłonie na rękach Lectera i odsuwa je delikatnie od dolnego zapięcia jego koszuli ― przede mną?
Hannibal pozwala mu na to wszystko – wygląda jedynie na zmęczonego kolejnym powrotem do tego tematu, na zaskoczonego, że znów zachodzi taka potrzeba.
Znów jest wiarygodny i znów Will waha się: bo może zobaczył go pewnego dnia w oknie. Może zachował ten widok w podświadomości, a później dobudował do niego całą erotyczną historię w swojej niezwykle bujnej wyobraźni. Może któregoś dnia Lecter wychodził półnagi spod prysznica, nie zasłoniwszy okna…
Czy dopuściłby się takiego zaniedbania?
  ― Nie przypominam sobie, żeby wcześniej zaszła podobna potrzeba ― pada, i młodzieniec marszczy brwi, zawieszając wzrok na poziomie jego właśnie odsłoniętego podbrzusza. ― Will. Czy jest coś o czym chciałbyś mi powiedzieć?
  ― Obawiam się, że byłoby to grubiańskie ― odpowiada bez namysłu mężczyźnie i uśmiecha się krzywo, czując żar na policzkach. ― I że nie chce pan o tym słyszeć.
Powoli unosi dłonie i zsuwa koszulę z ramion Lectera, po czym pełen zwątpienia odsuwa się w końcu, mnąc ją w rękach złączonych przed ciałem; oznaka skrępowania. Hannibal momentalnie rośnie w siłę, staje się znów dziwnie znajomą wersją siebie, która jest przepełniona pychą, arogancka, władcza, i prezentuje mu swe półnagie ciało bez cienia skrępowania, w sposób wręcz prześmiewczy, w prawie pełnej krasie.
Will podnosi z zagubieniem wzrok i omiata nim potężne ramiona mężczyzny. Czuje się przy nim doprawdy niewielki i słaby. Byłby bezradny wobec jego siły, a jednak wciąż decyduje się balansować na krawędzi, prowokować go, testować.
  ― Nie ma takiej rzeczy, o której nie mógłbyś mi powiedzieć, Will. Szczególnie w tak… intymnej chwili ― słyszy i spogląda ze skrępowaniem w bok, w stronę okna, za którym widać jego własne, całkowicie gubiąc swoją pewność siebie.
  ― Powiedzieć bym mógł, ale myślę, że obaj już o tym wiemy. Pozwoli więc pan, że powstrzymam swój długi język i może po prostu wrócę do siebie, nie stawiając pana w jeszcze bardziej niezręcznej sytuacji ― prawie recytuje, a następnie odwraca się do drzwi sypialni, głęboko żałując chwilowej brawury.
Jeden z nich bez wątpienia kłamie, i każdy ma powody, by to robić. Will – chorobę. Lecter – ułożone życie, którego nie chce zmieniać przez jedną małą przygodę.
Może to nieważne, jaka jest prawda. Może powinni wspólnie zgodzić się na zawsze zapomnieć o Nowym Roku, cokolwiek się wtedy wydarzyło.
Postępuje krok w stronę wyjścia z dusznej sypialni, ale wie co się stanie, zanim jeszcze to następuje. Dłoń mężczyzny opada na jego ramię, zatrzymując go i odwracając z powrotem, i przez chwilę Lecter gładzi drobne ciało ojcowskim gestem, wpatrując się w usilnie unikający jego spojrzenia błękit.
  ― Cokolwiek się zdarzy, Will ― mówi z powagą ― masz mnie po swojej stronie. Jesteś nie tylko moim pacjentem, ale i przyjacielem. Cokolwiek mi powiesz, zostanie to między nami. Jeśli wolisz jednak wrócić do domu, pozwól mi się, proszę, ubrać. Odprowadzę cię.
Młodzieniec uśmiecha się krzywo i kiwa krótko głową.
Dopiero, gdy Lecter się odwraca, patrzy na jego szerokie, znikające pod koszulą plecy. Hannibal staje przed lustrem i zapina ze spokojem guzik po guziku, a potem wiąże krawat, zadzierając przy tym lekko podbródek.
Will patrzy z fascynacją, przyciskając do piersi jasny, wilgotny materiał.
  ― To nic takiego ― mówi w końcu cicho. ― Nic, czym musiałby się pan frasować. Podejrzewam, że brakuje mi po prostu znajomych. Może spróbuję się z kimś umówić, iść do klubu ― rzuca niebacznie, wspominając zaproszenie, które dostał od Beverly podczas oprowadzania pierwszego dnia praktyk. ― Jak wszyscy normalni ludzie w moim wieku poznać kogoś, jakąś fajną dziewczynę. Bo widzi pan, czasem, wbrew pozorom, po prostu czuję się… samotny.
  ― Oczywiście ― przyznaje Lecter po chwili ciszy, ale w jego głosie jest jakiś opór. Wpatruje się w opuszczone powieki chłopca z wyrazem troski. ― Na razie wydaje mi się jednak, że odpowiedniejszym miejscem dla ciebie będzie biblioteka. Kluby są niebezpieczne, pełno w nich ludzi o złych intencjach.
  ― Biblioteka ― mruczy młodzieniec z powątpiewaniem, ale widzi spojrzenie mężczyzny i wie, że nie zdoła uzyskać jego aprobaty. Wzdycha ciężko, bo przecież nie o to chodzi. Nie o takie spędzanie czasu.
Chce być normalny, poczuć się jak inni, chociaż raz.

           Beverly spogląda na Willa z serdecznym uśmiechem, kiedy ten zaczepia ją w czwartkowe popołudnie na terenie biura.
  ― I co, namyśliłeś się? ― zapytuje go.
  ― Tak. Pójdę z wami, tylko że wcześniej mam jedno spotkanie.
  ― Z dziewczyną?
Will śmieje się cicho; to absurdalne pytanie.
  ― Wyglądam, jakbym miał dziewczynę?
Beverly przygląda mu się z udawaną powagą.
  ― Z chłopakiem?
  ― Nie. ― Will śmieje się cicho i odwraca głowę. ― Muszę tylko wymyślić coś, żeby przekonać wuja.
  ― Zostaw to mnie, Will ― odpowiada Beverly. ― Przypomnę mu, jak ważny jest dobrze zintegrowany zespół w naszej branży.


H.K.M. - 2018-08-20, 19:42

             ― Wolałbym to jednak przełożyć ― mówi cicho, układając papiery w równe stosy. Alice spogląda na niego spod opuszczonych rzęs; jej twarz czerwieni się wyraźnie, a w kąciki warg wkrada się dziwna determinacja.
  ― Miałam do tej pory mnóstwo cierpliwości, Hannibalu ― odzywa się, zmuszając go by popatrzył jej w oczy. ― Ale nie czuję jej w sobie więcej, nie potrafię. To... to on cię tu trzyma, prawda? Nie chcesz wyjechać, bo boisz się, że Will sobie bez ciebie nie poradzi.
Nie odpowiada od razu - wpatruje się w odmienione przez gniew oblicze, chłonąc jego nowy, dotąd nieznany (ale jakże inspirujący) wyraz. Pakuje przygotowane dokumenty do swojego skórzanego nesesera i prostuje się dumnie, zerkając na zegarek - młody Graham zapuka do jego drzwi już za piętnaście minut i zarówno on, jak i panna Bloom dobrze zdają sobie sprawę z tego, że do tego czasu nie powinno jej już tu być. Obecność Alice wciąż oddziałuje negatywnie na niestabilnego młodzieńca i jest naturalnym, że jako jego psychiatra Hannibal będzie robił wszystko, by do tego nie dopuszczać.
  ― Chciałbym żeby to było możliwe ― przemawia, powstrzymując się od westchnienia. ― Chciałbym z tobą wyjechać, móc ci dotrzymać towarzystwa. Oprowadzić cię po najpiękniejszych miejscach Florencji, rozprostować członki w promieniach słońca, znaleźć się jeszcze raz w Uffizi, podziwiać panoramę miasta z samego szczytu jednej z wież palazzo Vecchio ― mimowolnie uśmiecha się lekko na samo wspomnienie tych niesamowitych miejsc; ich zapachu, specyficznej atmosfery, oszałamiających widoków, przypominających mu nieodzownie o ludzkich możliwościach, o wielkości. ― Nie jest to jednak możliwe, Alice. Obiecałem Jackowi, że zajmę się jego bratankiem. Że pomogę mu stanąć na nogi.
  ― Jako przyjaciel, czy jako psychiatra? ― pyta cierpko, krzyżując ramiona na piersiach.
Spogląda na nią, nie kryjąc swego zdziwienia - wie, że za zachowaniem dziewczyny stoi tylko i wyłącznie troska, ale tak bardzo wolałby otrzymać od niej w tej chwili odrobinę wsparcia - jest już zmęczony wszystkim tym, co się dookoła dzieje. Zmęczony i...
  ― Jako jedno i drugie ― odpowiada szczerze. ― Nie chcę, by Will skończył w ośrodku. Wierzę, że mogę mu pomóc, że znam sposób by wyciszyć jego problemy. Zepchnąć je na boczny tor.
  ― Te problemy prędzej, lub później powrócą, Hannibalu. Nie da się ich po prostu wyciszyć, oboje o tym wiemy. A Will... on cię wykorzystuje. Wykorzystuje to, że jesteś dla niego tak dobry i przychodzi tu, bo wie, że dzięki temu Jack nigdzie go nie wyśle. Ale... proszę, popatrz sam; odkąd zaczęła się ta terapia, nie jesteś sobą. Zamknąłeś się, odsunąłeś ode mnie, a ja...
Drga lekko, gdy szczupłe dłonie obejmują jego twarz, a miękkie wargi przyciskają się do jego własnych, zamykając je w desperackim pocałunku.
Trwają tak przez chwilę, złączeni w tej kipiącej emocjami pieszczocie; oplata ją szczelnie ramionami, przyciska do siebie, pozwalając, by otulił go szczelnie jej miodowy zapach.
Wreszcie odsuwają się od siebie lekko, nieco rozgrzani i wciąż dalecy od porozumienia.
  ― Chciałbym jeszcze o tym porozmawiać, ale goni mnie czas ― wyznał, uśmiechając się przepraszająco.
Alice wzdycha drżąca (nie próbuje nawet ukryć swojego poirytowania) nie sprzeciwia mu się jednak - udają się zgodnie na dół, gdzie Hannibal pomaga jej kulturalnie nałożyć płaszcz, a potem całuje ją lekko na pożegnanie.
Kiedy otwiera drzwi, czyni to akurat w momencie, by spotkać się spojrzeniem z falą błękitu - uśmiechają się do siebie oszczędnie i Will mija się z panną Bloom, która nie spogląda nawet w jego stronę; przechodzi do bramki swym pośpiesznym krokiem, chowając głowę w ramionach, tak jakby obawiała się, że chłopiec byłby w stanie zaatakować ją w każdym możliwym momencie.
Ciemne spojrzenie ześlizguje się pośpiesznie z pleców kochanki, poświęcając swą uwagę skrzywionej w zbolałym wyrazie młodzieńczej twarzy; uderza go to, jak wymowny ból maluje się na tym bladym obliczu. To musi być dla niego okropne - być traktowanym w tak ostentacyjny sposób przez kogoś, kogo uważało się za przyjaciółkę (a może i kogoś więcej...).
  ― Dzień dobry ― wita się z nim jednak kulturalnie, najwyraźniej walcząc ze swym smutkiem.
  ― Dzień dobry Will ― odpowiada łagodnie, robiąc w drzwiach więcej miejsca. ― Zapraszam. Pozwól, że wezmę twój płaszcz.
Udają się z miejsca do jego gabinetu, pomijając kuchnię, w której zwykli ucinać sobie niewinne pogawędki, nim przechodzili do samej terapii. Hannibal nie jest pewien, co popycha go do pominięcia tego kroku i suchego przejścia do rzeczy; być może jest to coś w postawie jego pacjenta (dziwna niepewność w ruchach, brak zwyczajowego uśmiechu na twarzy) a może za wszystkim stoi mała sprzeczka z Alice, która w jakiś sposób pozbawiła go części dobrego nastroju (który pojawiał się w nim, ilekroć nadchodziła okazja do spotkania się z młodym Grahamem).
Zajmują swoje miejsca w fotelach ustawionych naprzeciw siebie - pan Lecter krzyżuje elegancko nogi, układając jedno z ramion na niskim podłokietniku.
  ― Opowiedz mi o swoim dniu ― zaczyna wolno, wykrzywiając wargi w trudnym do zdefiniowania grymasie. ― Wierzę, że zdążyłeś już wdrażać w życie swój plan zdobycia nowych znajomych?
Ciemne oczy przesuwają się uważnie po zarumienionej twarzy chłopca - wyczekując jego odpowiedzi, Hannibal odkrywa, że jest jej ciekaw o wiele mocniej, niż przystoi to zwykłemu psychiatrze. Jest bowiem ciekaw nie tylko tego czy Will z kimkolwiek rozmawiał, ale i tego kim były te osoby, jak się nazywały, gdzie je spotkał, co młodzieniec o nich myślał, co...
Przechylił głowę, zaskoczony podobnymi myślami w swej głowie. Gdyby nie znał dobrze swojego własnego "ja", mógłby powiedzieć, że czuł się jakby na samą myśl o nowych znajomościach swego pacjenta, robił się...
Zazdrosny?


Koss Moss - 2018-08-20, 23:24

           Will zauważa tę ledwie dostrzegalną zmianę w postawie doktora. Czy to Alice zepsuła mu dzień? Wydawała się spięta, gdy wychodziła. Może się pokłócili?
Byłoby tak dobrze, gdyby się pokłócili. Gdyby zniknęła z ich życia, ponieważ jej obecność w nim – w życiu Hannibala – z jakiegoś powodu jest dla Willa trudna do zniesienia. Może to zazdrość (nie oszukuje się już, że ten mężczyzna go nie pociąga), a może urażona duma: wybrała jego – więc Will był gorszy, wadliwy? Za mało atrakcyjny, nie dość urokliwy?
Stara się tego nie robić, ale czasami tak ciężko nie porównywać mu się do Hannibala – z tego powodu podjął decyzję już na samym początku. Nie będą mieli wspólnych znajomych. Nie wciągnie swojego psychiatry w inne relacje, ponieważ Hannibal… Hannibal Lecter i jego nieodparty urok, nie ma z nim szans.
  ― Dziś znów byłem na praktykach. Oglądaliśmy więcej zwłok ― podejmuje spokojnie. ― Powoli przyzwyczajam się do widoku wnętrzności i zapachu antyseptyków. Wuj mówi, że świetnie sobie radzę. Twierdzi, że pomogłem im rzucić nowe światło na sprawę Rozpruwacza. To dosyć miłe. Czasem zachowuje się tak, że nie mogę uwierzyć, co mi robił. ― Opuszcza wzrok. ― Mam tak wiele wątpliwości w każdym aspekcie mojego życia. Umysł płata mi figle, kreuje fałszywe wspomnienia, usuwając inne. Ale zacząłem prowadzić dziennik, jak pan ostatnio zasugerował. Teraz wszystko powinno się wyjaśnić.
Nie wspomina nic o zaplanowanym na wieczór wyjściu. Wie, że Lecter go nie poprze. Nie będzie go niepotrzebnie martwił.
  ― Bardzo mnie cieszy fakt, że postanowiłeś się na to skusić ― odpowiada Hannibal. ― Pamiętaj, by zapisywać w nim nie tylko to, co się działo, ale i własne przemyślenia na ten temat. To bardzo ważne, byś mógł w każdej chwili odnieść się do sytuacji, mając pod ręką rozpisaną swoją perspektywę jej widzenia.
Will kiwa głową. Zauważa, że Lecter milczy o Rozpruwaczu – nie próbuje naciskać.
  ― A jak minął panu dzień? ― zapytuje trochę luźniej. ― Coś pana chyba martwi.
Lecter uśmiecha się niewyraźnie, z lekkim zakłopotaniem.
  ― To nic takiego ― odpowiada wymijająco i natychmiast zmienia temat. ― Czy wciąż męczą cię koszmary?
  ― Jest tak, jakbym w ogóle nie brał tabletek ― przyznaje Will ― ale to nic takiego. ― Uśmiecha się krzywo i zmienia temat w podobny sposób, jak chwilę temu uczynił to Lecter. ― Alice zapewne namawia pana do zakończenia tej znajomości. Mogę to stwierdzić po wyrazie jej twarzy. Proszę powiedzieć szczerze. Myśli pan o tym, żeby ze mnie zrezygnować?
  ― Nie ― odpowiada od razu Lecter i w jednej chwili sięga dłonią do lampy. ― Nie zrezygnuję z naszej znajomości, Will. Jesteś mi drogi i będę o ciebie walczył, jeśli taka zajdzie konieczność. ― Młodzieniec mruga gwałtownie, bez żadnego ostrzeżenia oślepiony błyskiem, choć zawsze, za każdym razem wcześniej Hannibal pytał go o gotowość. ― Stoisz w swojej sypialni, spoglądając w kierunku posiadłości pani Halley…

           Will obiecuje wrócić przed północą. Jack ufnie powierza go Beverly tylko dlatego, że wie, iż jest odpowiedzialną pracownicą. Wierzy, że jego bratankowi dobrze zrobi takie wyjście: może pozna kogoś nowego i przestanie wciąż zadręczać się tym niefortunnym obrotem spraw z Alice.
Will też jest takiego zdania. Wychodzi pośpiesznie z domu, chowając się pod czarnym parasolem (z jakiegoś irracjonalnego powodu nie chce, by rozpoznano go z okien sąsiedniego domu) i wsiada do srebrnego, nie najnowszego już Land Rovera, gdzie wita go zaskoczona Beverly.
  ― Proszę, proszę, Will. ― Uśmiecha się, patrząc na wyjątkowo dbale uczesane loki. Chłopak zachwyca dziś świeżością i młodzieńczością. Ma na sobie biały sweterek, który odsłania obojczyki, i dopasowane spodnie. Wygląda zupełnie inaczej niż w schludnie zapiętej pod samą szyję koszuli, prawie uwodzicielsko, nawet jeżeli tak subtelnie. ― Niesamowita przemiana. Poznaj Jennifer, ona też studiuje kryminologię, tylko na ostatnim roku. A to jest Morgan, pracuje w naszym departamencie jako informatyk. Tam, gdzie się zabierzemy, na pewno ci się spodoba. To klub mojego znajomego. Pogramy trochę w bilard, co ty na to?
  ― Cieszę się ― odpowiada Will, zapinając pas ― i bardzo doceniam zaproszenie.
  ― Ale wydajesz się trochę spięty, Will ― zauważa Jennifer. ― Nieśmiałość?
  ― Można to tak nazwać. ― Młodzieniec wbija wzrok w kolana. ― Przejdzie mi.
Kiedy mijają dom pani Halley, podnosi go jednak gwałtownie i jak zahipnotyzowany wpatruje się w odgrodzony teren, prawie przyklejając nos do szyby.
  ― To tutaj zabił Rozpruwacz? ― wypytuje Jennifer.
  ― Nie mówmy o tym teraz ― Beverly odwraca się przez ramię i posyła Willowi pokrzepiający uśmiech. ― Jedziemy się teraz odprężyć, prawda? Na chwilę odkładamy pracę na bok.

           Błyskające światła, głośna muzyka i tłumy ludzi są onieśmielające. Gdyby nie Beverly, z pewnością nawet nie wpuszczono by go do środka – wygląda na swój wiek i nikt nie uwierzyłby w jego pełnoletność. U jej boku ma okazję po raz pierwszy się przekonać, jak wyglądają takie miejsca. Nie tak, jak sobie wyobrażał. Trudno byłoby powiedzieć, że jest zachwycony.
  ― Śmiało, Will. Czego się napijesz? Soku? A może piwa? Nic nie powiem Jackowi.
Will uśmiecha się krzywo, odnajdując spojrzenie jakiegoś mężczyzny.
  ― Przepraszam, to jakiś konkretny rodzaj klubu? ― pyta ostrożnie.
Jennifer śmieje się.
  ― Taki, w którym na pewno ci się spodoba, Will!


H.K.M. - 2018-08-21, 00:02

           Wieczorem po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu ma okazję, by zasiąść do klawesynu - nuty same płyną mu spod palców, kierowane niepomiernymi pokładami inspiracji, kumulującej się w nim już od czasów Nowego Roku.
Szerokie ramiona odcinają się wyraźnie na tle ciemnego kształtu instrumentu, oświetlanego tylko przez blask świec i kominka. To jedna z nocy, w których pan Lecter pragnie być otoczony przez ciemność, potęgującą uczucie spokoju, samotności - chce zagłębić się w swych uczuciach, przelać je na pełne mistycznego drżenia dźwięki klawesynu. Zwinne palce przemykają pajęczo po dwóch rzędach klawiszy - od góry do dołu, przez łagodne do przejmujących brzmień, które pozostają na długo w głowie po ich zagraniu.
Zamyka oczy i ściąga delikatnie wargi, aż u nasady nosa tworzy się delikatna sieć zmarszczek - płynie wraz z muzyką, jest już oddalony od swego domu o setki, tysiące mil, wzlatując niczym ptak ponad wszystko to, co więzi go w klatce człowieczeństwa.
Niebo jest błękitne w tak znajomy sposób - kiedy unosi swą głowę, spoglądając w nie oczyma wyobraźni, sklepienie wypuszcza z siebie czarne kropki źrenic i wyciąga do niego swe ramiona, zdolne do objęcia całego świata. Hannibal nie chce dzielić się nimi ze światem, pragnie ich tylko dla siebie, tylko na sobie. Pragnie posmakować aksamitnego błękitu, otoczyć się szczelnie jego zapachem. Nie może pozwolić, by coś zaburzyło jego idealną taflę, by ziejące otchłanie źrenic zwróciły się w inną stronę. Musi...
Palce zamierają gwałtownie w miejscu, echo dźwięków przetacza się przez bogato zdobione ściany salonu - przerywa przez pojedynczy dźwięk, zwracający jego uwagę swoją odmiennością.
Silnik samochodu nie pasuje do wszystkich tych, które zasłyszeć można w sąsiedztwie. Tak samo młodzieżowa muzyka, sącząca się przez cienkie drzwi auta (słyszalna mimo takiej odległości).
Podnosi się od instrumentu i przysuwa bezszelestnie do okna, mrużąc powieki, by móc akurat spojrzeć na składającego parasol Willa Grahama - jego ruchy przepełnione są pośpiechem i przesadną wręcz ostrożnością.
Nie chce być obserwowany, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, że jego kłamstwo wyjdzie w ten sposób na jaw.
Biblioteka. Doprawdy, w takich swetrach nie chadza się do biblioteki.
Mały kłamca.

Ukrywa się za zasłoną, unikając pojedynczego, rzuconego w popłochu spojrzenia. Być może chłopiec już teraz domyśla się, że Hannibal zna prawdę - że zdołał połączyć fakty, dochodząc do jedynego słusznego wniosku.
Że jego drogi pacjent nie jest z nim szczery - że nie słucha jego rad, ignorując je na rzecz prostackich znajomych i wątpliwej jakości chwilowych uciech życia.
Jakże niegrzecznie z jego strony... okłamywać swego przyjaciela.
Kiedy Hannibal odsuwa się od grubej zasłony, nie jest już smutny.
Jest wściekły.

           Postanawia upewnić się w swych przekonaniach, dzwoniąc do Jacka - nie jest zdziwiony, gdy mężczyzna odbiera od niego połączenie dopiero za trzecim razem - nie należy do ludzi pozbawionych inteligencji, czy lekkomyślnych. Doskonale domyśla się, do czego dążą zapewne w tej chwili jego drodzy sąsiedzi. Który rodzic nie czuje chwilowego zrywu wolności, gdy jego młode (choćby i chwilowo) opuszcza ich gniazdo?
  ― Dobry wieczór, Jack ― wita się ze swą zwyczajową uprzejmością ― przepraszam dzwonienie o tak późnej porze, ale jest pewna sprawa, którą chciałbym z tobą skonsultować.
  ― Tak? ― jego uwadze nie uchodzi odgłos cichego szelestu i westchnienia, który, rzecz jasna, postanawia zignorować. ― O co chodzi?
  ― Chodzi o Willa ― zaczyna ostrożnie, z wahaniem. ― Widziałem, ze postanowiłeś pozwolić mu udać się na imprezę ze znajomymi?
  ― Tak, to prawda. Czy coś... coś nie tak?
  ― Chciałem tylko żebyś wiedział, że... to może być dla niego ogromny cios. Czy jego koleżanka podała ci adres, pod którym będą przebywać?
  ― Hmm... niezbyt dokładny, ale ciągle nie rozumiem do czego zmierzasz.
  ― Dzisiaj podczas naszej terapii, dopadł go znów krótki atak. Mam wrażenie, że mógł zostać wywołany intensywnym światłem. Miejsce, do którego się zapewne udał, jest pełne takich własnie świateł. Pomyślałem, że lepiej wiedzieć, na wszelki wypadek, gdzie zatem przebywa.
  ― Rzeczywiście... to pewnie niezły pomysł. Co? ― ostatnie pytanie jest definitywnie kierowane nie do jego osoby. ― W porządku, zapytam. Hannibal?
  ― Tak ― wyrzuca z siebie od razu, podczas gdy na gadzim uśmiechu rozkwita krzywy uśmieszek.
  ― Czy mógłbyś w razie czego odebrać Willa? Z tego, co wiem i tak udajesz się na miasto... ?
  ― Oczywiście ― odpowiada, przyjmując stosownie skromny ton. ― Odbiorę go, jeśli zajdzie taka właśnie potrzeba.


Koss Moss - 2018-08-21, 01:19

           W sali ze stołami bilardowymi jest spokojniej, lepiej. Will ściska kufel z piwem, przyglądając się, jak jego nowe znajome rozstawiają bile. Czuje się przy tym obserwowany – jak świeży kawałek mięsa położony na talerzu przed stadem drapieżników. To dziwne uczucie, nie przywykł do takiej uwagi, choć można powiedzieć, że prosił się o nią, decydując na taki strój.
  ― Will! Najmłodszy rozbija ― rzuca pogodnie Jennifer, obejmując zadumaną Morgan w pasie. Beverly z uśmiechem podaje młodzieńcowi kij i patrzy, jak ten pochyla się, próbując przybrać dogodną pozycję.
  ― Nie grałeś nigdy w bilard? ― dziwi się Morgan, widząc jego osobliwy układ palców.
  ― Nigdy ― przyznaje po chwili ciszy Will.
  ― Zobacz. ― Beverly nachyla się i zagląda mu w twarz, chwytając za rękę. ― Kij musisz wsunąć w to miejsce, a potem szybkim ruchem uderzasz mniej więcej w środek białej kuli.
Will podejmuje próbę. Trafia białą kulę, a ta toczy się ku reszcie bil, ale siła uderzenia jest zbyt słaba, by rozgoniła je po całym stole. Jennifer uśmiecha się z rozbawieniem.
  ― Dobrze, Will! Teraz wybierz sobie kulę, którą chcesz trafić. Całe czy połówki? To będzie kolor twój i Beverly.

           Bawiąc się i spożywając alkohol, wkrótce stopniowo zapomina o początkowym dyskomforcie. Morgan, Jennifer i Beverly są bardzo serdeczne. Dwie pierwsze są partnerkami, a trzecia też okazuje się niezwykle otwartą osobą: ich podejście do seksualności jest miłą odmianą od tego, co Will słyszy zwykle od wujostwa.
  ― Kiedy cię zobaczyłam ― mówi Beverly, gdy piją kolejne piwo ― od razu wiedziałam, że jesteś zbyt piękny, żeby lubić dziewczyny.
Will krztusi się napojem. Gdy unosi głowę, na nosie ma pianę.
  ― Co masz na myśli? ― pyta podniesionym głosem; odkąd przyszli, z upływem czasu muzyka w sąsiedniej, głównej sali zrobiła się znacznie bardziej donośna.
  ― Jesteś trochę inny. Bardzo zadbany. I widziałam, jak patrzysz na Briana Zellera!
  ― Nie patrzę na niego ― parska Will i pociąga zdrowo ze słomki, coraz bardziej zażenowany, a zarazem rozbawiony teoriami Beverly.
  ― Doprawdy? ― uśmiecha się kobieta.
  ― Naprawdę nie. ― Will odwzajemnia z zakłopotaniem uśmiech i spuszcza wzrok. ― Pójdę do toalety.
Z piwem w ręku odchodzi pośpiesznie ku głównej sali, odprowadzany spojrzeniem przez przynajmniej kilka par oczu. Nie udaje się jednak do toalety. Zatrzymuje się przy parkiecie, rozglądając ciekawie dokoła – teraz, gdy dochodzi dwudziesta druga, to miejsce wygląda inaczej. Zrobiło się jeszcze bardziej tłoczno i duszno, muzyka jest cięższa, bardziej dudniąca. Wraz ze zwiększającą się liczbą gości i stężeniem alkoholu w ich krwi, wijące się na parkiecie w blasku neonów, spocone ciała – męskie i żeńskie – stają się coraz liczniejsze i bardziej swobodne. Mocno oddziałują na młodzieńcze zmysły. Lampy błyskają błękitem, w powietrze wznosi się dym. Na pierwszym planie Will ma parę mężczyzn, którzy wodzą dłońmi po swych torsach i kołyszą się dziko, nie widząc poza sobą świata.
Młody Graham przełyka ciężko ślinę, pije więcej piwa i bezmyślnie, prawie odruchowo postępuje o krok do przodu. Wsuwa się między rozpalone ramiona, brzuchy i pośladki; przeciska się dalej, okręcając zaraz wokół własnej osi. Zaciąga się zapachem potu i mieszanek perfum, co chwilę potrącany, dotykany, poklepywany.
  ― Śliczny jesteś! ― pada, lecz jakby tego nie słyszał; mija wyciągniętą do niego rękę i przepycha całym sobą kolejną, która zagradza mu drogę.
  ― Hej, zostań!
Idzie dalej, spoglądając rozszerzonymi oczami w zupełnie inną stronę, w stronę rozświetlonej sceny, w stronę wijących się na rurach tancerzy.
Jest gorąco, nie może oddychać. Serce łomocze mu jak oszalałe.
  ― Fajna dupcia!
Nawet klapsa zdaje się nie czuć, przedzierając się dalej i dalej, przez ręce, przez nogi, przez twarze przyklejone do sylwetek – wysokich i niskich – które stanowią mury żywego labiryntu.
Stojąc pod wielką strukturą pełną lamp zagubiony chłopak zadziera głowę i zapatruje się w malownicze mozaiki; potem nogi same wiodą go gdzieś w bok, ku małej wyrwie w ludzkiej ścianie. Zbliża się do niej, by opuścić tę małą polanę pełną kolorów i kształtów, lecz kiedy już jest o krok od upatrzonego przesmyku, kiedy już ma się tam wśliznąć, potężny cień pada na jego drobną postać, zmuszając do zadarcia głowy.
Półprzytomne, zamglone spojrzenie wspina się z wolna po wysokiej sylwetce, jakby dopiero teraz zarejestrowało coś istotnego, coś innego niż pozbawione znaczenia i sensu figury tańczących. Sunie w górę po ciemnej koszuli i zatrzymuje się na równie ciemnej twarzy. Młode serce przyspiesza gwałtownie, gdy tajemnicze oblicze rozświetla pojedynczy rozbłysk, umożliwiając rozpoznanie.
  ― Hannibal… ― szepczą rozchylone w szoku usta.


H.K.M. - 2018-08-21, 02:21

           Pomieszczenie aż wibruje od przepełniającej go łupaniny, którą Hannibalowi bardzo ciężko nazwać muzyką - ten agresywny, pierwotny rytm wzbudza w nim poirytowanie, miast specyficznej ekscytacji, płynącej z możliwości doświadczenia sztuki na własnym ciele, poczucia jej w najdalszych zakątkach swojej duszy.
Teraz pan Lecter czuje jedynie swąd ludzkich ciał, alkoholu i taniego rodzaju wybielacza, stosowanego w użytkowanych wciąż toaletach - te stara się omijać szerokim łukiem, pamiętając, by nie wychodzić przy tym nadto z tłumu. Przez jakiś czas stoi tak - nieruchomy mężczyzna wśród wijących się dziko ciał - obserwując ze swojej bezpiecznej kryjówki poczynania swojego zagubionego pacjenta.
I widzi to - widzi te wszystkie spojrzenia, którymi obrzucają go bardziej lub mniej stali bywalcy klubu, czyniąc sobie bezczelnie komentarze na temat jego zgrabnych pośladków, dużych oczu i pełnych warg, zaciskających się ciasno wokół wściekle różowej słomki - Hannibal też na nie patrzy, ale komentarze, które czyni przy tym za bramami umysłu nie osiągają nawet w połowie tak wulgarnego i prostackiego wymiaru.
Mimowolnie... zastanawia się jednak. Zastanawia się, czy przekraczając progi tego miejsca, będąc ubrany w taki sposób, Will był w pełni świadom tego, co może go w nim spotkać.
Czy ma pojęcie, jacy ludzie obracają za nim swe głowy, gdy (wiedziony muzyką, alkoholem, bezradnością?) zapuszcza się w szeregi spoconych ciał, a te (bezmyślny motłoch) rzucają się na niego, niby przynętę, porywając go w objęcia swej wielobarwnej sieci.
Ktoś dotyka szczupłego ramienia, ktoś inny wykrzykuje mało cenzuralne słowa (za które Hannibal w jednej chwili ma ochotę zrobić naprawdę paskudne rzeczy) - w jednej chwili pan Lecter postanawia więc, że musi wyjść z ukrycia i pomóc swemu zagubionemu przyjacielowi.
Długo nie może się do niego dostać - nie ma jednak co ukrywać - dzięki niemałej sile i szerokim ramionom udaje mu się w końcu zrównać z chłopcem i w momencie, gdy ten zamierza chyba czmychnąć w dalej, zastępuje mu stanowczo drogę.
  ― Hannibal ― słyszy swoje imię, więc uśmiecha się delikatnie, przechylając głowę.
  ― Will ― mówi krótko i bez zbędnych wstępów pociąga za smukłą dłoń, wyprowadzając ich poza zatłoczony parkiet. Chłopiec daje mu się tak poprowadzić, by przystanąć obok niego i nie przerywając uścisku ich dłoni, marszczy brwi, przyglądając mu się badawczo.
  ― To ostatnie miejsce... w jakim spodziewałem się pana spotkać ― odzywa się, głosem przesiąkniętym przez oburzenie, ale nie jest to ten rodzaj oburzenia, który spodziewał się usłyszeć, a coś z goła odwrotnego - zupełnie tak, jakby jego drogiego sąsiada oburzał fakt, że Hannibal Lecter, ten dojrzały, elegancki mężczyzna, który znajdował się w związku przychodził do tego miejsca rozpusty, popatrzeć na piękne, młode ciała, nacieszyć się ich mniej i bardziej legalnymi rozrywkami i...
Cóż za niemożliwie niedomyślny chłopiec. Jakże mu ufał. Jakże w niego wierzył.
  ― Ja też nie spodziewałem się ciebie tu ujrzeć ― odpowiada z tym samym, krzywym uśmieszkiem. ― Nie miałeś się przypadkiem znajdować w bibliotece? ― Rzuca luźno, ale jest pewien, że chłopiec doskonale rozumie, jak wielki popełnił błąd, okłamując go w tak bezczelny sposób. Uczucie to musi zapewne potęgować fakt, że pełnym nonszalancji ruchem mężczyzna pochyla się na wysoką szklanką i wącha krótko jej zawartość, wznosząc w górę swą niewidoczną brew.  ― Czyżbym wyczuwał w tym alkohol?
Will spuszcza głowę, ale już za chwilę podrywa ją z powrotem, by podnieść głos (tak ciężko im się porozumieć w tym hałasie).
  ― Tylko jedno piwo! Czy mogę liczyć, że zatai pan to przed moim wujem?
  ― Oczywiście ― zgadza się po chwili, choć ma przy tym spojrzenie, które jasno mówi, co myśli o podobnym zachowaniu. ― Ale musisz mi obiecać, że na tym się skończy. I... że nie oszukasz mnie już nigdy więcej, Will. Nie będę tolerował podobnych zachowań. Przyjaciele się nie.. ― urywa, gdy wpada na nich rozpędzona para całujących się wściekle dwóch... młodzieńców. Odruchowo przytula do siebie mniejsze ciało, chroniąc je przed możliwością zderzenia. Nie pozwoli, by jakieś brudne wyrzutki ocierały się o jego chłopca.
Nie zdając sobie sprawy z tego, co przed chwilą pomyślał, pochyla się, oglądając zarumienioną twarz - wzdycha z ulgą, gdy nie odnajduje na niej śladów po tym nieprzyjemnym zdarzeniu.
  ― Wszystko w porządku ― dopytuje jednak z troską, pocierając delikatnie jeden z gładkich policzków.
Will rozgląda się wokół siebie, wyraźnie skołowany - specyficzne drżenie wyraźnie zarysowanych szczęk może mu jasno powiedzieć, że szarżująca para nieudolnych kochanków odrobinę przeraziła jego towarzysza. Utwierdza się w tym, gdy policzek wtula się ufnie w jego dłoń, a jedno z ramion zostaje mu zarzucone na szyję - teraz ich ciała oddziela jedynie wysoki kufel. Mimo to WIll przysuwa się bliżej, przytulając się do większego ciała. Wyczuwając jego mały nosek, ocierający się o skórę szyi (wciąż pamięta, jakie to było uczucie, gdy zaciskał się wokół niej krawat), pochyla głowę niżej, napotykając przy uchu powiew ciepłego powietrza.
  ― Co by pan zrobił, gdybym skłamał znów?
Chowa uśmiech za kurtyną miękkich loków, starając się nie wzmocnić uścisku ramion. W tłumie zauważa zatroskaną koleżankę chłopca, szukającą go zapewne wśród tłumu.
  ― Czasami bezpieczniej jest nie pytać o takie rzeczy ― rzuca tajemniczo, przyciskając drobne ciało do jednego z wysokich filarów.
Teraz, albo nigdy.
  ― Will ― mówi poważnie, spoglądając mu z wahaniem w oczy. ― Miałeś rację. Ja także cię okłamałem. Tamtej nocy... nie byliśmy sobie wcale tak obojętni.


Koss Moss - 2018-08-21, 05:12

           Źrenice młodzieńca rozszerzają się do niewyobrażalnych rozmiarów; nie jest pewien, czy nie zrozumiał czegoś źle w tym hałasie, przez twardy akcent, przez spokojny tembr.
Jednak spojrzenie, jakie wwierca Hannibal Lecter w młodą twarz, mówi dużo więcej niż słowa. Och, tak dużo więcej niż słowa.
  ― Co ― wydusza zapewne niesłyszalnie wśród donośnego łomotu.
Hannibal pochyla się, by przycisnąć wargi do niewielkiego ucha i kiedy wypowiada kolejne słowa, odbijają się one wibracjami w całym młodzieńczym ciele, powodując zalew gorąca i niekontrolowane drżenie.
  ― Wiem, jak smakują twoje usta.
Will bierze gwałtowny wdech, niemal krztusząc się powietrzem. Szkło z trzaskiem upada na ziemię i rozbija się na dziesiątki kawałków, rozchlapując resztę bursztynowego płynu u ich stóp.
Drobne dłonie odpychają się gwałtownie od dużego ciała, aby zaraz docisnąć do drżących, różowych warg, a chwilę później do uszu.
Młodzieniec wygląda na rozbitego, tak kompletnie rozdartego i przytłoczonego.
To zbyt wiele bodźców jak na jeden wieczór, zbyt ciężka świadomość i zbyt wiele jej konsekwencji.
Szkło zapewne chrzęści pod butem Lectera, kiedy mężczyzna postępuje o krok do przodu, zdradzając mową ciała poczucie winy. Ale jego poczucie winy jest przecież niczym w porównaniu z tym, co czuje Will, dowiedziawszy się o jego oszustwie. Tak bardzo mu ufał – do tego stopnia, że przestał ufać samemu sobie. Zawierzył jego zakłopotanym grymasom, zawierzył uprzejmym, współczującym zaprzeczeniom, kłamstwom wypowiedzianym bez mrugnięcia oka.
I teraz nie może uwierzyć w jego skruchę.
Nie, kiedy spotyka go tutaj, w tym okropnym miejscu, dokąd pewnie przyszedł, by robić podobne rzeczy z innymi chłopcami podobnymi do niego.
Bo w jakim innym celu Lecter mógłby tu być – przecież nie dla muzyki.
Ze względu na niego? Skąd mógłby wiedzieć, gdzie jest?
To wszystko składa się teraz w bardzo nieprzyjemną całość, stawiając tego niepozornego mężczyznę w złym, bardzo złym świetle.
Kto podejrzewałby go o coś takiego. Nikt.
  ― Przepraszam ― mówi delikatnie podniesionym głosem. ― Okoliczności tego zdarzenia mówiły jasno, że było ono niewłaściwe. Nie wiedziałem co zrobić i posunąłem się do czegoś okropnego, wiem o tym. Zrobiłem to po to, żeby cię chronić.
Will mruga, czując, jak policzki parzą go z poczucia upokorzenia; jak oczy pieką od niechcianych łez. Niespokojnym gestem zagarnia loki za ucho, szczupła dłoń mocno drży.
Wolałby chyba sobie to wszystko wymyślić niż czuć się w ten sposób.
Hannibal przymyka powieki. Idiota uwierzyłby w jego rozpacz i w determinację, by wszystko wyjaśnić, być szczerym. Być może chce być szczery teraz, kiedy się tu spotkali – teraz, kiedy został złapany na gorącym uczynku, wśród rozpalonych ciał innych mężczyzn – być może tą szczerością chce sobie kupić dyskrecję, tak jak wcześniej nabył ją kłamstwem. Ale Will już mu nie wierzy. Nie wierzy w ani jedną emocję na tej twarzy.
Kiedy na oczach coraz bardziej zainteresowanych gapiów mężczyzna wyciąga do niego rękę, Will odwraca głowę, a potem całe ciało. Odchodzi, pośpiesznie ocierając oczy. Wraca do sali z bilardem, rozgląda się po niej bez zainteresowania i odnajduje wzrokiem Jennifer.
  ― Beverly cię szuka. ― Dziewczyna rzuca uważne spojrzenie na jego twarz. ― Co się stało? Ty płakałeś?
  ― Dym mi zaszkodził ― kłamie odruchowo Will. ― Chyba muszę już iść, powiedzcie Beverly, że…
  ― Nie puścimy cię przecież samego. Poczekaj, ona zaraz wróci, pojedziemy wszyscy razem. O tej porze tutaj rzeczywiście robi się trochę dziko.
Młodzieniec przysiada na krawędzi stolika i ogląda się za siebie, ale nie widzi tam już ani śladu po swoim przyjacielu, o ile może go wciąż nazywać tym słowem. Ogarnia go niespokojne przeczucie, że jutro usłyszy od Lectera, że nigdy się tutaj nie spotkali.
Jeśli już tego nie zrobił, to oszaleje od tej niepewności.

           Noc przynosi jednak inne myśli. Will nie może zmrużyć oka. Siedzi przy biurku i w świetle lampki notuje w dzienniku, co zapamiętał, tak szybko i nerwowo, że boli go ręka.
Całowaliśmy się.
Uprawialiśmy seks.
Ja i Hannibal Lecter.

Odrywa długopis od kartki i zadziera głowę, wpatrując się w ciemne węże pełznące po suficie.
Pamiętaj, by zapisywać w nim nie tylko to, co się działo, ale i własne przemyślenia na ten temat. To bardzo ważne, byś mógł w każdej chwili odnieść się do sytuacji, mając pod ręką rozpisaną swoją perspektywę jej widzenia, słyszy w głowie ochrypły, spokojny głos.
Zaciska powieki, a potem rozchyla je i znów ciszę zaburza dźwięk długopisu sunącego po papierze.
Nienawidzę go. Jak mógł mnie okłamać? Wykorzystał mnie. Chyba chciał to zrobić ponownie. Alice powinna o tym wiedzieć, ale nigdy mi nie uwierzy.
Wzdycha drżąco.
Nikt się nie dowie. To mój przyjaciel.
Podkreśla ostatnie słowo linią tak zamaszystą, że prawie przerywa delikatny papier. Dopisuje znak zapytania. Zaciska zęby i zatrzaskuje notes. Chwyta się za włosy i naciąga je boleśnie, wydając z siebie zbolały, bliżej nieokreślony dźwięk.
Nie zrezygnuję z naszej znajomości, Will. Jesteś mi drogi i będę o ciebie walczył, jeśli taka zajdzie konieczność, słyszy znów jego głos. Wzdryga się, gdy gorące powietrze wlewa mu się do ucha, ale nikogo nie ma obok, nikogo nie ma. Tarmosi niespokojnie włosy. To tak beznadziejne, ponieważ wie, wie i jest pewien, że on też nie zrezygnuje z ich znajomości.
Z prostego powodu.
Nikt nie zrozumie mnie tak dobrze, jak on. Nikt nie zaakceptuje tego, jaki jestem, tak jak zrobił to on. Tylko tam mogę być sobą, tylko przy nim, z nim, mogę czuć się swobodnie. Należę do niego. Należę tylko do niego.

           Drzwi otwierają się powoli. Hannibal Lecter wydaje się nieco zaskoczony widokiem Willa Grahama o tak nieprzyzwoicie wczesnej porze, jednak niemal natychmiast otwiera drzwi szerzej.
Chłopak wygląda mizernie i blado, jakby w ogóle nie zmrużył oka. Wchodzi do środka, zgrzytając zębami – nie ma ze sobą nawet płaszcza, a nogi chronią tylko domowe kapcie, w których wypadł na zewnątrz bez wiedzy śpiących wujostwa.
  ― Musimy porozmawiać ― szepcze desperacko. ― Proszę.
Hannibal zamyka za nim drzwi i rusza powoli do kuchni. Kiedy przechodzą przez salon, zgarnia koc i narzuca go na ramiona chłopca, który z wdzięcznością się nim otula.
  ― Napijmy się kawy ― proponuje Willowi ze zmęczeniem. Wszystko wskazuje na to, że on też nie spał długo.
Czy to dlatego, że myślał o mnie, tak jak moje myśli nieuchronnie zmierzały ku niemu?
Młodzieniec wchodzi za nim do kuchni i wsuwa się na swój blat. Opiera się policzkiem o chłodną powierzchnię lodówki, śledząc mężczyznę wzrokiem i wtulając się w miękki materiał koca.
  ― Przepraszam ― zaczyna łagodnie. ― Powinienem nauczyć się od… ciebie, tej fascynującej, bezwarunkowej akceptacji, którą mnie obdarzyłeś, a do której nie był zdolny nikt inny, nawet mój własny ojciec.
Przygląda się, jak silna dłoń stawia na kuchence czajnik.
  ― Pokazałeś mi wiele razy, że jesteś moim przyjacielem, ale ja, ja nigdy nie dałem ci powodu, żebyś mógł mi ufać. Potrafię więc zrozumieć, dlaczego kłamałeś.
Hannibal sztywnieje lekko, kiedy słyszy te słowa; być może nie wierzy w to wybaczenie, być może wciąż przemawia przez niego nieufność. Przez zmęczoną, dojrzałą twarz przechodzi pojedynczy grymas, gdy zmęczone spojrzenie Lectera skupia się na twarzy chłopca.
  ― Nie chciałem zawieść twojego zaufania ― mówi mężczyzna z wyraźną nutą żalu, ale zaraz jego ton staje się bardziej zdeterminowany. ― Wczoraj zrozumiałem, że aby nasza relacja mogła funkcjonować w taki sposób, jakbyśmy sobie tego życzyli, musimy być ze sobą szczerzy. Tylko szczerzy.
  ― Tak ― zgadza się z powagą Will. ― I chciałbym, żebyś wiedział o jeszcze jednej bardzo, bardzo ważnej rzeczy. Wszystko, co mi powiesz, pozostanie między nami. Nie tylko ty jesteś moim przyjacielem, ale również ja twoim. I masz mnie zawsze po swojej stronie. Zawsze, Hannibalu, bez względu na to, co zrobisz. Nawet, jeśli tego nie popieram.
Uśmiecha się krzywo i wzdycha, po czym zsuwa się z blatu i podchodzi do niego, by zniwelować ten niepotrzebny dystans.
Gdy zarzuca szczupłe ramiona na jego szyję i przykłada miękkie wargi do jego kości policzkowej, wie – wiedzą obaj – że od dziś ich relacja nie będzie już taka sama.


H.K.M. - 2018-08-21, 18:27

           Duża dłoń wysuwa się do przodu, przekazując szkic w tę mniejszą (nieco w tej chwil drżącą). Hannibal poprawia się elegancko, ściągając wargi w cienką linię - walczy z ochotą przymknięcia oczu, ale ostatecznie nie odrywa ich od młodzieńczego oblicza.
Przez długą chwilę błękitne studnie przesuwają się po chaotycznych liniach, rogach i zakrzywieniach - pełne wargi znamionują doskonale widoczne skupienie, powagę, wypełniającą gabinet w swej podniosłej, pełnej napięcia atmosferze.
Wreszcie ich spojrzenia krzyżują się ze sobą i żaden z nich nie odwraca wzroku - wpatrują się w siebie przez dłuższą chwilę (po twarzy młodego Grahama przesuwają się setki do emocji, trudnych teraz do rozróżnienia) i ciszę przerywa dopiero pytanie.
  ― I co o tym myślisz?
  ― To doskonały portret, Will ― zauważa, sięgając po porzucony wcześniej kieliszek z winem. Zaciąga się głęboko wyrazistym aromatem, wypuszczając powietrze z nieodzownym podziwem dla sposobu, w jaki ów zapach potrafi podrażnić, rozbudzić jego zmysły. ― Nigdy nie widziałem ― dodaje po chwili przez nieco ściśnięte gardło ― by ktoś tak pięknie potrafił coś namalować emocjami.
Chłopiec przechyla głowę, by w końcu uśmiechnąć się lekko w swój nowy, niezwykle widowiskowy sposób.
  ― To nie są moje emocje.
Pan Lecter przesuwa spojrzenie na trzymany przez towarzysza szkic - wpatruje się chwilę w namalowaną postać, wyłaniającą się spośród zamętu rogów i cierni właściwie tylko pod odpowiednim kątem. Czarna skóra połyskuje oleiście, kontrastując z martwą bielą oczu. Oczu stworzonych z potęgi, pychy, wyższości i zniszczenia. Krzywe palce, przeistaczające się w szpony, to ból, zazdrość, zdrada i chciwość. Czym są krzywe wargi, wygięte w mikro-ekspresji dumnego uśmiechu?
  ― Czy pamiętasz, co zobaczyłeś we mnie tamtego popołudnia? ― zapytuje więc wolno, splatając dłonie jednym z podłokietników.
  ― Oprócz pociągającego mężczyzny? ― I nagle ta sama mikro-ekspresja pojawia się na twarzy jego rozmówcy; zaraz zasłania ją jednak gładka strona szkicu, gdy ten unosi go wysoko, oddzielając w ten sposób ich twarze. Kiedy odzywa się znowu, jego głos przesycony jest już właściwą powagą, skupieniem. ― Moje wspomnienia z tamtych chwil są wyjątkowo mgliste, niepewne. Mam problem z przypomnieniem sobie, co widziałem i czułem. Prawie nie pamiętam rysowania tego ― dłoń zsuwa się nieco niżej i błękitne oczy spoglądają na niego ponad granicą szkicu. ― Ale teraz widzę w tym obrazie, w jakimś stopniu, to, co uderzyło mnie wtedy. Ciemność, wylewającą się z ciebie jak z pękniętego naczynia. Tajemnice.
Hannibal nie podnosi głosu, nie obraża się, nie zaprzecza, nie kłamie. Spogląda na swego rozmówcę, sącząc swe wino, tak jakby w dalszym ciągu rozmawiali o całkiem niepozornych sprawach, jak pogoda (która jak na wczesny luty wydawała się być tak surowa, jak przewidywali to meteorolodzy). Wreszcie odbiera obrazek od swego pacjenta, odkładając go troskliwie do przygotowanej wcześniej teczki - gdyby mógł, zawiesiłby w swym nieskończonym samouwielbieniu na jednej ze ścian, być może pod samym jeleniem (który zgodnie z obietnicą zawieszony został w swym honorowym miejscu, samym centrum gabinetu)? Obraz jest jednak zbyt...
  ― Nierzadko nasze prawdziwe oblicza skrywamy pod maskami dobrego wychowania, pozorów i obaw o opinie tłumu, które możemy zasłyszeć nawet wtedy, gdy o nie nie poprosimy ― ciemne spojrzenie wwierca się w błękitne tunele, zupełnie jakby mogło prześwietlić w ten sposób skrywaną pod miękkimi lokami czaszkę, przebadać skomplikowany umysł Willa Grahama na wskroś, wydzierając spod niego wszystkie myśli, choćby i te najpilniej, najgłębiej skrywane.  ― Nie chowaj się przede mną, Will, w moim spojrzeniu nie odnajdziesz osądu. Tamtej nocy... pozwoliłem ci zobaczyć siebie, ale ty chowałeś się za oparami alkoholu. Kiedy wrócę ze swej podróży i zobaczę cię na tym fotelu, w tym gabinecie... chcę żebyś nie nosił już żadnych masek. A wtedy i ja będę mógł zdjąć swoje.


Koss Moss - 2018-08-21, 21:22

           Młodzieniec potrząsa głową.
  ― To nie Rozpruwacz ― zarzeka się.
  ― Brakuje przecież nerek ― przypomina Jack. ― Cięcie zostało wykonane z chirurgiczną precyzją, a ciało zostało ułożone w pozie upodabniającej je do Venus z obra…
  ― To nie Rozpruwacz ― powtarza młodzieniec. ― To ktoś, kto chciał zostać wzięty za Rozpruwacza, ale wiele mu brakuje. Prawdopodobnie wyciął narządy, żeby je sprzedać. Dochodowy biznes, ale ryzykowny. Pomysłowy.
Odkłada plik zdjęć z powrotem na blat, uśmiechając się krzywo.
  ― Niesamowite. Będziemy musieli… ― mruczy Jack, kiedy nagle drzwi otwierają się i do środka wpada jedna z nieznanych Willowi agentek.
  ― Jack ― zwraca się do mężczyzny. ― Mamy kolejne zwłoki w starej elektrowni wodnej. Znalazła je grupka chłopców kręcących filmy w opuszczonych miejscach. Bierz ludzi i jedźcie się tym zająć.

           Z osadzonej w lesie u brzegu rzeki elektrowni została już właściwie tylko sama ruina budynku – z tamy zostały tylko pojedyncze kamienne struktury. Większość elementów rozkradli złomiarze, zniszczyli wandale lub obrócił w pył czas.
Jack Crawford stoi na uboczu, przesłuchując przestraszonych świadków, kiedy pracownicy służb specjalnych odgradzają teren żółtą taśmą. Will stoi w drzwiach i przypatruje się z bezpiecznej odległości pracy Zellera i Price’a.
  ― Jak skała ― szepcze Price, stukając końcówką wskaźnika skamieniały policzek martwej dziewczyny. ― Pokrył ją jakimś rodzajem… kleju…
Ciało jest całkiem sztywne i zupełnie nagie. Doskonale zakonserwowane. Spoczywa w niemal kuszącej pozycji na miękkich, barwnych materiałach.
Piękno, które nie przemija – zachowane na zawsze w miejscu nadgryzionym bezlitosnym zębem czasu.
  ― To Chelsea Megs, modelka, która zaginęła w sierpniu ubiegłego roku. Będzie trudno określić, kiedy doszło do morderstwa ― mówi Price do Jacka, kiedy ten wchodzi do środka z nieciekawą miną. ― Zwłoki są praktycznie zmumifikowane. Twarda skorupa, tydzień będziemy dokopywać się do środka.
  ― Dokoła żadnej krwi. Póki co nie widzę żadnych poszlak ― dodaje Zeller. ― To może nie być miejsce zbrodni, albo ktoś miał dużo czasu, żeby posprzątać.
  ― Znajdziesz tu pewnie ślady naszych świadków ― informuje Crawford. ― Podobno myśleli, że patrzą na manekin. Wezwałem już Alanę, zabieramy ich na komisariat.
  ― Pewnie za wiele nie wniosą. ― Zeller spogląda krótko na Willa, który wydaje się oderwany od rzeczywistości. Jack odwraca się przez ramię.
  ― Pewnie nie, ale trzeba to sprawdzić ― przyznaje. ― Zostawcie mnie na chwilę z chłopakiem, chciałbym go posłuchać. Will. Will, możesz podejść.

           Błękitne oczy otwierają się w pustce. Białe ślepia mrużą się drapieżnie, a usta wykrzywiają w szyderczym grymasie. Czarny byt składa uzbrojone w szpony dłonie na smolisty blat, przechyla głowę i patrzy, patrzy, patrzy.
  ― Dobrze ― wzdycha Will. ― Rozumiem, że estetyka jest dla ciebie ważniejsza niż moralność.
Wpatruje się wprost w ślepia bestii ze swego miejsca przy blacie.
  ― Nie masz czegoś takiego jak moralność, zabijasz bez wyrzutów sumienia i pławisz się w swoich dokonaniach. Jesteś bezwzględny. Ale… ― Will wstaje i odwraca się, by popatrzeć na ośnieżony ogród pani Halley, gdzie w plamie krwi leży nieruchomo odziana w elegancki płaszcz, męska sylwetka. ― Nie zabijasz każdego. Nie kieruje tobą litość. Powiedz mi więc: co sprawia, że jednych mordujesz na podobieństwo świni, a innych zostawiasz? Co było tak odrażającego w tej dziewczynie, tak pięknej i bogatej, i młodej, nade wszystko młodej. Co sprawiło, że potraktowałeś ją… jak…
  ― …natychmiast stąd wyjść. Kto panią tutaj wpuścił?
Will otwiera oczy i mruga z konsternacją, rozglądając się dokoła. Jack Crawford zastępuje przy drzwiach drogę rudowłosej kobiecie z burzą płomiennych loków.
  ― A kto wpuścił tutaj nieuprawnionego studenta kryminalistyki ― czy nie jest to aby pogwałceniem zasad, panie Crawford? ― Dziennikarka uśmiecha się podle, ściskając w rękach aparat. Młodzieniec napotyka jej bystre spojrzenie i chyba ją rozpoznaje.
  ― Ja wiem, kim pani jest. ― Marszczy brwi. ― Freddie Lounds. Pisze pani te szydercze artykuły dla TattleCrime.
  ― Daję światu prawdę ― mówi Freddie z dumnie uniesioną głową, gdy od Crawforda przejmuje ją dwoje policjantów ― którą FBI usiłuje ukryć.
  ― Będzie musiała oddać pani aparat.

           ― Och, Bogowie. ― Pochylony nad leżącymi na stole zwłokami Jimmy Price krzywi się pomimo naciągniętej na nos maski. ― Wszystko w środku jest zgniłe ― tłumaczy Willowi, który zagląda do sali w białym fartuchu. ― Piękna tylko z wierzchu.
Młodzieniec otwiera szerzej oczy.
  ― Jak Dorian Gray ― mówi, odwracając się do wuja, który jest tuż za nim. ― Porwał ją i zabił, ponieważ wzbudziła w nim odrazę tym, co ma w środku.
  ― Chelsea Megs ― podejmuje Beverly, odwracając się od komputera ― wiodła dosyć rozpustny tryb życia. Rozpruwacz ją ukarał?
  ― Może miała z nim romans ― sugeruje Zeller.
  ― Nie, nie ― zaprzecza Will. ― Rozpruwacz by jej nie dotknął. Był nią całkowicie zdegustowany.
  ― Wymierzył sprawiedliwość ― mruknął Crawford w zadumie.
  ― Nie chodzi mu o sprawiedliwość. ― Will potrząsa głową. ― Nigdy o nią nie chodziło. Jakie zabrał trofeum?
  ― Język ― odpowiada Zeller.
  ― Język ― powtarza Will, spoglądając w sufit.
  ― Dotąd nie rozumiem, po co mu te wszystkie organy. Język – to nie jest organ, który mógłby sprzedać na przeszczep. Nerki, płuca, serce, nawet te jelita. Ale język, czy kawałek uda…
  ― Właśnie. Po co mu to wszystko? Co z tego robi? Przedmioty użytkowe, jak ta Ilse Koch? ― mruczy Jimmy, starannie umieszczając larwę na tacce za pomocą pipety.
Will bierze głęboki wdech… i wydech.
  ― Nie robi z nich przedmiotów użytkowych ― szepcze. Beverly, Zeller, Price i Crawford spoglądają na niego z zainteresowaniem i trwogą. ― On je… z-zjada.


H.K.M. - 2018-08-22, 02:51

             ― Pomogę ci ― odzywa się łagodnie, ale jest to tylko formalność, ponieważ Bedelia wsuwa dłonie pod kaskadę platynowych włosów i odsłania swoje zgrabne plecy, zanim zdąży chociażby otworzyć usta.
Przymyka powieki, zaciągając się głęboko starannie wyselekcjonowaną mieszanką perfum - ów aromat, jedyny w swoim rodzaju, pomagał jej komponować on sam - do tej pory pamiętne popołudnie, spędzone na ich wspólnych zakupach, kojarzy mu się jako jedne z zaskakująco przyjemnych przeżyć.
Teraz nic nie jest już takie samo i oboje nie potrafią tego zmienić - zbyt ciężkie stało się to przesycone napięciem powietrze, zbyt dużo wisi w nim niewypowiedzianych słów, oskarżeń wycofanych w ostatniej chwili, pretensji, niedopowiedzeń, wiecznych niedopowiedzeń.
  ― To był taki piękny wieczór ― doktor du Maurier obraca się przez ramię, przytrzymując roztropnie zsuwający się z ramienia materiał koktajlowej sukienki.
Hannibal uśmiecha się wdzięcznie, pochylając swą głowę w wyrazie szarmanckiej wdzięczności. On sam także nie może narzekać na przebieg tej niesamowitej nocy - cudowne przyjęcie, pełne wzniosłych rozmów o filozofii, tańców i innych uciech, wciąż odbija się w umyśle swym rozkosznym harmiderem. To chyba jedyny rodzaj hałasu, za którym pan Lecter przepada wręcz bezgranicznie.
Po chwili puszcza swobodnie swe myśli wprost w głębokie wody fantazji, wśród których wynurzają się wymowne wizje, znamionowane innym rodzajem hałasu - tego, który tworzyć może jedynie wdzięczny kochanek (który przycisnąwszy swoje cudowne oblicze do jego szyi, pozwala mu dotykać się bezwstydnie po całej długości rozkosznie zarumienionego członka)...
Lub kochanka, oczywiście.
  ― Dziękuję, że zgodziłaś mi się dziś towarzyszyć, Bedelio ― odsuwa się od niej, by pociągnąć za ciężkie, zdobne zasłony, oddzielając ich w ten sposób od widoku na panoramę cudownej Florencji. Nie zastanawiając się długo, sięga po dwa kieliszki i chłodzącą się do tej pory butelkę szampana, odkorkowując ją z taką gracją i zręcznością, jakby pod korkiem nie znajdowało się wcale ciężkie do ujarzmienia ciśnienie. Nalewa im po przepisowej ilości szampana i podaje jedno a naczyń wprost do wypielęgnowanej dłoni towarzyszki.
  ― Za tę niesamowitą noc ― wznosi toast, nie przestając się przy tym zawadiacko uśmiechać. Ich spojrzenia łączą się ponad wyciągniętymi rękoma i nie przerywają tego kontaktu nawet w chwili, gdy ich wargi dotykają już szklanych brzegów, upijając wspólnie niedużego łyka.
  ― Niesamowitą noc ― powtarza po chwili doktor du Maurier ― czyżbyś planował dla nas więcej atrakcji?
  ― Oczywiście. Czy myślałaś, że nie wykorzystam naszego jedynego dnia w roku do samego końca?
Srebrzyste oczy spuszczają się skromnie, gdy ich właścicielka oblewa się najdelikatniejszym rumieńcem, a wyszminkowane wargi drgają lekko, niezdolne do wypowiedzenia dalszych słów.
Niedopowiedzenia, myśli Hannibal i odkłada kieliszek na komodę, by móc podnieść z niej coś zupełnie innego.
  ― Wszystkiego najlepszego ― mruczy lubieżnie, wyciągając ramię z wąskim pakunkiem w kierunku zaskoczonej kobiety. Długie palce rozrywają powoli papier, nie ważąc się na pośpieszność, którą pan Lecter mógłby, przecież, uznać za grubiańską. Wreszcie docierają do eleganckiego, skórzanego pudełka i rozwierają jego pokrywy, by...
  ― Hannibalu ― wydusza z siebie, zszokowana ― czy ty...
  ― Tak ― odpowiada krótko i pochyla się gwałtownie, by zgasić światło.

           Pociągiem kołysze lekko, gdy rozpędza się wreszcie do pełnej prędkości - odległość, która dzieli ich w tej chwili od następnej stacji wydaje się dopiero blado rysować cienką linią, na mapie przyszłości. Hannibal opiera się wygodniej na staromodnym (lecz wciąż niezaprzeczalnie wygodnym) podłokietniku i spogląda na pogrążoną we śnie Bedelię, zastanawiając się, czy dobrze się z nim bawiła poprzedniego wieczoru. Wielobarwne wspomnienia ich niepowtarzalnej zabawy migają mu pod powiekami, niczym w kalejdoskopie - nie sięga do nich jednak palcami, pozwala swobodnie przepływać przez znużony podróżą umysł, sięgając w zamyśleniu po poranne wydanie dziennika.
Okładka przedstawia niedokładnie ocenzurowane zdjęcie kolejnej ofiary Rozpruwacza - Hannibal przygląda się mu uważnie, mrużąc powieki, ale nie potrafi dokładnie rozróżnić kształtu przy tak kiepskiej jakości fotografii.
Rozpruwacz z Massachusetts znowu uderza! Najnowsza ofiara miała tylko dwadzieścia dwa lata..., głosi ponury nagłówek, który mężczyzna trąca tylko pobieżnym spojrzeniem, przechodząc od razu do artykułu.
Najnowszą ofiarą Rozpruwacza okazuje się Chelsea Megs: dwudziestodwuletnia modelka, o której karierze bardzo głośno zrobiło się dwa lata temu, gdy wystąpiła na wybiegu samej Cho Ling (kolekcja 2000 jesień/zima). Od tamtej pory można było ją często zobaczyć nie tylko na wybiegu, ale i w tabloidach, gdzie robiło się głośno na temat jej coraz nowszych partnerów. Chelsea doświadczyła także w swoim krótkim życiu paru przykrych incydentów, związanych z używkami i skandalami, które...
Bedelia wzdycha cicho, przekręcając się na bok - jej blady policzek opiera się o jego ramię, a smukłe dłonie układają ufnie w okolicy uda - Hannibal pozwala jej na to, okrywając towarzyszkę swoim markowym szalikiem. Zerka przez okno na przesuwający się prędko obraz wysokich lasów, teraz skąpanych w złocistym świetle zachodzącego słońca.
Tak dawno nie znajdował się w pociągu... to prawda, jego życie składa się z nieustających podróży, ale ostatnimi czasami porusza się jedynie samochodem (tak jest szybciej i wygodniej) - teraz, gdy ma okazję do prywatnej, własnej wycieczki z ukochaną przyjaciółką na boku, czuje się dziwnie wolny, nieustannie podekscytowany. Nie umie tylko ukryć, że co jakiś czas jego spokój wzburzają gwałtowne przypływy fal tęsknoty. Tęsknoty za głosem, rozmowami i skrobaniem ołówka, sunącego po najdoskonalszym papierze specjalnie przygotowanego szkicownika.
Z głębokich westchnieniem powraca do czytania artykułu, ściągając co jakiś czas cienkie wargi. Staje się niewątpliwym to, że Rozpruwacz poczuł się na tyle swobodnie, by obdarowywać wszystkich swoimi ofiarami nawet więcej, niż raz w miesiącu. To, zgodnie z informacjami, jakie posiada, znajduje się z wolna coraz bliżej wszelkich rekordów morderstw, których dopuścili się wszelcy, znani historii amerykańscy zbrodniarze.
W jakiś sposób mu to imponuje, nie potrafi temu zaprzeczyć - imponuje mu to, że przez tyle czasu, tyle okropnych zabójstw, Rozpruwaczowi wciąż udaje się pozostać poza zasięgiem sił działania FBI.
Nie każdy potrafi dokonać takich rzeczy.
Nie każdy.

           Na miejsce docierają późną nocą - to zadziwiające, ale pan Lecter wcale nie czuje się tak, jakby spędził w podróży ponad dwanaście godzin; kiedy wysiada z pociągu, wspierając przy tym po gentlemańsku swą towarzyszkę, czuję się wypoczęty i rześki.
  ― Jak daleko do naszego hotelu ― pyta słabo Bedelia, poprawiając dyskretnie jeden z delikatnych splotów; jej włosy prezentują się w świetle księżyca, jak płynne srebro - przez chwilę Hannibal przygląda się tym urokliwym falom, lecz już zaraz przenosi swe spojrzenie na doktor du Maurier.
  ― Nie jedziemy do hotelu ― informuje ją łagodnie, unosząc dłoń, gdy na dworzec przybywa wreszcie ich limuzyna; pomaga kierowcy zapakować ostrożnie obie walizki i zasiada na tylnym siedzeniu, pozwalając kobiecie oprzeć się wygodnie o swój tors.
  ― Gdzie w takim razie mnie zabierasz?
  ― Rue Louis Rolland, s'il vous plaît ― zarządza, uśmiechając się tajemniczo, gdy Bedelia traktuje go podejrzliwym spojrzeniem.
  ― Co to za miejsce?
  ― Zobaczysz ― pochyla się, przeciągając jowialnie głoski ― to niespodzianka.


Koss Moss - 2018-08-22, 14:48




Koss Moss - 2018-08-22, 21:24

           Will uczęszcza na zajęcia, błąka się po korytarzach, pilnie notuje, czyta dużo książek, ogląda mnóstwo obrazów. Popołudniami (nawet, kiedy oficjalnie nie musi) odwiedza siedzibę FBI i zanurza się w krwawym świecie morderstw, w który popycha go wuj Jack, zachwycony niezwykłą zdolnością Willa do odgadywania, kim są lub mogą być mordercy. Hannibal Lecter miał rację. Chłopak jest w stanie z zadziwiającą precyzją nakreślić profile sprawców rozwiązanych już spraw, które ze względu na poufną naturę nie mogły być mu wcześniej znane. A teraz, w ciągu zalewie dwóch tygodni, dodał do akt Rozpruwacza wiele nowych, niezwykle cennych informacji, które pomogły wszystkim spojrzeć na tajemniczą sylwetkę zupełnie inaczej.
Morderca-kanibal. Jakże szokujące i jak oczywiste jest to odkrycie. Jak wiele otwiera drzwi.
Młody Graham to cud i Jack już teraz czuje, jak dużo wnosi swoją świeżością, swoim bystrym umysłem, a przede wszystkim pewnością własnych przekonań: nie boi się wygłaszać twierdzeń, których jeszcze nikt nie wygłosił, lub które wręcz stoją w sprzeczności z już uznanymi. Jeżeli odległe spojrzenie i problemy z relacjami z ludźmi to cena, którą trzeba ponieść za genialny umysł, Jack jest w stanie – po raz pierwszy w życiu – to zaakceptować.
W natłoku zajęć młodemu Grahamowi nie pozostaje wiele czasu na rozmyślania, gdy jednak kładzie się wieczorem do łóżka, nie może przestać myśleć o…
O swoim sąsiedzie. Brakuje mu ich terapeutycznych rozmów. Właściwie powoli zaczyna mieć wrażenie, że nie potrafi bez nich funkcjonować: że intensywnym zaangażowaniem w sprawy związane z zajęciami i praktykami, tylko zapycha pustkę, która pozostała po jego wyjeździe.
Po prostu nigdy jeszcze nie spotkał takiego człowieka jak Lecter. Z nikim nie czuł się tak swobodnie, przy nikim nie przełamał swoich antyspołecznych barier. Nikt nie dał mu takiego poczucia bycia akceptowanym w całości. Przeczuwa, że mógłby powiedzieć Hannibalowi o wszystkim i nigdy nie zostać odtrącony czy chociaż wyśmiany.
Nigdy.
I chociaż nie chce być natrętny, przychodzi taki dzień, w którym dowiaduje się czegoś, o czym bardzo, bardzo potrzebuje porozmawiać. Ponieważ ani wuj Jack, ani Phyllis nie mogą go zrozumieć; i ponieważ nie zrozumie z całą pewnością nikt obcy, Will zna tylko jeden sposób, jedną metodę, by przynieść sobie ulgę, by zostać wysłuchanym, zrozumianym, i nawet pomimo tak podłych okoliczności – cieszy się, szczerze raduje, że ma pretekst, by… wreszcie usłyszeć w słuchawce jego głos.
Ostatecznie kto jak kto, ale jego lekarz powinien wiedzieć o tak istotnych zmianach w jego życiu. Hannibal nieraz to podkreślał.
  ― Dobry wieczór, panie Lecter ― mówi cicho z parapetu, otulony kocem, zapatrzony w ogród pani Halley, z ciemnym oknem sypialni przyjaciela widocznym na skraju pola widzenia. W wolnej dłoni trzyma ołówek i przesuwa nim bezmyślnie po opartym o podkurczone nogi szkicowniku. ― Przepraszam, że dzwonię tak późno. Czy miałby pan chwilę… Kilka minut, żeby ze mną porozmawiać.
To właściwie nie jest pytanie, bo wie, że tak. Hannibal zawsze ma dla niego czas. Zawsze.
  ― Oczywiście ― pada natychmiast; Will nie jest zaskoczony. ― Słucham.
Uśmiecha się odlegle, przeczesując w zamyśleniu wilgotne loki. To takie dobre, takie przyjemne, usłyszeć jego ochrypły głos o niskim tonie, wyraźny akcent, osobliwie zmiękczone głoski.
  ― Znów nazywam cię panem ― zauważa żartobliwie, chociaż w jego głosie nie słychać wesołości – oprócz przygnębienia jest w nim słyszalna najwyżej specyficzna czułość i pewien rodzaj tęsknoty. ― Jakbyśmy nie przerobili już wszystkiego przez te dziesiątki godzin, które dzieliliśmy.
  ― Mógłbym powiedzieć, że to bez znaczenia ― mówi Lecter i Will ma wrażenie, że nie tylko jemu ten telefon przyniósł dużą ulgę już w pierwszej chwili, gdy wzajemnie się usłyszeli. ― Ale lubię sposób, w jaki wypowiadasz moje imię.
Młodzieniec parska cicho; nawet na odległość ten człowiek potrafi wywołać u niego rumieniec, i nawet w tak trudnych chwilach potrafi spowodować uśmiech. To niesamowite, jak czasami ich dialogi przypominają zmysłowy flirt dwóch spragnionych siebie kochanków, którzy prawią sobie komplementy, nęcą się i kokietują, wyczekując ponownego spotkania.
Ale tym razem nawet ich przekomarzanki nie są w stanie na długo odwieść Willa od tego, co leży mu na sercu.
  ― Mój ojciec ― wzdycha po chwili, poważniejąc, gdy przypomina sobie, co skłoniło go, by zawrócić Hannibalowi głowę. Nie jest łatwo o tym mówić, ale zdążył już – przez minione godziny – ochłonąć z pierwszego szoku. Teraz potrzebuje tylko wiedzieć, że nie zostanie sam. Nigdy. ― On… jest w więzieniu. Dowiedziałem się kilka godzin temu.
To Jack był posłańcem złych wieści. Will doznał wstrząsu, wpadł w histerię. Trudno było nagle przyjąć do wiadomości, że nie ma już ojca. Że nie ma domu i żadnych pieniędzy. Że jest całkowicie zależny od swego wuja. Od człowieka, który… sam nie jest już pewien. Czasami tak bardzo nie chce mu się wierzyć w te okropieństwa. Nie ufa sobie na tyle, by mieć pewność. Pewnie dlatego potrafi jeszcze się do niego odzywać, patrzeć na niego, oddychać tym samym powietrzem. Pewnie dlatego, że coś, wbrew wszystkim dowodom, podpowiada mu: on nigdy by tego nie zrobił.
  ― Wnioskuję, że nie zachował się najlepiej ― mówi powoli Lecter. ― Co zawiodło go w takie miejsce?
  ― Od śmierci mojego drugiego taty ― podejmuje Will po chwili wahania, wyrywając się z zamyślenia ― bardzo się zmienił. Zaczął pić. Bywał agresywny ― wyznaje. ― Zwolnili go z pracy, nie miał za co płacić rachunków i wziął się za hazard. Przez chwilę było świetnie, zabrał mnie nawet na wakacje do Paryża, bo zawsze chciałem zwiedzić Luwr, a potem… ― Ołówek przesuwa się po kartce znacznie mocniej, zostawiając na niej znacznie grubszą, ciemniejszą linię. ― Potem wpadł w długi. I chyba przeczuwał, że to nadejdzie. Dlatego mnie oddał, chociaż zawsze tak kłócił się z wujem o… Paula i mnie. Nie miał wyjścia, inaczej zostałbym sam.
Po drugiej stronie na chwilę zapada cisza.
  ― Bardzo mi przykro, Will ― mówi Hannibal. ― Wiele razy spotkałem się z sytuacją, że ktoś nie poradził sobie z przeżytą traumą. Hazard jest okropnym uzależnieniem, jednak przy odpowiednim leczeniu każdy może się od niego uwolnić. Pozostaje nam życzyć właśnie tego twojemu drugiemu ojcu.
Młodzieniec marszczy lekko brwi, subtelnymi pociągnięciami kreśląc grafitowy owal. Coś jest nie tak, ma wrażenie, że Lecter coś… przemilcza. Zna go już na tyle, by wychwycić w głosie tę drobną nutę świadczącą o pewnym zawahaniu, o odsunięciu od siebie jakiejś myśli.
  ― Znasz mojego ojca? Bernarda Grahama? ― dopytuje ostrożnie.
Lecter wzdycha cicho, znów przez chwilę milcząc, ważąc słowa.
  ― Pan Graham odwiedził mnie któregoś wieczoru ― wyznaje w końcu niechętnie. ― Nie sądzę, by był wtedy w stanie trzeźwości umysłowej.
  ― Och, nie. ― Will przymyka oczy; wie aż za dobrze, jak potrafi zachowywać się Bernard, gdy wypije za dużo, i chyba naprawdę nie chciał, żeby Hannibal o tym wiedział; żeby na własne oczy zobaczył, jaki Will miał przez większość życia wzór do naśladowania. Może lepiej byłoby tego nie usłyszeć. ― Co zrobił?
  ― Obawiam się, że przyszedł do mnie w akcie desperacji… Przyszedł mnie prosić o pieniądze, Will.
Dłoń młodzieńca zamiera o cal nad papierem.
  ― Kiedy? Kiedy przyszedł to zrobić, i dlaczego o niczym mi nie powiedziałeś?
  ― Nie chciałem cię martwić. Przyszedł zaraz po świętach. Nie byłeś wtedy w najlepszym stanie, więcej zmartwień mogło kosztować cię sporo zdrowia.
Młody Graham milknie, zaszklone spojrzenie kierując w stronę okna.
Może i ma rację. Może i lepiej było nie wiedzieć. Tak naprawdę nic by to nie zmieniło.
  ― Jak podoba ci się twoja nowa praca? ― słyszy i z ulgą odrywa myśli od swego ojca. ― Zaaklimatyzowałeś się już wśród nowych doznań?
  ― Zawsze chciałem to robić ― przyznaje. ― I zawsze wiedziałem, że kiedy będę to robił, będę w tym dobry. Tam bardzo dużo się dzieje. Mogę oglądać te miejsca z bliska, na własne oczy. Czuć tych morderców lepiej, patrząc na to, co dla mnie zostawili. Rozmawiać z nimi. Prawie ich widzieć. Czasem jestem trochę zmęczony, ale cały ten wir wydarzeń, pozwala mi zapomnieć.
  ― Zapomnieć o czym, Will?
  ― O tym, jak cholernie brakuje mi twojej kawy.
I twojego zapachu. I twojego dotyku. Spojrzenia. Widoku twojej twarzy.
W słuchawce słychać specyficzne westchnienie, które Hannibal nierzadko wydaje z siebie, gdy na jego wargi wpływa zuchwały uśmieszek.
  ― Przywiozę ze swych podróży najlepszą z odmian arabici. ― Ciepły pomruk wlewa się do młodzieńczego ucha i uśmiech wraca na gładkie oblicze. Will cofa dłoń z ołówkiem spogląda na swoje dzieło. Widzi nagiego mężczyznę o bujnie owłosionej klatce piersiowej i podbrzuszu, o umięśnionym torsie i lekko wydatnym brzuchu; o dorodnym, pokrytym żyłami, wzwiedzonym penisie, który ocieka obficie wylewającym się spod napletka nasieniem. Duże stopy postaci zapierają się o ziemię, gdy jej silne, napięte ramiona siłują się z dzikim zwierzęciem: ogromnym jeleniem, który zmuszony był ugiąć się pod potęgą alfy, nadrzędnego drapieżcy, swego pana – i choć jeszcze usiłuje odbić się kopytami od ziemi, nie jest w stanie tego zrobić, nie może nawet unieść głowy. Nigdy już nie będzie.
  ― A ja ― mruczy Will ― będę miał dla ciebie pewien stary rysunek, który właśnie dokończyłem.


H.K.M. - 2018-08-23, 15:50

           Musi przyznać, że rysunek, który przygotował dla niego Will Graham, wzbudza w nim ogromną ciekawość i nie może wyrzucić go z pamięci jeszcze długo po tym, gdy rozłączają się wreszcie, życząc sobie kulturalnie dobrej nocy.
Leżąc samotnie w hotelowym łożu (Bedelia pojechała jakiś czas temu w swoją stronę, lecz już wkrótce zastąpi ją - jakże okropnie to brzmi - Alice) wpatruje się w pomalowany na modny beż sufit, rozmyśla nad wydarzeniami ostatnich (i nie tylko dni) - o tym, jak dzięki staraniom jego młodego sąsiada, udało się rozwiązać jedną ze spraw, a do rozwiązania drugiej przybliżyć się tak, jak tylko można było to zrobić.
Od samego Jacka Crawforda zaledwie dwa dni temu dowiedział się o wszystkim, gdy rozmawiali ze sobą o przyszłości chłopca.
"Twoja terapia bardzo korzystnie wpływa na jego zdolności postrzegania świata", tak mu właśnie powiedział.
Masz na niego świetny wpływ, Hannibalu. Pod twoją opieką staje się prawdziwym mężczyzną.
Jakże niewłaściwe wydały mu się wtedy te słowa - zwłaszcza w chwili, gdy okazało się całkiem prawdopodobne, że pan Lecter uczynił swego pacjenta "mężczyzna" nie tylko w tej kwestii (choć ta druga niekoniecznie mogła przypaść agentowi Crawfordowi do gustu).
Przewracając się na bok, układa głowę w taki sposób, by móc podziwiać ze swego miejsca panoramę rozświetlonego milionem lamp Paryża - ogromne okno wpuszcza do środka rozmaite cienie, prześlizgujące się po ścianie w swej rozciągniętej, odległej od realizmu formie.
Jeśli Will Graham zdołał tak szybko rozwiązać swoją pierwszą sprawę (gdy dopiero stanął u wrót nie tylko kariery, jako agenta specjalnego, ale i studenta prawa), jak wielkie sukcesy osiągać będzie za tę parę lat? Ile wielkich umysłów najtrwożliwszych morderców ugnie się pod siłą naporu tego niezwykle utalentowanego młodzieńca?
Tak... wyjątkowy, uzdolniony, tak... trudny do skategoryzowania, określenia zwykłymi, tkwiącymi w zasobach ludzkości słowami. Ten młody człowiek musi w sobie skrywać jeszcze niejedną tajemnicę - Hannibal jest o tym szczerze przekonany.
Nie umie też ukryć swojego zadowolenia, spowodowanego ich małą rozmową - fakt, że chłopiec dzwoni do niego z problemami, że mimo tych paru nieporozumień (które na całe szczęście pozostawili już za sobą) wciąż bezgranicznie mu ufa, odnajdując opinię swego terapeuty jako niezwykle istotną.
Sprawa Bernarda, choć przykra, wydaje mu się słuszna - pan Graham wydawał mu się przegrany, odkąd tylko o nim usłyszał, a stało się tak jeszcze przed samym poznaniem jego syna, gdy pewnego wieczoru Jack wypił w domu pana Lectera o jedną szklaneczkę szkockiej za dużo. Język rozwiązał mu się na długą chwilę, podczas której Hannibal dowiedział się mnóstwa rzeczy nie tylko o swoim sąsiedzie, ale i o jego rodzinie. Nawet tej części, o której ten nigdy nie chciał mu wspominać, zażenowany faktem posiadania w swej rodzinie uzależnionego od alkoholu i hazardu homoseksualisty.
Jak to dobrze, że postanowił wtedy odebrać temu człowiekowi Willa, zająć się nim tak, jak od początku należało to zrobić - teraz, gdy chłopiec posiada już bezpieczny dom i odpowiedzialną rodzinę, jego los maluje się w o wiele lepszych barwach.
Myśląc o tej sytuacji, Hannibal jest wdzięczny Jackowi za wszystko to, co mimowolnie ofiarował także i jemu - przemiłe towarzystwo, zdolnego studenta... przyjaciela.
Życie bez Willa Grahama mogłoby okazać się o wiele uboższe w pozostające w pamięci doznania - fakt więc, że ta niepowtarzalna osobowość olśniewa go swoją niecodziennością (i będzie to robiła przez długi jeszcze czas) napawa go pewnym rodzajem... szczęścia.
Uczucia, o którym nie myślał, że któregoś dnia powróci, by jeszcze go nawiedzić.

           Alice porusza się na nim ostrożnie, zapiera się dłońmi o szerokie ramiona - unosi biodra powoli, z wahaniem, opuszczając je jednak ufnie do samego końca.
Odchyla głowę, ześlizgując się palcami po łuku talii - delikatna skóra, nieco wilgotna od potu, ulega jego dotykowi, poddaje mu się całkowicie, tak samo jak ujeżdżająca go dziewczyna.
  ― Och, mmm ― pojękuje cicho wprost w jego ucho, gdy pokonana przyjemnością przytula się mocniej do owłosionego torsu, dociska się do niego pełnymi piersiami, pozwalając mu przejąć kontrolę nad siłą i tempem pchnięć.  ― H-hannibal, ja...
  ― Tak ― podpuszcza ją świadomie, drażni się; mógłby wytrzymać o wiele dłużej, ale wie, że o wiele bardziej widowiskowe jest osiąganie wspólnego spełnienia. Zmienia więc kąt, uderza teraz tak, by podrażniać nie tylko ją, ale i siebie. Przymyka powieki, odchylając głowę na jedwabne poduszki.
  ― Och, proszę, proszę... tak bardzo tęs... kniłam!
Pozwala jej się całować, a potem rozchyla wargi, gdy naciska na nie jej język - smakują się wzajemnie, połączeni pod każdym możliwym względem - nabrzmiała męskość wślizguje się coraz pośpieszniej, napędzana przez naturalne wydzieliny i ich rosnącą potrzebę.
Wreszcie uderza inaczej i przytrzymuje dziewczynę w miejscu, by nie uciekła przypadkiem, gdy wyprowadza ostatnie, najgłębsze pchnięcie - Alice krzyczy ochryple, zaciskając swe uda - jej ciało sztywnieje gwałtownie, usta, uwolniwszy się od tych drugich, zaciskają się w wąską linię.
Opadają tak, bez sił, na prześcieradła, spoceni, zbierający oddech - ich głowy obracają się ku sobie, smukłe udo zakłada mu się na powrót na biodro, gdy dziewczyna wtula się w niego z absurdalną tęsknotą.
  ― Zapaliłabym teraz ― rzuca niewinnie i uśmiecha się, gdy napotyka jego poirytowane spojrzenie ― ale wiem, że zabiłbyś mnie, gdybym to zrobiła, tak, tak.
  ― Jest na świecie tyle przyjemniejszych trucizn. Po co truć się akurat papierosami.
  ― Przyjemniejszych? Co masz na myśli?
  ― Takich, które działają równie powoli, ale nie pozostawiają po sobie przykrego zapachu ― odpowiada i śmieją się cicho, gdy pomalowany na wściekłą czerwień paznokieć dźga go zaczepnie w bok.
  ― Na przykład?
Przechyla się przez łoże, sięgając po słuchawkę telefonu - czujne spojrzenie odprowadza jego dłoń, gdy niezawstydzona swą nagością panna Bloom układa się wygodniej wśród poduszek.
  ― Bonsoir. Je voudrais une bouteille de Ryal de Maria. Merci ― odkłada słuchawkę, podnosząc się z łóżka, by nałożyć na siebie ubrania.
  ― Zamówiłeś nam właśnie butelkę wina wartego trzydzieści tysięcy dolarów? ― upewnia się Alice, narzucając na piersi cienkie, jedwabne przykrycie.
  ― Taka trucizna odpowiada mi w pełni ― uśmiecha się figlarnie, rzucając jej rozbawione spojrzenie. ― Powinniśmy jakoś uczcić ten wieczór, prawda?

             ― To znowu on ― Alice nie pyta, a stwierdza, przyjmując na młodą twarz niezadowoloną, kwaśną minę.
Hannibal obraca się do niej, mierząc spojrzeniem, które ciężko byłoby znieść każdej żyjącej istocie - nie dziwi się więc, gdy zielone oczy spuszczają się pośpiesznie na podłogę, a drobna dłoń zaciska na rączce kosza z serami.
  ― To mój pacjent ― upomina ją cierpko. ― Prosiłem cię, żebyś spróbowała to zaakceptować.
  ― To nie jest łatwe ― warczy, ignorując odgłos dzwoniącego telefonu.
Jest zaskoczony jej zachowaniem, jej... agresją. To nie jest podobne do Alice Bloom, która całowała go czule parę tygodni temu. Zmiany, które zachodzą w tej dziewczynie, stają się coraz bardziej uciążliwe, trudne do zniesienia.
Podnosi się z fotela i wychodzi z sypialni, ignorując wściekłe westchnienie. Dzisiejsza konferencja zdążyła dać mu nieźle w kość i naprawdę nie potrzebuje, by ktoś pogłębiał stan jego zmęczenia. Na szczęście rozmowy z młodym Grahamem przynoszą zazwyczaj z goła odwrotne skutki.
  ― Dobry wieczór, Will ― wita się z nim uprzejmie, opierając się przedramieniem o marmurową barierkę, by móc nacieszyć się widokiem zachodzącego słońca, przebijającego się we wściekłym różu przez potężną figurę wieży Eiffla. ― Jak się miewasz?
  ― Teraz, gdy słyszę twój głos, Hannibalu, już dużo lepiej ― mówi ciepło. ― Bez ciebie wszystko tu staje na głowie.  ― Wzdycha ― położyłem dziś egzamin z taktyki kryminalistycznej.
  ― Jak to możliwe ― pyta nie bez zdziwienia. ― Nie przypominam sobie żebyś miał z tym przedmiotem większe problemy.
  ― Wiesz, który to Austin Howard? ― w głosie chłopca pobrzmiewa taka dawka jadu, że ciężko go rozpoznać. ― Oczywiście, że wiesz. Przez niego profesor Lawrence oskarżył mnie o ściąganie. Będę musiał zdawać ten przedmiot jeszcze raz. A w dodatku ten drań...  ― waha się i ostatecznie nie kończy zdania. ― Ale to nic, znów mówię tylko o swoich sprawach. Przepraszam.
  ― A ja bardzo chętnie o nich posłucham. Wiesz, że możesz mi ufać, Will. ― Przekonuje go, bo choć czuje podskórnie, że nie spodoba mu się to, co za chwilę usłyszy, musi wiedzieć, co tak gnębi jego przyjaciela. Nie pozwoli, by działa mu się krzywda, szczególnie zaś na jego uniwersytecie.
 ― Powiedział, że jestem na Harvardzie tylko dlatego, że ci obciągam ― podejmuje z oburzeniem. ― Że nie dostałbym się, gdybyś za mną nie stał. Że jestem nic niewart, bo nie mam nazwiska. Obraził też ciebie. Nie potrafię tego spokojnie powtórzyć. Myślałem, że go uderzę. Uderzyłbym go, gdyby nas nie rozdzielono.
Przez chwilę ogrom uczuć nie pozwala mu zabrać głosu (jest pewien, że mógłby powiedzieć parę słów za dużo, słów, które nie powinny opuszczać ust człowieka o opinii stonowanego, kulturalnego). Daje sobie dwie minuty na uspokojenie oddechu, odzyskanie rezonu.
  ― Najlepszym, czym możesz go teraz obdarować, jest zwrócenie na niego uwagi. Udowodnienie, że jego słowa jakkolwiek cię wzburzają. Will ― wkłada w to imię całe swoje przekonanie, całą siłę, która sprawia, że znajduje się tu, gdzie się znalazł, która czyni go potężniejszym, niż śmie podejrzewać większość ludzi ― studiujesz kryminalistykę, ponieważ wykazujesz się w tej dziedzinie niezaprzeczalnym talentem. Pracujesz w Federalnym Biurze Śledczym, ponieważ wyróżniasz się na tle swoich rówieśników czymś, czego oni sami nie zdobędą najpewniej przez całe swoje życie. Otrzymujesz świetne stopnie, budzisz sobą zainteresowanie wielkich figur, które z reguły nie patrzą nawet w kierunku zwykłych pionków. Zwykłe pionki odczuwają zazdrość, niezdolne do stanięcia na twym polu, o które toczy się gra. Rozumiesz, co chcę powiedzieć?
Willy milczy przez dłuższą chwilę.
 ― Uważasz mnie za jednostkę nadrzędną ― mówi cicho. ― Jestem samotny, ponieważ jestem wyjątkowy.
  ― Jesteś tak samo samotny, jak ja ― wtóruje, kontynuując ich małą grę. ― I nikt nie ma prawa nam tego odebrać.


Koss Moss - 2018-08-23, 20:28

           To byłoby grubiańskie, odwiedzić go w minutę po powrocie z długiej i pewnie męczącej podróży, toteż Will – choć przez szybę widzi znajomą postać przy drzwiach sąsiedniego domu – nie rusza się ze swojego pokoju, ograniczając się do cichej obserwacji. W jednej dłoni Hannibal trzyma elegancką torbę, a w drugiej klucz, który unosi do zamka, a gdy tylko go w nim umieszcza, wówczas (jak gdyby dobrze wiedział, że go tam zobaczy) nieśpiesznie odwraca głowę w stronę tego szczególnego okna i spogląda wprost w oczy swego sąsiada.
Tętno Willa gwałtownie przyspiesza. Choć z daleka trudno jest mieć pewność, młodzieniec może przysiąc, że na krótko przed tym, jak Lecter zniknął w drzwiach swego domu, na jego wargach zaigrał znajomy uśmieszek, a jedna z powiek mrugnęła do niego przyjaźnie.
Młode ciało zalewa miłe ciepło: Will niezwykle się raduje, widząc swego przyjaciela po takiej rozłące – nie przypuszczał nawet, że ujrzenie go przyniesie mu tak wielką przyjemność i ulgę. Ma nadzieję, że uroki Włoch i Francji pozwoliły mężczyźnie zapomnieć o wszystkich troskach, i że w jego oczach nie zobaczy już strachu, który tak bardzo wstrząsnął nim wkrótce po ataku Rozpruwacza na Halleyów. Chce z nim koniecznie porozmawiać, wszystkiego się dowiedzieć, usłyszeć każdą historię, którą Lecter zechce się z nim podzielić. Chce intensywności, jaka zawsze towarzyszyła ich spotkaniom.
Na odpoczynek i rozpakowanie się daje Hannibalowi tylko godzinę, którą spędza głównie na przymierzaniu ubrań i rozrzucaniu ich po całym pokoju. Potem narzuca na siebie płaszcz i w biegu mija ciotkę Phyllis, nie dając jej nawet okazji się sobie przyjrzeć.
  ― Dokąd to, Will!
  ― Hannibal!
  ― Will, powinieneś dać mu…!
Drzwi trzaskają za podnieconym młodzieńcem i kobieta zostaje w korytarzu z miną wyrażającą czystą konsternację.
Szczupłe palce naciskają dzwonek, gdy z rozchylonych ust wydobywa się przyspieszony oddech. Will poprawia na szyi apaszkę, w drugiej dłoni ściskając dużą kopertę. Hannibal otwiera po stosownej chwili – ale jak dobrze wygląda, gdy wreszcie stają naprzeciw siebie. Od razu widać, że wyjazd doskonale mu zrobił. Wydaje się taki wypoczęty i rześki – młodszy o dobre kilka lat. Jego zwykle bladą skórę przyrumieniło słońce, a oczy iskrzą żywo, kiedy przesuwają się po sylwetce Willa z góry na dół.
  ― Dzień dobry, Will ― wita swego pacjenta po dłuższym niż zwykle milczeniu. ― Świetnie wyglądasz.
  ― Hannibal. ― Zaczerwienione usta wyginają się w uśmiechu, który jest zarezerwowany tylko dla tego człowieka. ― Miałem powiedzieć to samo o tobie. Ubyło ci parę lat. ― Wypowiadając te słowa, Will mruga, uświadamiając sobie, że tak naprawdę nie ma pojęcia, ile lat ma ten człowiek. Nigdy nie miał okazji zapytać; kiedyś to zrobi, ale jeszcze nie dziś.
Wchodzi do środka i zsuwa z ramion płaszcz, który szybko zostaje mu odebrany. Wygładza jasnoszary sweter i zagarnia lok za ucho. Przygląda się Hannibalowi, kiedy ten starannie wiesza jego odzienie na specjalnym wieszaku, by się nie pogniotło. Sam nigdy nie przejmuje się takimi szczegółami. Potrafi rzucić płaszcz na stojak i nie upewnić się, czy nie zsunął się z niego na podłogę. Są w wielu aspektach tak różni, a jednak znaleźli jakiś most, który pozwolił im nie tylko nawiązać tę intrygującą więź, ale i również podtrzymać.
Ich spojrzenia spotykają się po raz kolejny (to zbyt intensywne, zbyt mocno oddziałujące na wszystkie zmysły) i bez słowa, w tej samej chwili, obydwaj przysuwają się do siebie: Will przechyla głowę, układając ją na ramieniu Hannibala, a ten wtula w nos jego szyję, głęboko zaciągając się jej zapachem. Młodzieniec czuje ruch powietrza na swojej skórze; aż się wzdryga, mnąc palcami materiał marynarki w subtelną kratę, i zaciska lekko uda, czując subtelny skurcz w podbrzuszu. Ach, więc naprawdę nic się nie zmieniło. Nadal na niego reaguje. Nadal, od tamtego dnia, gdy zamknął się w jego łazience i zaspokoił się z palącej potrzeby, nie potrafi traktować go obojętnie: jakby się uwarunkował. Jakby już sama obecność Hannibala, sama jego bliskość, wywoływała w jego ciele seksualne skojarzenia. I nagle Will czuje, że… że nie chce tego powstrzymywać. Po prostu nie chce.
Bierze głęboki wdech, przesuwa palce na starannie ugładzone, siwiejące włosy, gładzi je przez kilka sekund – i raptem napiera: wymusza, by wargi Lectera zetknęły się z jego ciepłą skórą tam, gdzie kończy się apaszka.
Wzdycha drżąco, kiedy cienkie wargi same dociskają się do niego mocniej; kiedy rozchylają się i całują go lekko w utęsknionej pieszczocie. Tak… blisko. Nareszcie. Nareszcie. Przeczesuje włosy Hannibala, lgnąc do niego bezmyślnie całym ciałem. W ogóle nie myśli o tym, że poza nimi istnieje ktoś jeszcze i ma uczucia, ma serce, które darzy tego człowieka psim przywiązaniem. Nadstawia szyję mocniej, ale… wtedy ciepłe wargi, które dają mu tak wiele przyjemności, odrywają się od jego wilgotnej skóry. Unosi głowę, by popatrzeć półprzytomnie w oczy Lectera – nie chce się odsunąć, nie chce tego, zbyt daleko byli przez ostatnie tygodnie, aby teraz zwykłe siedzenie naprzeciwko siebie mogło stanowić satysfakcjonującą nagrodę.
Oddychając dość ciężko, z zarumienionymi policzkami zsuwa palce z włosów na ramię Lectera, drugą zaś dłoń zdejmuje z jego pleców i – nie pozwalając by odległość między nimi powiększyła się choćby o pół kroku – ostrożnie podaje mężczyźnie kopertę, po czym unosi kąciki warg w nieobecnym uśmiechu.
  ― To dla ciebie.


H.K.M. - 2018-08-24, 12:57

           Wszystko to dzieje się tak szybko, że Hannibal nie próbuje się już nawet oszukiwać - nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z jego ciałem, gdy w polu widzenia pojawia się smukła sylwetka jego młodego sąsiada. To nie on, ale jego ramiona obejmują ciasno przyjemnie węższą talię, to nie on, ale jego nos wtula się w kawałek odsłoniętej szyi, walczy z apaszką, chcąc ją zastąpić, chcąc stać się przez moment lekkim materiałem, popieścić bladą skórę, ucałować ją, posmakować jej.
Ale w którejś chwili... uświadamia sobie ze wstydem, że jeśli natychmiast nie oderwie się od pieszczonego miejsca, nie będzie umiał się powstrzymać i ugryzie je, wpije w nie kły, nadrywając delikatną skórę, a przecież nie mógł, nie powinien...
Odsuwa się w ostatniej chwili - jego krew krąży po żyłach z chorą prędkością i spływa bezlitośnie w miejsca, które powinny teraz pozostać nieaktywne, o których w ogóle nie powinien teraz rozmyślać - ale wszystko to jest winą Willa Grahama, tego jak się wystroił, tego jak dobrze wygląda kiedy spogląda na niego błyszczącymi oczami, zarumieniony i...
Podaje mu kopertę - Hannibal przyjmuje ją więc z wdzięcznością, wiedząc, że ujrzy tam nareszcie obiecany mu wcześniej rysunek.
Długo rozmyślał nad tym, czym może się okazać prezent od Willa Grahama - czy znów ujrzy kłębowiska cierni i rogów? A może tym razem chłopiec posunie się o krok dalej...? Jeśli tak, to jak będzie wyglądała jego jeszcze śmielsza rzeczywistość? Co skrywało się w tym niesamowitym umyśle? Jakie wizje dręczyły go w chwilach samotności?
I nagle nie musi już zadawać pytań, ponieważ otwiera kopertę i wyciąga kartę na wierzch, nie odrywając od niej spojrzenia ciemnych oczu.
Spogląda na wysoką, umięśnioną sylwetkę - na szerokie ramiona i owłosioną pierś. Ogląda mocne nogi, i pośladki, wyraziste oblicze, wykrzywione w pełnym zezwierzęcenia grymasie.
Dobrze wie, kim jest mężczyzna, któremu udało się pokonać rosłego jelenia - poznaje każdą część, nawet bliznę w okolicy nadgarstka.
Poznaje także nabitą, wilgotną męskość, z której cewki wypływają śmiało mętne krople, zwieszające się w swojej kleistej formie, zupełnie tak, jakby już teraz znajdował się u szczytu, u samego końca...
  ― Cóż za niezwykła dbałość o detale ― mruczy, zachwycony sposobem, w jaki chłopiec oddał na swym obrazie jego... piękno. Piękno, wynikające z potęgi. Jak wielką siłą musi dysponować narysowany Hannibal, by bez trudu położyć na ziemię tak rosłe zwierzę?
Jego oddech przyśpiesza odrobinę, wargi wysychają nagle, wołając o odrobinę nawilżenia. Przesuwa po nich językiem, zaciągając się śmiało zapachem towarzysza. Teraz może poczuć go wszędzie - płynie z wyrysowanej kartki, w powietrzu, z jego włosów, ubrań, emanuje nim kraciasta apaszka...
  ― To niesamowity prezent ― chrypi niewyraźnie przez nasilony akcent. ― Dziękuję ci, Will. Warto było czekać na coś takiego.
Chłopiec spogląda na niego z dołu - jego spojrzenie także zdradza więcej powinno, a płytki oddech potwierdza tylko grzeszne podejrzenia pana Lectera (nie tylko on, nie tylko jemu jest tak ciężko).
Szczupłe dłonie obejmują go ostrożnie za szyję (pozwala im na to, nie potrafi, nie umiałby, nie teraz), palce przesuwają się po jego karku (to takie przyjemne, nieznośnie, niepoprawnie), a gdy pod ich delikatną pieszczotą przechyla głowę, zostaje mu podarowany najsubtelniejszy z pocałunków - ten trąca zaledwie kącik jego warg, ale i tak odciska się na dojrzałym obliczu swym piętnem.
Drugi pocałunek kieruje się w nieco bardziej oczywistym kierunku - Hannibal czuje muśnięcie na swej dolnej wardze i, na wszystkie świętości, tak mu gorąco, tak duszno, całe powietrze ucieka gdzieś z korytarza (czy naprawdę nie weszli nawet do salonu?) i...
Ostatni z pocałunków trafia wreszcie w sam środek ust - jest jak muśnięcie motylich skrzydeł, ale najtęskniejsze, najostrożniejsze, jakie tylko może sobie wyobrazić.
Czy nie grzechem byłoby przerwanie takiej chwili? Czy potrafiłby sobie wybaczyć, gdyby, wiedziony moralnością, oderwał od siebie to słodkie ciało, odrzucił tak rozkoszną pieszczotę?
Czym, z resztą, jest moralność wobec tego, co robią? Czy ich tęsknota, czy to, jak na siebie działają (jak bardzo siebie pragną) mogłoby naprawdę zostać uznane za niegodne?
  ― Will ― wydusza z siebie ciężko, przyciskając się gwałtowniej do drobnego ciała. A jednak, kiedy jego brzmienie zawisa pomiędzy nimi w ciężkiej atmosferze, Hannibal nie wie, nie pamięta co miało nastąpić po nim, co miał na myśli, gdy...
Atakuje w jednej chwili i bez uprzedzenia - napiera na szczupły tors w dzikiej szarży i kontrastowo delikatnie, z namaszczeniem odkłada kopertę i swój prezent na komodę.
A wtedy jego dłonie stają się wreszcie całkiem wolne i może dostać to, czego pragnął od... To tak trudne do określenia, gdy walczy się ze swoimi pragnieniami, gdy oszukuje się własne ciało, starając się odnaleźć dla wszystkiego logiczne wytłumaczenie, ale po co, po co, kiedy pożądanie nie ma niczego wspólnego z logiką?
To nie równanie matematyczne, ale czysta chemia i neuroprzekaźniki, pojedynczy sygnał mózgu, który w tej jednej chwili nakazuje mu wpicie się w kształtne wargi (od samego początku były zbyt czerwone, zbyt kuszące) i zaciśnięcie ramion, zamykając drobne ciało w swej klatce. Will nie może mu teraz uciec, nie może wyfrunąć - może tylko wić się pod pieszczotą, skamleć o więcej lub mniej, ale każdy ruch, wszystko zależy teraz od profesora Lectera i ta świadomość napędza go nową, nieznaną siłą.
Oto on, pierwotny wojownik, zdolny do powalenia dzikiego zwierzęcia gołymi rękoma, usidla jedno z nich (to najrzadsze, mityczne, najpiękniejsze) zmieniając je w swoją ofiarę, zmuszając do ugięcia się pod swą potęgą.
Czy już wtedy młody Graham wiedział, że to, co rysował, stanie się prawdą? Że przepiękny rysunek przedstawiał jego właśnie los?
Co jeszcze skrywał w sobie mroczny umysł tej niepozornej istoty? Jakie tajemnice, jakie nowe (ekscytujące) występki?
Odrywa się na chwilę od całowanych warg, spoglądając z rozgorączkowaniem w przepiękne oblicze - obaj dyszą ciężko, pożądanie wyrysowuje się w ich oczach specyficznym zamgleniem, którego nie potrafiliby ukryć, nieważne jak bardzo będą się starać.
W pełnej napięcia ciszy, duża dłoń układa się na wąskim biodrze, ale nie pozostaje tam długo, ponieważ zwinne palce unoszą skrawek swetra i podwijają go wolno, zaznajamiając się z delikatną skórą - napierają na jej miękkość, wymuszają uległość.
Jedna ze stóp, odziana w drogie, skórzane obuwie, wsuwa się między długie nogi i stanowczym naciskiem zmusza je do obscenicznego rozkroku. Ciemne oczy wwiercają się w apaszkę, zupełnie jakby pan Lecter postanowił przepalić ją siłą spojrzeniem.
Wreszcie, pokonany wirującymi emocjami, Will wydaje z siebie przeciągły, pokonany jęk - to jest właśnie sygnał, którego Hannibal tak potrzebował.
Żarłoczne wargi przywierają do wyeksponowanej szyi, rwą delikatny materiał, lizą skórę, jakby stanowiła najsmaczniejszą ze wszystkich potraw - wówczas wszędobylskie palce obdarowują swą bezczelną uwagą sterczący sutek; podskubują go, pobudzając płynącą krew, zmuszając do przyjmowania każdej z pieszczot w biernej uległości.
Jeleń wierzga, szarpie się w ucisku, ale Wojownik nie pozwala mu się od siebie odsunąć - teraz, gdy zwierają się w swej pierwotnej walce, nie odpuści mu, dopóki nie odnajdzie go u swych stóp, z pochylonym usłużnie łbem i wzrokiem wpatrzonym w jego wielkość.


Koss Moss - 2018-08-24, 15:43

           Will odchyla głowę i wygina ciało w łuk, przyparty do powierzchni drzwi – nawet nie ruszyli się z korytarza, to takie szalone, tak straceńcze. Rzucili się na siebie niczym wygłodniałe zwierzęta podlegające pierwotnym instynktom. I tym razem Will nie ma najmniejszych wątpliwości, że to się dzieje naprawdę.
Udo Lectera wsuwa się między jego nogi, a ciepła dłoń pod swetrem dobiera się do drobnego sutka. To takie przyjemne, choć momentami bolesne – brodawki Willa są bardzo wrażliwe i żywo reagują na każde uszczypnięcie czy pociągnięcie.
  ― Aa-ach ― jęczy, bezradny wobec potęgi swego oponenta, przytłoczony jego siłą. Zaciska palce na jego włosach, kąsany po szyi, a drugą ręką ściska przód koszuli Hannibala, jakby dawało mu to jakąś złudną namiastkę kontroli nad sytuacją.
Każdy pocałunek, każde ukąszenie i każdy dotyk jego dłoni posyłają po całym młodym ciele fale dreszczy, wprawiając je w rozkoszne drżenie. Will jest gorliwy, spragniony i chętny…
  ― N-ngh! ― wydaje z siebie zduszony okrzyk i odrzuca głowę w bok, przyciskając policzek do powierzchni drzwi, kiedy Lecter napiera kolanem dokładnie na jego krocze, całkiem już sztywne, całkiem mokre. Młodzieniec bezwiednie zaciska palce na siwiejących włosach i na materiale koszuli; nie kontrolując gwałtowności odruchów, zadrapuje przez ubranie twardą pierś, walcząc o oddech.
Nie ma w tym nic niewinnego, nic platonicznego. Nic.
Oddycha płytko, głośno i jękliwie, wzdrygając się konwulsyjnie od pocałunków i gorących powiewów wydychanego powietrza na najwrażliwszej skórze szyi. Lecter bawi się nim, sunąc wargami po jego szyi, żuchwie, policzku. Bawi się, obejmując nimi nabrzmiałe usta chłopca, ssąc i gryząc, splatając ich języki. Bawi się, przesuwając kolanem po całej długości niewielkiej ptaszyny, wsłuchując się w jęki i pysznie delektując nerwowymi odruchami szczupłych dłoni.
  ― Hannibal ― jęczy słabo Will, gdy cienkie wargi wdzierają się pod jego podbródek. Rozchyla nogi szerzej, wygina plecy w mocniejszy łuk – mógłby dojść nawet w taki sposób, jest tego całkowicie pewien. Tylko od pocałunków, od tarmoszenia sutka, od dotyku kolana.
Problem w tym, że Lecter nie jest łaskaw mu na to pozwolić. Wycofuje nogę spomiędzy lubieżnie rozchylonych ud, przesuwa dłoń z jego piersi na biodro i młodzieniec otwiera przymglone pożądaniem oczy, patrząc z niemym błaganiem w te pociemniałe.
Nie zamierza chyba przerwać – nie, oczywiście, że nie zamierza – dociera do niego, kiedy widzi jak mroczne studnie pochłaniają go, pożerają w całości.
Zagryza nerwowo drżącą wargę, gwałtownie chwytając Lectera za policzki.
  ― Dotykaj mnie, proszę ― szepcze gorączkowo, popchnięty do tego przez nieznaną siłę, przez jakiegoś demona, który mieszka w nim i budzi się w takich chwilach. Policzki go pieką; wie, że prowokuje kogoś, kto jest większy od niego, silniejszy i potężniejszy. Wie, że to może go przerosnąć, że pewnie nie przewidział wszystkiego, kiedy nocami wyobrażał sobie ich razem. Wie o tym wszystkim, ale nie potrafi przestać, nie potrafi znaleźć w sobie wstydu i przyzwoitości, kiedy widzi w ciemnych oczach tak wiele pożądania, tak wiele uwielbienia dla swojej cielesności. ― Dotykaj ― chrypi ― tatusiu.
Nie wie, skąd to określenie przyszło mu do głowy – to znaczy wie, oczywiście, że z pornografii, że z brzydkich płyt i gazet ojca – nie wie tylko, dlaczego wyszło z niego akurat w tej chwili, akurat przy nim, niestosowne i brudne, gorszące, niewłaściwe.
Na twarzy Lectera odmalowuje się subtelna nuta zaskoczenia, ale już zaraz na usta mężczyzny wpływa znajomy, zuchwały uśmieszek – musi być z siebie taki dumny, że doprowadził go do tak niewielkim wysiłkiem do stanu graniczącego z obłędem. I chyba to lubi. Chyba lubi być tak nazywany, chyba czerpie z tego równie niebezpieczną przyjemność jak Will.
Duża dłoń ześlizguje się w dół, na zapięcie spodni, i sprawnie rozpina guzik, a potem zamek. Zsuwa materiał, odsłaniając prostą, beżową bieliznę, która jest już przemoczona preejakulatem.
Will wstrzymuje oddech, spoglądając na nią, gdy Hannibal sięga do jej wnętrza, żeby wyciągnąć całkiem mokre maleństwo na wierzch. Mężczyzna ujmuje z wprawą estetyczną ptaszynę (brak jej napletka, który usunięto w dzieciństwie) i rozsmarowuje obfite wydzieliny po całej jej długości. Will wczepia się w niego całym sobą, chowając całkiem czerwoną twarz w jego ramieniu, i jęczy słabo. Lecter obchodzi się z nim jak z kobietą – rozprowadza śluz po czubku i pociera opuszkami palców, wywołując reakcje bliskie skrajnym. W kilka sekund rozpala Willa do granic – i unosi jego podbródek, i spogląda z tryumfem w błękitne oczy tylko po to, by zaraz przysunąć gorące wargi do niewielkiego ucha.
  ― Tatuś się tobą zajmie.
Słodka, wychrypiana z twardym akcentem zapowiedź penetruje bezlitośnie młodzieńczy umysł, znaczy go swym topornym piętnem, odbija się wibracjami w całym ciele.
Nie ma już najmniejszych wątpliwości, że ich skrzywienia pasują do siebie. Kto by pomyślał, że ktoś taki jak pan Lecter…
Och, naprawdę nikt.
Znów wpija się gwałtownie w cienkie wargi z rozkosznym grymasem na twarzy. Brwi ma uniesione, a czoło zmarszczone; usta rozwarte, powieki zaciśnięte. Wysuwa język i liżą się wulgarnie, przepychają mokrymi, twardymi narządami smaku. Lecter potrafi doskonale całować – Will jest przekonany, że jego zwinny język potrafi tak samo wwiercać się w inne, znacznie wrażliwsze miejsca, tak samo ciekawie i zaborczo zaglądać w każdy zakamarek, doprowadzając do obłędu…
  ― Aa-ach…
Nadstawia się dla jego palców, tylko dla dwóch. Tymi dwoma palcami Hannibal pokazuje mu, jak czerpać przyjemność z bliskości drugiego mężczyzny – jak wielką przewagę ma precyzyjny dotyk nad chaotycznymi, gorliwymi pociągnięciami całej dłoni.
Chłopak drży w jego ramionach, rozpada się, rozpływa – uwiesza się na nim i owija udem wokół jego bioder, z ledwością nadążając za pocałunkami. Zsunąwszy dłonie z policzków, zapiera się nimi o twardą klatkę piersiową Hannibala, wyczuwając całym sobą gwałtowne bicie serca.
  ― Tak, och, dobrz… nhh… ― jęczy głosem stłumionym przez zwierzęce pocałunki.
Czuje się zawłaszczony, kiedy długi jęzor wdziera się do jego gardła. Przytłoczony, rozbity i pokonany. Musi w końcu przyznać, że Lecter ma nad nim kompletną kontrolę. Że gra na nim jak zechce, z chirurgiczną precyzją pieszcząc te wszystkie małe punkty, o których istnieniu Will nie miał pojęcia, a od których podrażniania ciemnieje mu przed oczami.
Tonie w jego cudownych rękach, nie potrafiąc już nawet oddychać. Nie myśli o tym, by się odwzajemnić, bo nie jest w stanie. Wbija bezmyślnie paznokcie w jego pierś, wywraca bezradnie oczami, pokazując białka, ilekroć wydaje mu się, że już, już… ponieważ krew wrze, a jądra drgają w skurczu zwiastującym to upragnione uczucie, a jednak nie dane mu jest, nie dane zaznać tego, czego pragnie w tej chwili bardziej niż czegokolwiek na świecie.
Nigdy już samotne pieszczoty nie sprawią mu rozkoszy – nigdy nie dadzą orgazmu, wie o tym, że nie dojdzie bez tych rąk, zaznawszy czegoś takiego, a co najwyżej da sobie rozpaczliwą ulgę w chwilach, gdy okoliczności nie pozwolą mu wrócić do wprawnych palców, do umiejętnych ust, do ochrypłych pomruków.
Młody Will odkrywa właśnie magię zbliżeń przepełnionych prawdziwym, zwierzęcym pożądaniem, którego jeszcze nikomu na świecie nie udało się w nim obudzić – nikomu poza tym człowiekiem, tak wszechstronnym, tak bystrym i światłym, tak pięknym i wyrafinowanym jak nikt inny.
Czy wiesz, Will, czym jest Imago, rzekł mu Lecter, lustrując z uwagą jego twarz podczas jednego z wieczorów, które spędzili naprzeciw siebie w gabinecie.
To latający owad, odpowiedział Will.
To również termin z porzuconej dziedziny psychoanalizy. Imago jest obrazem ukochanego, pogrzebanym w świadomości, który nosimy w sobie przez całe życie.
Ideałem.
Koncepcją ideału.
Will patrzył w ciemne oczy, czując na policzkach gorąc, tak samo jak patrzy w nie teraz, na granicy przytomności, czując gorąc całego swojego ciała.
Imago, słyszy ochrypły głos, lecz nie wie czy w umyśle, czy w uchu. Przywiera rozpalonymi wargami do policzka mężczyzny, jęcząc bezradnie, stękając bez sił.
Imago.


H.K.M. - 2018-08-25, 21:31

           Długie palce zajmują się mokrą ptaszyną; pocierają ją i obracają w swej pieszczocie tak lekko i sprawnie, że wręcz niemożliwym jest, by nie robiły tego nigdy wcześniej, by nie zajmowały się nią już setki, tysiące razy.
Sprawianie Willowi przyjemności w taki właśnie sposób, daje mu wiele satysfakcji - to takie łatwe, gdy odsłonięty wulgarnie czubek roni za sobą kroplę za kroplą, zapewniając im w ten sposób naturalne nawilżenie. Intensywnie słodki zapach podniecenia wlewa mu się do nozdrzy, ale to i tak nie powstrzymuje go przed wdychaniem go łapczywie do samych płuc (na wskroś, chce przeniknąć tą cudowną wonią na wskroś, utożsamić się z nią, stać jednym).
Do dwóch palców dołącza i trzeci, który wciskając się między okrągłe, rozkosznie nabite jądra, wymusza na młodym ciele nowy, jeszcze gwałtowniejszy wybuch przyjemności.
Jakże niewłaściwym jest upajanie się tymi ciężkimi jękami - Hannibal mógłby przysiąc, że jego kutas jeszcze nigdy nie był tak twardy i gotowy, jak w tej chwili, gdy przypiera swego pacjenta do chłodnej ściany, atakując go swoim pysznym, przerośniętym, straconym "ja".
Sama wizja klęczącego przed nim młodzieńca jest tak pobudzająca, tak apetyczna, że... natychmiast zasycha mu w ustach i tylko dobry Bóg wie o tym, że na to pragnienie istnieje tylko jeden sposób, o którym myślał, z resztą, od tak dawna...
Silne dłonie zaciskają się gwałtownie na wątłych ramionach, gdy pełnym zwierzęcej agresji ruchem pan Lecter opada na kolana. Uśmiecha się z satysfakcją, gdy zaróżowiona męskość kołysze się dumnie tuż przed jego nosem. Przesuwa więc jego czubkiem po całej, palącej gorącem długości, nie ukrywając, że przy okazji obwąchuje ją bezwstydnie, otacza jej zapachem nawet i twarz.
Nie wstydzi się - nie potrafi, gdy dyszącym przed nim młodzieńcem jest właśnie Will Graham - chłopiec tak apetyczny, że pragnienie wylizanie całego jego ciała nie wydaje mu się niczym gorszącym.
Nie, kiedy to ciało składa się z tej gładkiej, kremowej skóry, zarumienionej w miejscach, które nadają się idealnie do zatapiania w nim zębów. Ani jednego włoska, wszystko wulgarnie wygolone, wyeksponowane i pachnące - tylko dla niego, tylko dla tatusia.
Ciemne oczy spoglądają na niego z dołu - z pozoru uniżonej pozycji, ale w rzeczywistości tak daleko mu do uniżenia, gdy zaciska tak na tych drobnych ramionach swoje dłonie (niby imadła) trzymające go bez większej trudności w miejscu, przyciśniętego do bezlitośnie chłodnej ściany.
Wyobraźnia podsuwa mu obraz gorących pośladków wygniatających się w lodowatą powierzchnię (eleganckie tapety tak dobrze kontrastują z najdelikatniejszym różem jędrnych okrągłości) - między nimi też za chwilę wciśnie się swoim wszędobylskim jęzorem, musi tylko najpierw... skosztować tego... wyśmienitego kąska.
Kiedy krzywe wargi rozwierają się szeroko, ostatnim, co może zobaczyć zziajany młodzieniec, są rzędy długich, nienaturalnie ostrych zębów - kiedy patrzy się na te ostre, zwierzęco wygięte kły, można myśleć tylko o jednym.
O czerwonym, parującym mięsie, szarpanym wściekle w pełnych głodu pociągnięciach, rozrywanych bez najmniejszego trudu.
Czy Will widzi to pod swymi powiekami, gdy te przykrywają gwałtownie zamglone oczy, pokonane napływem przyjemności, płynącym z zaciskających się wokół trzonu warg?
Hannibal bierze go agresywnie do samego gardła, zasysając się przy tym w akompaniamencie odgłosów, które wydawać może jedynie ktoś usatysfakcjonowany swą potrawą. Spija każdą kroplę, liżąc krótko, by pobudzić cewkę do ronienia ich jeszcze więcej i więcej. Wpycha go w siebie śmielej i śmielej, aż w końcu brodą uderza o wilgotne jądra - ślina ścieka mu z kącika ust, ale nie robi sobie z tego wiele.
Do momentu, gdy nie dociera do niego krzyk - to właśnie wtedy prostuje się gwałtownie, nie podnosząc się z kolan (męskość wysuwa mu się z ust, łącząc je lepką nitką, płynącą od dolnej wargi, aż do zaczerwienionego czubka) i mruga wielokrotnie, uświadamiając sobie, że wcale nie słyszy krzyku, ponieważ to, co wziął za jego dźwięk, to odgłos domofonu.
I nie musi się nawet długo zastanawiać, by wiedzieć, kto za niego odpowiada.


H.K.M. - 2018-08-25, 21:31



Koss Moss - 2018-08-25, 23:28

           Gdy Hannibal otwiera Alice drzwi, Will jest już w łazience; siedzi na podłodze tuż przy wannie i usiłuje złapać oddech, ściskając się za pulsujące krocze. Jego członek usiłuje się przebić przez więżący go na powrót materiał, zaznawszy przyjemności intensywnej jak nigdy dotąd. Boli, nabrzmiały do granic możliwości od nadzwyczajnych ilości krwi, która spłynęła do niego całego ciała. Porusza się w rytm łomoczącego wściekle w piersi chłopca serca.
Przechyliwszy się, odkręca w wannie zimną wodę i bierze jej trochę na dłoń, by zmoczyć sobie twarz. Z korytarza słyszy głosy.
  ― Znowu tutaj jest…? ― Alice brzmi na zirytowaną.
  ― Oczywiście ― odpowiada jej spokojnie Hannibal. Mijają drzwi łazienki w drodze do kuchni. ― Byliśmy umówieni już wiele dni wcześniej. Zapomniałaś?
Will odchyla głowę, biorąc drżący oddech.
Jak może być tak spokojny? Jak on może być tak spokojny, kiedy zaledwie minutę wcześniej… miał go w ustach, Boże…
Wsuwa mokrą dłoń w bieliznę, zaciskając ją mocno, by dać sobie choć namiastkę nowo poznanego uczucia, uczucia nieporównywalnego do żadnego innego.
  ― Mówiłeś, że na wieczór. Jest czternasta! ― dociera do niego podniesiony głos Alice. Hannibal odpowiada jej coś, ale jego głos tłumią ściany, i słowa zlewają się w jeden niewyraźny ciąg.
Will nie może się już skupić na odgłosach spoza pomieszczenia. Nie potrafi. Musi dać sobie ulgę jak najszybciej. Jeszcze trochę – myśli z zażenowaniem, odchylając mocno głowę i pieszcząc się brutalnie, chaotycznie – i tradycją stanie się dla niego masturbacja w łazience Lectera.
Dlaczego musiała przyjść akurat teraz. Dlaczego – do cholery – nie minutę później. Tyle by wystarczyło, to pewne. Prawdę mówiąc, byłby spełniony już dawno, gdyby tylko Lecter wciąż i wciąż nie zwalniał w ostatniej chwili, gdyby tylko tak okrutnie się nim nie bawił!
  ― Nhh ― jęczy słabo, zaciskając powieki i odtwarzając pod ich ciemną pokrywą widok klęczącego u jego stóp mężczyzny; widok zakrzywionych, ostrych jak szpice zębów wyzierających z czeluści jego ust, bogowie, gdyby je zacisnął…
Wgryza się w nadgarstek. Pojedyncza kropla potu przecina jego czoło, gdy ostatnimi mocnymi pociągami doprowadza się na skraj. Rozlewa się we własnej dłoni, ale to uczucie bardziej niż rozkosz daje mu ulgę – och, wie, że byłoby zupełnie inaczej, gdyby udało się im dokończyć to, co zaczęli z Lecterem; gdyby te usta i ten język przesunęły się po jego członku raptem kilka razy, bowiem tyle, tylko tyle dzieliło go wtedy od wystrzelenia w nie, od spuszczenia się do gardła swego… przyjaciela i kochanka.
Czuje jednak ulgę. Może wstać, obmyć się i iść do nich na drżących nogach; i tym razem szczerze tego chce.
Chce popatrzeć na Alice ze świadomością tego, co przed chwilą wyczyniali z jej partnerem. Wie, że sprawi mu to przyjemność.

           To Lecter zauważa go pierwszy znad krojonego mięsa, właściwie od razu, gdy Will przystaje w drzwiach, oparty o framugę, mrużąc oczy i uśmiechając się kątem warg.
  ― Powinienem już iść? ― zapytuje ochryple po dłuższej chwili ciszy, choć wie, jaka będzie odpowiedź – i wie, jak zareaguje na nią Alice. Lecter podnosi głowę i gdyby tylko młodzieniec nie napotkał wcześniej jego spojrzenia, uwierzyłby tak jak ta dziewczyna, że został dopiero zauważony.
  ― Właściwie liczyłem na to ― odpowiada mężczyzna ― że pomożesz mi z obiadem. Dlaczego nie mielibyśmy zjeść razem? ― Kieruje spojrzenie na Alice i choć nie ma w nim nic naglącego, jego partnerka momentalnie potulnieje; to imponujące, a zarazem trochę straszne, z jaką łatwością ten człowiek dominuje swoje otoczenie.
Alice spogląda na Willa z wyraźną niechęcią, ale jest bezradna, tak, zupełnie bezradna, bo gdyby zaprotestowała – to ona by przegrała, pokazując się od strony niedojrzałej, zazdrosnej idiotki.
Nie może zrobić nic.
  ― Bardzo chętnie ― odpowiada Will i zbliża się, by stanąć u jego boku. ― Potrafię już rzucać jajkami, czas na nową sztuczkę.
Alice marszczy lekko brwi, ale ostatecznie wymusza uśmiech i wraca do krojenia bakłażana.
I tak we troje przygotowują posiłek, rozmawiając głównie na temat niedawno odbytej przez Hannibala podróży. Lecter zawsze ma tak wiele do powiedzenia: czasem są to jego osobiste wrażenia z pobytu w poszczególnych miejscach, innym razem historyczne ciekawostki, to znowu rozległe, lecz bynajmniej nie nudne elaboraty na temat piękna i sztuki. Will z pasją chłonie wszystkie te opowieści, momentami z wrażenia zapominając o wykonywanych czynnościach.
Spędzają w kuchni wieki, lecz w żaden sposób nie jest to czas źle spożytkowany – i chyba pomaga wreszcie Alice spojrzeć na chłopca przychylniejszym okiem; dostrzec w nim namiastkę Willa, który tak ją kiedyś zauroczył.

           Skończywszy delektować się pierwszymi kęsami wyśmienitego ragoût będącego łożem dla kawałków mięsa, Lecter spogląda na swych gości ze swym zwykłym, w odczuciu Willa dość zuchwałym uśmieszkiem.
  ― Uważam, że stosownym będzie ― mówi, i siedzący po jego prawicy młodzieniec podnosi z zainteresowaniem głowę ― zaproszenie was z tego miejsca na przyjęcie. Postanowiłem je urządzić w najbliższą sobotę, ponieważ odwiedza mnie jeden z moich drogich przyjaciół.
  ― Wreszcie jakichś poznam. ― Alice uśmiecha się dość oszczędnie. ― Kto taki?
  ― Alexander Bealfrod ― oznajmia z dumą Lecter. ― Mniemam, że o nim słyszałaś.
Alice wyraźnie się waha, ale wtedy odzywa się Will.
  ― Pewnie przyjeżdża z synem na konkurs Van Cliburna?
  ― Zgadza się. ― Hannibal spogląda na młodzieńca z nieskrywanym zachwytem, a ten nie potrafi powstrzymać wyraźnego uśmiechu. ― Może ― dodaje po chwili namysłu ― chciałbyś się tam ze mną udać? Mam tam zapewnione specjalne miejsca, a atrakcji, jak możesz się domyślać, nie brakuje ani przez chwilę.
Will rozchyla wargi, prostując się w krześle, i niemal natychmiast zerka na Alice – sądząc po jej minie, nie dostała podobnej propozycji. Lecter chyba również sobie o niej przypomina, gdyż spogląda na nią krótko ze swoją zwykłą, niewyrażającą skruchy miną.
  ― Pomyślałem, że to wpłynęłoby na ciebie korzystnie w ramach terapii. Muzyka jest lekarstwem dla duszy, prawda?
  ― Dziękuję ― odpowiada młodzieniec. ― Naprawdę chętnie, nigdy nie byłem na takim wydarzeniu.
  ― Może powinnam was zostawić, żebyście sobie poflirtowali? ― zapytuje Alice, powoli obracając w palcach nóż, zaraz jednak uśmiecha się lekko, z odrobiną tylko goryczy. ― Naprawdę, gdybym nie znała Hannibala, pomyślałabym, że jesteście nieprzyzwoicie wręcz sobie bliscy.
Will parska i chowa uśmiech za kieliszkiem wina, udając, że tylko się zakrztusił, a Hannibal – zupełnie niewzruszony – przyjmuje wyraz żartobliwego oburzenia.
  ― Na szczęście ― mówi, i to cud, że tylko Will słyszy tę ironię, gdyż wydaje się młodzieńcowi taka ewidentna ― znasz mnie wystarczająco dobrze, prawda?
Alice uśmiecha się do niego łagodnie; ma taki zakochany wzrok.
  ― Czy są takie rzeczy, których byśmy jeszcze o sobie nie wiedzieli? ― pyta retorycznie i Will przechyla głowę, nagle zaciekawiony.
Nie jej osobą, bynajmniej. Teraz, gdy po raz pierwszy odkąd z jego oczu opadły klapki, rozmawiają ze sobą dłużej, dociera do niego, że Alice to osoba wyjątkowo przeciętna i naiwna.
Zastanawia go, co skłania kogoś takiego jak Hannibal Lecter do spotykania się z nią. Jej piękno, pewnie tak, ale z pewnością mógłby mieć wiele innych pięknych kobiet, a przy tym dużo bystrzejszych. Jej dobroć? Opiekuńczość? Uległość? W tym wszystkim nie może chodzić o nic więcej niż jego własną wygodę.


H.K.M. - 2018-08-26, 02:41

           Hannibal, natomiast, nie zastanawia się, co takiego widzi w Alice, gdy jeszcze tego samego wieczora siedzą razem przy klawesynie, uderzając rytmicznie w klawisze, by stworzyć nieharmonijny i pozbawiony jakiegokolwiek rytmu urywek melodii.
Nie zastanawia się także, dlaczego jeszcze się z nią nie rozstał, gdy zmęczeni po wieczornej dozie czułości, leżą w jego łożu, ze splecionymi ramionami, wsłuchani w sączące się z głośników ciche dźwięki Strussa.
Wie, że ich relacja nie należy do zwykłych, ani też wyjątkowo udanych (po jakiejś chwili jest to jedynie przykra oczywistość, z którą jednak nie muszą się mierzyć, jeszcze nie) i pan Lecter nie ma pojęcia, czy stoją za tym różne zainteresowania, temperamenty, czy rzeczywiście są to przykre skutki uboczne dość znaczącej różnicy wieku, ale nie czuje się jeszcze obligowany do tego, by podejmować w tym kierunku jakieś kroki. Na razie są względnie szczęśliwi, pochłonięci swym towarzystwem, połączeni dobrą zabawą, pasją do ogrodnictwa, gotowania i subtelnego, pełnego wyczucia seksu.
Tak przynajmniej wydaje się Alice Bloom, która wpatrzona w niego z bezwzględnym uwielbieniem, przesuwa swą drobną dłonią po umięśnionym braku i uśmiecha się, nieświadoma myśli kłębiących się w głowie ukochanego.
  ― To przyjęcie ― zaczyna wolno, ospale; pokryte niezmytym cieniem powieki opadają leniwie na coraz dłuższe momenty, zwiastując prędkie nadejście jej snu. ― Czy powinnam się na nie jakoś specjalnie ubrać?
  ― Przewidywany ubiór, to wizytowy ― odpowiada, wykrzywiając wargi w zaczepnym uśmiechu ― ale wnioskuję, że nie o to pytasz.
  ― Może coś pasującego do twojego garnituru ― proponuje, spoglądając w jego dojrzałe oblicze ― tak dobrze w nich wyglądasz... Chciałabym żebyśmy do siebie ― zaciska gwałtownie wargi, tłumiąc ziewnięcie ― pasowali.
Hannibal obraca się wolno na bok, wyciągając dłoń, by pociągnąć za przełącznik stojącej na szafce lampki nocnej - na krótką chwilą, gdy otula ich nieprzenikniona ciemność, spogląda odruchowo w kierunku zaciągniętych zasłon; mimowolnie zalewają go wspomnienia tego niewypowiedzianie zaskakującego w kolejach losu dnia.
Przymyka powieki i wzdycha błogo, gdy rozkwita pod nimi wizja sztywnego penisa, ociekającego śliskimi sokami (za chwilę weźmie go w usta), smukłych ud, drżących pod siłą przyjemności, napierające na chłód ściany pośladki.
Pełne, czerwone wargi, sztywny sutek, urywane westchnienia, dźwięk niegrzecznych słówek i wyuzdanych jęków.
Jakże niepoprawni okazali się tego popołudnia, jak wielkim pokrewieństwem zapałały do siebie ich dusze... to gwałtowne (i niedokończenie)pozostawiło w Hannibalu niezatarty ślad, który (jest tego pewien) dręczyć go będzie jeszcze wiele takich nocy.
I nie myśli już nad niepoprawnością swych czynów; tak samo, jak o ich konsekwencjach (które pewnego dnia mogą się okazać skandalicznie drogie w skutkach), nie zastanawia się nad tym, co tak naprawdę ich ku sobie pchnęło, nie martwi się też tym, że być może znajdzie się coś, co miałoby ich od siebie odepchnąć, bo kiedy o tym myśli, nie przychodzi mu do głowy choćby i jedna rzecz.
Jedna rzecz, która miałaby go poróżnić z Willem Grahamem.
Uśmiecha się krzywo, w myślach żegnając chłopca przepełnionymi czułością pocałunkami - po jednym na udekorowanymi aureolą rzęs powiekach, jednym tuż sam w środek czoła i ostatnim, pieszczącym nieprawdopodobnie czerwone wargi.
I w głębi duszy wie, że Will czyni w tej chwili dokładnie to samo.

           Przygotowania do przyjęcia trwają już od wielu godzin - pan Lecter wynajął specjalne zorganizowane zespoły, które odpowiadają za dekorację wnętrza, przygotowywanie potraw i nastrajanie skrzypiec (a wszystko to, oczywiście, zgodnie z jego osobistymi pomysłami, których ostatnimi czasy ma w głowie aż zbyt wiele).
Radość tego wielkiego, nadchodzącego wielkimi krokami wydarzenia, psują nieco poranne wiadomości.
Za sprawą przykrych nowin stoi, oczywiście, Rozpruwacz. Odnaleziono jego kolejną ofiarę, którą (zgodnie ze słowami prezenterki) okrutny morderca pozbawił życia zaledwie dobę temu; wtedy widziano, bowiem, po raz ostatni jego najnowszą ofiarę.
Ow nieszczęśnikiem okazuje się być Joseph Thadller - pozornie zwykły człowiek, który po bliższym zapoznaniu z jego nazwiskiem staje się jednym z najpopularniejszych aktywistów, walczących o prawa zwierząt.
  ― Zaledwie parę dni temu pan Thadller napisał poruszający artykuł dla "LifeStyle", w którym poruszył ważną kwestię masowego zabijania zwierząt ― tłumaczy przygaszonym tonem młoda reportażystka. ― Wszyscy ubolewamy ogromnie nad tą stratą. Nie wiemy, dlaczego Rozpruwacz zdecydował się pozbawić życia kogoś tak wspaniałego. Świat na zawsze zapamięta Josepha Tadhllera i jego niesamowitą walkę. Wierzymy, że znajdzie się więcej tak wspaniałych ludzi, którzy swoją działalnością będą chcieli oddać cześć wielkiemu człowiekowi.
Świat zapamięta na zawsze i Rozpruwacza, myśli przelotnie Hannibal, wygaszając pilotem telewizor. Żałuje, że w ogóle postanowił go włączyć; wiążą się z tym nieodzownie same nieprzyjemności. Czytanie codziennego wydania dziennika wydaje się już o wiele bardziej porywające; wiadomości nie zakłócają godne pożałowania reklamy, treść jest jasna i konkretna, pozbawiona dobrych dla prostej widowni banałów.
  ― Panie Lecter ― słyszy za sobą miły głos jednej z dekoratorek. ― Zastanawiałyśmy się, czy nie zechciałby pan teraz wybrać serwetek.
  ― Oczywiście ― przywdziewa na twarz swój uprzejmy uśmieszek i udaje się za kobietą do jadalni, witając w niej suto zastawiony stół. Granat i srebro komponują się ze sobą tak wytwornie i elegancko, że nie w sposób nie być z tego efektu zadowolonym.
Bez wahania wskazuje długim palcem stos z błękitnymi serwetkami i sięga do kieszeni po telefon komórkowy, wybierając bez zastanowienia dobrze sobie znany numer.
  ― Will ― odzywa się łagodnie, gdy słyszy w słuchawce dobrze sobie znany głos. ― Za godzinę udaję się do miasta na drobne zakupy. Czy myślisz, że twój wuj zgodzi się byś mi na nich towarzyszył?


Koss Moss - 2018-08-26, 04:45

           Jack klaska krótko w dłonie.
  ― Wszyscy odejść ― rozkazuje. ― Will. Proszę.
Odsuwa się, aby młodzieniec mógł się zbliżyć, i staje z tyłu, broniąc dojścia na miejsce zbrodni komukolwiek, kto mógłby w jakikolwiek sposób rozproszyć jego cennego młodzieńca.
Will podchodzi do makabrycznej wystawy, jaką Rozpruwacz postanowił urządzić wewnątrz wielkiego domu pana Thadllera. Jeśli jego działalność na rzecz zwierząt na tak dużą skalę naprawdę była w stu procentach charytatywna, ten człowiek musiał mieć inne potężne źródło dochodów.
Teraz jednak nie ma to już większego znaczenia, jakim był człowiekiem. Trafił tam, gdzie trafią prędzej czy później wszyscy, dobrzy czy źli.
W niebyt.
  ― Bon apetit ― szepcze Will, obchodząc dokoła owalny stół, na którym spoczywa przyozdobiona świeżymi kwiatami, warzywami i owocami pieczeń. Pan Thadller został potraktowany zupełnie jak wieprz: podwiązany i powyginany, prezentuje się na blacie niczym dobrze wypieczona świnia na srebrnej tacy. ― Podano do stołu.
Przystaje, przyglądając się wetkniętemu w usta mężczyzny, intensywnie czerwonemu jabłku.
Podnosi głowę i spogląda wprost w białe ślepia potwora o rozłożystych rogach, który stoi po drugiej stronie stołu, nonszalancko oparty o blat.
  ― Dobrze się bawisz?
Odpowiada mu tylko okropny, przerażający grymas pogardy.
  ― Chciałeś nas zaprosić na swoją ucztę? ― pyta chłodno Will. ― Ucztę z czego? Co mu wyciągnąłeś?
Rusza powoli w stronę mrocznej istoty, dumnie zadzierając głowę – nie pozwala jej się zdominować.
  ― Co ci zrobił, że tak nim pogardzasz… Nie jadał mięsa, to cię tak wzburzyło? Teraz otaczają go same owoce i warzywa. Skoro żywi się jak pożywienie… Stanie się pożywieniem. Niew… niewiele dla mnie znaczysz ― Will przechyla głowę i… to on stoi po drugiej stronie stołu, wpatrując się w wypięte pośladki wijącego się niespokojnie w więzach mężczyzny. ― Niewiele mnie interesujesz. Twoja egzystencja napawa mnie odrazą, tylko dlatego poświęciłem ci uwagę. Jesteś zaschniętym błotem, które muszę usunąć z podeszwy buta.
Zaciska wargi w pogardliwym wyrazie, podrzucając w dłoni czerwone jabłko.
  ― Odmawiałeś sobie mięsa, ale sam kończysz podany na talerzu, jako prosty posiłek ― mruczy powoli, niemal lubieżnie przeciągając sylaby. ― Jabłko, symbol grzechu…
Odkłada owoc na blat i strzyka palcami dłoni, nim sięga do szczęk Thadllera i wepchnąwszy w nie ręce, rozwiera je siłą, dopóki nie słyszy trzasku.
  ―  …wkładam w twoje wielkie, niegrzeczne usta ― kontynuuje spokojnie, sięgając po owoc, aby umieścić go w całości w połamanej twarzy konającego mężczyzny. ― Domyślasz się, dlaczego?
Uśmiecha się pogardliwie i cofa o krok, przyglądając wodospadowi krwi, który wypływa z nienaturalnie rozwartych ust, oblewając wieprza sosem.
Uśmiech rzednie mu. Cofa się o kolejny krok, gdy kałuża krwi robi się coraz większa. Rośnie tak szybko, że zaraz dosięgnie jego stóp. Will cofa się, cofa, cofa szybciej, ucieka przed szkarłatną rzeką jak przed sięgającymi coraz dalej oceanicznymi falami. Oddycha płytko, zaczyna ogarniać go panika, gdy nagle wpada plecami na coś twardego i…
  ― Will. Will ― Jack chwyta go za ramiona. ― Spokojnie, chłopcze. Co się dzieje? Co zobaczyłeś?

           Choćby mi zabronił, i tak z tobą pójdę, obiecuje Hannibalowi.
Wuj jest mu to winien. Jest mu to cholernie winien.
Na szczęście Jack doskonale zdaje sobie z tego sprawę i kiedy Will dzwoni do niego z zapytaniem, okazuje się, że nie ma nic przeciwko, by młodzieniec spędził trochę czasu w towarzystwie swego terapeuty, nim wraz z ciotką uda się na przyjęcie (Jack, niestety, w najlepszym razie przyjdzie na samą końcówkę, a wszystko przez natłok pracy w związku z nowym mordem Rozpruwacza).
Dlatego uszczęśliwiony młodzieniec niemal bezzwłocznie dołącza do Hannibala, wsiadają do jego luksusowego Bentleya i jadą do centrum, by zatrzymać się przed sklepem, który już na pierwszy rzut oka wygląda na zarezerwowany dla najbogatszych. Will z pewnym skrępowaniem podąża za swym przewodnikiem ku przeszklonym drzwiom, które otwiera dla nich odziany w wystawny garnitur mężczyzna – czy zatrudniono go tutaj jedynie w tym celu? Cóż za… gest.
  ― Dzień dobry, panie Lecter ― wita Hannibala elegancka kobieta za ladą, uśmiecha się oszczędnie i odwraca się, by spośród granatowych pudełek na półkach wybrać jedno, szczególne, opatrzone pożądanym nazwiskiem. ― Pańskie zamówienie.
Płynnym gestem zdejmuje pokrywę i oczom Willa ukazują się dwa srebrne przedmioty, które wyglądają trochę jak kolczyki.
  ― Spinki do mankietów ze srebra najwyższej próby, wykonane na zamówienie indywidualne przez naszego dostawcę.
Kobieta za ladą nie mówi nic o cenie, ale młodzieniec odruchowo zerka na podsunięty przez nią Hannibalowi do podpisania dokument i natychmiast ogarnia go poczucie niezręczności. Cały ten lokal wprawia go w ogromne zakłopotanie: ciotka wprawdzie zadbała o to, by chodził w porządnych ubraniach, niemal kompletnie zmieniając jego garderobę i pozbywając się rzeczy, które przywiózł z domu – jednak jego nowe koszule, spodnie i marynarki przy tych, które można podziwiać tutaj, wyglądają jakby kupił je z drugiej ręki.
  ― Są piękne ― mówi onieśmielony, wpatrując się w zakup Hannibala, kiedy ten składa precyzyjny podpis (ma niesamowite pismo) wyciągniętym z wewnętrznej kieszeni, eleganckim piórem. ― Przepiękne.
Lecter odpowiada mu zuchwałym uśmieszkiem i chociaż milczy, w jego oczach Will widzi to zadowolenie, tę satysfakcję – jakby właśnie o to mu chodziło, by wzbudzić jego zachwyt. Ale czego się spodziewał? Przyprowadził do luksusowego sklepu kogoś, kto do niedawna musiał długo oszczędzać, żeby kupić sobie nieużywaną kurtkę.


H.K.M. - 2018-09-04, 21:03

           Chwilę później wędrują przez główne (i niezwykle zatłoczone) uliczki samego centrum miasta, kierując się od jednego sklepu do drugiego - w niektórych pan Lecter podchodzi jedynie do kasy, za którą stoi elegancko ubrany pan, lub pani, w innych zaś zamawia na miejscu, otrzymując (za wręcz nierozsądne ceny, oczywiście) najświeższe, najznamienitsze jakościowo składniki, potrzebne do uczynienia jego małego przyjęcia nieskończenie idealnym.
Dłuższego postoju doświadczają dopiero w pewnym niepozornym salonie krawieckim, sygnowanym nazwiskiem "Mallory" - to właśnie tam Hannibal przygotował dla swego drogiego przyjaciela pewien prezent, którego wręczenia chce i może dokonać tylko i wyłącznie osobiście.
  ― Dzień dobry, Leonie ― ściąga wargi w oszczędnym uśmiechu, pochylając swą głowę w geście powitania. Jest dumny, gdy jego młody towarzysz czyni to samo, posyłając kilka ciemnych loków na zarumienione policzki.
  ― Czy to o tym młodzieńcu mówiłeś mi przez telefon? ― dopytuje tylko niewysoka brunetka, obchodząc ich z miną łowcy, oceniającego swe najnowsze zdobycze. Hannibal nie obraca głowy, gdy projektantka znika mu z pola widzenia, ale bez trudu potrafi zlokalizować jej położenie dzięki dźwiękowi, który wydają jej wysokie obcasy i rozciągającymi się za nią nitkami intensywnej woni perfum.
  ― Zgadza się. Pan Graham przybył tu ze mną odebrać swoje zamówienie.
Celowo nie pozwala, by jego spojrzenie natknęło się na błękitne tęczówki - obraca się tak, by stało się oczywistym, że nie zamierza wyjawić Willowi właściwej istoty swej małej niespodzianki do chwili, gdy ta nie znajdzie się w jego dłoniach.
Albo na jego ciele.
Leonie dodaje coś cicho pod nosem, ale pan Lecter jej już nie słucha - przyjmuje od chłopca płaszcz i zachęcając go pojedynczym wygięciem warg, przyzwala, by projektantka poprowadziła go za czarne kurtyny przebieralni. Sam siada w jednym ze skórzanych foteli i przyjmując w nim elegancką pozycję, przystaje na zaproponowaną mu filiżankę espresso.
Przez chwilę otacza go cisza, którą z chęcią wykorzystuje na odpoczynek dla umysłu - jeszcze raz przetwarza w myślach listę potrzebnych mu rzeczy i odnotowuje z satysfakcją, że ta skurczyła się do zupełnie niepozornego rozmiaru. Ze słodkim przekonaniem, że może poświęcić Willowi całą swą uwagę, oczekuje na pierwszy sygnał, który pozwoli mu wywnioskować, że ten zapoznał się już ze swoim podarunkiem. Wreszcie ciemne loki wynurzają się spod ciemnej kurtyny, a wraz z nimi przepiękne oblicze, wykrzywione teraz w wyrazie niezdecydowania.
  ― Sam nie wiem ― słyszy ten głos i od razu rozpoznaje w nim zaproszenie do dołączenia do środka; przyjmuje je, podnosząc się ze swego fotela z błyskiem ekscytacji w ciemnym oku - uważając, by przy wchodzeniu nie odsłonić zbyt wiele materiału, wślizguje się do środka, przystając w stosownej odległości do ustawionego naprzeciw lustra. To właśnie ku niemu zwraca swą głowę, obrzucając długim spojrzeniem odbite w nim smukłe łydki, przyjemnie kształtne uda i pośladki; a wszystko to otulone przez czarne, pasy, podkreślające tylko to piękno, te imponujące, niewieście zaokrąglenia.
  ― Sądzę, że spełniają swoje zadanie ― uśmiecha się niewinnie, przenosząc spojrzenie na metalowe zapięcia, trzymające w miejscu napięty materiał koszuli, wreszcie na swoim miejscu, schludnie przylegającej do tułowia. ― Nie sądzisz?
Will także spogląda krytycznie na swoje ciało; obraca się, przechyla głowę, krzywi i rozluźnia pełne wargi, podczas gdy jego oddech przybiera na intensywności, a powietrze zapełnia się słodkim aromatem jego podniecenia, który Hannibal potrafi już zwietrzyć w ciągu paru sekund; jest dziki pies, węszący za lisem, rozochocony na myśl o możliwości rozerwania puszystego gardła, zasmakowania jego młodej, pysznej krwi.
  ― Może i tak ― odpowiada mu wreszcie chłopiec; obaj walczą już z nieznośną chrypą, nie kryjąc krążącego napięcia. ― Może spełniają.
Oczywistym jest to, że chcieliby zostać w tym miejscu dłużej - że z chęcią oddaliby się cielesnym, grzesznym igraszkom pośród ciemnych kotar przebieralni (wsuwa palce za jeden z pasów, naciąga materiał, pozwala, by zderzył się z delikatną skórą i słucha jęków, bogowie, spija je z tych czerwonych warg) ale nie mogą tego zrobić. Czeka ich wizyta w ostatnim ze sklepów (owoce morza dla pana Bealforda) i długa jazda samochodem, by pośród całego morza zakorkowanych ulic dotrzeć wreszcie do posiadłości pana Lectera, gdzie dopiąć ma ostatnich poprawek swego wielkiego przyjęcia.
Pół godziny później siada za kierownicą, wyciągając dłoń, by po bentley'u rozniosły się dźwięki jakiejś delikatnej melodii, puszczanej ostatnio często przez wszystkie stacje radiowe.
  ― Wierzę, że mój prezent ci się spodobał ― podejmuje z krzywym uśmieszkiem, błąkającym się na cienkich wargach. ― Nie jest to jednak jedyna rzecz ― wyznał, powstrzymując parsknięcie, gdy błękitne oczy rozbłysły znów podnieceniem.
Bez słowa pochylił się nad młodzieńcem, otwierając elegancko ukryty guzik schowka samochodowego - chwyta pośpiesznie za papierową torbę i wsuwa ją na kolana chłopca, sięgając po drobną dłoń, by poprowadzić ją na tekturowe zapięcie. W ten sposób razem wysuwają z wnętrza torby flakon z perfumami, które zamiast popularnych marek, noszą na sobie tajemniczą literę "N" i nic więcej. Hannibal odkorkowuje je ostrożnie i zanim zdąży usłyszeć jakiekolwiek słowo, nabiera na specjalny pędzelek odrobinę cieszy, by przesunąć nim po długiej szyi (słodkiej przestrzeni za uchem), a potem po wewnętrznej stronie bladego nadgarstka. Nie podsuwa go Willowi pod dłoń - to on sam po niego sięga, podtykając sobie smukłe przedramię pod sam nos i zaciąga się głęboko zapachem lilii i jaśminu, a potem, zupełnie bezwiednie składa w tym miejscu pocałunek. Wreszcie odsuwa je od siebie z powrotem, wsuwając w stacyjkę kluczki - choć jego twarz wyraża pozornie obojętność, jest pewien, że pan Graham może bez trudu rozpoznać w niej walkę z falą podniecenia.
  ― Powinny ci się spodobać ― chrypi, pocierając zesztywniałym językiem o podniebienie. ― Wydaje mi się, że znacznie lepiej się z tobą komponują.
Silnik szumi cicho, ale nadal nie rusza się z parkingu. Ich spojrzenia krzyżują się nagle i Hannibal jest już pewien, że nie powróci do domu tak prędko, jak sobie to wcześniej zaplanował.
Ale to nic, myśli, pochylając się znowu w kierunku szczupłego ciała - przecież zdąży. Zawsze zdąża.


Koss Moss - 2018-09-04, 22:48

           Każdy mięsień młodego ciała napięty jest do granic możliwości, kiedy dojrzałe usta muskają wewnętrzną stronę smukłego nadgarstka. Will zaciska palce drugiej ręki na swoim kolanie; ma wrażenie, że zaraz się udusi, umrze, jeśli Lecter nie otworzy okna, nie rozbije gęstej atmosfery podmuchem chłodnego powietrza.
Przymyka oczy, zmuszając każdą cząsteczkę swojej woli, by uspokoić się, by nie postępować gwałtownie: muszą jechać teraz do domu, wkrótce rozpocznie się uroczysty posiłek.
  ― Wydaje mi się, że znacznie lepiej się z tobą komponują ― słyszy ten zmieniony głos i otwiera oczy, by napotkać spojrzenie jego właściciela.
I przepada, to koniec. Cała jego samokontrola pęka, rozpada się na kawałki.
W tej samej chwili nachylają się do siebie. Młodzieńcze, gorliwe usta zderzają się z cienkimi wargami, już rozchylonymi do pocałunku. Rzucają się na siebie jak para stęsknionych kochanków – jakby nie widzieli się od wielu tygodni, cóż, widocznie ostatni wyjazd Hannibala naprawdę mocno nadszarpnął ich ryzy samokontroli, wpływając w wielkim stopniu na każdego z nich.
  ― Mmm… ― Will jęczy z ulgą wprost w usta Lectera i naprawdę nie myśli już o tym, że nie powinni; naprawdę nie obchodzi go Alice i nikt inny na świecie.
Nie może wytrzymać, nie potrafi trzymać rąk przy sobie. Dysząc ciężko, chwyta oburącz twarz Hannibala i unosi się w fotelu, drżąc z podniecenia. Wspomnienia tego, co wyczyniali ostatnio, nim przerwała im ona, zostają wyparte przez nowe, teraźniejsze doznania, które posyłają kolejne fale gorącej krwi wprost do skrytej w bieliźnie ptaszyny Willa. Bez chwili wahania poddaje się silnym ramionom, które zagarniają go bliżej do odzianego w wytworny garnitur ciała. Młodzieniec siada okrakiem na udach Lectera i ściska jego twarz mocniej, i otwiera usta szerzej: potrzebuje, by ich pocałunki stały się nieprzyzwoicie głębokie, by Hannibal wcisnął swój długi jęzor głęboko do jego ust, by był bliżej, jeszcze bliżej, głębiej, mocniej.
Jęczy, zsuwając jedną z dłoni na jego marynarkę. Zaciska bezwiednie palce i szarpie niespokojnie materiał, przechylając głowę i łaskocząc lokami skórę swego drogiego przyjaciela. Wzdłuż kręgosłupa biegną mu iskry: czuje na plecach dotyk dużych rąk, które zsuwają się… niżej i… niżej… i…
  ― Och, mmmph ― jęczy znów w pocałunek, gdy długie palce nagle zaciskają się na jego pośladkach. Czuje się jak rażony prądem – ptaszyna reaguje gwałtownym szarpnięciem, to niemal bolesne. ― Ach, aa-och ― dyszy, przerywając pocałunek i przyciskając spocone czoło do jego czoła. Lgnie pośladkami do jego rąk. Lgnie nawet, gdy palce wdzierają się w intymniejsze rejony, gdy przesuwają się wzdłuż szczeliny – choć policzki pieką go jak przypalane słońcem.
Oddychając drżąco, głośno i nierówno, przypada gwałtownie do Lectera: przyciska krok do jego brzucha, przyciska sobie jego głowę do niedopiętego kołnierzyka. Próbuje nie zepsuć jego wygładzonych włosów, ale nie potrafi się skupić, nie, gdy tyle bodźców zalewa jego ciało. Dłonią, którą dotąd szarpał materiał marynarki, teraz zapiera się o szybę, a z jego ust płyną najbardziej intymne jęki. Ociera się o twarde i gorące ciało przez warstwy odzienia, przesuwając się z góry na dół, by osiąść na sztywnym wybrzuszeniu – i zaraz wzbić się znów w górę, jakby już był gotów ujeździć go, jakby właśnie tego pragnął. Czyni to wszystko intuicyjnie i bezmyślnie, egoistycznie i gwałtownie. Nie może przestać; nie może wyzwolić się spod zgubnego wpływu jego bliskości, jego zapachu, jego dominującej aury, jego dzikich grymasów i ochrypłych westchnień.
Odczuwa to bardzo wyraźnie, kiedy jedna z dłoni mężczyzny opuszcza jego pośladek – z ust wyrywa mu się zbolały jęk na ten dyskomfort płynący z braku bliskości, z braku jego dotyku – szybko jednak godzi się z jej brakiem, gdy dociera do niego, dokąd ta dłoń właśnie się udała. Wsunąwszy ją między ich ciała, Lecter chwyta dwoma palcami zamek i ciągnie go w dół, a w tym samym czasie jeden z palców drugiej dłoni znajduje się nieznośnie blisko najintymniejszego ze wszystkich miejsc, i Will doznaje mieszanych uczuć, które przyprawiają go o szaleństwo. Nie potrafi zdecydować, czy bardziej pragnie jego dotyku również tam, czy jest gotów oddać mu we władanie również taką część ciała, czy to jednak granica, której wolałby nie…
A jednak… gubi wątek, gdy chłodne powietrze owiewa jego odkrytą ptaszynę, wyciągniętą z bielizny i spodni jednym sprawnym gestem. Obaj spoglądają w dół, obaj patrzą na nią przez chwilę półprzytomnie, przyglądając się sokom wypływającym z obnażonej główki wprost na elegancką koszulę.
Will płonie, to krępujące, to okropne i niesmaczne, tak podniecające.
Wolną ręką sięga tam, zbiera bezmyślnie wydzieliny, które sklejają mu palce i przełyka ciężko ślinę.
A potem, potem przywiera drżącymi wargami do warg Lectera, niejako odciągając jego uwagę od tej krępującej, wprost nagannej sytuacji.
Ssie jego dolną wargę, przygryzając ją zębami, i mokrą dłonią sięga po ciemnozielony krawat.

To wstyd, i Will nie odważyłby się nigdy przyznać do czegoś takiego. Czasami, gdy wieczory są wyjątkowo długie i ciemne i samotne, gdy okno sąsiada od dawna jest zasłonięte, gdy wuj z ciotką od wielu godzin pogrążeni są we śnie, młody Graham sięga pod materac łóżka i wyciąga spod niego krawat, który jest prawdopodobnie droższy niż cały jego najdroższy wizytowy komplet.
Rozprostowuje przyjemny, lekko śliski materiał w drżących dłoniach i najpierw wtula w niego swój policzek, a potem przesuwa nim po swoim nagim ciele, zbierając z niego swój zapach, swój pot.
Kieruje się niżej, dużo niżej. Pieści poruszający się coraz szybciej brzuch. Materiał czule spływa po wygolonym podbrzuszu i osiada w samym epicentrum tego krępującego stanu, gdzie chwilę później przytrzymuje go delikatnym chwytem szczupła dłoń.
Hannibal Lecter nigdy się nie dowie o tych chwilach słabości. Nigdy nie dowie się o pospiesznych pieszczotach, którymi chłopiec obdarza swoje spragnione ciało z myślą o nim, wzmacnianą przez specyficzną fakturę drogiego materiału.


H.K.M. - 2018-09-04, 23:21

           Długi język prześlizguje się po miękkim uchu, otulając go swoim wilgotnym gorącem - duża dłoń miętosi bezczelnie okrągły pośladek - gładki materiał przesuwa się po skórze, uwidaczniając momentami podłużne pasy szelek. Hannibal spełnia swoją małą fantazję i naciąga jedną z nich, pozwalając, by uderzyła z trzaskiem w jedno ze smukłych ud.
Chłopiec nabiera gwałtownie powietrza, zduszając nieumiejętnie okrzyk zaskoczenia - przyciska sobie dłoń do ust, podczas gdy druga ciągnie bezczelnie za krawat; ciągnie, przyduszając starszego mężczyznę, dopóki gładki materiał nie otula się wokół wilgotnej ptaszyny.
I właśnie wtedy na jego oczach (och, jest zmuszony patrzeć tylko i wyłącznie na niego, z głową przyciągniętą do szczupłego, poruszającego się gwałtownie torsu) rozgrywa się najciekawsza część spektaklu; gdy długie palce tworzą z ciemnozielonej tkaniny ciasny tunel, który pieści swą gładkością jeszcze gładszy, rozkosznie zaróżowiony trzon erekcji, zbierając z niego wilgoć, wsiąkając ją chciwie, zupełnie jakby w rzeczywistości stanowiły długie kły, wyschnięty, niecierpliwy język, żarłoczne wargi, które chcą przywrzeć do czerwonego, wulgarnie odsłoniętego czubka i wyssać z niego wszystko, co tylko Will Graham ma im do zaoferowania.
Chrząka urywanie, gdy pętla wzmacnia swój uścisk - dojrzałe oblicze pokrywa się czerwienią i kroplami potu, zwykle nienaganna koszula zmienia się w pomiętą, przesiąkniętą plamami wilgoci szmatę i, o, zgrozo, Hannibal nie ma pojęcia, jak uda mu się wytłumaczyć ze swego wyglądu przed całymi tłumami służby krążącej po jego salonach i kuchni, ale nie potrafi się tym przejmować, nie w tej chwili, gdy jedyne o czym myśli, to ta bujająca mu się buńczucznie przed wargami ptaszyna.
Wszędobylskie palce także zaczynają w końcu dopraszać się o swoje - nie bacząc na to, że znajdują się pośrodku dość uczęszczanego parkingu, pan Lecter sięga do pasa ciemnych spodni młodzieńca i pociąga je zwinnie w dół, obsuwając delikatny materiał aż do połowy otulonych ciemnymi pasami ud, których widok działa na niego, jak przysłowiowa płachta na byka.
I nie obchodzi go także to, czy spotka się z pozytywną reakcją swego towarzysza na ten niewypowiedzianie wręcz ordynarny ruch, którego ma zamiar się dopuścić.
Will musi go zaakceptować - wobec zaistniałej sytuacji nie napisano innego scenariusza.
Długi palec wślizguje się między fałdy bielizny, naciskając na pulsującą gorącem dziurkę - to zadziwiające, że trafił do niej bez żadnego trudu i już, już trąca samym czubkiem te zaciskające się spazmatycznie mięśnie, drażniąc je bezlitośnie, zmuszając do pośpiesznego, pulsacyjnego tańca, a wreszcie i do zaciskania się na samym czubku, na samej opuszce, wciągając ją odrobinę do środka.
Uścisk na krawacie luzuje się odrobinę - Hannibal wykorzystuję tę chwilę, by przywrzeć do jego warg w wulgarnych, wygłodniałych pocałunkach - smakuje słodyczy ruchliwego języka, więzi w klatce długich zębów, nie pozwalając z niej uciec, karmiąc się każdym jękiem, przepełnionym wahaniem i niepewnością. Drżące oddechy pobrzmiewają strachem, ostatnim kamieniem fortu, który zabrania młodzieńcowi wyzbyć się całkiem lęku o powierzenie mężczyźnie każdej części swego ciała, o oddanie mu swego zaufania w stopniu, którego nikt nie będzie w stanie przekroczyć, zmienić, złamać, odebrać.
Odrywają się od siebie niemalże w tej samej chwili - błękitne oczy wymuszają na nim uwagę; patrzy więc, rozgrzany i drżący, ze obolałym członkiem, ściskanym przez sztywny materiał spodni.
Will miota się, nie znajduje słów - drobne dłonie zapierają się o szeroką pierś (nie dotykają już wilgotnej ptaszyny, już nie i nagle Hannibal obawia się, że pozwolił sobie na zbyt wiele, że posunął się jednak za daleko) i odpinają parę guzików, mnąc nerwowo materiał. Spoglądają jednocześnie na odsłonięty kawałek owłosionego torsu, poruszającego się gwałtownie, wilgotnego od cienkiej warstwy potu - teraz obaj są całkowitym bałaganem, chaosem, nerwowymi i pulsującymi zlepkami gorąca, które narasta stopniowo w miarę upływających oddechów (to właśnie nimi odliczają teraz czas, tylko nimi).
Wybiera ten moment, by zaatakować ponownie - napina palec, napiera nim na ciasto zwarte mięśnie; chłopiec wierci się na jego kolanach, pochyla głowę, ukrywając się za kurtyną ciemnych loków.
  ― Nie wiem czy... och, boże...  ― i staje się; opuszka naciska stanowczo, a młodym ciałem targa niemożliwy do zatrzymania dreszcz, gdy przywiera do niego kurczowo, wciska się tak mocno, jakby od tego mieli rzeczywiście spoić się w jedno, w całość.
  ― Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz ― mruczy łagodnie, składając czuły pocałunek na jego spoconej skroni. Nie zdaje już sobie sprawy z tego, jak niewyraźnie teraz mówi, jak twardy jest jego akcent.
Wiedziony nowymi pokładami ekscytacji (pozwolił mu na to, zgodził się) odchyla ostrożnie materiał białych slipów, ale zanim wciska się między całkiem już nieosłoniętą szczelinę, kieruje swą dłoń do porzuconej ptaszyny. W akompaniamencie nieprzyzwoicie mlaszczących odgłosów zbiera z niej ostrożnie odrobinę wilgoci (pomaga sobie odrobinę, wyciskając jej odrobinę z podatnej na pieszczoty główki) i dopiero wtedy powraca na swe miejsce, przesuwając palcami do skrywanego przed nim wstydliwie skarbu. Docierając do dziurki, wita ją znowu ostrożnymi okręgami, teraz nieznośnie śliskimi, wulgarnymi - pomaga młodzieńcowi powrócić do swej wyeksponowanej pozycji, zmuszając go tym naporem swych silnych ramion.
Wie, że może to być dla niego krępujące, dobrze to czuje - tak wypięty, sterczący, z pośladkami skierowanymi delikatnie ku górze, nie ma żadnych szans, by się przed nim schować, uciec, by zachować dla siebie choć resztkę własnego "ja". Nie, ponieważ Hannibal pożera je właśnie chciwie, masując uparcie ciasno zwarty okręg mięśni (jest taki napięty, taki niedostępny). Will stawia mu nieświadomie opór, ale on dobrze wie, jak go zdusić - druga dłoń znowu sięga do ptaszyny, więżąc ją w swym uścisku - porusza się na nagiej, podatnej na pieszczoty skórze - naciąga ją bezlitośnie, masuje, pobudza żyły, zmusza je do pracy, aż pęcznieją rozkosznie, odznaczając się na zaczerwienionej skórze, jak czarne pasy odznaczają się na naprężonych udach.
Palec naciska znów, uprasza się, żąda - wsuwa się odrobinę (tak niewiele, jest taki uparty!) i zaraz wysuwa z powrotem, pokonany przez nacisk drżących mięśni. Ale jak długo Will utrzyma te walkę? Jak długo zdoła się oprzeć tym wprawnym dłoniom i wilgotnej opuszce, pieszczącej czule jego dziurkę? Sama w końcu się przed nim otworzy, choćby i wbrew jego woli - wpuści go w siebie, a wtedy chłopiec zrozumie, jak słabe jest jego ciało w porównaniu do tej żarłocznej bestii. Jak niewiele może wskórać swym uporem wobec tego wszechogarniającego łaknienia.
  ― Pozwól mi... ― zaczyna, ale przerywa mu obrzydliwie znajomy odgłos, nie mający niczego wspólnego z tym światem. Z ich światem. Specyficzne wibracje wstrząsają klapami marynarki, zarzuconej teraz gdzieś pod jego ramieniem. Hannibal sięga do niej z wahaniem i wysuwa z kieszeni dzwoniący telefon.  ― To twój wuj. Wydaje mi się, że miałem mu...
Nie kończy - telefon zostaje mu wściekle wyrwany i... odrzucony na tylne siedzenie. Błękitne oczy strzelają dzikimi iskrami, przygważdżają go swą niespodziewaną mocą, młodzieńczym gniewem, wściekłym uniesieniem.
To może poczekać, przyznaje w myślach, zaciskając swą dłoń mocniej na pulsującym gwałtownie członku.
Wszystko może poczekać.


Koss Moss - 2018-09-05, 19:20

           Nie pozwoli, by ktokolwiek im teraz przerwał. Choćby groziło to najbardziej uciążliwymi konsekwencjami, choćby miał się od tego skończyć świat, nie pozwoli Hannibalowi poświęcić uwagi czemuś innemu, nie teraz, gdy ten mężczyzna, właśnie on, ze swym zmęczonym obliczem, posiwiałymi włosami, ostrymi jak brzytwy kłami, obudził w nim pragnienie odkrycia nowych, niezbadanych dotąd obszarów swej seksualności.
Nie pozwoli, ponieważ – och, to tak okropne – pragnie, by Lecter pogwałcił jego intymność, pragnie by to właśnie on po raz pierwszy naruszył te schowane przed światem, czy może po prostu zapomniane rejony. Choć jest to wyjątkowo krępujące i dziwne, podoba mu się uczucie czułych, wprawnych pieszczot na swej dziurce, a wręcz przyłapuje się na pragnieniu, by ten palec wdarł się do środka, tak długi i śliski, by wśliznął się w niego, och, jakie byłoby to uczucie – jakie byłoby to uczucie, czy…?
Telefon ląduje więc na tylnym siedzeniu, a błękitne spojrzenie ogniskuje się na seksownym obliczu: ani mi się waż, mówi, nie zrobisz mi tego ZNÓW, tym razem ci nie pozwolę.
I spojrzenie Lectera odpowiada mu: nie zrobię.
Czując mocniejszy uścisk na swej ptaszynie, wydaje z siebie odgłos z pogranicza śmiechu i szlochu, i niecierpliwie sięga do koszuli Hannibala, by rozchełstać ją mocniej. Rozpina guziki, zamykając jedno z oczu, gdy palec wraca na swoje miejsce, posyłając kolejny strumień gorącej krwi do ptaszyny, która pulsuje mocniej w ściskającej ją dłoni.
Atmosfera gęstnieje niemożliwie, napięcie eskaluje, bliskie już apogeum. Ostatnim gwałtownym, nieprzemyślanym szarpnięciem Will rozchyla poły koszuli, prawie wyrywając ostatni przytrzymujący je guzik, i zadziera głowę, otwierając szeroko usta w tej samej chwili, w której Lecter – wykorzystując ułamek sekundy, gdy pulsujące niespokojnie mięśnie rozwierają się, by zaraz zacisnąć jeszcze mocniej – postanawia sprawnym ruchem do połowy zanurzyć się z mlaśnięciem w jego ciasnocie.
  ― A-aach ― jęczy młodzieniec w reakcji na ten nagły i niezwykle wprawny ruch, spięty i drżący, a im mocniej się napina, tym mocniej ściska go w sobie, tym bardziej odczuwalna jest jego obecność. ― Ach, Boże, mój Boże, mój… Boże.
Choć oczywistym było, co nastąpi, Will nie mógł się tego spodziewać, nie mógł być na to gotowy. Głos mu się łamie, ochrypły, przepełniony skrajnymi emocjami, a szczupłe dłonie spoczywają na twardej, owłosionej piersi, wbijając w nią paznokcie.
To tak dużo, tak dużo. Tak dużo, że nie może myśleć, nie potrafi na niczym się skupić. Hannibal jest w nim (to nie boli, nie boli, jest tylko takie dziwne, takie… dobre) i pieści go oddechem, który – głośny i ciężki – osiada mu na policzkach i wargach. Jest w nim i na pewno czuje pulsowanie jego mięśni, nad którym tak bardzo chciałby, lecz nie potrafi zapanować.
Pod wpływem tego obcego i niezręcznego uczucia (wstyd i skrępowanie walczą z potrzebą wypchnięcia pośladków po więcej) instynktownie przywiera do Lectera mocniej: dociska objętą wciąż przez dużą dłoń ptaszynę do jego rozgrzanego ciała – i swoje wargi do jego warg. I liżą się, ponieważ ich zbliżenia w żaden sposób nie można już nazwać pocałunkiem. Liżą się ordynarnie jak w ostrej pornografii, wydając z siebie okropnie niezręczne dźwięki, dzieląc się śliną, sapiąc sobie w usta. Hannibal dyszy jak dziki zwierz, jak wściekły drapieżca, jest przerażający, jest nie do poznania. Kolejny gwałtowny impuls przeszywa młodzieńcze ciało, gdy mokre palce maltretują główkę jego męskości – nagły skurcz wstrząsa nim bezlitośnie, a kiedy przemija, palec Lectera tkwi w nim już po nasadę, Will może to poczuć, tak, czuje bardzo wyraźnie, jęczy, wzdycha, szarpie się.
  ― Już nie mogę ― jęczy słabo, gdy ich opuchnięte wargi rozstają się, łączone jeszcze grubymi nićmi śliny. ― Nhhh… Boże… ― Napręża się i przypada gwałtownie do jego ucha, atakując je gorącym oddechem. ― Dyszysz jak bestia… Och, tatuśku, chciałbyś może… chciałbyś…
Przyciska piekący policzek do jego skroni i oddycha coraz płycej i głośniej; coraz wyższy jest głos, który w każdym z tych oddechów wybrzmiewa westchnieniem.
  ― Nhh… hhh… Mmmm… ― uda drżą mu, i drżą mięśnie wewnątrz jego ciała. Lecter gładzi go w środku, zaledwie się drażni, lecz to zbyt dużo, zbyt dużo w połączeniu z tym, co wyczyniają jego palce z przodu, co robi mu z taką wprawą i nonszalancją, jakby robił codziennie.
Żadne już myśli nie klarują się w młodzieńczym umyśle – dokądkolwiek zmierzała wcześniejsza wypowiedź, jej sens zgubił się wśród spazmatycznych wdechów, kiedy błękit schował się pod powiekami, ustępując bieli.
Sperma tryska obficie z niewielkiej ptaszyny, zalewając długie palce perlistym, gorącym wodospadem, a mięśnie dziurki zwierają się gwałtownie, kurczą i otulają palec ciasno jak kokon; można byłoby uwierzyć, że wsunięcie do środka kolejnego byłoby niemożliwe, groziłoby skrzywdzeniem wyczerpanego młodzieńca, niezdolnego wypowiedzieć choćby słowa.
Will wtula nos w szyję Lectera, szukając wytchnienia w jego ramionach. Zamyka oczy i dyszy jeszcze, a dłoń Hannibala, przesunąwszy się ostatni raz po wymęczonej męskości, sięga do spoconych pleców i układa się na przemoczonej koszuli. To nic, że zostawia na niej plamy nasienia – obaj są tak mokrzy i nieczyści, że nie robi im to najmniejszej różnicy. Będą zmuszeni się przebrać, kiedy tylko wrócą.
Młodzieniec wzdycha, gładzony uspokajająco po łopatkach. Stopniowo wraca do siebie; długie rzęsy łaskoczą spoconą skórę mężczyzny tuż przy żuchwie, a mięśnie rozluźniają się delikatnie, wypuszczając wreszcie ze swych ciasnych objęć mokry palec.
Hannibal, w dalszym ciągu wygłodniały i rozdrażniony, spogląda na zarumienioną jeszcze twarz Willa, kiedy ten wreszcie się prostuje. Patrzy na zbliżające się, pełne wargi, które rozchylają się tylko po to, żeby wypuścić rozgrzany język. Młodzieniec gorliwie przeciąga prawie całą jego powierzchnią po twarzy Lectera: zostawia na niej ciągnącą się od linii żuchwy aż po skroń błyszczącą smugę. Zlizuje słony pot, łaskocząc mężczyznę wilgotnymi kosmykami. Liże go jak dziecko mogłoby lizać w upalne popołudnie ulubionego loda; potem z rozwartymi ustami wysłuchuje urywanego westchnienia i przygryza ząbkami skrawek skóry w okolicach wydatnej kości policzkowej Hannibala.
Mężczyzna unosi bardziej głowę; spogląda na Willa półprzytomnie nieco z dołu, choć tak naprawdę z góry. Oddycha ciężko i chrapliwie przez rozchylone usta. Jest na skraju i wygląda w takim stanie obłędnie: jak rozjuszony drapieżca, jak płonąca puszcza, jak bliski eksplozji wulkan (chce się jednocześnie od niego uciekać i ulec mu, oddać się, pozwolić zniszczyć).
Will wplata palce w mokre włoski na jego klatce piersiowej, zaciska je, a potem przesuwa w bok, robiąc miejsce dla swych spragnionych warg. Pochyliwszy się, przywiera do obojczyka i szybko ześlizguje się niżej, na umięśnioną pierś. Wymaga to od niego rozepchania się; kierownica nieprzyjemnie wbija mu się w lędźwie, ale tylko przez krótką chwilę, zaraz bowiem w tej samej chwili sięgają z Lecterem w to samo miejsce: do drążka po prawej stronie, którego pociągnięcie (dłoń Hannibala nakrywa jego i robią to razem) skutkuje odsunięciem fotela i zwiększeniem upragnionej przestrzeni.
Will sapie i zsuwa się z ud mężczyzny. Chwyta go za kolana i po prostu rozsuwa jego nogi, po czym klęka i rzuca się do przodu, by odnaleźć wargami jeden z ukrytych wśród owłosienia sutków. Ssie go gorliwie, jakby od tego zależało jego życie, a dłonie kładzie wprost na wybrzuszeniu, które jest tak wielkie – tak kurewsko wielkie – i tak okrutnie sztywne, iż Will dziwi się, jakim cudem Lecter pozostał tak spokojny, tak cierpliwy, jakim cudem nie zmusił go do gwałtownego stosunku lub chociaż dotyku przez cały ten czas, który poświęcił jemu.
To już nieważne, gdyż dotyk przychodzi: drobne ręce dobierają się do klamry paska i długo z nim szarpią. Will zmuszony jest przerwać swoje pocałunki i popatrzeć w dół, by w końcu uporać się z nią, torując sobie drogę dalej. Znów przywiera do twardej piersi, zagryza skórę wokół tego samego sutka i ssie, och, robi to intuicyjnie jak wygłodniała suka, jak pazerna dziwka, mała szmata. Brak mu doświadczenia, lecz nadrabia gorliwością i gwałtownością, słodką bezmyślnością, która pozwala mu na utratę kontroli, na kompletne zezwierzęcenie.
Dłoń Lectera wsuwa się w mokre kosmyki młodzieńca i zaciska na nich, zmuszając chłopca do zadarcia głowy. Will wydaje z siebie zduszony okrzyk i zaciska powieki, unosząc odruchowo ręce do włosów, ale uścisk zaraz się rozluźnia. Otworzywszy oczy, młodzieniec widzi przed sobą drapieżne oblicze. Lecter wygląda, jakby miał zaraz umrzeć na atak serca, ale nie, nie to mu teraz dolega. Na krzywe wargi wpływa cień drapieżnego uśmiechu. Wolną dłonią mężczyzna sprawnie wyciąga skórzany pas ze szlufek i układa sobie na udzie. Will momentalnie spogląda w dół, ignorując szarpnięcie za włosy; patrzy na czarną skórę, połyskującą ostrzegawczo na matowym tle materiału spodni.
A potem, potem… Potem Hannibal jednym sprawnym pociągnięciem rozpina sobie wypchany rozporek, sięga do środka i na oczach spragnionego chłopca wyciąga na wierzch swojego drąga: purpurowego, nabiegłego żyłami, napuchniętego do granic bólu i całkiem mokrego od obfitych wydzielin.
  ― Nnnhnn… ― Z ust Willa wyrywa się drżący jęk i chłopak nie wie, jakim cudem to możliwe, nie wie, jak, ale znajome szarpnięcie w kroczu uświadamia mu, że to się dzieje znów, że jego ciało znów go pragnie, pobudzone mimo tak wielkiego wysiłku, mimo niedawnego spełnienia. To nienormalne – wariuje przy tym człowieku, zapomina się, zmienia w…
Nogi uginają się pod nim, opada udami na swe łydki, przytłoczony jego rozmiarem, jego zapachem, jego potęgą, i chwyta się za policzki, przysłania sobie usta, oddychając ciężko, drżąco, konwulsyjnie, kiedy dłoń Hannibala obnaża wielkiego kutasa, kiedy uwalnia go całkowicie z krępującego ścisku spodni.
Chude dłonie Willa znajdują oparcie na twardych udach – jedna z nich trąca pas. Młodzieniec zamyka powieki, nie mogąc tego znieść, nie potrafiąc przyjąć. Jest przerażony i podniecony w tym samym momencie. Wie, co się stanie za chwilę, dłoń w jego włosach nie pozwala mu o tym zapomnieć ani na sekundę. To nieuniknione. Nie może zrobić nic, aby to powstrzymać.
Ale przecież nie chce, nie chce. Pragnie za to, żeby…
  ― Użyj mnie ― szepczą drżąco jego mokre usta.
I pozostają rozchylone.


H.K.M. - 2018-09-07, 18:22

             ― Użyj mnie ― rozlega się przesycony przejęciem szept; jego drżenie posyła elektryzujący prąd przyjemności od czubka tkwiącego przy wargach penisa, przez napięty brzuch, do samej głowy, która odczuwa go chyba najmocniej. Hannibal dyszy ciężko, pochyla się, wielki i wściekły, jak dzikie zwierzę, wypuszczone ze swej klatki. Długie palce zaciskają się pewniej na wilgotnych kosmykach i pociągają za nie niedelikatnie.
Użyj mnie, powiedział Will, więc Hannibal go używa. Zmusza do rozwarcia pełnych, krwisto czerwonych warg, naciskając na nie wilgotną główką penisa; rozmazuje przy tym na młodej twarzy swoje własne soki, ale (jest tego pewien) jego grzeczny chłopiec już za chwilę upora się z tym bałaganem. Różowy, błyszczący język przesuwa się z wahaniem po całej jego długości, podczas gdy duża dłoń naciąga skórę penisa, odsłaniając go już całego, tak, by żaden jego rozpalony centymetr nie uciekł już... zamkniętym oczom?
Marszczy brwi i bez zawahania pociąga znów za miękkie loki, wyduszając ze ściśniętego gardła okrzyk zaskoczenia.
  ― Powinieneś patrzeć ― rzuca szorstko i... krótko, jak najkrócej. Gdzie podziała się jego elokwencja, wyszukane słownictwo? Co stało się z tym zwykle opanowanym i eleganckim mężczyzną? ― Patrz.
Powtarza nieprzytomnie i uśmiecha się w krótkim, gadzim uśmiechu, gdy błękitne tęczówki zsuwają się leniwie z jego twarzy na ogromną, odsłoniętą wulgarnie męskość - na tle ciemnych spodni wydaje się jeszcze ogromniejsza i przerażająco nabita, ale pan Lecter nie odnajduje w tym konieczności do odczuwania wstydu. Wręcz przeciwnie; ten pyszny mężczyzna upaja się słodką chwilą, gdy jego wygląd wzbudza w młodym kochanku częściowe przerażenie.
Przyjemnym jest oglądanie znamion wewnętrznej walki, malujących się na tej pięknej twarzy - kiedy wstyd walczy z pożądaniem, wahanie z pewnością, złość z upojeniem - Will Graham to niekończące się przeciwieństwa, po których nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Jednego dnia chłopiec może być uroczym niewiniątkiem, a następnego rozpustną i zepsutą zdzirą, tak jak w tej właśnie chwili. I pomimo oczywistej potrzeby, Hannibal nie jest w stanie określić, którego Willa lubi bardziej. Każdego. Chyba tak.
Odchyla głowę, gdy mała dłoń układa się ostrożnie nad jego własną, zaciskając na gorącym ciele. Młodym ciałem wstrząsa kolejne drżące westchnienie, wargi wiszą nieznośnie nad cieknącą główką.
Ile jeszcze, myśli, rozdrażniony. Jest jednym wielkim czekaniem, wulkanem, kłócącym się z ziemią o uzyskanie możliwości erupcji. Ciepły język przesuwa się wreszcie po najwrażliwszej części, obmywając krótkimi pociągnięciami przestrzeń pod cewką. Szarpie się w fotelu (nie umie tego powstrzymać), przymykając na moment powieki. Kiedy je już otwiera, młode oblicze skryte jest pod częścią ciemnych loków, podczas gdy rozpustne usta wsuwają do swego wnętrza odrobinęjego męskości. To za mało, wciąż za mało - Hannibal wariuje, nie może oddychać, jest zbyt napięty, zaraz pęknie, nie uda mu się już wytrzymać.
  ― Į pragarą. Jūs nenorite susitikti su mano... mmh! ― Urywa gwałtownie, gdy ruchliwy języczek naciska bezczelnie na cewkę i wierci, wierci w niej nieznośnie, doprowadzając go na cholerny skraj, nie ma się już czego trzymać, zniknęła nawet brzytwa.
Silna dłoń naciska władczo na tył głowy i zmusza drobniejsze ciało do uległości - zmusza chłopca do rozchylenia szczęk (jeszcze szerzej), wsuwając w ciepły tunel część nabitej pały, ale to za mało, wciąż za mało!
Dociska więc mocniej i nie przestaje nawet wtedy, gdy umowną ciszę wypełnia specyficzny odgłos krztuszenia się. Will jest takim mądrym chłopcem - już za chwilę zorientuje się zapewne, że pomoże mu oddychanie przez nos, to przecież takie proste.
Wycofuje się, a młodzieniec nabiera gwałtownie powietrza - ich oczy spotykają się na chwilę (te należące do Lectera nigdy nie były chyba tak ciemne), ale błękitne tęczówki znikają gwałtownie, gdy cieknąca męskość powraca na swe miejsce, do samego przełyku.
Will walczy - walczy ze strachem, z gorącem, z odruchem wymiotnym - szczupłe palce zapierają się o jego uda, zupełnie jakby miały go za chwilę odepchnąć, ale już po chwili mną jedynie materiał spodni, pociągają za niego wściekle, dziko. Drobna dłoń zaciska się mocniej na wilgotnym trzonie, wytaczając ostateczną granicę, by nie dopychał się w niego do samego końca.
Czerwone wargi pracują pilnie - Hannibal jęczy nisko, urywanie, gdy może dostrzec swój zarys przez delikatną skórę policzka swojego chłopca. Przez chwilę kłócą się tak ze sobą - pan Lecter chce zerżnąć napuchnięte gardło, Will woli pobawić się jeszcze chwilę policzkiem - w ramach kary otrzymuje ostrzegawcze, głębokie pchnięcie, które uderza gwałtownie w zaciskający się obronnie przełyk. Błękitne oczy spoglądają na niego z wyrzutem, drżąca dłoń zaciska się jeszcze mocniej na pokrytym siatką żył trzonie - mężczyzna zdusza nim skutecznie wszelkie marudzenie, wciskając się tam z powrotem, znowu. Uczucie jest zbyt dobre, uzależniające - to nie on wyprowadza te okrutne pchnięcia, a jego ciało, tak bardzo głodne, tak okropnie spragnione.
  ― Taip! ― wykrzykuje nieprzytomnie, przytulając rozgrzany policzek do chłodnej skóry obicia fotela; pozwala swoim lędźwiom dyktować szaleńcze, wykańczające ich obu tempo, do momentu, w którym ściska je przyjemność tak wielka, że natychmiast sztywnieje gwałtownie, zamiera w sobie, rozchylając szeroko wargi, z których nie dochodzi już ani jeden dźwięk. Nieświadomie dopycha się jeszcze, jeszcze głębiej, aż małe rączki wbijają mu swoje ostre paznokcie w okolice ud i podbrzusza, ale to nie ma znaczenia, to wcale nie jest takie złe, potęguje tylko uczucie, że...
Dochodzi.


Koss Moss - 2018-09-08, 15:24

           Ogromny kutas strzela fontannami spermy: pierwsza trafia wprost do obolałego gardła, a druga po części zalewa wnętrze ust, po części zaś młodzieńczą twarz, kiedy Lecter cofa biodra, by zaraz dopchnąć je potężnie ostatni raz.
Will dławi się i wyszarpuje pośpiesznie w niekontrolowanym odruchu: tego jest zbyt wiele, traci oddech i resztki kontroli. Pochyla nisko głowę i kaszle, przez chwilę walcząc z torsjami. Część nasienia mimowolnie przełyka; pozostała wypływa z jego zaczerwienionych, obrzmiałych ust, brudząc ich okolice i skapując niżej.
Hannibal niemal natychmiast wyciąga dłoń z jego włosów i chwyta go za szczękę, zmuszając do podniesienia głowy. Will spogląda na jego spoconą twarz ze łzami w oczach, ze spermą i śliną rozmazaną po całym podbródku, i z mokrymi kosmykami przyklejonymi do czoła. Oddycha ciężko i nierówno, nie zamykając ust. Jest zdruzgotany. Pokonany.
W oczach swojego kochanka dostrzega coś, co momentalnie pomaga mu poczuć się swobodniej z tym, co się właśnie stało, i jak się stało. To aprobata, uznanie – lub może nawet jakiś rodzaj zachwytu – lecz na pewno nie pogarda czy odraza. Chwilę później Lecter sięga dłonią do kieszeni i wyciąga z niej poszetkę; delikatnym materiałem ociera mu troskliwie twarz i Will nadstawia ją, przymykając oczy; nadstawia, pozwalając, by oczyścił ją całą z krępujących dowodów tego, co zrobili.
  ― Dziękuję ― chrypi, a potem ze zmęczeniem układa wygodnie głowę na udzie mężczyzny. Jest tak wyczerpany, że byłby w stanie zasnąć nawet teraz, w takiej pozycji i w takich okolicznościach. I przez chwilę naprawdę jest tego bliski: palce mężczyzny wsuwają się teraz o wiele delikatniej w jego włosy i gładzą z wyczuciem skórę jego głowy – to wszystko jest niezwykle przyjemne, pozwala mu się zrelaksować, uspokoić, opanować.
Otwiera oczy, gdy Lecter cofa dłoń, i unosi głowę. Zaraz potem silne ręce wsuwają się pod pachy Willa i podnoszą go, nakierowując na sąsiedni fotel.
Młodzieniec przesiada się więc z trudem i unosi, by schować obolałe intymności pod bielizną i spodniami; zajmuje mu to znacznie więcej czasu niż normalnie w takim rozleniwionym stanie. Potem spogląda w bok. Hannibal poprawia właśnie włosy, wpatrując się w samochodowe lusterko. Zdążył już zapiąć koszulę i na nowo zawiązać krawat. Po chwili ich spojrzenia spotykają się, a wówczas mężczyzna uśmiecha się kącikiem warg i wsuwa w dłoń młodego kochanka poszetkę.
  ― Zachowaj ją ― mówi ― jako pamiątkę tego uroczego popołudnia. Zdaje się, że i tak zgubiłem krawat, który najbardziej do niej pasował.
Twarz Willa znów nabiega czerwienią. Młodzieniec zaciska mocno palce na miękkim materiale i ucieka spojrzeniem.
Domyślił się? Widział go? Wie?
Panikuje, choć właściwie… ta drobna kradzież nie jest niczym ważnym na takim etapie znajomości.
Lecter wie przecież o jego obsesji. To raczej oczywiste.
I on też wie o obsesji Lectera.
Tak, to jest oczywiste, jak na siebie działają.
Odrobinę słabo Will uśmiecha się do swojego odbicia w szybie, machinalnie poprawiając zapięcie koszuli. Jadą do domu.

           Na szczęście udaje mu się zamknąć w łazience, nim Phyllis ma okazję go spotkać i zobaczyć jego stan; nie wie, czy byłby w stanie się z tego wytłumaczyć. Ciotka zajęta jest przygotowaniami do przyjęcia, przymierza różne kreacje w swojej sypialni – zależy jej, by prezentować się nienagannie wśród innych wytwornych dam. Will bierze więc szybki prysznic, zmywając z siebie pot i resztki nasienia, ale nie będąc zdolnym pozbyć się tego, co wspólnie przeżyli w przestronnej kabinie luksusowego auta.
Jak będą w stanie spojrzeć sobie po tym wszystkim w oczy? Czy możliwe jest po czymś takim zachowywać się normalnie, nie wzbudzić niczyich podejrzeń?
Wiele myśli kłębi się w jego głowie, wiele wątpliwości, kiedy ostrożnie zapina pasy na swych udach – musi przyznać, że to bardzo przydatny, praktyczny wynalazek, dzięki któremu nigdy już nie okaże się, że koszula wysunęła mu się ze spodni, przyciągając wzrok niechlujnością.
Przesuwa naperfumowanym pędzelkiem po delikatnej skórze za uchem tak, jak zrobił to wcześniej Hannibal, i rozczesuje pachnące loki, przypatrując się uważnie swojemu lustrzanemu odbiciu.
A patrząc na siebie, widzi wszystko, co dziś zrobili. Widzi to w swoich oczach. W opuchliźnie warg. W spękanych od rozwierania ust kącikach. Widzi dowody ich podłego grzechu i czuje się jak wyłożony na talerz. Ma wrażenie, że wszyscy się domyślą; że niczego nie będzie w stanie ukryć.
  ― Willy?
Phyllis zagląda do łazienki w czerwonej sukni do samej ziemi. Prezentuje się zjawiskowo, jej skóra błyszczy zdrowo, a na twarzy błąka się uśmiech godny podekscytowanej nastolatki. Każda kobieta uwielbia przecież takie wieczory – nieważne, ile ma lat.
  ― Dzwoniłam do wujka. Dołączy dużo później, ma dużo pracy. Chodź, pokaż. Znów krzywo zapiąłeś koszulę… a cóż to za piękny…
Will uśmiecha się delikatnie.
  ― Dostałem od Hannibala ― odpowiada bez mrugnięcia okiem, wygładzając skradziony krawat idealnie dopasowany do starannie złożonej, wystającej z kieszonki poszetki.


H.K.M. - 2018-11-07, 20:27

           Piękny (marka limuzyny, znajdę potem) przesuwa się przez ulice Cambridge, wzbudzając swoim istnieniem niemałe zamieszanie - tak drogie samochody można nierzadko zobaczyć jedynie na ekranach telewizorów, ale dla jadącego w nich mężczyzn (a może mężczyzny i młodzieńca) jest do zwykła, szara codzienność.
Przyciemnione szyby nie zdradzają tożsamości przebijającego się leniwie przez popołudniowe korki duetu, dopóki tylne tablice rejestracyjne nie błyskają specyficznym, dość znanym sloganem: "Beal4rd".
Większość Amerykanów nie orientuje się być może dokładnie w świecie biznesu, ale ci, którzy choć raz oglądali w swoich ulubionych telewizorach ranking najbogatszych przedsiębiorców na świecie, mogli zobaczyć przystojny profil pana Bealfroda, goszczący w niemalże każdym z takich reportaży.
Swoje bogactwo osiągnął nie tylko z powodu krewnych w samej rodzinie królewskiej, ani nie też za sprawą swojej nietuzinkowej urody - wśród nieco ciaśniejszych, zaufanych gron, ów człowiek o anielskim obliczu znany jest z rzeczy, które aniołom nigdy nie wypadały, a gdyby takie przedstawić komukolwiek sprawujący urząd wyższy w gronie duchownych, niechybnie niejeden "ojciec" mógłby odkryć, że istnieją zbrodnie, o których nawet tak rozwinięty cywilizacyjnie świat nie słyszał.
To jednak nie obchodzi go zbytnio - pan Bealford dzierży swe bogactwo i nazwisko, niczym insygnia władzy i nie pozwala zepchnąć się z piedestału przez tyle lat, że (dobrze już o tym wie) nie ma się czym martwić. Że każdego, kto ośmieli się go jakkolwiek zmartwić, czeka bardzo ciężki los.
Elegancka dłoń przesuwa się przez skórzane obicie eleganckich foteli, by bez zawahania dotrzeć na jedno ze smukłych ud, odzianych w nieprzyzwoicie przylegające do niewieścich nóg spodnie.
Dokładnie ogolona twarz przysuwa się do tej drugiej, pełne wargi odnajdują te drugie i przez chwilę idealny porządek zaburza odrobina chaosu, ale jest tak dystyngowana, tak subtelna i apetyczna, że nic nie może jej zaszkodzić, że warta jest godzin poprawiania kołnierzyka i mankietów, wartych więcej od szeregów aut.
  ― Wyglądasz zjawiskowo ― szepcze z ustami tuż przy jego uchu, by musnąć je w ostatniej, nieco tęsknej pieszczocie. Wie, że już za chwilę będą musieli opuścić auto i udawać, że upierścieniona dłoń nigdy nie znalazła się na rozkosznie gorącym udzie, a spojrzenia, które rzucają stalowe tęczówki pozbawione są perwersyjnego, nieskończenie niewłaściwego drugiego dna. ― Moja przepiękna laleczka ― dodaje jednak specjalnie i uśmiechają się, gdy nieprzyzwoita dłoń sięga głębiej i dalej, do miejsca, w którym spodnie przestają już skrywać jedynie nogi. ― Skarb tatusia ― skończony zboczeniec, nie może zatrzymać się nawet teraz, gdy fasada domu Lectera majaczy im już na końcu ulicy. ― Bądź dla mnie grzeczny, Lou. Nie pozwól, by ktokolwiek położył na tobie swoje brudne łapy. Chcę żeby każdy z tych ludzi wiedział, że należysz tylko do mnie. Zrozumiano?

           Goście schodzą się namiętnie do środka, witając go niezmiennie ciepłymi słowami - z niemożliwą do powstrzymania ekscytacją sięgają po oferowane im kieliszki Moet & Chandon'a, zakupionego na tę okazję specjalnie z okazji przybycia wielu słynnych projektantów mody (w tym i tych, którzy tworzą na specjalne zamówienie jego własne, niepowtarzalne kreacje), rozchodzą się po salonach, sięgają po przekąski, rozmawiają, słuchają grającej elegancko orkiestry smyczkowej.
Spełnia się w roli gospodarza, lecz to nie to jest budzącą zainteresowanie nowością - jest nią krocząca przy jego boku młoda dama, która w każdej rozmowie stara się jasno wyjaśnić rodzaj łączących ich ze sobą relacji. Nie przeszkadza mu to - mały skandal nadaje takim chwilom słodkiego posmaku goryczy, idealnego zaburzenia, które nadaje słodkości jeszcze więcej aromatu, godnego pozostania w pałacu umysłu na długie, długie lata.
Przygląda się więc z nieskrywaną satysfakcją, karmiąc się każdym spojrzeniem i trwożliwym szeptem, każdym uśmiechem i pośpiesznym skinieniem głowy, które jasno mówi "popatrz, zobacz, jaka młoda. Popatrz tylko!"
Niech patrzą. Niech się dziwią i, nade wszystko, niech jedzą przygotowane dla nich wspaniałości, bo to nad nimi pan Lecter spędził najwięcej chwil. Bo to właśnie w nie włożył całe swoje serce.
Może nie całe, myśli mimowolnie, gdy próg domu przekracza młodzieniec z burzą ciemnych loków, wędrujący ku niemu z gracją w towarzystwie ciotki - widok tej cudownej, zarumienionej twarzy na chwilę pozbawia go dumnego uśmieszku, ale już po chwili powraca na swoje miejsce. A może jest nawet pyszniejszy, niż zazwyczaj?
  ― Phyllis ― wita się krótko z sąsiadką, chwytając jej dłoń, by musnąć ją przelotnie wargami. To samo ma ochotę uczynić z dłonią należącą do jej drogiego bratanka, ale zastępuje to spojrzeniem rzuconym w okolice kolorowego krawatu. ― Cóż za wspaniałe kreacje, moi drodzy. Miło mi zobaczyć was w tak pięknych strojach. Co powiecie na kieliszek szampana?
Zanim goście mogą udzielić mu odpowiedzi, tuż przy nich pojawia się usługująca im tej nocy asystentka kulinarna, służąc tacą, niczym najdzielniejsi rycerze okrągłego stołu służyli swemu władcy, Arturowi. Wystarczy kolejne spojrzenie, aby Bella nie zabroniła swemu młodemu towarzyszowi sięgnięcia po długą nóżkę naczynia.
Nie tej nocy - mówią ciemne oczy, choć gdyby kazać wytknąć w nich jakąś naganę, byłoby to, oczywiście, niemożliwe.
Tej nocy wolno mu wszystko.
  ― Willy, Bello ― Alice pojawia się znów "znikąd", wyciągając swe ramiona, by uścisnąć nieelegancko dwójkę znajomych jej ludzi. Hannibal domyśla się już, że wynika to poniekąd z niepewności (a ta z otaczających ją obrzydliwie bogatych i nieznajomych, oceniających ją gości), ale i tak uważa podobne zachowanie za wysoce niestosowne.  ― Cudownie was widzieć, moi drodzy. Może chcielibyście czegoś do jedzenia? Chyba nie każecie mu czekać na wasze zadowolone miny?
Rzuca żartobliwie, a kolejny nietakt odbija się nieładnie od ścian, zdradzony jedynie specyficznym drżeniem nienaturalnie wysuniętej, górnej wargi. Pan Lecter unosi głowę i wszystko wygląda tak, jakby tym razem zamierzał to zachowanie głośno skomentować, ale drzwi otwierają się i staje w nich dwójka najpiękniejszych ludzi na świecie.
I na krótką chwilę tłum, onieśmielony specyficznym blaskiem i aurą pieniędzy, zamiera w milczeniu, dopóki wyższy z mężczyzn nie podchodzi do samego gospodarza, pilnując, by nie musnąć przy tym swym szerokim barkiem kogokolwiek z mijanych gapiów.
  ― Hannibalu ― głęboki baryton płynie do niego, niczym dźwięki muzyki, gdy Alexander wyciąga w jego stronę dłoń, ściskając ją w sposób, który można określić jedynie słowem "wyważony", ponieważ każdy ruch tego człowieka, wszystko to, co robi i mówi, jest zawsze starannie zaplanowane, a doktor Lecter docenia i szanuje w nim tę cechę bardziej, niż ktokolwiek inny na świecie.
Przez krótką chwilę spoglądają na siebie z sympatią, a potem uwaga gospodarza przenosi się na milczącego stosownie młodzieńca, który ożywa jednak, gdy przychodzi im do wymienienia uprzejmości.
I jakiż jest przy tym rześki, jaki urokliwy i radosny. Piękno tego młodego człowieka można porównać jedynie do aniołów, porcelanowych lalek, do... ucieleśnienia greckich bogów - a kiedy patrzy się w jego błękitne oczy, kiedy Hannibal może w nie zajrzeć, odkrywa, że i młody Bealford nie ośmieli zawieźć się jego oczekiwań, ponieważ poza nieskończonymi pokładami narcyzmu zauważa tam też wiele... możliwości.
A możliwości od zawsze sprawiały mu sobą przyjemność. Można je przecież wykorzystać na tyle sposobów...


Koss Moss - 2018-11-07, 21:29

Panicz Bealford doskonale czuje się wśród ludzi. Widać to po nim nawet, gdy milczy. Wysoko uniesiona głowa, dumnie wyprostowana postawa, dłonie zgrabnie splecione w okolicy mostka – dopóki jedna z nich nie sięga po podany przez Alexandra Bealforda kieliszek (spojrzenia, które ze sobą wymieniają, są przeciągnięte). Potem już tylko trzyma z gracją smukłą, szklaną nóżkę i z uśmiechem spija – można by odnieść wrażenie – słowa z ust swego ojca, który dzieli się z Lecterem jakąś opowieścią, zapewne bardzo ciekawą, ponieważ na twarzy doktora nie widnieje tym razem nawet ślad znużenia.
Słucha go, lubi. Widać, że obaj znają się i szanują.
Will patrzy na nich spod ściany. Jest przytłoczony liczbą nieznajomych osób. Bealfordowie są zjawiskowi, piękni – jeszcze bardziej niż na fotografiach – i z pewnością wyjątkowi. A Louis Bealford… Louis Bealford, ze swoimi złotymi lokami opadającymi na ramiona, z dużymi błękitnymi oczami, ze szlachetnymi rysami, jest zachwycający.
Jest zachwycający zupełnie obiektywnie i Will nie chce do niego podchodzić, nie chce z nim nawet rozmawiać.
To nawet nie zazdrość. Nie zostałby dobrze odebrany, na pewno nie. Nie ma nazwiska ani pieniędzy, nie ma wpływowych znajomych, nie ma nic, o czym mógłby z nimi porozmawiać. Gdyby dowiedzieli się, czym się zajmuje na co dzień…
Wprawiłby tylko wszystkich w zakłopotanie, wzięliby go za dziwaka, jak studenci, i pan Lecter musiałby się tłumaczyć, a Will nade wszystko nie chce sprawiać mu kłopotów; i tak dużo zaryzykował, zapraszając go tutaj w imię ich przyjaźni.
Lepiej nie podchodzić, myśli, lepiej skupić się na jedzeniu (jest przepyszne) i znalezieniu miejsca, gdzie nikt nie będzie próbował nawiązywać z nim rozmowy.
Błąka się z talerzykiem w dłoni. Zanurza się w myślach, wyłącza się. Pozwala, by wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach, choć w zasadzie i wbrew jego woli miałoby to miejsce.
Tabletki nie działają, tabletki nie działają. Ile czasu minie, zanim ktoś to zauważy?
Jak długo uchowa się z dala od psychiatry?
Gdzie jest granica, po przekroczeniu której Hannibal stwierdzi, że nie będzie dłużej ukrywał jego stanu? Ponieważ obaj wiedzą, że jest źle. Obaj wiedzą, że ta terapia, ona…
Czy człowiek, który ostatnio zmasakrował zwłoki sklepowej ekspedientki już się zabił? To pewnik, że targnie się na swe życie. Musiał być w strasznym stanie, kiedy robił jej krzywdę. Wyżył się i boi się kary. Nie uważa się za dość inteligentnego by uciec, a zatem wybierze jedyną drogę, która wyda mu się pewna.
Jedyny sposób, by nikt go nie znalazł, to…
  ― To musi być Will Graham.
Mruga szybko i odwraca się gwałtownie – jak atakujący wąż. Louis Bealford przechyla głowę. Nawet jeżeli się przestraszył, niczego po sobie nie pokazał. Jego uśmiech wydaje się serdeczny. Spojrzenie – kieruje się na Alexandra, na pewno na niego, ponieważ kto inny mógłby stać się jego obiektem.
Alexander Bealford unosi delikatnie brwi, jednak wyraz ten, cokolwiek oznacza, szybko znika pod zadowolonym uśmieszkiem. Staje tuż przy Willu, prawie za nim.
Hannibal. Hannibal musiał coś powiedzieć.

Louis spogląda w zimne oczy ojca, kiedy ten przystaje tuż za Willem.
Czuje, jak wzdłuż kręgosłupa przebiega mu dreszcz ekscytacji. Uśmiecha się z nutką podłości, widząc to spojrzenie.
Zabawmy się, laleczko.
Zawsze, ty seksowny draniu.
  ― Z pewnością ― mruczy Alexander ― nie powinieneś stać samotnie pod ścianą, mój chłopcze. Takie przyjęcie nosi ze sobą mnóstwo możliwości do nawiązania ciekawych… znajomości…
Louis błyskawicznie przysuwa się bliżej i obejmuje Willa w pasie, nie odrywając roziskrzonego wzroku od oczu ojca.
Kierują się ku jednemu z długich stolików – ten, który stanowi ich cel, zastawiony jest wyłącznie owocami morza. Jeszcze w samochodzie ojciec zakazał mu kosztować niczego innego niż dania kuchni morskiej. Wciąż nie do końca wiedział, dlaczego tak mu na tym zależało, skoro Lecter był w jego mniemaniu tak doskonałym kucharzem, ale to przecież nieważne. I bez zakazu czasem wypada zrobić sobie przerwę od mięsa dla dobrego zdrowia.
Idą więc; Will kroczy między nimi, ale Louis z wyczuciem popycha go do przodu, by nachylić się do ojca i mruknąć do niego dyskretnie dwa słowa.
  ― Niezłe pośladki.


H.K.M. - 2018-11-07, 22:09

           Ciemne oczy spotykają się na krótką chwilę ze stalową szarością, gdy spomiędzy krzywych warg wydobywa się parę słów - pozornie pozbawionych głębszego znaczenia, ale w rzeczywistości są one najważniejszymi, które padną tego wieczoru.
  ― Same znakomitości, Alexandrze. Każdy może poszczycić się innym talentem.
  ― To oczywiste, Hannibalu. Nikt nie lubi się otaczać nudnymi ludźmi, prawda? ― Nigdy nie odezwałby się w ten sposób publicznie, ale wie, że przy doktorze Lecterze nie musi przebierać w określeniach, wybierając tylko te "bezpieczne". Już dawno pozbyli się tej maniery na rzecz znacznie zabawniejszego gorszenia, balansowania na krawędzi. Nic nie jest, przecież, równie ekscytujące w swej formie, co to, co robią w tej chwili.  ― Czyje towarzystwo mi dziś zaserwujesz? ― Pyta wolno i to właśnie wtedy dzieje się ten cud; pojawia się małe objawienie, snob niewidocznego światła pada w kierunku, podsuniętym przez ciemne oczy (są jak bezdenne studnie).
  ― Pan Graham jest znakomitym rozmówcą ― mówi tylko i znika w tłumie wielobarwnych kreacji, porwany przez Lady Allen.
Alexander unosi głowę i upija stosownie niewielki łyk szampana. Nie musi spoglądać przez ramię, by wiedzieć, że Louis pojawia się grzecznie u jego boku.
Czuje na swoim karku jego lekki, słodki oddech.

             ― Niezłe pośladki ― słyszy, co w akompaniamencie z dotykiem szczupłej dłoni posyła specyficzny dreszcz przez całe, wysokie ciało; zostaje wręcz zmuszony do zatuszowania tego rozkosznego dyskomfortu koniecznością upicia jeszcze odrobiny Chandon'a - ten na szczęście jest na tyle przyjemny w smaku, by nie musiał na tym cierpieć.
Podchodzą tak do stolika, gdzie każdy chwyta za przystawki; porcje są niewielkie i istnieją tylko po to, by sprawić przyjemność złaknionym doznań podniebieniom. Tak, jak Will Graham jest tej nocy stworzony do tego, by przynieść radość innym ich zmysłom.
Chłopak milczy wciąż, onieśmielony ich bliskością - Alexander może jednak wyczytać w błękicie oczu więcej, niż zwykły strach. Czyżby uprzedzenie?
A może zrozumienie? Oby nie, to popsułoby zbyt wcześnie ich zabawę.
  ― Wspaniała muzyka, prawda? Hannibal jak zwykle wykazał się nieomylnością, gdy stawiał na akustykę pomieszczenia ― zarzuca więc luźno tematem, niby przynętą, mającą ku sobie zwabić niezdecydowaną rybkę. ― Czy uważa się pan za fana muzyki na żywo, panie Graham?
Imię gospodarza momentalnie wywołuje w młodzieńcu doskonale zauważalne ożywienie - duże oczy prześlizgują się przed twarze zebranych, szukając (to takie oczywiste) te, której widok ma im przynieść ukojenie i sądząc po specyficznym przebłysku, odnajdują chyba to, czego pragnęły.
  ― Tak, raczej tak ― pada cicha odpowiedź i oczy znikają znów w dole, skierowane na podłogę.
To dziwne i niepodobne do "znakomitych rozmówców" ale pan Bealford dobrze wie, że Hannibal nigdy by go nie oszukał; czeka więc cierpliwie, częściowo zaintrygowany atypowymi zachowaniami młodego Grahama.
  ― Będziesz mi kibicował na konkursie, prawda?  ― podchwytuje Louis, kładąc mu dłoń na ramieniu i pochylając się lekko, żeby nawiązać kontakt wzrokowy.  ― Bardzo się z tego cieszę.
W odpowiedzi otrzymuje jednak jedynie skinienie głową, a potem drobna dłoń sięga po kieliszek z szampanem.
Och, tak. Szampan.
  ― Wznieśmy toast ― proponuje roztropnie Alexander, uśmiechając się pysznie, gdy szkło, wzniesione w górę przez ich dłonie odbija w sobie złocisty blask żyrandola. ― Za nasze spotkanie. Za dobrą zabawę.
Pan Graham uderza kieliszkiem o ich kieliszki, czemu towarzyszy wysoki dźwięk (czyżby zrobił to odrobinę za mocno) i pociąga od razu kilka dużych łyków, patrząc po skosie w bok. Znowu zapada pełna niegorszącego napięcia cisza.
  ― Przepraszam ― chrząka w końcu, zakłopotany. ― Jestem okropnym rozmówcą.
Louis uśmiecha się serdecznie.
  ― Mój ojciec i ja jesteśmy przekonani, że zyskujesz przy bliższym poznaniu.
Bingo.
Chłopiec kaszle cicho, a jego jeszcze przed chwilą pobladłe oblicze pokrywa się rozkosznym rumieńcem, czyniąc z niego coraz wierniejszy obiekt do obserwowania. Następnym łykiem pozbywa się już niemalże całej zawartości alkoholu.
Grzeczny.
  ― Wieczór jest jeszcze młody ― zapewnia gorąco, odkładając niewielki talerzyk na tace mijającego ich kelnera. ― Mamy mnóstwo czasu, by lepiej się poznać.
  ― Oczywiście ― to nie głos Louisa roztacza mu się tym razem za ramieniem; obraca się przezornie, by spotkać się tak oko w oko z samym Hannibalem, który nieśpiesznym ruchem zgarnia ze stołu jedną z mięsnych różyczek, a potem zanurza ją elegancko w wargach i na jego oczach wzdycha z uznaniem, delektując się potrawą, jak najwyższej jakości ambrozją.
Na krótką chwilę przymyka oczy, a jego dłoń odruchowo wędruje do ramienia syna, ale wystarczy odrobina szampana, by zagłuszyć niemądry odruch ucieczki.
Nic się nie dzieje. Są bezpieczni. To środek przyjęcia, są otoczeni przez dziesiątki ludzi, nieopodal orkiestra bierze się za Vivaldiego. Są bezpieczni.
I mogą naprawdę dobrze się bawić.
  ― Cieszę się, że postanowiliście dochować towarzystwa drogiemu Willowi ― dodaje, gdy elegancka wykałaczka zostaje odłożona na maleńki talerzyk, a dojrzale wargi oblizane z resztek potrawy. Duża dłoń wznosi się ponad kieliszkami i na oczach obu Bealfordów Hannibal sięga do jednego z ciemnych, zbłąkanych loków, zasuwając go czule za ucho chłopca.
  ― Jak się pan bawi, panie Graham? ― W ciemnych oczach igra coś nieokreślonego, gdy Lecter bawi się każdą głoską nazwiska swego młodego gościa. ― Czy podoba ci się kolorystyka salonu?


Koss Moss - 2018-11-08, 19:56

Will zdusza w sobie westchnienie ulgi, kiedy obok zjawia się Hannibal. Coś się dzieje, atmosfera staje się na ułamek sekundy pełna napięcia, coś dziwnego zawisa w powietrzu, ale trwa to zbyt krótko, by otumaniony alkoholem młodzieniec zaczął o tym rozmyślać. Zbyt krótko, by zmarszczył brwi, zamiast obdarzyć gospodarza wdzięcznym uśmiechem.
Kiwa gorliwie głową.
  ― Tak. Bardzo. ― Może i celowo pominął pierwsze pytanie. Mimo starań trudno powiedzieć, by bawił się w ogóle. ― Słyszał to pan już od każdego, ale musiał się pan upewnić, prawda?
Kątem oka widzi, jak Louis spogląda spod uniesionej brwi na swego ojca.
Widzi też, jak równie czułym, co dyskretnym gestem poprawia ułożenie jednego z długich pasm pana Bealforda. Nie może znieść przejawów niedoskonałości, nie może pozwolić, by cokolwiek zbrukało jego ideał, jest w niego taki zapatrzony, jest całym jego światem, a właściwie… jest…
  ― Musiałem.
Mruga, dostrzegając błysk kieliszka, kiedy Hannibal uniósł go, jakby wznosił miniaturowy toast. Na jego ustach igra uśmiech, zuchwały uśmiech.
Will odwzajemnia ten wyraz bez cienia pychy.
  ― Kuchnia też doskonała ― stwierdza, zgarniając od przechodzącego kelnera mięsną potrawę.
  ― Alkohole też wyborne ― mruczy Louis, wyginając wargi we flirciarskim uśmiechu. ― Właściwie, panie Lecter, zaobserwowałem tam w kącie… klawikord. To malowidło na pokrywie to istne dzieło sztuki. Zastanawiam się, czy instrument jest sprawny, czy może służy jedynie jako niezwykła ozdoba pańskich wnętrz.
Hannibal spogląda na niego z uprzejmym zainteresowaniem.
  ― Wiedziałem, że nie zawiodę się na pańskim dobrym guście, paniczu Bealfrod. To w pełni sprawny wyrób Henriego Hemscha, którym raczono paryską arystokrację około tysiąc siedemset trzydziestego szóstego roku. Odrestaurowałem malowidło własnoręcznie z pomocą paru życzliwych przyjaciół. Czy pan sobie żebym zwolnił na chwilę orkiestrę?
  ― Jeżeli da mi pan przyzwolenie, z rozkoszą uświetnię pańskie przyjęcie ― mruczy Louis. Will, ukłuty niezręcznością, kładzie dłoń na swym łokciu, zabudowując się ramieniem, i w poszukiwaniu komfortu spogląda najpierw na Alexandra – kiedy jednak ich spojrzenia się spotykają, szybko przenosi wzrok na klawikord.
Hannibal odchodzi w stronę orkiestry, ażeby uciszyć ją i przygotować tło pod popisy panicza. Potem spogląda na Willa i przez chwilę młodzieniec jest pewien, że podejdzie i staną gdzieś razem, wtedy jednak Alice – jakby nie mogła wytrzymać bez Lectera nawet pięciu minut – zachodzi mężczyźnie drogę i skupia na sobie całą jego uwagę.
Will wykorzystuje to, że Alexander jest zaabsorbowany swym synem, i umyka w odległy kąt sali, gdzie ciotka Phyllis dyskutuje z jakąś elegancką, jasnowłosą damą.
Chwilę później orkiestra cichnie, co prawie od razu spotyka się z zainteresowaniem gości. Louis Bealford wydaje się w swoim żywiole. Cały czas patrzy na swego ojca, a jednak mówi do sali.
Potem pomieszczenie wypełniają dźwięki Preludium i Fugi numer dwa. Zwinne palce panicza tańczą po klawiaturze instrumentu jak opętane. Trudno nadążyć za nimi wzrokiem i nikt nawet nie próbuje tego robić.
Głębia dźwięków klawikordu jest przytłaczająca, w każdym pojedynczym uderzeniu słychać echo dawnych czasów. Nikt nie szepcze, kiedy Louis Bealford się popisuje.
Nikt nie myśli nawet o tym, że Louis Bealford się popisuje.
To zbyt wzruszający spektakl, zbyt poruszający do samej głębi serca.
Will mruga szybko, czując mimowolnie napływające do oczu łzy. Nie jest pewien, dlaczego muzyka tak działa; Louis uderza w klawisze, szarpiąc jednocześnie strunami jego duszy.

Kiedy zapada cisza, nikt przez chwilę nie waży się jej przerwać. Louis zsuwa palce z klawiatury, otwiera powoli oczy i odruchowo kieruje wzrok na osobę, której reakcja interesuje go jako jedyna.
Alexander Bealford bez wątpienia jest usatysfakcjonowany. W jego wzroku jest duma. Uznanie. Uwielbienie. Nie bije braw razem z tłumem, ale nie musi.
Louis wstaje i kłania się szarmancko, obrzucając gawiedź szczerym uśmiechem. Ludzie zaczynają podchodzić do niego, otaczają go szczelnie. Chcą dowiedzieć się więcej, pochwalić, wyrazić zachwyt, podlizać się, ukraść trochę jego uwagi.
Alexander stoi wciąż na swoim miejscu, pozwalając synowi cieszyć się komplementami. Wychował Bealforda, który przyniesie temu nazwisku jeszcze więcej respektu. Któż oparłby się urokowi jego synka, jego laleczki o wąskich biodrach, o najpiękniejszej talii na sali.
Już po chwili jego dziecko jest tuż obok. Uśmiecha się arogancko, ale nigdy do niego. Kiedy Louis przenosi spojrzenie z gości na na Alexandra, uśmiecha się zupełnie inaczej. Nigdy z wyższością. Z pożądaniem, owsem.
  ― Zachwycenie ich jest dziecinnie proste ― mówi, przeciągając sylaby, a jego szczupła dłoń przesuwa się po nadgarstku mężczyzny, nim odbiera należny jej kieliszek z jasnym, słodkim winem. Pieprzą się. Pieprzą się spojrzeniem. ― Gdyby usłyszeli nas razem, pewnie by pomdleli.
  ― Duety z reguły wywołują więcej zamieszania ― chrypi mężczyzna, nie spuszczając z syna oczu; Louis z rozkoszą dałby mu się porwać, objąć w pasie, przyciągnąć blisko, bliżej, pocałować. Chętnie zacisnąłby palce na jego włosach i przywarł do niego całym ciałem, pozwalając się ordynarnie obmacywać. Minęło tyle lat, odkąd zrobili to po raz pierwszy, a jednak od tamtego czasu napięcie między nimi nie zmalało nawet odrobinę. Zawsze są na pierwszej randce. Zawsze są siebie ciekawi i spragnieni. ― W moim występie ― szepcze Alexander, dotykając go ramieniem, pochylony; jego ciało jest ciepłe, gorące, Louis rumieni się ― zawsze będziesz grał pierwsze skrzypce.
Jest zbyt seksowny, kiedy to mówi; Louis nie potrafi mu się oprzeć.
  ― Tato... ― szepcze, opuszczając głowę jak zawstydzona dziewica, choć obaj wiedzą, że wiele mu do niej brakuje.
Gdyby uniósł teraz podbródek ― tylko odrobinę ― mogliby zetknąć ze sobą spragnione, wilgotne od trunków wargi. Mogliby to zrobić dokładnie tak, jak tamtej nocy, gdy Alexander przyszedł do jego pokoju.

To nie tak, że nie został do tego sprowokowany.
Louis starannie nad tym pracował, z początku być może bez pełnej świadomości, do czego to może doprowadzić.
Tyle razy komplementował jego wygląd lub dotykał dłużej niżby wypadało. Niejeden raz składał w kąciku jego warg pocałunek lub pozwalał, by ich uda dotykały się pod stołem.
Często patrzył mu prosto w oczy, kiedy jadł lub pił, ale czy kontrolował przekaz, jaki wysyłał tym spojrzeniem, czy był go w ogóle świadom?
Kołysał biodrami, ilekroć przed nim kroczył. Uwodził, a potem odwracał się przez ramię i uśmiechał się, kiedy go przyłapywał na wpatrywaniu się w...
Ktoś zupełnie zdrowy, niewypaczony, mógłby nawet nie zauważyć w tym niczego niewłaściwego, wyprzeć taką myśl, nim zdążyłaby zakwitnąć w jego umyśle.
Ponieważ to wszystko, co robił Louis, nie było jednoznaczne. Ponieważ chłopak mógł nie być tego świadom i z łatwością byłby w stanie wszystkiego się wyprzeć, gdyby postawiono mu zarzuty.
Nie byłoby powodu, aby mu nie wierzyć.
Ale Alexander chyba nie potrafił spojrzeć na to jak ktoś zdrowy i niewypaczony.
Tamtej nocy Louis przebudził się, czując dotyk na nagiej nodze, którą ― leżąc na boku ― wystawił nad kołdrę. Gorąc skóry, chłód sygnetów, woń whisky... Mruknął cicho i sennie, wyginając wargi w uśmiechu.
  ― Co robisz...?
Alexander patrzył na niego ze stężałą, napiętą twarzą. Zwierzęcy. Zdeterminowany. Przyszedł po swój skarb, przyszedł go odebrać. Jego dłoń z łydki przesunęła się na kolano, a z niego dalej, na udo, poszukując rąbka materiału, który mógłby wyznaczyć jakąś granicę. Nie znalazła go jednak. Louis miał na sobie półprzezroczystą koszulę, ale nic poza nią, i palce mężczyzny wsunęły się pod nią bez żadnych przeszkód, już niemal dotykając pośladka.
  ― Jesteś absolutnie zachwycający ― wymamrotał niewyraźnie pan Bealford, nisko pochylony, i Louis poczuł ruch powietrza na swoich policzkach, i w jego nozdrza wdarła się silniej woń alkoholu.
Otworzył powoli oczy i wtedy ― widząc go w półmroku tak wyraźnie, że był w stanie dostrzec załamania księżycowego światła przy jego ledwie widocznych porach ― zdał sobie w pełni sprawę z tego, że nie śnił, a dotyk na udzie był prawdziwy.
Serce szarpnęło mu się w piersi, adrenalina pobudziła przepływ krwi. Po kręgosłupie przemknął mu dreszcz, którego natury nie potrafił wtedy określić. Wargi rozchyliły się, język wysunął, by je lekko zwilżyć.
Patrzył na swojego ojca, patrzył, gdy Alexander obmacywał jego ciało, i nie potrafił odnaleźć w tym nic niewłaściwego, nic, czego by nie chciał. Dotyk ten posyłał strumienie gorąca do wnętrza jego ciała, wprawiał go w drżenie, sprawiał, że miał ochotę zadrzeć koszulę i zażyczyć sobie więcej.
Uniósł się lekko i wsparł na łokciu. Rozszerzonymi oczami popatrzył w dół, na dłoń, która objęła jego pośladek. Napiął się. Wrócił spojrzeniem do dojrzałej twarzy.
  ― Chyba jesteś bardzo zmęczony, mój drogi ojcze ― wyszeptał spokojnie, wbrew temu, co działo się w jego głowie, duszy, sercu. ― Chodź, połóż się tutaj, obok mnie.
Przesunął się na drugą stronę łóżka, a Alexander podążył za nim, jakby jego ręka przylgnęła do jego ciała już na dobre.
  ― Oczywiście ― wymruczał, ale zrobił to w taki sposób, że Louis aż stracił dech; i chwilę po tym poczuł go na sobie, całego, na sobie, poczuł, jak wgniata go w pościel, jak napiera na niego swoim twardym...
I Louis chwycił go za policzki, rozpalone niczym dwa żelazka, i przytrzymał jego twarz, przełykając ciężko ślinę, i patrzył, patrzył na twarz swojego ojca, na twarz przystojnego mężczyzny, i nie potrafiłby zaprzeczyć, że go pragnie, nie potrafiłby zaprzeczyć, że dotyk, którym go obdarzał, nie był niewinny.
Ptaszyna, którą ściskał kurczowo udami, też była twarda. To się działo. To się stało.
Powoli, patrząc Alexandrowi w oczy, rozchylił nogi, wpuszczając go dokładnie między nie. Przymknął powieki i sapnął drżąco, gdy poczuł go pełniej, och, to było takie dobre, takie doskonałe, przyrodzenie jego ojca między jego udami, na jego kroczu, tak blisko, tak bardzo.
  ― Podnieciłeś się tak samym patrzeniem, jak śpię, kochanie? ― zapytał czule, spod półprzymkniętych powiek wpatrując się w jego roziskrzone oczy. ― Czy myślałeś o mnie już wcześniej?
  ― Nie ma chwili, w której bym o tobie nie myślał ― przyznał Alexander i Louis zadrżał, gdy uderzyła go pobrzmiewająca w jego tonie rozpacz i desperacja, i szczerość, i rezygnacja. Odchylił głowę, kiedy mężczyzna przycisnął wargi do jego szyi, obcałowując ją delikatnie, ale nie tak, jak mógłby robić to ojciec swojemu dziecku, w ogóle nie tak. ― Co ty ze mną robisz, co robisz.
Wargi ojca sunęły w stronę jego ucha, zostawiając na wrażliwej skórze delikatne, zakazane pocałunki.
Louis jęknął, rozpływając się pod nim, wyginając ciało w łagodny łuk, płonąc.
  ― Przestań ― wydusił. I kiedy Alexander podniósł głowę i obrzucił jego twarz półprzytomnym spojrzeniem, w którym tliła się rozpacz, Louis uśmiechnął się tak, jak uśmiechał się do niego cały dzień. ― Nikt nie będzie cię oceniał. Bo nikt się nie dowie, tatusiu. To będzie nasza mała... słodka... tajemnica.
Powiedział to. A potem sam pociągnął go do siebie i pocałował jego wargi. Na początku zaciśnięte, chłodne. Dopóki nie zassał jednej z nich. Dopóki nie wysunął języka, dopóki nie naparł na nie, wymuszając wstęp.
Wtedy właśnie po raz pierwszy skosztować ich zakazanego owocu. Owinąwszy się szczelnie wokół ojca, nie pozwoliłby mu odejść nawet, gdyby kończył się świat.
I nie widział w tym nic złego. Nic niewłaściwego, kiedy spijał posmak whisky z ojcowskich warg, dociskając się kroczem do jego krocza.
Oddał mu się z własnej woli. Alexander nie musiał uciekać się do gwałtu na swym nastoletnim dziecku. Dostał wszystko, czego mógłby chcieć, a kiedy obudził się rano w poczuciu dezorientacji i odrazy względem samego siebie, szczupłe ramiona i uda wciąż oplatały jego nagie ciało, nie pozwalając uciec tak łatwo.


H.K.M. - 2018-11-08, 21:17

           Nie tylko błękit oczu Willa Grahama szkli się nieprzerwanie podczas występu utalentowanego panicza - pan Lecter nie powstrzymuje nawet swych łez, gdy muzyka otula go swoim nieokiełznanym pięknem; jej dźwięki są ponadczasowe, tchną swą wiecznością wszystkich zgromadzonych, uświęcając chwilę swą gamą doznań.
Muzyka, jego stara przyjaciółka, najdroższa dama przepełnionego uwielbieniem serca, która nie opuszczała go wówczas nawet wtedy, gdy pozornie jej dźwięki cichną, zastąpione nieco opóźnionym (jest w stanie to zrozumieć, on także...) aplauzem.
Wiwatuje, wznosi w górę świeżo napełniony kieliszek - nie pije wiele, ale nie umiałby odmówić toastu tak wybornemu występowi.
Alexander Bealford uśmiecha się dumnie, emanując balansującym na granicy narcyzmu uwielbieniem; Hannibal nie może mu się dziwić, nie wtedy, gdy to owoc jego właśnie lędźwi stanowi przez chwilę samo centrum przyjęcia. Jego słodką, główną atrakcję.
Nie przeszkadza mu to, każdy czasem ustąpić swego miejsca na piedestale. Tak łatwo jest je, przecież odzyskać, nawet wobec porażającej urody i wdzięku mijającego go młodzieńca.
Udaje, że nie widzi ich dotyku i spojrzeń, tak jak czyni to reszta gości. To stosowne i rozsądne - unikać prawdy i omijać ją szerokim łukiem, by nie wzbudzić gniewu tego okrutnika o twarzy samego boga. Wszyscy liczą się tu z konsekwencjami, które można ponieść wobec nietaktu popełnionego względem Alexandra. Tylko on ma prawo do nietaktów, nikt nie śmie w to wątpić.
  ― To taki wspaniały wieczór ― słodki pomruk otula jego ucho, gdy Alice wspina się na palce, by złożyć pod nim czuły pocałunek.  ― A twoi znajomi? Wspaniali ludzie, są tacy... Interesujący. Nie miałam pojęcia, że pan Bealford jest tak uprzejmym, ciepłym człowiekiem! To niesamowite i pocieszające, że fortuna nie odebrała mu ludzkiej strony.
Kolejny nietakt (nie powinno się rozmawiać o pieniądzach) odzywa się drapaniem w gardle, które niemalże wypycha mu słowa z ust - przyznaje przed sobą, że martwi go, iż doświadczenie i pozycja społeczna zwykłej pani ogrodnik może mieć wpływ na zdanie postrzegających go ludzi. Czy powinien z nią porozmawiać - zastanawia się, pozwalając, by drobne ramię owinęło mu się śmiało wokół wyciągniętej ręki - czy powinien to skończyć, zanim przedłużanie ich relacji stanie się bezsensowne?
I znów to robi - nie tylko odbiega myślami od towarzyszących mu gości, ale powraca nimi uparcie do jednego z nich - tego, który ukrywa się uparcie, uciekając od ludźmi, uciekając przed ludźmi. I przed nim, Hannibal czuje to i nie może się do tej myśli ustosunkować. Nie może jednak zabiegać o młodzieńcze względy w chwili takiej, jak ta - gdy większość oczu kieruje się w jego stronę, gdy pochłonięty wyższymi myślami umysł zostaje regularnie poddawany próbie, nadążając za każdym pytaniem, komplementem, za każdą wylewnością, płynącą prosto z serc przejętych bawiących na przyjęciu.
Przez jakiś czas spełnia się więc jako gospodarz, rozsiewając wokół swój blask - raczy głodną ciekawość barwnymi historiami, a nienasycone podniebienia kolejnymi potrawami, które wjeżdżając do salonu na srebrnych wózkach, wzbudzają sobą niemałą sensację.
Cóż za znakomita potrawa, panie Lecter, mówią, pieszcząc świadomie jego ego.
W życiu nie jedliśmy czegoś równie smacznego.
Wiem, mówią oczy, podczas gdy wargi układają się w podziękowania. I to takie cieszące, że wszyscy ci tu zebrani jedzą mu z ręki równie ochoczo, co z ręcznie zdobionych talerzy.
Dźwięki orkiestry płyną przez przestrzeń, nadając zdarzeniu odpowiedniej kameralności - Hannibal jest przekonany, że o tym wieczorze będzie się jeszcze mówiło przez długie tygodnie. I słusznie, oczywiście, że słusznie. Jest pewien, że to nie mogło zakończyć się inaczej, ale nawet zwykłe utwierdzenie w przekonaniach niesie sobą pewnego rodzaju satysfakcję.
Po jakimś czasie tłum zaczyna się delikatnie przerzedzać - większość gości uraczyła się już paroma kieliszkami za dużo, przez co wszelkie rozmowy nabierają właściwego im dramatyzmu. Wokół rozlegają się co i rusz zbyt głośne chichoty i nieumiejętnie tłumione przekleństwa. Tak łatwo jest udawać, że się tego nie słyszy, nie widzi.
I tego, że Bealfordowie zbliżają się znów ze swymi dumnymi uśmieszkami do milczącego pana Grahama też.

           W przeciwieństwie do pana Lectera, Alexander nie porusza się bezszelestnie - jego kroki są dźwięczne i wzbudzają sobą zainteresowanie; sprężysty chód ściąga uwagę, wymusza na sobie spojrzenie zgromadzonych wokół gości, którzy chcąc lub nie, darzą tego mężczyznę niemożliwym do pohamowania zachwytem. Jest coś niezwykle kontrastowego w sposobie, w jaki mężczyzna spogląda na drobnego, wciśniętego w ścianę chłopca - jak to możliwe, że tak piękne oczy zdradzać mogą tyle wyrachowanej wyższości, tyle nieczułego zimna. Nie wszyscy są w stanie dostrzec ów fenomen, to pewne, ale Will? Spośród wszystkich ludzi ten młody człowiek wydaje mu się prawdziwym wyzwaniem. Zaczyna rozumieć, co Hannibal miał na myśli, określając go mianem "interesującego". Niektóre diamenty trzeba po prostu... oszlifować.
  ― Przyjęcie zbliża się już do końca ― zauważa łagodnie, przyciągając Lou bliżej zaborczego ramienia. Stoją tak obok siebie, ojciec z synem, połączeni swą serdeczną zażyłością., przyjaźnią i zaufaniem. W delikatnym dotyku dłoni, sunącej wolno wzdłuż pleców nie ma przecież nic niewłaściwego. ― Szkoda byłoby je opuścić bez pożegnania, prawda?
Chłopiec, który siedzi z kieliszkiem na sofie, spogląda na nich trochę rozbieganym wzrokiem, ale po chwili wstaje grzecznie, nie starając się nawet ukryć swego zaskoczenia.
  ― Do widzenia ― mówi cicho, ze zmarszczonymi podejrzliwie brwiami
  ― Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy ― rzuca wtedy Lou z niewinnym uśmieszkiem. ― Zrobiłeś na nas bardzo dobre wrażenie.
Taki komplement, płynący z ust Bealforda jest nie byle jaką rzeczą, ale młodzieniec albo nie chce, albo nie potrafi tego odpowiednio okazać. Czas pozwoli im zapewne o tym zadecydować, zwłaszcza, że...
  ― Oczywiście, że się zobaczymy ― Alexander spogląda na syna z udawanym rozbawieniem, odgarniając ze ślicznej buzi jeden z niesfornych (to tylko pretekst do dotknięcia tej wspaniałej twarzy) loków. ― Hannibal obiecał nam przecież jutro kolację. Sądzę, że jego bliski sąsiad powinien się na niej pojawić, prawda?
Jego piękny chłopiec spogląda mu w oczy i jest w tym spojrzeniu cała ta namiętność i gorąco, które gorszy swym erotyzmem, które nie powinno mieć miejsca między ojcem, a synem.
I Will patrzy na to wszystko i zaczyna rozumieć znacznie więcej, ponieważ prawda bije go po oczach; ponieważ nie starają się jej nawet ukryć, nie przed nim.
Wystarczy sekunda, by wydarzyło się jednak coś jeszcze bardziej niespodziewanego - w chwili, gdy Louis pochyla się szybko, nagle i łapiąc w swe wypielęgnowane dłonie twarz podpitego chłopca, składa pocałunek w samym kąciku jego warg.
Szok, malujący się na pokrywającym się czerwienią, młodym obliczu, mówi jasno o wszystkim tym, co właśnie się stało. A jednak, wszystko to trwało tak krótką chwilę, zaledwie mgnienie oka. Czy aby na pewno się więc wydarzyło?
  ― Do zobaczenia ― mówi jeszcze ciepło panicz Bealford i przyjmując ofiarowane mu przez ojca ramię, podejmują wędrówkę w kierunku drzwi.


Koss Moss - 2018-11-08, 23:27

Ciemnowłosy młodzieniec osuwa się z powrotem na sofę, odprowadzając jasnowłosych gości zagubionym, uległym spojrzeniem.
Wydaje się taki słaby, tak podatny na krzywdę. Bezbronny i zdany na łaskę innych. Ale coś w postawie Willa Grahama burzy ten obrazek, coś sprawia, że ludzie omijają go szerokim łukiem, zamiast otoczyć opieką i współczuciem.
Will bardzo się zmienił na przestrzeni ostatnich miesięcy. Prawdopodobnie sam nie był tego świadom, lecz widzieli to wszyscy, którzy znali go, odkąd przyjechał do miasta.
Coś w nim narastało, jakiś rodzaj nieokreślonej ciemności. Być może to przez obcowanie ze śmiercią, zwłokami, wnętrznościami. Być może ostatnie wrażenia były zbyt silne, budząc w młodym Grahamie nienaturalną bezwzględność, którą najwyraźniej można od niego instynktownie wyczuć.
  ― Will, czas iść ― mówi odrobinę niepewnie Phyllis, jakby obawiała się, że wyrywając chłopca z zamyślenia narazi się na jakiś atak. ― Willy, słyszysz mnie? ― Pochyla się, żeby wyciągnąć z jego dłoni pusty kieliszek.
Młodzieniec podnosi na nią rozbiegany wzrok.
  ― Mogę jeszcze chwilę…
  ― Hannibal na pewno jest zmęczony.
  ― Ja chcę… z nim porozmawiać.
  ― Willy, posłuchaj, nie możemy nadużywać… ― zaczyna Bella, lecz nie kończy, ponieważ Hannibal jest już obok, jak gdyby zaalarmowany sytuacją. Jest przy nich i z cieniem uśmiechu interweniuje, skupiając na sobie spojrzenie młodzieńca.
  ― Wierzę, że dobrze się dziś bawiliście? Twoja kreacja wyglądała zjawiskowo, Bello. Martwi mnie tylko, że Jack nie zdołał oderwać się od swoich obowiązków…
  ― Ostatnio jest naprawdę zajęty ― przyznaje Bella z westchnieniem. ― Nie miej mu tego za złe, proszę. Kiedy te potworności będą już przeszłością, na pewno nadrobimy wspólny czas. ― Spogląda na Willa, który nie odrywa błękitnych oczu od twarzy Lectera. ― Cóż, dziękujemy za wspaniałe przyjęcie, bawiliśmy się doskonale. Ale Will jest już chyba bardzo zmęczony.
Jak spod ziemi wyrasta przy nich Alice i obejmuje starszego kochanka w pasie. Jest z niego taka dumna.
Will zatrzymuje spojrzenie na jej wypielęgnowanej dłoni o pomalowanych na szkarłat paznokciach, która spoczywa na drogim materiale wieczorowego garnituru, a potem z trudem się podnosi.
To jednak nie czas na rozmowy, ona im na to nie pozwoli. Będzie tu zawsze, jak parszywa wesz, jak obrzydliwy pasożyt żerujący na jego dobrej opinii, talencie, popularności, pieniądzach.
Nagle ma ochotę chwycić ją za twarz i mocno nacisnąć jej powieki, dokładnie tak, jak zrobił to Rzeźnik ze swoją ofiarą, od tego właśnie zaczął, od przyciśnięcia jej powiek, od wciśnięcia oczu głęboko do wnętrza jej czaszki, od werżnięcia ich w mózg własnymi kciukami.



  ― Zawsze. Zawsze doskonale się czujemy w domu Hannibala ― zapewnia Phylis Alice, kiedy dziewczyna dopytuje o ich wrażenia, mimo że gospodarz przed chwilą zdążył już upewnić się, że jego przyjęcie zostało ocenione pozytywnie.
  ― Niektórzy mają naturalny talent do zjednywania sobie ludzi ― wzdycha Alice.
Hannibal obserwuje uważnie twarz młodzieńca, zdaje się, że w ogóle nie przykładając wagi do słów kobiet.
  ― Czy mogę was o coś prosić? ― wtrąca jednak w stosownym momencie. ― Chciałbym zapakować resztę jedzenia, żeby móc je jutro zawieźć swojemu znajomemu. Czy byłybyście tak uprzejme…?
  ― Oczywiście, kochanie ― odpowiada od razu Alice. ― Nie sądziłeś chyba, że cię z tym zostawimy. Bello, pomożesz mi? Weźmiemy tylko pojemniki próżniowe i…
Odchodzą w stronę kuchni, a Will unosi drżącą rękę i odgarnia niespokojnie pasmo za ucho – to, które przez cały wieczór wymyka mu się z fryzury.
  ― Nie powinienem był przychodzić ― wydusza w końcu. ― Nie znoszę takich przyjęć.
  ― Przykro mi, jeśli tak właśnie się czujesz. Nie powinienem był nalegać ― odpowiada mu Lecter bez emocji. Jest taki spokojny, tak niewzruszony. ― Nie wydaje mi się jednak, by to przyjęcie było powodem twojego niepokoju.
Will potrząsa głową, jakby próbował się otrząsnąć z jego bliskości, nagle zbyt inwazyjnej, dominującej.
  ― Wiesz, że możesz podzielić się ze mną wszystkimi obawami? ― dopytuje mężczyzna.
Will przymyka oczy, oplatając się ramionami.
  ― Boję się, że mógłbym kogoś zabić ― mamrocze niewyraźnie i chwieje się lekko. Jest cały napięty; ręce, którymi się obejmuje, są aż białe od siły, jakiej do tego używa. ― W afekcie, i…
Urywa, gdy do pokoju wraca jego opiekunka i Alice.
Oczy pod powiekami pieką. Nie chce ich otwierać.


H.K.M. - 2018-11-11, 00:12

           To zdecydowanie nie są tematy, które powinny między nimi paść w podobnych okolicznościach i Hannibal mimowolnie dziękuje niebiosom za ostatnie rezerwy wstrzemięźliwości, które pozwalają chłopcu powstrzymać je do chwili, w której nie zostają one z niego łagodnie wyciągnięte, jak to zwykle mają w zwyczaju robić na wspólnych sesjach.
Musi przyznać, że słowa chłopca wywołują u niego lekki niepokój - nie dlatego, że ich treść nawiązywała do czynów co najmniej niewłaściwych, ale ze względu na ton, jakim zostało mu to wyznane. Głęboka rozpacz i niebezpieczne drżenie sugerowało mu że wyznanie było nie tylko głębokie, ale i boleśnie szczere. A gdy apogeum rozchwiania uderzyło w zbliżającą się ku nim eleganckim krokiem Alice, napięcie stało się niemalże nie do zniesienia.
  ― Wszystko w porządku? ― Dziewczyna marszczy brwi, opierając się lekko na jego ramieniu. Momentalnie poważnie, dostrzegając stan, w jakim znajduje się drżący wciąż młodzieniec. I Hannibal widzi to: widzi, że chce zareagować i coś powiedzieć, ale zanim to niemądre zachowanie odniosłoby (zapewne katastrofalny) skutek, zatrzymuje ją przy sobie, mamiąc jednym z oszczędnych uśmiechów.
  ― Will nie czuje się najlepiej ― informuje ją oszczędnie, wydostając się z jej uścisku (pozwala, by jej wargi musnęły go przelotnie w kącik ust), by otulić swym ramieniem drżącego Grahama. Wie, że zbliża się jeden z ataków, wzmocniony przez ilości spożytego alkoholu (to jego wina i czuje się z tym okropnie, nie wierzy, że do tego dopuścił, to takie okropne) i musi szybko działać, by oszczędzić resztce gości tego widoku. A także by oszczędzić ciekawskich spojrzeń swojemu biednemu pacjentowi. To nie jego wina, że tak wstrętnie się teraz czuje, to on, jego psychiatra przyczynił się do tak wielkiego cierpienia.
  ― Proszę, powiedz Phyllis, że odprowadzę Willa do łóżka. Przy okazji podam mu coś na mdłości.
  ― Czekać na ciebie? ― W odpowiedzi dostaje dziwnie gorzkie pytanie. Obraca się przez ramię, wspierając na sobie drobne ciało trzęsącego się chłopca. Czy nie widzi, że potrzebna mu pomoc?
  ― Oczywiście ― sili się na pogodny ton, zmuszając niechętne wargi do kolejnego fałszywego uśmiechu. ― Zostawiłem dla ciebie coś w szufladzie ― dodaje cicho, ruszając w kierunku korytarza. ― Wrócę najprędzej, jak to możliwe.
Wreszcie wydostają się na zewnątrz - zimne powietrze uderza ich w twarze, gdy pozbawieni okryć przemierzają kamienną dróżkę, prowadzącą do chodnika. Stamtąd droga prowadzi już konkretnie pod same drzwi domu Crawford'ów.
Duże ramię wspiera łagodnie zataczającego się młodzieńca, pomagając mu pokonać schodki na ganek.
  ― Prosto do sypialni? ― Jedwabisty pomruk przebija się przez ciemności, gdy pyta krótko, nie trudząc się nawet zapaleniem światła. Dobrze zna ten dom, bywał tu już nie raz. ― Czy kąpiel?
Drobne ciało wywija mu się z ramion, opadając ciężko o przeciwległą ścianę; wystarczy mu jedno spojrzenie, aby wyczytać z błękitnych oczu wszystkie te niewypowiedziane pretensje, cały jad i zazdrość, któremu nie mogły dać upustu przez okrągły wieczór.
  ― Nie wiem, co się ze mną dzieje. Myślałem, że już jest dobrze. Ale jest bardzo, bardzo źle. Powinienem być zamknięty, ty o tym wiesz ― dyszy ciężko chłopiec i nagle Hannibal uświadamia sobie, że musi mieć gorączkę. ― Dlaczego jeszcze nikomu nie powiedziałeś...
  ― Will, musisz się uspokoić. Twoja empatia sprawia, że zaczynasz zbyt wiele odczuwać, to cię przerasta. Wydaje mi się, że powinieneś odpocząć i zrezygnować z pracy u swego wuja.
  ― Proszę ― drżenie przybiera na sile, przemieniając go w rozdygotaną burzę, w ucieleśnienie niestabilności, szaleństwa. ― Pomóż mi. Pomóż mi, pomóż mi, pomóż!
Blade dłonie wyciągają się gwałtownie, zaciskając palcami na materiale drogiej koszuli; mną ją, ciągnąc we wszystkie strony, aż pękają guziki. Hannibal marszczy brwi i próbuje go objąć, ale nie jest w stanie, nie w tej chwili.
  ― Musisz odsunąć się od spraw morderstw, Will  ― powtarza twardo. ― Jack cię wykorzystuje, nie możesz mu na to pozwolić.
Płytki oddech przybiera teraz na tempie do takiego stopnia, dłonie szarpią wciąż za materiał koszuli. Blade wargi wypuszczają z siebie ochrypłe, żałosne pojękiwania, gdy błękitne spojrzenie próbuje skupić się na konkretnej rzeczy. Wreszcie zatrzymują się na jego twarzy i nagle...
  ― Will ― ciemne oczy rozszerzają się w przestrachu, gdy drgawki przemieniają się w atak... padaczkowy.  ― Will ― powtarza głośniej, przykładając mu dłoń do rozgrzanego czoła. Zapala światło, przyświeca w twarz kieszonkową latarką. Otrzymuje w zamian zero sygnału, żadnej odpowiedzi.
Drzwi wejściowe poruszają się delikatnie i do środka wkracza Phyllis. Pan Lecter działa bardzo szybko, bezszelestnie - uwiesza sobie młode ciało na ramieniu i wciąga je pośpiesznie po schodach, prowadząc do ciasnej sypialni.
  ― Hannibalu ― słyszy z dołu zaniepokojone wołanie. ― Czy wszystko w porządku?
  ― Oczywiście ― odpowiada jej pośpiesznie, ściągając z chłopca nieco już sfatygowaną marynarkę; układa go troskliwie na łóżku, mocując się przez chwilę z eleganckim obuwiem. ― Will nie najlepiej się poczuł, ale wystarczy mu odrobina snu.
W ostatniej chwili sięga do uchwytu białej szafy, wydobywając z niego przewieszony niedbale pas - czarny, skórzany, służący idealnie wobec większości przykrych ataków padaczki.
Składa skórę na pół i wciska ją między dzwoniące zęby młodzieńca, odsuwając się od niego pośpiesznie, by opuścić jego pokój (a więc i zamknąć jego drzwi) w chwili, gdy Bella dociera na górę schodów.
  ― Prosił, by mu nie przeszkadzać. Wymiotował i jest tym faktem mocno zażenowany ― uśmiecha się krzywo, zawstydzony.
  ― Och, rozumiem ― Phyllis śmieje się niezręcznie. ― Typowo męskie sprawy, hm?
Wzdycha z ulgą, zadając sobie sprawę z tego, że stan ciotki Willa jest także nieco pokomplikowany przez alkohol. To pozwala jej zapewne nie zwracać uwagi na rozchełstaną koszulę sąsiada.
  ― Tak ― zgadza się, łapiąc za poręcz schodów. ― To był wspaniały wieczór, Bello. Dziękuję ci.
  ― To ja dziękuję tobie, Hannibalu ― odpowiada czule kobieta, uśmiechając się do niego ciepło. ― Dobrej nocy.


Koss Moss - 2018-11-11, 15:09

Will sięga po dzwoniący telefon, krótko zerkając na wyświetlacz, nim naciska zieloną słuchawkę i podnosi urządzenie do ucha.
  ― Słucham ― mówi cicho; w mikrofon wieje wiatr, powodując szumy.
  ― Dzień dobry, Will. Wierzę, że nie przeszkodziłem ci w czymś ważnym? ― słyszy znajomy głos. Któż inny mógłby do niego zadzwonić.
  ― Nie. Raczej nie.
  ― Właściwie spodziewałem się, że zastanę cię w domu. Zdziwiłem się, gdy Bella powiedziała mi, że wyszedłeś na spacer.
  ― Musiałem trochę odetchnąć. Pomyśleć na świeżym powietrzu. Wczoraj… Nie wiem, nie wiem ― odpowiada zagubiony. ― Coś się stało? Wszystko w porządku?
  ― Na świeżym powietrzu. ― Słyszy w głosie Lectera wątpliwości. Wie, że mężczyzna jest podejrzliwy i pewnie już się domyśla, gdzie Will się udał. ― To zabawny zbieg okoliczności; chciałem cię dziś zabrać na spacer w szczególne miejsce, porozmawiać. Czy będziesz tak uprzejmy i podasz mi adres, pod którym powinienem cię odebrać?
  ― Jestem w… ― Młodzieniec zawiesza głos, zatrzymując wzrok na strzępach powiewającej na wietrze, żółtej policyjnej wstęgi. Kłamstwa nie mają sensu. ― Jestem przy tym sklepie, gdzie Rzeźnik… Gdzie… Po prostu przyjedź po mnie jak najszybciej, dobrze?
Po drugiej stronie na długą chwilę zapada zupełna cisza.
  ― Dobrze.

Kiedy ciemne luksusowe auto zatrzymuje się nieopodal stojącego przy nieczynnym sklepie młodzieńca, ten od razu otwiera sobie drzwi i wsiada do środka. Policzki ma zarumienione, rzęsy są białe od mrozu, zęby zgrzytają z zimna. Szczupła dłoń w rękawiczce pociera miejsce pod nosem. Przez dłuższą chwilę Will unika spojrzenia mężczyzny.
  ― Rano znaleźli jego ciało ― mówi wreszcie cicho, jakby to miało go usprawiedliwić. ― Jeszcze to ustalają, ale to on. Tylko czekałem na wiadomość o samobójcy.
  ― Nie wytrzymał presji ― zgadza się krótko Hannibal, otwierając samochodowy schowek żeby podać mu termos z gorącą herbatą. ― Okazał się zbyt słaby, by dorównać swym czynom.
Młodzieniec odwraca głowę od okna i spogląda Lecterowi w oczy. Zdarza mu się zapominać, jak niekonwencjonalne podejście wyznaje ten człowiek. Kiedy inni poprosiliby o zmianę tematu, on komentuje zajście, jakby rozmawiali o pogodzie, spoglądając na sylwetkę mordercy z zupełnie innej strony niż wszyscy, z którymi Will mógłby porozmawiać.
Jakby zbrodnie mu imponowały. Jakby silna psychika morderców była czymś nie tyle przerażającym i nieludzkim, co godnym podziwu.
Znów uderza go to, jak podobnie czasami myślą, i jak bardzo cieszy się, że ma kogoś, kto go nie ocenia, nie potępia, nie próbuje zmienić, zamknąć, stłamsić, zniszczyć. Zaczyna jednak zdawać sobie sprawę z drugiej strony tego medalu. Lecter zawsze zapewniał go o jego wyjątkowości, jednak w ustach człowieka, który uważa Rozpruwacza za kogoś nadzwyczajnego, taki komplement jest niebezpieczny.
Ich znajomość jest niebezpieczna i wcale nie jest pewien, czy pomaga mu wrócić do stabilności.
Uśmiecha się jednak kątem warg (odrobinę krzywo, dziwnie) i bierze od mężczyzny termos. Przesuwa palcami po dłoni mężczyzny, przeciągając dotyk, nagle jednak uderza go, że podobny gest – dość oczywistej natury – wykonał wczoraj Louis Bealford.
Poważnieje, cofając dłoń z ciepłym termosem. Spogląda znów w stronę okna. Ruszają w nieznane mu miejsce, ale nie cel ich podróży nie daje mu teraz spokoju.
  ― Widzisz w Bealfordach coś niepokojącego? ― pyta cicho.
  ― Ich postawa i spojrzenie na życie znacząco różnią się od tych, które możemy spotkać na co dzień u innych ludzi ― odpowiada enigmatycznie Lecter, a kiedy Will zerka na jego twarz, dostrzega na niej znajomy uśmieszek. ― Czy ty widzisz w nich coś niepokojącego?
Will nerwowym gestem zagarnia kosmyk włosów za ucho.
  ― Chodzi mi o to, że oni… ― urywa i nagle zmienia ton na ostrzejszy. ― Nie wierzę, że tego nie widzisz. Wiesz, co mam na myśli. Robili to cały wieczór. Dobrze wiesz.
  ― Chodzi ci o ich relację. ― To nie jest pytanie, tylko stwierdzenie; Hannibal wypowiada je takim tonem, jakby rozmawiali o czymś zupełnie błahym, zupełnie nie kontrowersyjnym czy niewłaściwym. ― Dlaczego tak cię to peszy? To, co niekonwencjonalne ― mruczy miękko ― też potrafi być piękne.
Will znów patrzy w okno, ale czuje na sobie spojrzenie Lectera; czuje też, jak pieką go policzki.
  ― Wiem ― mówi cicho. ― Wiem, wiem bardzo dobrze, Hannibal, jak to jest, kiedy poczujesz coś, co jest zupełnie niewłaściwe i powszechnie potępiane, wręcz zakazane. Takie rzeczy się ukrywa, żyje się z nimi, ale tłamsi na dnie serca, nigdy nie wypuszcza na wierzch. A oni tego nie ukrywają. W ogóle.
  ― Ukrywają ― odpowiada Lecter ― dopóki uznają, że w danych okolicznościach jest to stosowne. Przestają to natomiast ukrywać, gdy łatwo im wtopić pojedyncze spojrzenia i gesty w całą gamę niejednoznaczności.
Will marszczy brwi i spogląda na profil mężczyzny, bawiąc się zakrętką termosu.
  ― Czy potępiasz ich ze względu na to uczucie? ― pada pytanie. ― Czy stali się ze względu na nie gorszymi ludźmi w twoich oczach?
Na chwilę zapada między nimi cisza i młodzieniec wbija spojrzenie we własne dłonie, skubiąc zębami spierzchniętą wargę.
  ― To nie to ― wzdycha w końcu. ― Wystarczyłoby jedno zdjęcie, jedno nagranie. Żyją pod ogromną presją. Zawsze w strachu przed odkryciem. To trudniejsze niż duszenie w sobie tych uczuć, niepozwalanie im się rozwinąć. Muszą być doskonali jak mordercy. Każda pozostawiona poszlaka może zniszczyć ich świat, a oni balansują na krawędzi.
  ― Myślę, że ― odpowiada wolno Lecter, zdając się ważyć słowa ― zdają sobie sprawę z ryzyka, które niesie podtrzymywanie ich relacji w ten, a nie inny sposób, Will. Namiętność przyćmiewa czasem rozsądek, ale nierozważny jest ostatnim z określeń, jakimi mogę opisać Alexandra. Wydaje mi się, że mimo wszystko dostrzegasz więcej, niż inni ludzie. To, co dla ciebie może wydawać się oczywiste i naganne, dla reszty pozostanie jedynie niejednoznacznymi aluzjami. Tak łatwymi to pomylenia, niewłaściwej interpretacji. Balansowanie na krawędzi skandalu oznacza nieodłącznie krążenie wokół zasad dobrego wychowania. Trudno jest zarzucić niewłaściwości osobie o tak wysokim poziomie kultury osobistej, nie uważasz?
  ― Może i tak ― przyznaje Will. ― Skłoniło mnie to w każdym razie do wniosku, że muszą się darzyć naprawdę silnym uczuciem, żeby tak wiele dla siebie zaryzykować ― kończy odrobinę gorzko.
W głowie wciąż ma przyklejoną do boku Hannibala Alice. Nie potrafi zapanować nad pogardą i niechęcią do niej. Dziś abstrakcją wydaje się, że kiedyś spotykali się, by przeglądał z nią kolorowe gazety i malował jej paznokcie. Że kiedykolwiek miał ją za sympatyczną.
Gdyby stała się kolejną ofiarą Rozpruwacza, nie uroniłby nawet jednej łzy.


H.K.M. - 2018-11-13, 18:12

           Eleganckie auto kontrastuje przyjemnie z miejskim przepychem; wysokie budynki odbijają się w przyciemnianych szybach, prezentując cały swój wielkomiejski szyk. To zadziwiające, że podróż nie zajęła im więcej, niż dwadzieścia minut, a otaczający ich krajobraz odmienił się wręcz diametralnie; zniknęły posiadłości, usłane drogimi domami przedmieść, zniknęły liczne parki i prywatne sklepiki - wszystko to zostało w niemalże całości zastąpione rzędami pięter, ściskiem i zmodernizowanymi centrami handlowymi.
Wszystko, poza jednym, szczególnym miejscem, do którego docierają w chwili, gdy milczenie po wymownych słowach młodzieńca staje się ciężkie, pełne napięcia, z rodzaju takich, które nie zdarzają się między nimi ciężko; nie ma, bowiem tematu, w którym doktor Lecter nie poczuwałby się, jako przodujący rozmówca. Nie potrafi jedynie przyzwyczaić się do myśli, że to właśnie jego zachowanie wzbudza w młodym Grahamie tak wiele sprzecznych, niekoniecznie pozytywnych emocji. To cios, nad którym nie do końca może przejść obojętnie.
Zwłaszcza w chwili, gdy nie wyznał mu jeszcze okropnej prawdy.
Bentley zostaje zatrzymany na jednym z miejsc parkingowych, wydzielonych dla odwiedzających kościół; na tle szklanych wieżowców stara, monumentalna budowla prezentuje się dziwnie, ale wciąż imponująco. Jej stożkowe dachy i wysokie kolumny, zakończone ręcznie rzeźbionymi zdobieniami, każą wrócić mu pamięcią do czasów i miejsc, które dziś może chować już tylko i wyłącznie w swych wspomnieniach.
  ― Wierzę, że pan Bealford i jego drogi syn są wdzięcznymi obiektami wszelkich rozmów ― wyznaje ostrożnie, wyłączając silnik. W samochodzie zalega znów ta gęsta cisza, przesycona niemożliwym do zatajenia napięciem. Duża dłoń prześlizguje się po obłym kształcie kluczyka i chowa pęk do kieszeni płaszcza. Krzywe wargi zaciskają się na krótką chwilę w nieumiejętnie skrytym grymasie bólu, tak niepasującym do tego dumnego mężczyzny. Hannibal wzdycha ciężko i zmusza się, by kontynuować. ― Nie oni byli jednak powodem, dla którego cię tutaj ściągnąłem, Will.
  ― W jakim więc celu ― zapytuje młodzieniec. ― Odnosiłem wrażenie, że kwestie religijne są dla ciebie obiektem pogardy. Liczysz na to, że dach spadnie wiernym na głowy?
Nie może tego nie zauważyć; słowa przesyca ton badawczy, wnikliwy. Na tę chwilę jego drogi rozmówca zostaje pozbawiony uczuć wyższych na rzecz potrzeby uzyskania informacji. Na szczęście doktor Lecter gotów jest mu ich natychmiast użyczyć.
  ― Nie muszę mieć wiele wspólnego z religią, aby chcieć odwiedzić to miejsce ― wyznaje cicho, spoglądając przez okno na śpieszącą w kierunku drzwi, odświętnie ubraną młodzież. ― To miejsce cieszy się nie tylko niezwykłą historią, ale i najlepszymi chórami w okolicy. Śpiewają tu każdej niedzieli. Nie uważasz tego za korzystny zbieg okoliczności? ― Dodaje, chwytając za klamkę, by wydostać się na zewnątrz. Pogoda nie sprzyja tego dnia spacerowiczom; wydychane powietrze szybko przemienia się w małe obłoki, a gwałtowne powiewy lodowatego powiatru zamieniają wystające kości policzkowe w kamień.
  ― Zeszłej nocy ― podejmuje ostrożnie, powracając do tematu, podczas gdy ruszają tak ramię w ramię, w kierunku ogromnych wrót ― odprowadziłem cię do pokoju. Pamiętasz zapewne, że nie czułeś się najlepiej.
Pobladłe wargi rozchylają się lekko, a błękitne spojrzenie wbija się w niego z nową nutą, nutą podejrzliwości, która w jakiś sposób staje się dla niego bolesna. Coś w chłopcu zamyka się przed nim i choć próbuje za wszelką cenę temu zapobiec... nie potrafi. To osobliwy przypadek, biorąc pod uwagę, jak łatwo przychodzi mu zazwyczaj manipulować nastrojami młodego Graham'a.
  ― Końcówka wczorajszego wieczoru nie należała dla mnie do najprzyjemniejszych ani też najbardziej klarownych, Hannibalu.
  ― Miała poczekać, aż odprowadzę cię do łóżka. Oferowała pomoc, której żaden gospodarz nigdy nie odmawia. Doprowadzenie salonów do stanu użyteczności po tylu gościach jest niełatwym zajęciem, sprawdza się stare przysłowie o każdej parze rąk, potrzebnych do pracy. Kiedy wróciłem, nie zajmowało jej jednak sprzątanie ― zadziera głowę, spoglądając w górę, wyżej, na odrestaurowaną część fasady. Cisza wciąż dzwoni mu w uszach i nagle postanawia zmienić temat. ― Dawniej kościół znajdował się na ulicy Letniej. To zabawne, że wspomniałeś o zawalającym się dachu, ponieważ w chwili, gdy rozpętał się Wielki Pożar, wielu wiernych przebywało w środku, modląc się podczas wieczornej mszy. Płomienie trawiły okolicę przez dwanaście godzin, podczas których rozpaczliwie modlono się o cud i utrzymanie zabytkowego miejsca w całości. Cud jednak nie nastąpił, a wkrótce po tragedii za odbudowanie miejsca wziął się rektor Philips Brooks. Uskrzydlony wiarą, nie tylko nadzorował budowę, ale angażował w nią cieszące się sławą osobistości, które pozwoliły mu zyskać ogromne poparcie. To dzięki temu właśnie kościołowi można było zobaczyć więcej tego rodzaju budowli. Styl romański przypadł mieszkańcom wyjątkowo do gustu. Wszystko to dzięki wspaniałej pracy Henry'ego Hobson'a Richardson'a. Spójrz na te kolumny. To powrót do świetności, specyficzny rodzaj bliskości z bogiem.
Urywa, zatrzymując się przed ogromnymi wrotami.
  ― Dowiedziała się o nas ― mówi krótko, bo nie widzi potrzeby, by rozwijać tę myśl; wie, że młodzieniec zdaje sobie sprawę z tego, co znaczą w rzeczywistości te trzy słowa. ― Chciałem zaproponować zamówienie taksówki, ale emocje nie pozwoliły jej na przyjęcie choć jednego mojego słowa. Nie mam w zwyczaju trzymania swych gości na siłę; tak było więc i tym razem. Później telefonowałem do niej wielokrotnie, ale zgodnie z moimi przypuszczeniami spotykałem się z głuchą ciszą. To jednak nie wszystko ― urywa, gdy przerywają im pierwsze dźwięki nieśmiertelnego utworu "Ave verum corpus". Ciemne oczy wtapiają się w szklący się od zgrozy błękit, gdy duża dłoń pcha odważnie wrota, otwierając im widok na bogato zdobione wnętrze; chłopięcy chór rozsyła po nim dźwięki, pieszczące duszę do tego stopnia, że przez krótką chwilę ich piękno aż boli, wyciskając z jego oczu łzy.
  ― Dziś rano dzwonił do mnie twój wuj, Will ― wydusza przez ściśnięte gardło, zupełnie jakby słowa nie potrafiły przez nie przejść bez dojmującego smutku. ― Tej nocy Alice nie dotarła do swego domu.


Koss Moss - 2018-11-13, 19:47

Will przystaje w przytrzymywanych przez Hannibala drzwiach, zastygły między śpiewem chłopięcego chóru a dźwiękami świata na zewnątrz.
  ― Jak ― szepcze w głębokim szoku.
Jest w szoku, ponieważ ta informacja nie wywołuje w nim takich uczuć, jakie powinna. Oblewa się zimnym potem, ale nie z rozpaczy, nie z troski, nie.
Boi się, że ktoś to zobaczy, że nie będzie w stanie pokazać, jak bardzo nim to wstrząsnęło, jak bardzo cierpi.
Boi się bryły lodu, która nawet nie zadrżała na myśl o tym, że Alice mogła wpaść w ręce Rozpruwacza.
I tylko trochę tego, że to już drugi mord w okolicy JEGO domu.
I bardziej tego, że to znów wydarzyło się tak blisko Hannibala.
A najbardziej tego, że…
  ― Czasami krążenie wokół zasad dobrego wychowania nie wystarcza ― odpowiada Lecter po chwili ciszy. ― Pewne rzeczy stają się zbyt oczywiste pod czujnym okiem, szukającym pojedynczego błędu.
Wchodzą głębiej do kościoła. Will zaciska wargi w wąską kreskę.
  ― Cóż, gdyby dopadł ją Rozpruwacz ― odpowiada półgłosem dość ostro, kiedy przystają razem w cieniu wspierających balkony filarów ― to udowodniłby, że piorun potrafi uderzyć dwa razy w to samo miejsce. Zastanawiam się, czy w ramach przekory nie porzuciłby zwłok w którymś z miejsc, które już… ― cichnie, zamyślony, lecz nie zgnębiony.
Nie potrafi mu nawet współczuć utraty ukochanej. Nie po tym wszystkim. Może nawet w głębi duszy posunąłby się do stwierdzenia, że Hannibal na to zasłużył. Zasłużył na to, by ją stracić.
I może w jakimś stopniu był skłonny przyznać, że Rozpruwacz – jeżeli to on, jeśli naprawdę ją dopadł – swoim mordem… rozwiązał pewien problem, który od długiego czasu zakłócał jego spokój ducha, nie pozwalając odpocząć od zdradzieckich, złorzeczących myśli.
Will mruży oczy.
Gdzie? Gdzie Rozpruwacz z Massachusetts umieściłby zwłoki pięknej, młodej, lecz niezbyt mądrej kobiety?
Komu by ją sprezentował?
Co byłoby dla niego najzabawniejsze?
Will mruga szybko, gdy granice jego pola widzenia zaczyna pożerać czerń. Świadomość uderza w niego jak ten grom, zwalając go z nóg, odbierając tchnienie i gdyby nie silne ramię podtrzymujące go w ostatniej chwili, gdyby nie ono, niechybnie uderzyłby w posadzkę.
  ― Will ― słyszy w uchu głos o twardym akcencie i czuje ciepło drugiego ciała, które daje mu oparcie. ― Powiedz mi, co widzisz, proszę. To ważne, żebyś…
  ― W twoim domu ― szepcze słabo młodzieniec, zaciskając palce na materiale kryjącym pierś Lectera. ― Myślę, że jest w twoim domu.

Hannibal otwiera drzwi i Will wchodzi przodem, choć z dużą dozą niepewności. Przystaje w korytarzu, obejmując się ramieniem. Rozgląda się powoli, przygląda poszczególnym przedmiotom.
  ― Nie znajdę żadnych śladów jego obecności ― zastrzega z nutą rezygnacji. ― Nikt nie znajdzie. Ten człowiek jest sterylny jak chirurg, dlatego jestem pewien, że studiował coś związanego z medycyną.
Pociąga nosem, przeczesując potargane wiatrem włosy.
  ― Mam wrażenie, że go sobą zainteresowałeś. Tamtej nocy. Myślę, że nie chce cię zabić. Dostrzegł coś w tobie, a teraz sprawdza, czy się nie pomylił. Tak myślę.
  ― Musi mnie obserwować już od jakiegoś czasu ― zgadza się Hannibal, kierując się powoli do kuchni. ― Dobrze wie, z kim przystaję, czym się zajmuję. Wybrał tę noc celowo. Ale czy Alice ― ton Lectera ulega zmianie, słowa zaczynają ciągnąć się niemiłosiernie jedno za drugim ― czy od początku to właśnie ona miała być jego ofiarą? ― jego głos jest już prawie pomrukiem. Mężczyzna obchodzi wysepkę kuchenną i staje za nią w półmroku. Will przystaje w progu i przypomina sobie nagle bardzo podobną scenę, która rozegrała się wiele tygodni wcześniej, w tym samym miejscu, w tej samej aranżacji – przy tym samym temacie.
Zagryza wargę, czując, jak w gardle narasta mu specyficzny ucisk.
  ― To proste ― szepcze.
Hannibal pochyla się lekko i Will mimowolnie postępuje dwa kroki do przodu, zapatrzony w jego oczy, które w ciemności przypominają dwie bezkresne przepaście.
  ― Opowiedz mi o tym ― prosi Lecter odrobinę zdławionym głosem.
  ― Grubiaństwo ― odpowiada niemal natychmiast Will, wyciągając dłonie, by położyć je subtelnym gestem na blacie, o który opiera się mężczyzna. ― Prymitywizm. Brak taktu. ― Oczy młodzieńca rozwierają się nagle. ― On był na twoim przyjęciu, Hannibal. Ja… musimy… ― Bierze głębszy wdech, walcząc z zawrotami głowy. ― Musimy natychmiast powiedzieć Jackowi.


Koss Moss - 2018-11-13, 20:20

Will przystaje w przytrzymywanych przez Hannibala drzwiach, zastygły między śpiewem chłopięcego chóru a dźwiękami świata na zewnątrz.
  ― Jak ― szepcze w głębokim szoku.
Jest w szoku, ponieważ ta informacja nie wywołuje w nim takich uczuć, jakie powinna. Oblewa się zimnym potem, ale nie z rozpaczy, nie z troski, nie.
Boi się, że ktoś to zobaczy, że nie będzie w stanie pokazać, jak bardzo nim to wstrząsnęło, jak bardzo cierpi.
Boi się bryły lodu, która nawet nie zadrżała na myśl o tym, że Alice mogła wpaść w ręce Rozpruwacza.
I tylko trochę tego, że to już drugi mord w okolicy JEGO domu.
I bardziej tego, że to znów wydarzyło się tak blisko Hannibala.
A najbardziej tego, że…
  ― Czasami krążenie wokół zasad dobrego wychowania nie wystarcza ― odpowiada Lecter po chwili ciszy. ― Pewne rzeczy stają się zbyt oczywiste pod czujnym okiem, szukającym pojedynczego błędu.
Wchodzą głębiej do kościoła. Will zaciska wargi w wąską kreskę.
  ― Cóż, gdyby dopadł ją Rozpruwacz ― odpowiada półgłosem dość ostro, kiedy przystają razem w cieniu wspierających balkony filarów ― to udowodniłby, że piorun potrafi uderzyć dwa razy w to samo miejsce. Zastanawiam się, czy w ramach przekory nie porzuciłby zwłok w którymś z miejsc, które już… ― cichnie, zamyślony, lecz nie zgnębiony.
Nie potrafi mu nawet współczuć utraty ukochanej. Nie po tym wszystkim. Może nawet w głębi duszy posunąłby się do stwierdzenia, że Hannibal na to zasłużył. Zasłużył na to, by ją stracić.
I może w jakimś stopniu był skłonny przyznać, że Rozpruwacz – jeżeli to on, jeśli naprawdę ją dopadł – swoim mordem… rozwiązał pewien problem, który od długiego czasu zakłócał jego spokój ducha, nie pozwalając odpocząć od zdradzieckich, złorzeczących myśli.
Will mruży oczy.
Gdzie? Gdzie Rozpruwacz z Massachusetts umieściłby zwłoki pięknej, młodej, lecz niezbyt mądrej kobiety?
Komu by ją sprezentował?
Co byłoby dla niego najzabawniejsze?
Will mruga szybko, gdy granice jego pola widzenia zaczyna pożerać czerń. Świadomość uderza w niego jak ten grom, zwalając go z nóg, odbierając tchnienie i gdyby nie silne ramię podtrzymujące go w ostatniej chwili, gdyby nie ono, niechybnie uderzyłby w posadzkę.
  ― Will ― słyszy w uchu głos o twardym akcencie i czuje ciepło drugiego ciała, które daje mu oparcie. ― Powiedz mi, co widzisz, proszę. To ważne, żebyś…
  ― W twoim domu ― szepcze słabo młodzieniec, zaciskając palce na materiale kryjącym pierś Lectera. ― Myślę, że jest w twoim domu.

Hannibal otwiera drzwi i Will wchodzi przodem, choć z dużą dozą niepewności. Przystaje w korytarzu, obejmując się ramieniem. Rozgląda się powoli, przygląda poszczególnym przedmiotom.
  ― Nie znajdę żadnych śladów jego obecności ― zastrzega z nutą rezygnacji. ― Nikt nie znajdzie. Ten człowiek jest sterylny jak chirurg, dlatego jestem pewien, że studiował coś związanego z medycyną.
Pociąga nosem, przeczesując potargane wiatrem włosy.
  ― Mam wrażenie, że go sobą zainteresowałeś. Tamtej nocy. Myślę, że nie chce cię zabić. Dostrzegł coś w tobie, a teraz sprawdza, czy się nie pomylił. Tak myślę.
  ― Musi mnie obserwować już od jakiegoś czasu ― zgadza się Hannibal, kierując się powoli do kuchni. ― Dobrze wie, z kim przystaję, czym się zajmuję. Wybrał tę noc celowo. Ale czy Alice ― ton Lectera ulega zmianie, słowa zaczynają ciągnąć się niemiłosiernie jedno za drugim ― czy od początku to właśnie ona miała być jego ofiarą? ― jego głos jest już prawie pomrukiem. Mężczyzna obchodzi wysepkę kuchenną i staje za nią w półmroku. Will przystaje w progu i przypomina sobie nagle bardzo podobną scenę, która rozegrała się wiele tygodni wcześniej, w tym samym miejscu, w tej samej aranżacji – przy tym samym temacie.
Zagryza wargę, czując, jak w gardle narasta mu specyficzny ucisk.
  ― To proste ― szepcze.
Hannibal pochyla się lekko i Will mimowolnie postępuje dwa kroki do przodu, zapatrzony w jego oczy, które w ciemności przypominają dwie bezkresne przepaście.
  ― Opowiedz mi o tym ― prosi Lecter odrobinę zdławionym głosem.
  ― Grubiaństwo ― odpowiada niemal natychmiast Will, wyciągając dłonie, by położyć je subtelnym gestem na blacie, o który opiera się mężczyzna. ― Prymitywizm. Brak taktu. ― Oczy młodzieńca rozwierają się nagle. ― On był na twoim przyjęciu, Hannibal. Ja… musimy… ― Bierze głębszy wdech, walcząc z zawrotami głowy. ― Musimy natychmiast powiedzieć Jackowi.
  ― Will ― wydusza ochryple Hannibal. ― Zeszłej nocy wyznałeś mi, że chciałbyś zrobić krzywdę Alice. To nie był pierwszy raz. Potem… kiedy odprowadziłem cię do twojego pokoju ― urywa i odwraca się na chwilę, by napełnić szklankę jakimś napojem. Will wyczuwa w powietrzu nutę koniaku. ― Czy pamiętasz, co mi wtedy powiedziałeś?
Wypowiedziane z twardym akcentem słowa zawisają między nimi i czas zdaje się zatrzymać na długą chwilę.
  ― Nie sądzisz chyba, że… ― zaczyna Will, a potem napina się cały. Dłonie ześlizgują się z płaszczyzny blatu, by zacisnąć na jego krawędzi.
Obrazy migają mu nieskładnie przed oczami, ale niczego nie pamięta, niczego nie dostrzega.
I tylko krew, którą widział rano, tylko krew, która była za jego paznokciami, kiedy obudził się rano, tylko ona przebija się ciągle na wierzch, siejąc w nim wątpliwość, poważną wątpliwość; każąc kwestionować własną poczytalność…
  ― Wiem, że Jack będzie wiedział, co sądzi. ― Hannibal znienacka znajduje się tuż obok i ujmuje jedną z napiętych dłoni we własną. Will podnosi głowę i widzi to wyraźnie w jego oczach.
Rozpacz. Poświęcenie. Najwyższy rodzaj oddania, ten, który nakazuje mu zachować milczenie, kiedy przecież chodzi o jego kochankę, o jego kobietę, o jej życie.
Młodzieniec drży na całym ciele, kiedy Lecter z czułością gładzi jego dłoń. Dłoń mordercy, czy tak?
Czy tak?
  ― Rozpruwacz to człowiek o fascynującym umyśle. Równie dobrze może jedynie z nas kpić, podsuwając nam pod nos fałszywe zbiegi okoliczności. ― Szept pieści ucho Willa, który oddycha nierówno, głośno; może to już szloch, może już panika? ― Nie możemy jednak pozwolić, by ktokolwiek dowiedział się o naszym dzisiejszym odrkyciu. Nikt nie będzie chciał cię słuchać.
  ― Boże ― wydusza z siebie Will, potrząsając głową. Zaciska powieki do granic bolesności. ― Nie jestem Rozpruwaczem. Nie jestem nim. ― Nabiera głęboko powietrza i jego ciałem wstrząsa rozpaczliwy spazm, gdy przywiera do ciała starszego mężczyzny, szukając w jego bliskości ukojenia. Słodkich zapewnień. Nawet kłamstw. ― Co się ze mną dzieje ― szlocha. ― Co się ze mną dzieje, Hannibal, boję się! Nic nie pamiętam. Nic nie pamiętam, co, jeśli naprawdę ją zabiłem? Co, jeśli naprawdę tutaj jest? Co wtedy?
Błękitne spojrzenie zatrzymuje się na pociemniałych oczach mężczyzny, a błyszczy w nim przede wszystkim przytłaczająca desperacja i strach, można by pomyśleć, że… przed karą.


H.K.M. - 2018-11-17, 14:35

           Cisza, która zalega pomiędzy nimi po właściwie niewypowiedzianej prawdzie, jest ciężka i martwa. Żaden z nich nie stara się jej przerywać, ponieważ nie ma takich słów, które mogłyby zaburzyć ogrom tak druzgoczącej wiedzy.
Czy to naprawdę możliwe, aby właśnie Will był poszukiwanym przez FBI mordercą? Czy ten piękny młodzieniec o twarzy anioła ma prawo stanowić jedynie drugie oblicze Rozpruwacza?
Nic nie może pomóc uspokoić mu zrozpaczonego chłopca - dostrzega nerwy w każdym jego kroku, w nieskładnych, chaotycznych ruchach smukłych dłoni, które uczepiają się blatu mocniej, niż powinny. Kostki bieleją niebezpiecznie, paznokcie zlewają się swą barwą z drżącymi palcami.
  ― Chodźmy do mnie, do gabinetu ― proponuje wreszcie uprzejmie, przełamując ciszę.  ― To dzień naszych spotkań ― dodaje, upewniając się, że Will wciąż jest w stanie zrozumieć płynące do niego słowa, ale nie jest pewien, czy rzucone spojrzenie nie jest już całkiem pozbawione przytomności. Kolejny atak?
Nie mówi już więc wiele więcej - użycza drobnemu ciału swego ramienia i pomaga mu pokonać każdy ze schodków, wspinając się tak do samego gabinetu.
Dębowe drzwi trzeszczą cicho, gdy jedna z silnych dłoni niedbale je do siebie przyciąga - drewniane skrzydło, na krótko przed zamknięciem ukazuje potężną sylwetkę, pochylającą się nad chłopcem, by wcisnąć mu w usta skórzany pas. Jej rogi pochłaniają pomieszczenie w swych skręcanych gałęziach, oddzielając postać od zewnętrznego świata. Odgłosy kaszlu nie przeszkadzają jej w rozwarciu szczęk i dopchnięcia pasa głębiej. Chłopcu nie może się wydarzyć krzywda. Zewnętrzny świat stanowi jedynie synonim dla krzywd.
Drzwi zamykają się z trzaskiem i na korytarzu zapada ciemność.

           W drodze do nowo otwartej filharmonii imienia świętego Karola nie wymieniają ze sobą zbyt wielu słów. Will wydaje się być wciąż odrobinę zaspanym - ich wspólna sesja wpłynęła na niego na tyle kojąco, by zdołał zapomnieć o męczących go problemach. Przynajmniej na tę chwilę.
Duża dłoń zaciska się na kierownicy i obraca nią delikatnie, gdy z miejskich dróg zjeżdżają w jedną z mniej uczęszczanych, otoczoną ze wszystkich stron gęstym i nieprzeniknionym lasem.
Z głośników sączą się cicho dźwięki symfonii Vivaldiego; są tak nieinwazyjne, a jednocześnie przyjemne dla ucha, że nawet szum silnika nie jest w stanie zepsuć mu tej chwili relaksu, potęgowanej zwłaszcza, gdy myśli o tym, co dopiero go czeka. Pokaz wspaniałej muzyki klasycznej na żywo, wychodzącej spod palców młodych, zdolnych ludzi, jest dla niego niczym nagroda od losu. Co roku czeka na ten dzień z nie mniejszym wyczekiwaniem od otwarcia jego ulubionych sztuk teatralnych i repertuarów operowych. Muzyka jest tym, co od zawsze nieodzownie uskrzydlało jego duszę. Jest śpiewem sztuki, dźwiękiem duszy. Pan Lecter jest przekonany, że bez muzyki świat byłby pozbawioną wyrazu skorupą. Na szczęście on sam nigdy nie straci cudownych dźwięków, pieszczących jego duszę. Muzyka pozostaje z nim przez cały czas, przelewając się w swym pięknie przez rozległe sale Pałacu Pamięci.
  ― Will ― mruczy ciepło, wybudzając rozleniwionego towarzysza ze słodkiego transu. ― Docieramy na miejsce. W schowku jest termos z herbatą. Napij się jej, proszę.
Chłopiec rozgląda się ospale, w rosnącej konsternacji. Hannibal zaczyna podejrzewać, że biedaczek nie zdołał zarejestrować chwili, w której wsiedli do samochodu, zbyt zrelaksowany swym stanem spokoju. Wreszcie drobna dłoń sięga posłusznie do schowka i po chwili we wnętrzu samochodu rozlega się słodki przejmujący zapach berberysu.
Pełne wargi wyginają się w nieco niestabilnym (lecz wciąż czułym, tak nieskończenie ciepłym) uśmiechu i pada z nich pytanie:
  ― Chyba odpłynąłem, Hannibal. Gdzie jesteśmy?
  ― Za chwilę dotrzemy pod samą filharmonię ― informuje go uczynnie, nie odrywając spojrzenia od drogi. ― Zbliża się pora konkursu.
  ― Już ― pyta, wyraźnie zdziwiony. ― O... rany. ― Młoda twarz przybiera wyraz zaniepokojenia, ale ten ustaje po chwili, stłamszony przez inne doznania.
W ten sposób wpasowują się zgrabnie w jedno z parkingowych miejsc, otoczeni przez przybywających tłocznie gości i uczestników - ich barwne kreacje odbijają w sobie srebrzyste światło wiszącego na niebie księżyca, nadając wszystkiemu dodatkowego uroku. Duża dłoń przekręca kluczyk, uciszając muzykę (i jednostajny, miły szum), ale nie sięga jeszcze do klamki. Czeka cierpliwie, aż chłopiec dokończy swą herbatę (to sezon przeziębień, trzeba się nawadniać) i dopiero wtedy otula go troskliwie płaszczem, gotów do podjęcia wędrówki ko bogato zdobionym drzwiom postawnego budynku filharmonii.
  ― Czy jesteś ciekaw zwycięzcy? ― Pyta zawadiacko, przyciągając do siebie szczupłe ciało towarzysza. Idą tak ze sobą, ramię w ramię, niby przyjaciel z przyjacielem.
Ojciec z synem.
Kochanek z kochankiem.
  ― Nie tak, jak samych występów, panie Lecter ― odpowiada mu z lekką przekorą i sam przytula się bliżej ze swą nieskończoną ufnością.
  ― To prawda ― zgadza się, chyląc głowę ku witającymi ich przedstawicielami ochrony. ― Tak wiele talentów, zgromadzonych w jednym miejscu... to będzie prawdziwie wspaniała zabawa.


Koss Moss - 2018-11-17, 16:28

Bealfordowie już tam są, otoczeni wielkim tłumem. Will z daleka rozpoznaje jasne włosy, tak mocno odcinające się na tle bardziej pospolitych odcieni.
To naprawdę niespotykany kolor, myśli. Wyglądają jak z innego świata. Wyróżnia ich zresztą również wszystko inne. Akcent, maniery. Szeroko pojęte piękno.
Stoją blisko siebie, kiedy wymieniają różnego rodzaju uprzejmości z zainteresowanymi, i choć pozornie nie zwracają na siebie większej uwagi, to jasne, że każdy z nich czuje potrzebę bycia blisko drugiego, jakby odległość mogła ich zabić, jakby…
  ― Wy zawsze razem, prawda, Hannibalu? ― mężczyzna, którego Will zna z zajęć na strzelnicy, zbliża się do nich z uprzejmym uśmiechem i ściskają sobie z Hannibalem dłonie. ― Will Graham, magnetyczny młodzieniec, który na praktykach zrewolucjonizował FBI. Tattler sporo o tobie pisze.
  ― Tattler sporo o mnie pisze? ― powtarza Will.
  ― Nie czytujesz brukowców? ― Pan Windham uśmiecha się szerzej. ― Nie wymienili cię z nazwiska, ale przecież wszyscy wiemy, o jakiego praktykanta chodzi. Jeszcze trochę i wyłapiesz tu wszystkich.
Porozumiewawcze spojrzenie, jakie posyła Hannibalowi, umyka uwadze nieco roztargnionego Willa.
Nie umyka jej natomiast Louis Bealford, którego twarz na jego widok zdaje się rozpromienić.
Nie przerywa swojemu ojcu rozmowy – po prostu zgrabnie wymyka się z tłumu, odprowadzany kilkoma uważnymi spojrzeniami skrajnie różnej natury, i dołącza do nich bez cienia nieśmiałości. Jest jakby stworzony do brylowania w towarzystwie. Will odrobinę zazdrośnie patrzy na jego pewność siebie, na brak zahamowań w kontaktach społecznych.
Ale odwzajemnia z uprzejmością ten pełen wyższości uśmiech.
  ― Dzień dobry, panie Lecter, jak zwykle spektakularnie pan wygląda. ― Louis ściska uprzejmie dłoń Lectera, a potem obejmuje Willa przynajmniej jak starego przyjaciela. ― Will. Nie mogliśmy się ciebie doczekać, skarbie.
Słodkie słowa wyszeptane w jego ucho mają przytłaczającą moc. Will czuje, jak po jego ciele rozlewa się gorąc, odciskając się czerwonymi plamami na policzkach. Wdycha słodką woń Louisa Bealforda i odruchowo wplata dłoń w jego jasne, miękkie loki – na chwilę zapomina, gdzie jest i kto stoi obok, po prostu przytula go, oddycha nim, smakuje i…

Louis odsuwa się od młodzieńca, jakby nie wydarzyło się właśnie nic szczególnego, i wygładza swą idealną koszulę. Napotyka spojrzenie Lectera, w którym widzi swoiste zaintrygowanie. Potem Hannibal spogląda w stronę Alexandra – i Louis też odwraca się przez ramię, by obdarzyć swego drogiego ojca figlarnym uśmiechem. Mężczyzna zbył już zafascynowaną nim grupę i wreszcie skierował swe kroki właśnie do nich.
  ― Może pójdziemy już do loży? ― zapytuje uprzejmie młody Bealford, kiedy Alexander jest już obok. ― Za chwilę na schodach zrobi się naprawdę tłoczno, a przecież nie mamy ochoty się z nikim przepychać.
  ― Pozwolicie, że zostaniemy na chwilę tutaj ― odzywa się wówczas Hannibal, kładąc na ramieniu Alexandra swoją dłoń. ― Chciałbym przedstawić panu Bealfordowi kogoś szczególnego.
  ― Oczywiście. Zaprowadzę Willa na miejsce. Zaopiekuję się nim ― odpowiada gorliwie Louis i spogląda Alexandrowi prosto w oczy. Wyczytuje z nich wszystko, wszystko, co chce, wszystko, co zachęca go do działania. ― Do zobaczenia za chwilę.
Obejmuje młodego Grahama w pasie, zagląda mu z uśmiechem w twarz i prowadzi w stronę schodów.
  ― Nikt się tobą nie zajmie tak jak ja ― szepcze.

Loża mieści tylko cztery miejsca. Jest dla nich – cały balkon osłonięty czerwonymi kotarami, z najlepszym widokiem na scenę i większą część publiczności. Sala dopiero zaczyna się zapełniać, dociera do nich gwar, ale jak przez mgłę.
Will ma zawroty głowy. Pozwala się posadzić w wygodnym fotelu. Och, jakże to przyjemne. Materiał zdaje się zapadać pod jego pośladkami, pieścić go, otulać niczym ciepła woda. Czuje go wszędzie, na swych dłoniach, na swojej twarzy.
  ― …naprawdę piękny, nawet mój ojciec to przyznał, jest tobą oczarowany…
  ― Mhm.
  ― Napij się wina, jest pyszne, słodkie.
  ― Mmm…
Jego usta wypełniają się lekko cierpkim, chłodnym płynem. Każda uroniona kropla zostaje otarta czymś ciepłym, miękkim, lekko wilgotnym.
  ― …straszną ochotę oddać się miłosnym uniesieniom, właśnie w takich miejscach jak to, Will. A ty? Will?
Will mruga ospale i widzi, jak twarz Louisa nagle odsuwa się od jego twarzy; i widzi, jak na pełnych ustach rozkwita figlarny uśmiech kierowany do kogoś, kto stanął w wejściu do loży, kogoś, kto…

Louis uśmiecha się filuternie do swojego ojca i prostuje się, trzymając w dłoni kieliszek z resztką wina.
  ― Dzień dobry panom ― mruczy i tylko wyciąga dłoń, by objąć Alexandra za szyję, kiedy ten – z pełnym uwielbienia uśmiechem – zbliża się, by ucałować go w czoło. ― Wyglądasz tak seksownie ― szepcze, zamiast się odsunąć. ― Mam ochotę uklęknąć przed tobą i wziąć go do ust, jak najsłodszy lizak… ― Bierze głęboki oddech i przymyka drżące powieki, a potem odsuwa się i spogląda w bok, na Willa.
Młody Graham wydaje się wyjątkowo nieobecny. Patrzy niewidzącym wzrokiem na twarz Lectera, który nachyla się, żeby podnieść go z fotela i przesadzić na drugi, skrajnie po prawej stronie. Coś do niego mówi.

  ― Pierwszy z kandydatów… ― Will uchyla ciężkie powieki ― …pochodzi z mojego rodzimego kraju. Słyszałem już parę jego występów i sądzę, że jego gra przypadnie ci do gustu. ― Hannibal w skupieniu układa jego dłonie na podłokietnikach, poprawia mu kołnierz i wiązanie krawata. ― Czy rozmowa z paniczem Bealfordem dostarczyła ci rozrywki?
Młodzieniec mruga powoli i w końcu kiwa z opóźnieniem głową.
  ― Był miły ― mówi cicho.
Przedstawia sobą rozkoszny obraz z rumieńcem na policzkach, zaczerwienionymi ustami i podbródkiem wilgotnym od słodkiego wina.
Spogląda bezwiednie na sąsiedni fotel, ten, z którego przed chwilą Hannibal go zabral. Zauważa na nim coś złotego, ładnego; jakoś nie ma wątpliwości, do kogo należy.
  ― Louis. ― Bierze obiekt do ręki. ― Coś ci wypadło.
Louis ledwie rzuca na to okiem.
  ― To nie moje ― odpowiada szybko i wraca spojrzeniem do ojca. Wdzięczy się. Uśmiecha.
Will i Hannibal obaj spoglądają znów na złoty przedmiot. Will w konsternacji zdejmuje coś, co okazuje się tylko nakrywką.
Trzyma w dłoni intensywnie czerwoną… szminkę, i nie może się oprzeć wrażeniu, że…

  ― Będę potrzebował nowej ― szepcze Louis ledwo słyszalnie w usta swojego mężczyzny.


H.K.M. - 2018-11-22, 22:22

           Alexander nie dostrzega w postępowaniu swej najdroższej pociechy czegokolwiek niewłaściwego - jego cudowny skarb znalazł sobie nową zabaweczkę i oczywistym stało się, że zrobi wszystko by ją posiąść. Co więcej, jako Bealford nie musiał znowu robić tak wiele; parę uroczych uśmiechów, błysk w anielsko błękitnym oku i wymowne słowa, które w mniemaniu odbiorcy uchodzić mogły za doprawdy dwuznaczne..
Ale jak wytknąć dwuznaczność komuś o tak niewinnym spojrzeniu? Komuś, kto wykrzywia swoje przepiękne, porcelanowe wargi w tak promiennym i rozkosznie filuternym...
  ― Witamy ― prostuje się pośpiesznie, odrywając dłonie od smukłych ud, kierując (niechętnie) swe spojrzenie na elegancko ubranego organizatora koncertu. ― Na kolejnym już otwarciu wielkiego konkursu młodych talentów. Jak co roku, zasady pozostają te same; głosy będzie można oddać po występie ostatniego z kandydatów ― wspomnieni kandydaci poważnieją momentalnie, ale nie on, nie Louis. Jego dumny, piękny chłopiec uśmiecha się tylko łagodnie, podpierając swój wąski podbródek na białej dłoni; te małe diablątko musi być święcie przekonane o swoim zwycięstwie i Alexander nie może nawet specjalnie się temu dziwić. Ktoś rozwijający się przez tyle lat pod opieką tylu wspaniałych mistrzów, nie może czuć tremy wobec tak trywialnego zagrożenia. Pan Bealford spogląda na wszystkich młodych chłopców i jest pewien, że to jego, jego najdroższy skarb jest wśród nich najbardziej utalentowany. Ten, którego cudowna dłoń opiera się teraz na gładko wygolonym policzku, i którego wargi przyciskają się do ojcowskiego ucha, by szepnąć;
  ― Gdybyś wiedział, co mam na sobie, nie siedziałbyś tak spokojnie.
I w ułamku sekundy Alexander rzeczywiście przestaje być spokojny, ale tylko jego słodki kochanek, tylko on może to zauważyć, ponieważ nieruchoma maska nie drga choćby o jotę; nie, to tylko oczy o stalowo-szarych tęczówkach roziskrzają się wyraźnie, a pełne wargi czerwienieją niczym dojrzałe jabłka, zupełnie jakby już teraz odkrywały pocałunkami kolejne, nagie fragmenty ciała.
  ― Będę bardzo uważnie przyglądać się twoim poczynaniom podczas występu ― zapewnia go więc gorąco, zapuszczając swą dłoń w wyjątkowo nieprzyzwoite rejony długiej, zgrabnej nogi. ― Twoim dłoniom. Będziesz czuł to spojrzenie na swoich palcach, na szyi... ― prawie go całuje, prawie to robi. ― Wszędzie.
Następuje zapowiedź pierwszego kandydata, która wprawia ich w stosowne milczenie; jest oczywistym, że panuje między nimi niemożliwe do ugaszenia gorąco, ale nigdy nie było ono powodem do prostackich zachowań. Nie pod czujnymi spojrzeniami spragnionych chwili sława i bogactwa gapiów, gotowych zemdleć od każdego rzuconego w ich stronę ochłapu.
Pomieszczenie wypełniają wreszcie dźwięki płynnej melodii, a szare spojrzenie prześlizguje się wolno z podobnego (lecz nie identycznego) oblicza Louisa na drugie, mocno zarumienione, skryte pod kaskadą ciemnych loków. Co też siedzi w umyśle tego nieprzewidywalnego człowieka?
  ― Macie ochotę na jeszcze wina? ― Pyta, nieskrepowany, przyjmując kieliszek, oferowany mu usłużnie przez przemiłą, młodą damę z obsługi.
  ― Chętnie ― odpowiada Hannibal, ale zadowala się pojedynczą porcją, nie użyczając już "dokładki" swemu towarzyszowi. Alexander postanawia nie komentować tego głośno, ale w duchu żałuje decyzji przyjaciela. Pan Graham, jak mu już wiadomo, staje się niezwykle rozkoszny po wszelkiego rodzaju... trunkach.


Koss Moss - 2018-11-24, 15:58

Siedząc w loży, słuchają kolejnych występów. Muzycy – zarówno ci młodsi, jak i nieco starsi – reprezentują najwyższy poziom, to ostatecznie wielki finał. Louis spokojnie ogląda występy, uśmiechając się marzycielsko, kiedy dłoń ojca gładzi jego udo.
Co może pójść źle, kiedy wspiera go najważniejsza osoba na świecie. Co może pójść źle?
Występuje jako siódmy. Mówi się, że to szczęśliwa liczba. Już kiedy piąty muzyk wchodzi na scenę, Louis Bealford opuszcza lożę, by udać się na dół, na zaplecze, i przygotować się do występu.
Stres, który odczuwa, jedynie motywuje go do wzięcia się w garść. Jest Bealfordem, z dumą nosi to nazwisko i z radością okryje je chwałą, na jaką zasługuje.
Wystarczy perfekcja.

Will wsłuchuje się w występy na granicy przytomności. Głowa osunęła mu się w bok, ciężkie powieki opadły, kryjąc pod sobą błękit. Okryte garniturem ramię stało się jego oparciem. Hannibal jest jedyną ostoją, jedynym bastionem bezpieczeństwa.
Tak dobrze go zna i rozumie, on jedyny.
Jest panem jego myśli. W jego umyśle brzmi ochrypły głos o twardym akcencie, który na dobre wyparł już ten poprzedni, znany młodzieńcowi od urodzenia – jego własny.
  ― Mój wewnętrzny głos ― chrypi cicho Will wśród rozkosznych dźwięków Scen dziecięcych Schumanna ― brzmi jak ty.
Hannibal spogląda na chłopca z nieopisaną satysfakcją, przechylając głowę. Patrzy w błękitne oczy, chociaż spojrzenie tych błądzi gdzieś indziej. Musi się czuć jak władca – jak bóg – rozsmakowując się w bezgranicznej władzy, w poczuciu jedności z kimś tak bardzo od niego zależnym.
  ― Co ci podpowiada ― szepcze z wargami tuż przy muszelce ucha, owiewając ją gorącym powietrzem, i Will wzdryga się, i ociera policzkiem o lekko szorstki materiał.
  ― Że nie mam na tym świecie nikogo ― szepcze wśród dźwięków mało udanego występu. ― Że zostałeś tylko ty.
Czuje na swym uchu dotyk żarłocznych warg – jego własne drżą, a przez ciało przemyka znajomy dreszcz. Cała krew spływa do krocza; pożera go gorąc, jest wobec tego bezradny. Odchyla delikatnie głowę – uległy, zależny, pokonany – ale…
  ― Wiem, że coś mi zrobiłeś ― te słowa są ciche, ale niosą w sobie zadziwiającą pewność; nie powinny teraz paść, nie w takim stanie, nie, kiedy młodzieńcze ciało jest tak rozluźnione, nie, kiedy umysł powinien być otwarty i jak nigdy podatny na wpływy. ― To nie była herbata i wiedz, że… dowiem się wszystkiego.

W powietrzu wisi napięcie, lecz oto nagle, po skromnej zapowiedzi, salę wypełnia melodia, której zignorować nie można. Przy fortepianie zasiada jasnowłosy młodzieniec, ten, o którym tyle się mówi. Zwinne palce od samego początku, od pierwszych nut, uderzają w klawisze z pasją kochanka, z gwałtownością burzy.
Liszt i szósta spośród Grandes études de Paganini. Podobno obaj sprzedali duszę diabłu w zamian za nadludzkie zdolności.
Jeżeli tak, musiał zrobić to i młody Bealford. Nikt nie śmie nawet chrząknąć, gdy szczupłe, długie palce skaczą po klawiaturze jak opętane, z nieopisaną prędkością wygrywając kolejne wibrujące dźwięki. Ileż razy na sekundę są w stanie uderzyć w klawisze?
Na twarzy Louisa maluje się namiętność, ale przede wszystkim głębokie skupienie. Żadnej arogancji, nie w chwili takiej jak ta. Ani jednego zuchwałego uśmiechu, ani nutki satysfakcji. Jest przedłużeniem muzyki – nie pozwala, by jakikolwiek grymas zakłócił wydźwięk utworu, nie pozwala, by perfekcyjne maski choćby na chwilę zsunęły mu się z twarzy, pokazując kamerom to, czego pragnęły. Tak wiele osób na tej sali i poza nią czeka na jego potknięcie…
Ale wtem nadchodzi szybsza partia utworu, moment, który jak żaden inny niesie ze sobą ryzyko zguby. Palce poruszają się tak szybko, że wyglądają jak zrobione z gumy – panicz i instrument stanowią jedność, swoboda wygrywania dźwięków przypomina tę, z jaką większości pospólstwa przychodzi wypluwanie z siebie zbędnych słów.
Muzyka króluje w umysłach i sercach zebranych, a gdy milknie, między ostatnią drżącą nutą a brawami następuje niezwykle długa pauza – Louis ma czas, by odetchnąć, wyprostować się i odgarnąć z twarzy kosmyki, nim napięcie opada i tłum zaczyna wyrażać entuzjazm.
Spojrzenie panicza biegnie znów do jednej tylko osoby.
Do niego. Do człowieka, którego zachwyt coś znaczy.
Alexander spogląda na niego z góry i zmienia nieznacznie pozycję, pochylając się do przodu – snop światła pada na jego oblicze. Na nim zaś maluje się wszystko to, czego panicz by pragnął.
Ojciec jest dumny. Tatuś kocha swoje maleństwo, swoją śliczną laleczkę, której pełne, różowe wargi wydymają się i wykrzywiają w zuchwałym uśmieszku, kiedy błękitne spojrzenie pada na klaszczący tłum.
To jego chwila. Nie musi dostawać kryształowej statuetki, która stoi na stole jurorskim i połyskuje w świetle, przyciągając wzrok. Już jest zwycięzcą.

W półgodzinnej przerwie prosto zza kulis wychodzi, spocony, na korytarz i – z uśmiechem, lecz niedbale i pośpiesznie przyjmując komplementy od znanych i nieznanych mu osób – kieruje się na górę, gdzie przy loży już czeka na niego Alexander, gdzie czekają pan Lecter i zagubiony Will.
  ― Cóż za niesamowity występ ― mruczy Hannibal. ― Muzyka wypływająca spod tak utalentowanych dłoni potafi przenieść mnie w dawno zapomniane rejony młodości. To piękna sztuka, paniczu Bealford.
  ― Dziękuję, panie Lecter. Z pańskich ust takie słowa to największy komplement ― szepcze, owijając sobie jasny pukiel wokół palca, i przenosi wzrok na ojca, którego blade wargi wykrzywiają się w sugestywnym uśmiechu. ― Będę musiał panów przeprosić. Pójdę się odświeżyć. ― Przedłuża spojrzenie z Alexandrem i odwraca się, by ruszyć w stronę toalet, jednak w połowie drogi ktoś go zaczepia.
  ― Louis Bealford. Jak zwykle perfekcyjny występ ― słyszy głos pełen jadu, który pewnie by zignorował, gdyby nie chwytająca go za przegub dłoń. Zatrzymuje się gwałtownie i spogląda w ciemne oczy swojego konkurenta, Armina Hillsa. ― Tylko co z tego, skoro całkiem pusty. Znakomita technika. Całkowity brak duszy.
Louis wyszarpuje przegub z jego uścisku i ociera go ze słabo skrywanym obrzydzeniem.
  ― Armin Hills ― mruczy. ― Twoja matka zdechła, bo zanudziłeś ją na śmierć, czy to jednak choroby weneryczne? Kiedy się wiedzie taki tryb życia, to…
Jego słowa odnoszą oczekiwany efekt. Jadowity uśmieszek znika z piegowatej twarzy, ustępując miejsca czystej furii. Następnie rzeczy dzieją się zbyt szybko, aby mógł czemukolwiek zapobiec. Chłopak rzuca się na niego i z nieopisaną agresją popycha brutalnie przez całą szerokość korytarza aż do balustrady, na którą Louis wpada i której krawędzi chwyta się, by uniknąć przechyłu do tyłu.
Piękna twarz odwraca się w bok, a błękitne, rozszerzone ze strachu oczy spoglądają w dół, na posadzkę holu piętro niżej; adrenalina krąży w żyłach, krew szumi w uszach, żadne słowa przez dłuższą chwilę do niego nie docierają.
Jak przez mgłę widzi swego ojca – już jest obok, już swoją laską przyciska dłoń Hillssa do ściany, boleśnie wbijając ostry koniec w samo jej centrum.
Alexander jest wściekły – jego uśmiech to uśmiech drapieżcy, zimny jak lód, dziki jak grymas rozjuszonego tygrysa.
  ― Niebezpiecznie jest pchać tak zręczne dłoni tam, gdzie nie trzeba ― zauważa ze stoickim spokojem. ― W naszym gronie sprawne palce są niezwykle ważne.
Cofa laskę i odsuwa się od pobladłego chłopaka. Podchodzi do syna, który przykłada dłoń do ust, jeszcze dochodząc do siebie.
  ― Louis ― w głosie pana Bealforda słychać spokój, ale tylko pozorny. Louis wyczuwa, jak bardzo jego drogi ojciec jest poruszony, jak bardzo rozwścieczył go ten skandal. ― Całe szczęście, że udało ci się zapobiec temu nieszczęsnemu upadkowi. ― Wzdycha ciężko, wyciągając z kieszeni papierośnicę, i odwraca się, by skierować kroki w stronę zewnętrznego tarasu.
Louis bierze głęboki wdech, prostuje się dumnie, uśmiecha krzywo – skupia się na nich teraz tak wiele oczu, tak wiele obiektywów – i rusza za mężczyzną, który bez wątpienia musi czuć się zażenowany.
  ― Co za plebejusz… ― szepcze, oplatając się ramionami; powietrze jest zimne. ― Powinien panować nad prymitywnymi emocjami. Nie potrafił odpowiedzieć słowem, więc odpowiedział pięściami. Ordynarne ― skarży się, ale też usprawiedliwia.
Nie chce, by był zażenowany lub zirytowany choćby w najmniejszym stopniu z jego powodu.
Alexander zaciąga się dymem i lekko odgina nadgarstek dłoni, w której trzyma papierosa. Jego twarz jest spięta, ale wkrótce delikatnie się rozluźnia. Odwraca się do syna, rozgląda pobieżnie i dyskretnie wsuwa końcówkę papierosa między różowe wargi Louisa, poprawiając z troską jego zmierzwione, piękne loki.
  ― Na szczęście ani słowa, ani pieści nie są nam w stanie wyrządzić krzywdy ― mruczy miękko, kiedy Louis wypuszcza łagodnie dym na jego policzek.
  ― Gniewasz się na mnie? ― zapytuje ciepło, słodko.
  ― Jak mógłbym ― odpowiada Alexander, choć w jego głosie wciąż jest tak wiele emocji. ― Gniewam się na szaleńca, który odważył się ciebie tknąć.
  ― Mój piękny ojcze, ten grubianin nie jest wart twojego gniewu ― szepcze Louis. ― Pozwolisz mi się porwać do garderoby? ― pytanie zadane jest takim tonem, jakby dotyczyło pogody i nie zawierało żadnego podtekstu. Panicz uśmiecha się seksownie i wyciąga dłoń, by pogładzić palcami szlachetne zagłębienie policzka, ale cofa ją, nim może się to wydać niestosowne jakiemuś obserwatorowi. ― Jest otwarta i nikt tam teraz nie zagląda, a przecież nie obchodzi nas jego występ.


Opatrzność Boża - 2019-01-12, 03:28





FABUŁA PRZENIESIONA



Fabuła kontynuowana jest na nowej wersji forum ― TUTAJ